Grodno

1.

Z końcem maja byłem w Grodnie, na konferencji „Phenomenon of City in Central Eastern Europe: Living Space and Cultural Narration” zorganizowanym przez tamtejszy Uniwersytet Janka Kupały. Na Białorusi już raz byłem, poprzedniego roku w Mińsku. Ta podróż – choć bliższa – była jednak o wiele bardziej ekscytująca. Od dłuższego czasu chciałem zobaczyć Grodno – miasto oddalone o około 70 kilometrów od Białegostoku, a jednak trudno dostępne, bo oddzielone pilnie strzeżoną granicą. Jedną z ostatnich prawdziwych granic w Europie: z wizami, kontrolą osobistą, drutami kolczastymi, odprawą celną itd.

W Grodnie wygłosiłem krótki speech pod tytułem „Województwo podlaskie i jego miasta w świetle Diagnozy Społecznej 2007”. Referat nie wzbudził dyskusji ani większego zainteresowania uczestników imprezy, pewnie dlatego, że wyróżniał się dużą ilością empirycznych treści, czego zdaje się nie oczekiwano. Upieram się, że temat jest ciekawy, mam nadzieję, że gdzieś – może tu – doczeka się poważnego potraktowania. Na razie – w formie zachęty – umieszczam tu materiały graficzne, które przygotowałem i pokazałem na konferencji.

Tutaj jednak , zgodnie z konwencją tego miejsca, pierwsze miejsce mają nie dane statystyczne, ale wrażenia, ślady w pamięci, smaki, zapachy i widoki. Pojechałem do Grodna ze swoim szefem i kolegą z katedry, imiennikiem Radkiem.

2.

Świty na dworcach dają impuls do życia. Pobudka o 3 nawet dla rannych ptaków jest torturą, ale najlepsze połączenie z Grodnem rozpoczyna bieg o 5 w Białymstoku. Dworce umożliwiają pobudkę, bo tam są już o 4 rano dziesiątki podróżnych czekających na pociągi na Zachód i Wschód.

Nowoczesny pociąg zbudowany za pieniądze z Unii okazuje się zepsuty, podstawiają zwykły, stary i trzeszczący. W Sokółce pojawiają się już pierwsze biało-czarno-niebiesko-czerwone przepastne torby i ich właścicielki z podkrążonymi oczami, przesadnym makijażem i dwuletnią trwałą, zaczesaną do góry. Nie ma ich jednak wiele. W ogóle niczego nie ma zbyt wiele. Przesada jest cechą miast Wschodu. Tutaj – na prowincji – króluje niedostatek i ma się jak dotąd całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że tutejsi również go jakoś tam lubią, a jeśli nie, to na pewno akceptują jako pewną niezbywalną cechę tego świata.

Na przejściu w Kuźnicy nie ma więc zbyt wielu podróżnych. Nie ma też zbyt wielu przemytników. Albo po prostu moje oko nie jest w stanie dostrzec tego, co widzą młodzi pogranicznicy przechadzający się po peronie. Piętnaście minut po siódmej pociąg rusza. Ma kilka kilometrów do granicy. Tam wsiądą białoruscy celnicy w wielkich zielonych czapach i będą pilnować, aby żadna śrubka nie odpadła od składu aż do samego Grodna.

Tymczasem patrzę na okolice Grodzieńszczyzny. Jest zielona, mocno zalesiona. Dużo sosen na piaskowych glebach.

3.

DSCF3443Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu zamykają nas w dużej sali uniwersytetu, każą słuchać i głosić referaty. Co 45 minut korytarze uniwersytetu rozbrzmiewają donośnym dźwiękiem dzwonka. Z innych rozmów dowiaduję się, że system szkolnictwa wyższego jest tutaj zorganizowany na wzór naszego szkolnictwa licealnego lub wręcz gimnazjalnego. O partnerskiej relacji mistrz-uczeń można tu zapomnieć. Przechadzający się po korytarzach studenci do złudzenia przypominają naszych licealistów.  Ubrani skromniej niż ich polscy odpowiednicy, ale – szczególnie dziewczęta – z o wiele większą starannością. Ma się wrażenie, że grodzieńskie studentki poświęcają kilka godzin przed wyjściem z domu na odpowiedni dobór stroju, makijaż, paznokcie itd. Na ich tle polskie dziewczyny mogą wyglądać na ubrane niedbale, co nie znaczy, że gorzej. Obowiązkowymi elementami stroju tych dziewcząt są krótkie spódniczki i obuwie na obcasach, spotykane tam na skalę wręcz masową. Podobnie jest na Ukrainie, z tym jednak różnicą, że u Ukrainek kobiecy strój jest tylko dodatkiem do ich dumnych i odważnych gestów, mowy ciała i spojrzeń. W Grodnie miałem wrażenie, że strój tamtejszych kobiet – jakże charakterystyczny i egzotyczny – jest niejako wymuszony pewną konwencją, stanowi fasadę, którą po prostu należy przyjąć. To oczywiście ogromne uproszczenia i ogólnienia.

4.

Wieczorem wybieramy się z Radkiem na przechadzkę po mieście. Przechodzimy przez most na Niemnie i schodzimy w dół, na podmiejskie bulwary. Są wręcz oblężone przez setki młodych ludzi. Wystrojeni chłopcy i dziewczęta siedzą na murkach i schodach. Niektórzy poprzywozili swoje dziewczyny samochodami, z których dobiega polski (!) pop. Jakaś Kasia Kowalska czy Reni Jusis. Wszyscy bez żadnych ogródek piją piwo z butelek i puszek. Po raz pierwszy widzę litrową puszkę Calsberga. Skojarzenia z katastrofą Czernobylską są trudne do przezwyciężenia, kedy się widzi powiększony dwukrotnie w stosunku do znanego kształt podobno najlepszego piwa na świecie.

Kiedy zaglądamy jeszcze na główny plac miasta, a potem na plac Lenina, wszędzie widzimy tłumy młodzieży. Pomimo, że jest już około północy. Pomimo, że jest poniedziałek. Pomimo, że nie ma żadnego święta… Myślę, jak wygląda w tym momencie rynek w Białymstoku…W straganie przy parku kupuję suszone ryby i rozkoszuję się nimi aż do miejsca naszego zakwaterowania.

5.

DSCF3411Drugi dzień przeznaczamy już w całości na szwędanie się po mieście i zakupy. Moja cholerna indolencja językowa nie pozwala na wchłonięcie takiej wiedzy o mieście, jak bym chciał. Polecam w związku z tym zdjęcia, które zrobiłem podczas wyjazdu. Jeśli nie da się językiem, to można próbować obrazem. Ale kiedyś na pewno poopisuję te zjęcia po konsultacjach z większymi znawcami Grodna ode mnie.

Może kiedyś uda mi się pojechać tam jeszcze raz i znaleźć tylko swoje grodzieńskie szlaki.

Miasto jest piękne. Przede wszystkim będąc w Grodnie czuje się wielkomiejskość. Szerokie arterie komunikacyjne, trolejbusy, miejski gwar, życie na ulicy przez całą prawie dobę. Sporo śladów polskiej obecności w mieście, takich jak katedra widziana na zdjęciu. Według spisów, około 20% mieszkańców miasta jest Polakami, jednak próżno nasłuchiwać polskiego na ulicach. W większości są to Polacy zasymilowani. Pomimo tego język polski jest tu powszechnie rozumiany i traktowany z dużą życzliwością.

Taksówkarz, który za równowartość 8 złotych przewoził nas z blokowiska gdzie spaliśmy, do centrum, powiedział, że dla nich Białystok to nie zagranica. Jeszcze 20 lat temu te słowa mogłyby Polaka urazić. Dzisiaj wywołują wręcz odwrotne. Oto paradoks relacji białostocko-grodzieńskich. Białorusini jeżdżą do nas na po prostu po zakupy. Dla nas wyjazd o Grodna to prawie jak wycieczka za Ural, doprawiona strachem przez rzekomymi białoruskimi bandytami, łukaszenkowską bezpieką, brudem, biedą i zacofaniem. Okazuje się, że jest odwrotnie. To dla mieszkańców Grodna nie ma granic i to oni żyją w wielkim mieście z większością cech wielkomiejskości. Szkoda, że brakuje tego często mieszkańcom Białegostoku.

6.

Ostatni, szósty punkt, rezerwuję sobie na potem, kiedy natchnienie dramaturgiczne będzie większe. Najciekawsze, co mnie spotkało podczas tej wyprawy, wydarzyło się w pociągu relacji Grodno-Białystok. Ale o tym innym razem.

Reklamy

Praktyki pod lipami, part one

Jakiś czas temu pisałem entuzjastycznie o Górznie pod Brodnicą, o śródziemnomorskości, wolnym tempie, wyizolowaniu, czyniących to miasteczko międzynarodową stolicą inspirującego i wartościowego zadupia. Po trzydniowym pobycie podtrzymuję tą opinię. Mojej osobistej interpretacji Górzna należy się jednak uzupełnienie. Towarzysząc studentom prowadzącym tu porządne empiryczne badania socjologiczne próbuję zrozumieć to miejsce posługując się własną, zdecydowanie nienaukową i nieempiryczną metodologią.

Podczas pierwszego pobytu nie zwróciłem uwagi na pruski rys w obyczajowości tutejszych mieszkańców. Zamiłowanie do porządku i dyscypliny jest tutaj marzeniem ściętej głowy, bo tak jak we wszystkich miejscowościach, gdzie wypędzonych lub zamordowanych Żydów i Niemców zastąpiło chłopstwo z socjalistycznego awansu społecznego, tak i w Górznie wielu jego mieszkańców przypomina nieco Stanisława Tyma w tej scenie „Misia”, gdzie z mało nteligentnym wyrazem twarzy przaśny Tym przywdziewa pruski mundur opasany biało-czerwoną szarfą. Nawiązania do rzeczywistych osób i zdarzeń jest oczywiście czysto przypadkowe i stanowi wyłącznie produkt wyobraźni Szanownego Czytelnika.

Tak, jak degradacja przestrzeni w okolicach Wrocławia i w ogóle na zachodnich tzw. ziemiach odzyskanych ma w sobie coś z anarchistycznej beztroski, tak w Górznie Ordnung muss sein, niezależnie od tego jak nieporadnie to wygląda. Kapitał społeczny, zaufanie i kultura tworzą się pokoleniami, z czego najwidoczniej Górznanie nie zdają sobie sprawy. To niewiarygodne, ale w mieście z kilkusetletnią tradycją nie dostrzegłem żadnego społecznego rysu mieszczańskiego. Wygląda to tak, jakby dziewiętnastowiecznych chłopów pańszczyźnianych rzucić bosych do miasta i kazać im tu mieszkać, a właściwie udawać mieszkańców.

Sprawa domaga się szczegółowego potraktowania i na pewno do niej jeszcze wrócę.

Sprawy o wiele przyjemniejsze to „okoliczności przyrody” i dzikość okolic górzneńskich jezior. Miejscowość Fiałki jest położona po drugiej strony jeziora, na kilkunastu stromych pagórkach. Wokół domów biegają dzikie zwierzęta, a w dole widać jezioro. Dostać się tam można przez las, przez co w samym środku Polski ma się prawdziwe Bieszczady. Wożąc ludzi tam i z powrotem kilkukrotnie się gubię. Napotkany przypadkiem elektryk przyznaje, że i jemu, po kilku latach pracy, też się to zdarza.

Pierwszego dnia robię kilka zdjęć podczas podróży i potem, przy okazji krótkiego spaceru w stronę Pensjonatu Jagódka.

Niemieckie mieszczaństwo

Dla kogoś, kto wychował się w mieście, którego mieszczańskie tradycje pojechały bydlęcymi wagonami do malowniczej Treblinki nad Bugiem, wszelkie oznaki mieszczaństwa zachwycają i uwodzą.  W Polsce jedyną warstwą społeczną, która posiada głęboki związek z miejscem swojego zamieszkania, są chłopi. Kiedy kupują  ziemię, nie mówią „kupię”, lecz „przyjmę”. W polskich miastach taki głęboki, wręcz biologiczny związek człowieka z miejscem, praktycznie nie istnieje. Nie mamy burżuazji i jeszcze długo mieć nie będziemy, jesteśmy mieszkańcami miast, lecz na pewno nie mieszczanami.

Najbardziej widoczną i definitywną oznaką mieszczańskiego sposobu życia jest jadanie poza domem. W Konstancji większość sklepów spożywczych jest zamykana przed ósmą, a ostatni dyskont na Zähninger Platz – o dwudziestej drugiej, jednak do późnej nocy pootwierane są większe i mniejsze restauracje, gdzie do późnych godzin można zjeść dobrą kolację. Jest cholernie drogo, ale równie cholernie mieszczańsko. Przesiadują w nich najczęściej starcy i podejrzewam, że kolacje w tych knajpach kosztują ich sporą część ich emerytur. Robią to, bo mieszczaństwo zobowiązuje.