Vladimír Balko”Spokój w duszy”

Ten film to tak, jakby Marek Hłasko spotkał się z Andrzejem Stasiukiem gdzieś w Uličské Krivé. Byłem tam wiele lat temu. Zbłądziłem w Słowacji.; Słowacja jest to tak małe państwo, że ciężko się w nim zgubić. Ale jak już się zgubiłem w drodze do słowackich winnic Tokaju, trafiłem na zagubione w górach wioski takie jak Uličské Krivé. Pozbawione asfaltu. Za to spowite całorocznym, wszechobecnym kurzem. Kurzem wszechobecnym jak cygańskie dzieci, oblegające każde obce auto, które odważy się zwolnić to tempa biegu.

Nie widziałem ludzi piorących bieliznę w górskich potokach, ale widziałem niekończące się sznury z praniem zawieszone na palikach wbitych prowizorycznie w suchą, piaskową glebę. Widziałem sfory psów wałęsających się od domostwa do domostwa, dla których najbardziej przekonującym argumentem był kopniak w środek brzucha. Widziałem spalonych słońcem mężczyzn w białych koszulach siedzących na pobielonych wapnem kamieniach, popijających palinkę, jeszcze bardziej rozgrzewających się alkoholem w trzydziestostopniowym upale.

To prosta, męska opowieść o mężczyźnie, który wraca do takiego Uličské Krivé po kilku latach odsiadki za kradzież złomu. Niesłusznie wrobiony, oskarżony i skazany, wraca do gęstej jak syrop od niechęci wioski. Wraca do kobiety, która urodziła mu dziecko z innym facetem. Do przyjaciela, który go wcześniej oszukał. Do ludzi, którzy z potrzeby świętego spokoju nie chcą dotykać jego nieczystej ręki.

W takiej gęstej atmosferze małej wioski w samym środku Europy zło objawia się najwyraźniej i najboleśniej. Jest to zło codzienne, ludzkie, zwyczajne. Takie, które wyrządzamy wiele razy w ciągu dnia, nawet sobie nie zdając z tego sprawy, dopóki jesteśmy nieświadomymi agresorami, a nie mimowolnymi, niewinnymi ofiarami.

Bohater na zło otaczających go ludzi reaguje hardością, oschłością i emocjonalną próżnią. To jedyna godna mężczyzny reakcja na świat, który go oszukał i który nie chce podać mu ręki. Ostateczna decyzja Tono, zamykająca tę piękną opowieść, jest  również najbardziej męska z męskich.

Reklamy

Kuba Wojewódzki „Nieautoryzowana autobiografia”

wojewódzki

Przy całym swoim narcyzmie, pajacowatości i egocentryzmie, Kuba Wojewódzki to jedna z najbardziej inteligentnych i samoświadomych postaci polskiego szołbiznesu. Postać, która z premedytacją, cierpliwością i uporem stworzyła samą siebie, i która, będąc dziennikarzem Kubą Wojewódzkim postanowiła zarabiać pieniądze i tworzyć fejm jako postać „Kuba Wojewódzki”.

Kuba to nie fejk gwiazda typu Sławomira ani nie uzewnętrzniający bebechy swojej prywatności Czesław Śpiewa. Wojewódzki znalazł w tym zdrowy kompromis i o tym jest ta książka. O tym, jak być gwiazdą nie przestając być sobą. Sam napisał w tej książce, że „chce być jednoosobową subkulturą”

Nie rozumiem ludzi, którzy nienawidzą Wojewódzkiego, a przecież w Polsce jest takich ludzi znakomita większość. Cenię w nim wielką erudycję muzyczną, książkową i filmową. To, że swoją pozycję i majątek zbudował bez dawania dupy, z szacunkiem traktując własną osobę. To, że mimo nikczemnej powierzchowności i sędziwego wieku jest w pierwszej dziesiątce najbardziej pożądanych mężczyzn w tym kraju. To, że ma jasno określony, wyrazisty światopogląd, który jest dość odległy od mojego, co nie przeszkadza mi w szacunku, jeśli wyrażany jest on przez Wojewódzkiego w tak odważny i dowcipny sposób. Cenię również dystans do samego siebie – coś, czego w Polsce już się nie spotyka. Cenię w końcu jego bystrość i wybitne poczucie humoru, którego poziom – mam wrażenie – jest celowo przez Kubę zaniżane w jego programach telewizyjnych do poziomu przeciętego polskiego widza.

W swojej autobiografii Wojewódzki jedzie po wszystkich równo, począwszy od swoich dziadków, rodziców i innych członków rodziny, przez współpracowników, byłe partnerki, gwiazdy i gwiazdki polskich scen, na własnej osobie kończąc. Nie jest to na pewno książka przemyślana, wycyzelowana ani dopieszczona. Jest to raczej dość chaotyczny zbiór wspomnień i anegdot z okresu dzieciństwa i dojrzewania, a potem wartkiej kariery. Jest to dość brutalny rejestr kolejnych partnerek seksualnych autora. Jest w tej biografii nieco uciążliwe przywoływanie co chwila wtrętów z wywiadów Wojewódzkiego prowadzonych w jego programie. Jest to lektura czasami dość ciężka z powodu samouwielbienia autora.

Mimo to, czyta się to świetnie, bo Wojewódzki – przy wielu swoich wadach – jest niesamowicie inteligentny, zaskakująco refleksyjny wobec siebie i swojego życia i sypie co drugi akapit nie tylko plotami i złośliwościami, ale często tylko na pozór prostackimi refleksjami, bon-motami i mądrościami życiowymi. 

Jest też u Wojewódzkiego zręczność literacka, o którą wcześniej go nie podejrzewałem. Szczególnie w pierwszej części tej opowieści o życiu, kiedy barwnie opowiada o swoim dzieciństwie i dojrzewaniu. Jak choćby w tym, jednym z moich ulubionych fragmentów o koledze z sąsiedztwa. W każdym zdaniu złośliwy, celny, obrazowy, roastowy żart:

„Był też Wiesio. Chłopiec o twarzy nietypowej, bo oczy miał rozstawione tak daleko, że wyglądało to, jakby się ze sobą pokłóciły. Miał tak nieokreśloną stylistykę twarzy, że gdyby go położyć w oknie życia, to nikt by go stamtąd nie zabrał. Matka Wiesia zawodowo zajmowała się tym, że grała w totka, i zawsze wiedzieliśmy, kiedy trafiała trójkę. Wiesio miał wtedy na twarzy szarość typową dla człowieka śpiącego na klatce schodowej bez pidżamy”.

Mizoginia przelewająca się przez karty tej książki miesza się z uwielbieniem kobiet nie tylko jako obiektów seksualnej męskiej chuci, ale również źródeł inspiracji i chęci walki, wygrywania i zdobywania. Wojewódzki ma rzadką odwagę, by mówić z otwartą przyłbicą, że głównym motywem, dla którego działają mężczyźni i kobiety, jest seks. Mówi otwarcie, że zdobywanie kobiet jest sensem jego życia. To, co jego wrogowie używają jako pretekst do ataku, on używa jako powodu do dumy z własnych osiągnięć.

Cieszę się, że są jeszcze osoby, które potrafią opowiadać o sobie szczerze, złośliwie i z dystansem. Które mogą sobie pozwolić na szczerość w opowiadaniu o innych i dla których nie ma świętości, a we wszystkim można znaleźć powód do śmiechu. Bo, jak powiedział przywoływany w książce Randle Patrick McMurphy, „Człowiek traci grunt pod nogami, kiedy traci ochotę do śmiechu”.

Hans Rosling „Factfulness – dlaczego świat jest lepszy, niż myślimy, czyli jak stereotypy zastąpić realną wiedzą”

factfulness-b-iext53155452

Hans Rosling to nieżyjący już niestety szwedzki profesor medycyny, który z rozbrajającą szczerością postanowił w tej książce udowodnić, że ludzkość i świat w ogóle zmierzają w całkiem dobrym kierunku, a nasz pesymizm wynika z kilku błędów poznawczych, które uparcie popełniamy myśląc o przyszłości. 

I w zasadzie mu się to udało. Świat zmierza w dobrym kierunku, a my – niezależnie od wykształcenia, pozycji społecznej, narodowości – myśląc inaczej – jesteśmy głupsi od małp.

Jaka jest obecnie średnia długość życia w skali świata? (70 lat). Ile procent dzieci w skali świata poddaje się obecnie szczepieniom? (80%). Jaki procent ludzi na świecie ma jakiś dostęp do elektryczności? (80%).

Te i podobne pytania zadawał Rosling przez wiele lat ludziom na całym świecie. Były one skonstruowane w formie prostego testu wyboru z trzema możliwymi odpowiedziami. Okazało się, że ludzie interesują się sprawami zdrowia, jakości życia, środowiska, przyszłości, jednak w znakomitej większości posiadają fałszywe przekonania na ten temat. Odpowiadają więc w tych testach gorzej, niż odpowiadałyby małpy wybierając losowe odpowiedzi. Tyczy się to nie tylko zwykłych, szarych ludzi, ale również potężnych finansjerów, strategów globalnych, liderów opinii. Zajmują się oni czymś, o czym nie mają pojęcia, a kieruje nimi dziesięć zwodniczych instynktów.

Niektóre wynikają z błędów poznawczych, fałszujących ocenę prawdopodobieństwa, wyolbrzymiania zjawisk. Inne wynikają z braku umiejętności interpretacji danych statystycznych (np. uproszczona interpretacja średniej arytmetycznej, która nie pozwala dostrzec skrajności) i wykresów, którymi często częstują nas media.

Inne wynikają natury ludzkiej, która woli skupiać się na złych wiadomościach docierających z zewnątrz, na czym swoją popularność budują media. Na tym, że bardziej interesują nas rewolucje, niż zmiany postępujące stopniowo. Szukamy na siłę jednostkowego „winowajcy” złych zjawisk i zdarzeń, gdy najczęściej wynikają one z nieszczęśliwego splotu wielu niezależnych od siebie czynników, a także niepotrzebne poddawanie się emocjom, a nie faktom.

Ruchy antyszczepionkowe, „chemofobia” (wszystko to, co „chemiczne”, jest niezdrowe), przekonanie, że liczba dzieci w rodzinie zależy od religii (jest to kompletna bzdura), stereotyp, że w krajach katolickich używa się mniej środków antykoncepcyjnych, niż  gdzie indziej (58% wśród katolików – 60% na świecie), to, że autorytarni liderzy hamują rozwój społeczny i gospodarczy (nie ma na to dowodów), a także to, że dwutlenek węgla jest głównym czynnikiem globalnego ocieplenia).

Wszystkie wymienione przeze mnie wyżej poglądy są powielane niejednokrotnie przez światłych, wykształconych ludzi. Rosling, z pozycji niepoprawnego optymisty, pokazuje, że są one fałszywe i tłumaczy, dlaczego tak bardzo się mylimy.

Dr Richard Shepherd „Niewyjaśnione okoliczności”

shepherd

„Zachowałem się uczciwie. Na tym polega mój zawód: na uczciwości”

Przyznam, że miałem mieszane uczucia podczas czytania tej książki. Zachęciła mnie obietnica zapoznania się z detalami pracy doświadczonego patologa sądowego, który rozciął skalpelem setki, jeśli nie tysiące ludzkich ciał, a w każdym z tych ciał kryła się tajemnica. Każde ciało umarłe w niewyjaśnionych okolicznościach i poddane badaniu post mortem jest przecież żywym kryminałem, gdzie każdy jest podejrzany i którego rozwiązanie może okazać się najmniej oczywiste…

Dr Richards Shepherd w taki sposób opisuje swoją pracę, co potęguje apetyt na lekturę, ale prawdziwym celem tej książki nie jest przekonanie czytelnika, jak fascynującym zawodem jest praca patologa sądowego. Wręcz przeciwnie – książka ta jest bardziej przestrogą, jak fascynacja niepopularnym zajęciem, traktowania przez autora misja, sens życia, osobistą służbę dla społeczeństwa, może stać się traumą, przekleństwem, czynnikiem niszczącym człowieka i jego otoczenie.

Bo „Niewyjaśnione okoliczności” nie są zwykłym zbiorem historii, anegdotek, krwistych szczegółów, bezpośrednią transmisją z sekcji zwłok. Są zamiast tego jednym z elementów terapii Dr. Shepherda, próbą przezwyciężenia Zespołu Stresu Pourazowego, którego doktor doświadczył na pewnym etapie swojej kariery. A właściwie doświadczał go przez całe lata.

Spodziewając się, że rozpruwanie i grzebanie przez całe życie w tysiącach ludzkich zwłok, ofiar gwałtów, pożarów, katastrof, seryjnych mordów, a szczególnie ofiar dzieciobójstwa, musi sprawić, że psychika doświadczonego patologa będzie wydrenowana i wykończona. Shepherd jednak zdaje się przekonywać na każdej stronie tej autobiografii zawodowej, że to właśnie w kostnicy, przy stole sekcyjnym, czuje się najlepiej, najpewniej, że tylko tam jest najbardziej spełniony. Równie dużo uwagi poświęca sprawom swojej rodziny, relacjom ze współpracownikami, a także rozprawom sądowym, na których musi toczyć żenujące potyczki słowne, wysłuchiwać prawniczego slangu i zmagać się z kolejnymi podchodami stron sądowych konfliktów.

Nie pamiętam, w jakim kontekście, ale filozof Sartre napisać kiedyś, że „piekło to inni”. Jestem pewny, że właśnie o tym jest ta na pierwszy rzut oka lekka, łatwa i przyjemna książka. Dziesiątki lat obcowania z martwymi ofiarami największych bestialstw i okrucieństw, zamordowanymi dziećmi, ofiarami męczeńskich, długotrwałych śmierci nie są w stanie sprawić takiego spustoszenia w psychice, emocjach i wrażliwości, jak obcowanie z żywą, ludzką podłością, nieszczerością, brakiem przyzwoitości i szacunku dla innych.

Paweł Pawlikowski „Zimna wojna”

zimnawojna

Uważam, że „Zimna Wojna” zasługuje na Oskara, ale uważam, że Oskara „Zimna wojna” nie dostanie. Nie dostanie dlatego, że jest to film zbyt konserwatywny, zbyt osadzony w klasycznych filmowych schematach i kliszach i przez to zbyt przewidywalny, co dla jednych jest wspaniałe, a innych mierzi.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że niczym widza nie zaskakuje poza genialną scenografią, poza wielkimi rolami Joanny Kulig i Tomasza Kota, poza świetną muzyką i pracą kamery. Ot, klasyczny filmowy romans, skuteczny wyciskacz łez, opowieść o dwojgu zakochanych – pojebanej kobiecie i cierpliwym mężczyźnie albo cierpliwej kobiecie i pojebanym mężczyźnie.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że jest jak tocatta i fuga d-mol Bacha wykonana tak, że lepiej już nie można. Znamy każdy kolejny przejrzysty i doskonale zagrany dźwięk, spodziewamy się kolejnego, wiemy, jak się skończy melodia. Jedni z tego powodu płaczą ze wzruszenia, a inni ziewają z nudów.

PS. Joanna Kulig jest w tym filmie tym wszystkim, czego oczekuję od genialnej aktorki. Jest jednocześnie piękna i brzydka, młoda i stara, interesująca i nudna, seksowna i odpychająca. Są teraz tylko dwie takie aktorki na świecie. Joanna Kulig i Scarlett Johansson. Kocham je obie taką samą miłością.

Codziennik trzydziesty drugi – Zimna Wojna

20190222_232141.jpg

Obejrzałem w końcu „Zimną Wojnę” Pawła Pawlikowskiego, leżąc przez półtorej godziny na twardej podłodze i ćwicząc kręgosłup, który ostatnio poważnie nawala od tych wszystkich stresów. Seans dostarczył wielu wzruszeń, ćwiczenia pomogły moim starym kościom.

Uważam, że „Zimna Wojna” zasługuje na Oskara, ale uważam, że Oskara „Zimna wojna” nie dostanie. Nie dostanie dlatego, że jest to film zbyt konserwatywny, zbyt osadzony w klasycznych filmowych schematach i kliszach i przez to zbyt przewidywalny, co dla jednych jest wspaniałe, a innych mierzi.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że niczym widza nie zaskakuje poza genialną scenografią, poza wielkimi rolami Joanny Kulig i Tomasza Kota, poza świetną muzyką i pracą kamery. Ot, klasyczny filmowy romans, skuteczny wyciskacz łez, opowieść o dwojgu zakochanych – pojebanej kobiecie i cierpliwym mężczyźnie albo cierpliwej kobiecie i pojebanym mężczyźnie.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że jest jak tocatta i fuga d-mol Bacha wykonana tak, że lepiej już nie można. Znamy każdy kolejny przejrzysty i doskonale zagrany dźwięk, spodziewamy się kolejnego, wiemy, jak się skończy melodia. Jedni z tego powodu płaczą ze wzruszenia, a inni ziewają z nudów.

PS. Joanna Kulig jest w tym filmie tym wszystkim, czego oczekuję od genialnej aktorki. Jest jednocześnie piękna i brzydka, młoda i stara, interesująca i nudna, seksowna i odpychająca. Są teraz tylko dwie takie aktorki na świecie. Joanna Kulig i Scarlett Johansson. Kocham je obie taką samą miłością.

Armando Iannucci „Śmierć Stalina”

śmierć stalina

Reżyser Armando Iannucci podjął się karkołomnej próby pokazania śmierci największego zbrodniarza wszechczasów w formie rubasznej angielskiej komedii. Wydaje się to  wyzwaniem niewykonalnym, jednak Włoch wyszedł  z tej trudnego zadania z tarczą w garści.

Jest rok 1953. Przenosimy się do ogarniętej terrorem Moskwy.  Codziennie z domów wyciągani są ludzie wpisani do przygotowywanych w tempie taśmowym listach Berii. Tysiące osób ginie codziennie bez śladu, bez procesów, a ich ciała zasypywane są w dołach z palonym wapnem. Wszyscy są podejrzani. Dzieci donoszą na własnych rodziców.

Wtem, nagle, umiera Stalin. Umiera w groteskowych okolicznościach. Nad jego zasikanym ciałem zbierają się najbliżsi towarzysze: Beria, Chruszczow, Mołotow i Malenkov. Każda z tych postaci – bez wyjątku genialnie zagranych – przedstawia głęboką przepaść między nieograniczonym ogromem władzy a osobistą pustką i małostkowością. Ludzie trzymający w rękach życie lub śmierć milionów osób są małymi, przebiegłymi i tchórzliwymi szczurkami kombinującymi, aby jak najwięcej ugrać po śmierci wodza, a przy okazji nie utracić życia.

Dla widza z kraju byłego bloku sowieckiego groteskowość tej walki o schedę po Stalinie może być oburzająca. Stalinizm kojarzymy z okresem mroku, terroru i ciągłego strachu, a stalinowskie czystki to najgorszy bodaj okres w powojennej historii Polski.

Iannucci pokazuje totalitaryzm jako ustrój, w którym nie rządzą wyrafinowani, inteligentni, zimni psychopaci. Stalin i jego otoczenie to według jego pomysłu, grupa mało rozgarniętych, chaotycznych, głupkowatych i strachliwych przygłupów. Przy takim podejściu totalitaryzm sowiecki staje się, paradoksalnie, jeszcze bardziej przerażający. Nie ma w nim jakiejkolwiek ideologii (choćby i najbardziej głupiej z możliwych), nie ma tam żadnej logiki, żadnej politycznej strategii. Śmierć Stalina obnaża banalność i pustkę tego ustroju, a to stawia jego okrucieństwo i zbrodnie w jeszcze bardziej przerażającym świetle.

Wspomniałem już o genialnym aktorstwie praktycznie wszystkich męskich odtwórców głównych ról. Szczególne wyraziste postaci stworzyli Armando Iannucci (Chruszczow) i Simon Beale (Beria). To właśnie ich, ale również pozostałych członków Komitetu Politycznego, dyskusje i sprzeczki toczone nienagannym, wyspiarskim angielskim, dodają atmosferze filmu nie tylko groteskowości, ale też uniwersalizmu.

Sowieccy komisariusze i generałowie ubrani, poruszający się i dyskutujący według europejskich manier to świetny zabieg reżysera udowadniający, że nie jest to film tylko o Stalinie. Nie jest to też film o totalitaryzmie sowieckim ani żadnym innym. Jest to bardzo uniwersalny film o władzy – pokusach z niej wynikających, ale głównie o tym, jak pod pod potężną realną władzą mogą się skrywać mali, żałośni i śmieszni ludzie.