Mikrotyki o przedłużonym działaniu

Bohaterami tej książki są martwe duchy Warszawy, za którą tęsknię. Po raz ostatni odwiedziłem te zjawy na Stadionie Dziesięciolecia. Pojechałem po dzieła wszystkie The Doors na mp3 i po pierwszą kasetę zespołu Partia. To było miejsce i czas schyłku polskiej stolicy. Te upiory i zjawy, bohaterowie warszawskich ulic i kamienic, przesiadujący w drink-barach albo na ławkach w parku Skaryszewskim, popijający najbardziej niedoceniane piwo w Polsce, piwo Królewskie.

Byłem tą książką oczarowany na tyle, że – jak przystało na zacny narkotyk – dawkowałem sobie te opowiadanka niespiesznie, z odpowiednimi odstępami, aby przyjemność trwała jak najdłużej. I trwała, tak jakby Marek Nowakowski przychodził do mnie raz na tydzień i raczył mnie osobiście jedną opowiastką o jakimś warszawskim duchu.

Teraz przeczytałem te opowiadania jeszcze raz. Okazały się trochę zbyt poetyckie, zbyt przekombinowane, mniej podobne do Nowakowskiego, niż wcześniej myślałem, ale to pewnie moja wrażliwość się tępi z czasem, a nie jakość tego pisania.

Dla jednego opowiadania dałbym się jednak pociąć. I wtedy, i teraz. To jedno z ostatnich w książce wspomnień o kolonijnych dyskotekach w końcu lat osiemdziesiątych. Wszystko, co tam napisał pan Sołtys jest takie, jak ja to pamiętam. Są dwie tak epickie opowieści o dyskotekach. Pierwszą napisał Leonard Cohen i nazywa się „Memories”. Drugą napisał Paweł Sołtys.

Tu „Wspomnienia” w świetnym przekładzie Macieja Zembatego, w wykonaniu tłumacza i Johna Portera.

Piotr C – „Gwiazdor”

Mimo, że na Good Reads tę powieść oceniono na ok. 2,5 w skali 1-5, w moim odczuciu „Gwiazdor” to najlepsza książka serii Piotra C. opowiadającej o życiu warszawskich korpo-szczurów. Może dlatego, że bohater nie jest już hedonistycznym trzydziestolatkiem, pławiącym się w rozpuście, rozwiązłości, alkoholu i narkotykach. Teraz bohater jest czterdziestolatkiem, z przeszłością taką, jak opisałem, ale jednocześnie znacznie bardziej dojrzałym, odpowiedzialnym i empatycznym. Dość powiedzieć, że narrator nie przeżywa na stronach ani jednego stosunku seksualnego, choć oczywiście – jak to u Piotra C., kobiety stanowią główny temat i oś fabuły. Nie braknie tak kochanej przeze mnie u tego pisarza autoironii, mizogini i pogardy dla politycznej poprawności. „Gwiazdor” to dużo mądrzejsza, a jednocześnie tak samo zabawna jak poprzednie część tej niesłusznie niedocenianej mimo wszystko sagi.

Remigiusz Mróz – Lot 202

Jak sam autor przyznał, tę liczącą ponad 400 stron książkę Remigiusz Mróz pisał przez dwa tygodnie listopada 1993 roku. Trafiła do szuflady na ponad 15 lat. Remigiusz Mróz nie jest grafomanem. Choć tempo, w jakim produkuje (bo chyba nie tworzy) nowe historie jest oszałamiające, to nie traci na tym jakość, mimo oczywistych, wynikających z tej szybkości, potknięć.

W „Locie 202” na tych 400 stronach mamy opowiadanie z jednego dnia, w którym grupa terrorystów porywa samolot z premierem Polski na pokładzie. Lubię tę wyobraźnie: premierem Polski jest facet na wózku inwalidzkim, który uwielbia latać samolotami rejsowymi w klasie ekonomicznej, a jego żona jest prezydentem RP. I jak zwykle, doceniam ten szczegół, bohaterowie jeżdżą po prawdziwych ulicach Opola i Warszawy, a szczegóły dotyczące samolotów wymagały solidnego riserczu. Mamy też dużo naturalizmu i brutalności, których brak w późniejszych wyrobach Remigiusza Mroza.

Polecam.

Tatuażysta z Auschwitz banalizuje cierpienie

Tatuażysta Auschwitz przez dziesięciolecia skrywał mroczną ...

Czy można napisać Harlequina którego akcja się w obozie koncentracyjnym? Wszystko można, ale to akurat wyjdzie zawsze bardzo słabo. Będzie to jak opowiadanie przedszkolakom o Józefie Fritzlu. Książka „Tatuażysta z Auschwitz” jest pierwszą od czasów liceum książką o holokauście, którą przeczytałem. Mierziło mnie bardzo to, że dzieciakom w szkole każe się czytać tyle lektur o wojnie, która już w moich czasach licealnych była czymś kompletnie abstrakcyjnym.

„Tatuażysta” jest tkliwą i naiwną opowieścią zmierzoną na współczesnego czytelnika. Takiego, co o wojnie wie niewiele i tak naprawdę niewiele chce wiedzieć. Od jakiejś tam choćby ułamkowej prawdy woli tkliwą opowiastkę o kochankach, którzy tylko dla celów politycznej poprawności prowadzą swój romans za w zasadzie tylko ilustracyjnymi płotami obozu koncentracyjnego.

Szkoda, że jest tak wiele osób gotowych na przykre poddawanie się masakrycznemu kiczowi tej książki. Od wielu miesięcy książka jest wśród najlepiej sprzedających się w Empiku. Strach pomyśleć, że część z jej czytelników uwierzy w to, że obóz koncentracyjny wygląda w tak hollywoodzkim stylu i że dzieją się tam rzeczy, których nie powstydziłaby się niejedna opera mydlana.

Skutki tego typu pisania, pisania – dodajmy – ułomnego również stylistycznie, mogą być opłakane. Hanna Arendt użyła kiedyś sformułowania „banalność zła” na określenie źródeł totalitaryzmów w braku myślenia, naiwności, czy zwykłej głupocie wykonawców zbrodniczych ideologii. W tej książce mamy piewców ideologii holokaustu, wykazujących te same cechy, co ludzie, którzy mordowali miliony ludzi. Dlatego jest ona nie tylko bezdennie głupia, ale i groźna.

Codziennik 160 – Psy 3

CUYk9kpTURBXy85MjljNGRlMTRiMmVkNmM3MGQ2OTE1Y2VmYmY2M2VhNC5qcGeSlQMyAM0DIM0BwpUCzQOdAMPDgqEwAaExAQ

Wiem, za co nie można skrytykować tego filmu. Muzyka i dźwięk są w tym filmie tak dobre, że można by tego słuchać bez patrzenia. I w ogóle fajnie, że Pasikowski nakręcił ten film w klimacie lat 90., bez oglądania się na mody. Przepiękna i genialna jest ta naturszczykowa aktorka bez nazwiska, piękne są elementy obyczajowe, bo sama intryga kryminalna jest raczej chuja warta. Jestem tym filmem oczarowany.