Tekst o Jerzym Pilchu po lekturze zakurzonej książki, zatytułowany fragmentem utworu grupy Kiev Office o treści „te dwa słowa – Jerzy Pilch”

IMG_20191105_170309 (1)

Podejrzanie rzadko zespoły rockowe dedykują tak dosłownie swoje dzieła pisarzom, jak zrobił to kiedyś absolutnie niedoceniony zespół „Kiev Office” z Pomorza. Sam fakt tego dość nieczęstego obyczaju mieszania się literatury i muzyki jest w sumie interesujący, bo przecież i literatura i muzyka rockowa korzystają z języka, bawią się nim i w ten sposób przedstawiają ten świat czytelnikom i słuchaczom. 

Jerzy Pilch do 1999 roku pisał felietony dla „Tygodnika Powszechnego”. Od kiedy – nie wiadomo – źródła na ten temat milczą, a skoro nikt nie pamięta, od kiedy Jerzy Pilch pisał dla Tygodnika, to znaczy, że wszyscy świadkowie jego początków na Wiślnej 12 już umarli, ówczesne numery Tygodnika spłonęły w jakiejś wojennej pożodze albo archeologowie się do nich jeszcze nie dokopali.

Właśnie gdzieś w odmętach połowy lat dziewięćdziesiątych odkryłem Tygodnik Powszechny i Jerzego Pilcha. Wtedy też, jako czternastoletni synek z Podlasia, wysłałem przez internet list do redakcji, w którym zbeształem nieco ode mnie jednak starszą Józefę Hennelową (rocznik 1924), również Felietonistkę TP za to, że nie podoba się jej nowy design dziennika „Rzeczpospolita”. Po dwóch tygodniach listonosz przyniósł mi list, w którym pani Hennelowa, odręcznym pismem, serdecznie podziękowała za uwagi, i równie serdecznie poinformowała, że pozostaje przy swoim zdaniu. 

Poczułem się wtedy, jakbym złapał Pana Boga za nogi, a że wtedy jeszcze w Boga wierzyłem, uwierzyłem też, że już niebawem, już za kilka lat, dołączę do nobliwego grona felietonistów „Tygodnika Powszechnego”, „Polityki”, a w najgorszym wypadku „Wprost”. Że będę przesiadywał całymi popołudniami i wieczorami w „Zwisie”, oceniał razem z Jurkiem Pilchem przechodzące dziewczęta w skali od 1 do 10, dyskutował o teatrze, o literaturze, palił papierosy i pił żołądkową gorzką.

Nic się z tych planów nie udało, poza dwukrotnym, samotnym pobycie w Zwisie.

A myślę sobie o tym, bo skończyłem zagubiony gdzieś na półce z książkami, zakurzony i smutny z powodu nieprzeczytania przez właściciela zbiór felietonów Pilcha z okresu jego transferu do warszawskiej „Polityki” należącej od zawsze chyba do Jerzego Baczyńskiego. Baczyński na nieznanych nikomu warunkach finansowych (na pewno bajecznych) zdołał wyciągnąć Pilcha ze „Zwisu” do kawalerki przy rondzie ONZ.

Był to największy w owych czasach transfer literacki, o którym rozpisywano się w rozlicznych felietonach tygodniami. Był to transfer, gdyby porównać go z transferami piłkarskimi na miarę teoretycznych, więc nierealnych przenosin Pawła Brożka z Wisły Kraków do Legii Warszawa.

Był to też radykalny eksperyment na ludzkim organizmie. Przenieść Pilcha z Wisły i Krakowa do stolicy to tak, jakby wyjąć rybkę z akwarium i pozostawić przez tydzień na słońcu.

Słowem, to nie mogło się udać.

Opisuje więc ten „synek z Wisły” w swych finezyjnych, starodawnie skonstruowanych, długich felietonach swoje zmagania z Warszawą. Niby coś tam bąka, że mu się w stolicy podoba, ale między wierszami wypływa na powierzchnie ogromne cierpienie i nostalgia za Krakowem.

Oto kolejny cierpiący bohater w literaturze polskiej, powiecie. I tak i nie, bo cierpienie Pilcha nie jest katolickie i polskie. Męki Pilcha są ewangelickie i czeskie. Śmiech przez łzy, albo łzy przez śmiech. Bo nie wiadomo, kiedy felietonista ten płacze, a kiedy się on cieszy.

Dotyczy to wszystkich rozlicznych tematów, o których snuje swój Hrabalowski flow Jerzy Pilch. Porażka Cracovii smakuje tak samo jak zwycięstwo. Słodko-gorzko. Krytycy, pisarze, politycy, dostają po głowach od Pilcha z subtelnością księdza głaszczącego blond włosy pacholątek na rekolekcjach. Z wierzchu wszystko wygląda jak miłość, ale pod tą cieplutką pierzynką czai się ewangelicki młot, uderzający w katolickich innowierców z siłą pioruna. Felietonista – mistrz pióra, nie mający sobie równych wśród pisarzy w inteligencji i poczuciu humoru – cierpi i brutalnie uderza w rzeczywistość z gracją, z dobrotliwym uśmiechem, z czułym spojrzeniem i z uderzającym blaskiem boskiej miłości.

Jorgos Lantimos – „Zabicie świętego jelenia”

killing

Jeszcze nigdy umieszczenie mitologicznej opowieści w realiach współczesnych nie było tak dosłowne, jak w „Zabiciu świętego jelenia”. Jorgos Lantimos, czołowy przedstawiciel nowej fali w greckim kinie, z typową dla siebie dosłownością opowiada historię czerpiącą wprost wręcz z opowieści o Ifigenii, córki  Agamemnona i Klitajmestry, a także ze starotestamentowej opowieści o Hiobie.

Stateczna, angielska rodzina państwa Murphych. Stephen (Colin Farrel) jest uznanym kardiologiem. Anna (Nicole Kidman) – okulistką. Wychowują z troską dwójkę dzieci – czternastoletnią Kim i dziecięcioletniego Boba.

Stephen spotyka się ukradkiem z szesnastoletnim Martinem (genialne objawienie aktorskie – Barry Keoghan). Daje mu pieniądze i drogie prezenty. Ta znajomość od początku budzi napięcie, ma podtekst ni to erotyczny, ni to ojcowski.

Martin wkracza w życie rodziny Murphych. Rozkochuje w sobie córkę Stephena i Anny. Próbuje zawłaszczyć życie Stephena. Z każdym kolejną sceną odkrywane są kolejne cząstki tajemnicy łączącej Stephena i Martina.

Lantimos buduje napięcie, łącząc monumentalizm klasycznej, symfonicznej muzyki, fundamentalne, odwieczne pytania o winę i karę, freudowskie relacje ojciec-syn-matka, szerokie, zimne kadry z dosłownością, a wręcz brutalizmem.

Klasyczna grecka tragedia jest odgrywana w zimnym stylu. Bohaterowie odgrywają dialogi w sposób graniczący z autyzmem. Najbardziej emocjonujące sceny epatują chłodem emocjonalnym bohaterów. To jeszcze bardziej potęguje efektowność całej tej filmowej konstrukcji.

Brodaty Stephen ukrywa emocje za czarnym zarostem. Emocje wyraża tylko oczami. Martin wygląda i zachowuje się jak chłopak spod łomżyńskiego bloku. Nicole Kidman, grająca Ann, w świetnym stylu łączy empatię z dystansem emocjonalnym.

Ten film jest udany, mimo, że zagadka relacji między szesnastolatkiem a czterdziestoletnim lekarzem jest jasna i oczywista zdecydowanie za wcześnie. Potem jest już tylko wszechobecne cierpienie w rytmach Stabat Mater Schuberta.

Restauracja „Pod Sokołem” w Sokółce

20191026_143601.jpg

Sokółka mieści się w pierwszej piątce najbardziej paździerzowych miast północno-wschodniej Polski, dlatego niemałym szokiem zareagowałem na wizytę w nazywającej się nad wyraz pretensjonalnie i banalnie Restauracji pod Sokołem. Znajduje się ona tuż przy głównym trakcie miasta, którym codziennie przejeżdżają tysiące tirów.

Spodziewałem się kolejnej quasi-restauracji karmiącej ludzi odgrzewaną babką ziemniaczaną, pomidorową z rosołu z wczoraj, podgrzewanej w mikrofali „świerzynce” ze świni zabitej miesiąc temu i wielu temu podobnych gastronomicznych trików.

Na obiad zabrała nas mama po udanym grzybobraniu w Krynkach i nieudanej próbie zjedzenia czegoś tatarskiego w bohonickim Domu Pielgrzyma. W Bohonikach mieli jakąś imprezę, więc zaryzykowaliśmy na maksa, szukając dobrego miejsca z jedzeniem w Sokółce. W głębi duszy uznawałem tę misję za z góry przegraną.

Lubię się mylić i tym razem pomyliłem się okrutnie. Jedzenie w Restauracji pod Sokołem jest fenomenalne.

Zamówiliśmy żurek, pielmieni z jagnięciną, golonkę z ziemniakami i spaghetti z kapusty kiszonej w całości, a na koniec pierogi z borówkami i malinami.

Proste i skromne entrée w postaci pajd chleba i delikatnego masła wróżyło, że w tym miejscu traktuje się klientów poważnie. Dziewczyny jadły ten chleb z masłem aż im się uszy trzęsły.

Żurek podano w ten sposób, że „wkładkę” złożoną z jajka i chrzanu trzeba było samemu zalać zakwaszonym bulionem z dużą ilością majeranku. Była to zupa przygotowana niemal perfekcyjnie. Niemal, bo nie lubię soli i dla mnie był to płyn nieco za słony. Co nie zmienia faktu, że chciałbym się nauczyć robić taką zupę.

Około ośmiu pielmieni z jagnięciną siedmioletnia Ola zjadła w czasie nie przekraczającym jednej minuty, co wystarczy za recenzję.

Upieczoną golonkę podano na górze kapusty w oleju. Nie była to ukiszona kapusta, ale nie obniża to wartości tego dania. Skóra świni miała piękny, brązowy kolor, a doskonale przyprawione mięso rozpadało się przepięknie na kawałki, jakby przewidywało to, jaka jego część mnie najbardziej interesowała. Golonce towarzyszyły upieczone tak jak należy ziemniaki w skórkach. Do tego w gustownych, szklanych pojemniczkach, chrzan i musztarda. 

Pierogów z borówkami i malinami też nie spróbowałem, bo Ola spałaszowała je w tempie podobnym do tempa pałaszowania pielmieni. Na koniec beknęła i – wychodząc – powiedziała przemiłej i fachowej kelnerce:

– Bardzo smaczne jedzenie. Jeszcze tu do was wrócę.

Za obiad dla czterech osób z napojami, mama zapłaciła 87 złotych plus napiwek.

Po wizycie w Restauracji pod Sokołem w Sokółce jeszcze bardziej nie znoszę tego miasta i jego paździerzowatości. Teraz już nie z powodu jakiegoś kaprysu, ale za to, że mają u siebie taką dobrą knajpę, której nie powstydziłby się krakowski rynek i warszawski Nowy Świat. 

20191026_144900.jpg

Christel Petitcollin – „Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych”

jakmniejmyśleć

Wbrew wszelkim oczekiwaniom, trafiłem po raz pierwszy od dawna na książkę, do której będzie trzeba wracać. Nic tego nie zapowiadało. Na pierwszy rzut oka to jedna z setek tych poradników, które mają odmienić twoje życie, a okazują się zbiorem trywialnych rad zaczerpniętych z twórczości Paulo Coelho. Dodatkowo, francuska autorka często nazbyt gorliwie wypełnia wytyczne politycznej poprawności, jak na francuską intelektualistkę przystało.

Recenzje „Jak mniej myśleć” na LubimyCzytać i GoodReads nie pozostawiają na tej książce suchej nitki. Zarzucają jej powierzchowność, powtarzanie wiele razy tych samych wątków, a także brak solidnego oparcia tez autorki w naukowej literaturze. Wszystko to prawda, co nie zmienia faktu, że można tam przeczytać bardzo mądre rzeczy.

Podstawowy założeniem książki jest znane twierdzenie o tym, że lewa półkula ludzkiego mózgu funkcjonuje inaczej, niż prawa. Lewa odpowiada za logiczne myślenie, jest linearna, porządkująca, analityczna, działająca za pomocą automatyzmów. Prawa natomiast – twórcza, kreatywna, nieuporządkowana, bezustannie myśląca.

Ludzie dzielą się ze względu na to, która półkula ich mózgów jest bardziej dominująca. Od 70 do 85% populacji działa głównie za pomocą lewej półkuli. Od 15 do 30% – za pomocą prawej. Z racji przewagi lewopółkulowców, współczesne społeczeństwo jest zorganizowane według reguł dominujących w ich umysłach.

Prawopółkulowcy duszą się w tych regułach i bezustannie cierpią na brak ogólnego zrozumienia. Autorka nazywa ich „nadwydajnymi”, ponieważ ich umysły pracują bezustannie na wysokich obrotach. To, co lewopółkulowcy przyjmują za pewnik, u nadwydajnych jest przedmiotem bezustannych rozważań. Ich myśli bezustannie krążą w różnych kierunkach, a ocena słuszności podejmowanych decyzji przychodzi z wielkim trudem po bardzo długim czasie. 

Christel Petitcollin najpierw opisuje neurobiologiczne podstawy tego podziału, następnie opisuje, czym skutkują te różnice, by na koniec przedstawić szereg rad, w jaki sposób nadwydajni mogą uczynić ze swojej odmienności zaletę i nie męczyć się w lewopółkulowym świecie.

Książkę odebrałem bardzo osobiście. Wytłumaczyła mi i poukładała w głowie wiele spraw. Dość powiedzieć, że w zasadzie na każdej jej stronie elektronicznego wydania umieszczałem notatki i podkreślenia. Będę do niej wracał jak do rzadko której.

Muniek Staszczyk – „Syn miasta”

muniek-muzyka-syn-miasta

Zimne dreszcze to nie jest reakcja, które zwykłem mieć po pierwszym przesłuchaniu nowego produktu Muńka Staszczyka. Wczoraj oblał mnie zimny pot już po pierwszych słowach zaśpiewanych na albumie. Dwa miesiące temu doznał udaru. 

Przed wyjazdem do Londynu, gdzie rozlała mu się do mózgu krew, Muniek skończył nagrywać tę płytę. Płytę, której głównym bohaterem jest śmierć.

Muniek to bohater mojego muzycznego, literackiego i poetyckiego dojrzewania. To on powiedział mi o pisarzach i poetach, których powinienem słuchać. To on powiedział mi, jakiej muzyki warto słuchać. Oczywiście nigdy nie zamieniłem z nim osobiście ani jednego słowa.

Teraz słucham płyty po raz piąty czy szósty. Za każdym kolejnym razem coraz bardziej ją doceniam. Za każdym kolejnym razem utwierdzam się w tym, że Muniek nagrał po prostu taką płytę, jaką chciał. Bez oglądania się na kogokolwiek. Bez próbowania zaspokoić gusta swoich przecież tak różnych słuchaczy.

Jest to album ponury, pesymistyczny i refleksyjny. „Syn miasta” nie jest wesołkiem. To sfrustrowany polską rzeczywistością, zmęczony życiem, zły na ludzi, zmęczony życiem dojrzały facet. Ale jednocześnie pogodzony z sobą, stoicki, mocny w swoich wartościach. Taki outsider po czterdziestce. Przesiadujący w barach z bluesem na żywo i możliwością palenia przy barze. 

Muniek zawsze lubił nagrywać płyty eklektyczne muzycznie. Ta jest nad wyraz spójna i wyrównana. Jest poukładaną opowieścią, czerpiącą rytm i harmonię z Ameryki. Z czarnego bluesa i z country. Opowieścią dla dojrzałych chłopców, których życie jest czarnym bluesem.

Pidżama Porno – Sprzedawca jutra

sprzedawca-jutra-b-iext55264309.jpg

Bardzo długo i niecierpliwie czekałem na tę płytę. Od poprzedniej Pidżamy Porno minęło piętnaście lat. W 2004  kończyłem studia, a ich muzyka towarzyszyła mi od początków liceum. Na „Sprzedawcę jutra” wyczekiwałem więc z pewnym takim niepokojem, jak człowiek około czterdziestki odbierze swoich młodzieżowych bohaterów.

Słucham tego albumu od dnia premiery i za każdym razem mam mieszane uczucia. Te pozytywne to przede wszystkim muzyka. Jak większość fanów Pidżamy, tęsknię co prawda za trochę większą zadziornością i pankowym tempem, ale nie zmienia to faktu, że każda z tych kompozycji bardzo się podoba i przypomina jako żywo melodiami i nastrojem „Złodziei zapalniczek” i „Marchef w butonierce”. Dzisiaj jest to wszystko zagrane dokładniej, z większą precyzją i finezją, ale jest to zdecydowanie punk rock rodem z lat 90-tych ubiegłego wieku. To bardzo cieszy.

Cieszy mnie też to, że Grabaż przez cały czas pozostaje wielkim poetą rock’n’rolla. Co tam rock’n’rolla – te teksty można czytać na papierze jak wiersze. I mamy bez kitu do czynienia z poezją najwyższej próby, z niepowtarzalnymi Grabażowymi figlami językowymi, jak „molestować molekułę”, zainspirowanym Grechutą „niekukizowaniem”, „za mendą menda, mendzą”. Krzysztof Grabowski to mistrz mowy polskiej i nie ma co do tego wątpliwości.

Mam jeszcze mniejsze wątpliwości co do tego, że Grabaż pisze w tej chwili najpiękniejsze teksty o miłości. Zawsze wolałem ten nurt jego twórczości. Kiedy pisze o miłości, wznosi się na absolutne wyżyny. Dlatego na „Sprzedawcy jutra” najbardziej podobają mi się kawałki o dziewczętach. W wesołej „Tototnieta” są wersy genialne. 

Tam każda gwiazda nad głową jej gwiżdże
Lawendy roznosi się woń
Gdy śliwowica dewastuje jej bryłę
Kostką lodu chłodzę jej skroń

a za chwilę

Ona niczym nie przejmuje się
Kiedy robi to z inną dziewczyną wie
Że czasem lubię się na nie popatrzeć
Nieśmiało przytulić się doń
Każdej na brzuchu położyć truskawki
Zdmuchnąć płomień tysięcy słońc

W drugiej mojej ulubionej na płycie piosence pod tytułem „Mokry od twoich łez” już sam tytuł jest przepiękną metaforą. Ta z kolei opowiada o rozstaniu, gdzie jedna ze stron „ulatnia się jak gaz w podłodze”, a gdy „mijają się na drodze, śmierć spotyka śmierć”.

Dlaczego więc mam mieszane uczucia? Dlatego, że tytułowy „Sprzedawca jutra”, w którego wciela się Grabaż, przyjął na siebie rolę wizjonera, roztaczającego polityczną wizję kraju toczącego się w obłęd krwawej wojny domowej. „Przyszłość jest okrutna”, „palce tkwią na spustach”, „na kawałki się rozpada świat”. Kto do tego doprowadzi? Ci, co „na swoich stopach noszą tylko buty prawe”. A to wszystko przez te „kukizujące mendy”. Smutna jest ta wizja w której „my są od Kaina, a oni od Abla”.

Z mroczną, krwawą wizją polityczną można się zgodzić lub nie. Mam jednak – być może mylne – wrażenie, że Grabaż opowiada się jednoznacznie po jednaj stronie politycznego sporu w Polsce. I właśnie za tym radykalnie antysystemowym Grabażem, który „między czarnym i czerwonym” nie mógł czuć się dobrze, trochę tęsknię. Dotarliśmy w kraju do takiego punktu, w którym nie da się już być tymi outsiderami, którzy „zostają obok”.

Szkoda, że na tym albumie jest tak dużo o politykach, a tak mało o dziewczętach. A o poznańskich to nie ma w ogóle nic!

Remigiusz Mróz – Zaginięcie

25781338._UY855_SS855_

To już osiemdziesiąta dziewiąta książka Remigiusza Mroza, po którą sięgnąłem. Zrobiłem to, ponieważ poleca ją Anna Mucha.To nie jest najlepsza powieść Mroza, ale mimo to zacząwszy ją o siedemnastej w czwartek, skończyłem o czwartej rano w piątek.

Nie wiem, dlaczego tak się stało. Niewątpliwie po części dlatego, że akcja dzieje się na Jacwiecczyźnie (Augustów, Suwałki, Suchowola), Podlasiu (Białystok) i ch..j wie gdzie jeszcze (Mońki).

Bez wątpienia najsmakowitszym dla mnie jako białostoczanina wątkiem było odgrywające się w tutejszym hotelu Gołębiewski rozdziewiczenie dwudziestokilkuletniego bohatera przez niespełna czterdziestoletnią bohaterkę, poprzedzone wspólnym pluskaniem się w pełnym grzyba z rodzaju candidia (sprawdzone info) tamtejszym jaccuzzi.