Liście

„Klon ma złote liście,
świecą się ogniście.
Jesion zaś brązowe,
zgubił ich połowę.

Dęby się czerwienią,
Pół na pół z zielenią.
Olcha żółto-siwa,
Wiatr jej liście zrywa.

Miesza je z innymi,
pędzi het, po ziemi.
Z najładniejszych liści
cały świat oczyści.”

Władysław Broniewski „Liście”

Reklamy

Chausseestraße 126

Założony pod koniec XVIII wieku Der Friedhof der Dorotheenstädtischen (cmentarz św. Doroty) w samym centrum Berlina należy do największych atrakcji tego miasta. Każdy berlińczyk albo zwykły turysta może tam poczuć fizyczną bliskość ze szczątkami największych postaci niemieckiej cywilizacji. Bo nawet dla kogoś, kto – tak jak ja – użądlenie Heglowskie – spowodować by mogło wyłącznie wysypkę albo rumień, te kilka minut przy grobie wielkiego dialektyka powoduje emocje szczególnego rodzaju. Stoję przy grobie człowieka, którego myśl wywarła bodaj najbardziej zgubne skutki dla ludzi XX wieku. Hegel zmarł podczas epidemii cholery w 1831 roku.

Symboliczną kontrą dla spotkania z Heglem przy Chausseestraße numer 126, jest wizyta przy skromnym, bo ograniczonym do niewielkiego kamienia, nagrobku Bertolda Brechta. Ich groby dzieli kilkadziesiąt metrów. To paradoks, że konserwatywna filozofia Hegla stała się natchnieniem tysięcy rewolucjonistów pragnących spalić świat. Bertold Brecht chciał być buntownikiem, zaczytywał się Marksem i nienawidził mieszczaństwa, a to, co po nim zostało, to kilka dramatów, których nikt teraz nie czyta, poza niektórymi wstrętnymi mieszczanami. Robotnicy, dla których pisał swoje dramaty, mieli go w dupie.  Bertold Brecht zmarł  na atak serca mniej więcej w czasie, kiedy rodzili się moi rodzice. Przed śmiercią poprosił, aby po zgonie w jego sercu umieścić sztylet, a ciało zamknąć w stalowej trumnie, aby nie dostały się do niego robaki.

SONY DSC

 

Alter ego Bukowskiego

Wróciłem do czytania Bukowskiego z bardzo błahego powodu: zrobiło mi się głupio, gdy zdałem sobie sprawę, że wybitnie młodsze i mniej ode mnie zdegenerowane życiem dziewczęta, z którymi prowadziłem niezobowiązujące, lekkie rozmowy o niczym, te dziewczęta, co do których mam pewność bodaj co do wszystkiego, znajdują upodobanie w pięćdziesięcioletnim, zmęczonym życiem, zgorzkniałym i cynicznym Hanku Chinaskim.

Nie będę ukrywał, że upodobanie dziewczyn do epatującej seksem i wulgarnością prozy Bukowskiego jest moim zdaniem emanacją niebezpośrednio wyrażanych, ukrytych pragnień i fantazji czytelniczek. Nie jest to przecież żadne odkrycie. Hank Moody z „Californication” to nie kto inny, jak nieco ulepszona, wygładzona, ocieplona wersja Chinaskiego, a – idąc dalej – wreszcie samego Bukowskiego.

W naszej kulturze od kobiet wymaga się większej powściągliwości i subtelności w wyrażaniu uczuć. Na całe szczęście, przyroda wyposażyła panie – i tutaj mężczyźni są produktem niższej jakości – w szereg zdolności manipulowania zachowaniami inych, wywierania wpływu i, wreszcie, osiągania celów. Kobiety są wytrwałe, uparte i bardzo konsekwentne.

Dlaczego o tym piszę? U Bukowskiego mężczyzna próbuje okazywać czułość, ale jedyne, co mu wychodzi to szklanka szkockiej z lodem. I tenże mężczyzna się tego wstydzi. Swoje katastrofy z kobietami albo mitologizuje, albo sięga po następną kolejkę. Mężczyzna u Bukowskiego wie, że jest słaby i wie, że tylko jedna kobieta na świecie może mu pomóc stanąć na nogi.

Kobiety, również te najmądrzejsze i najpiękniejsze na świecie, są, mimo naturalizmu stylu tej prozy, przez Bukowskiego i jego autoportret traktowane z religijnym poświęceniem. Rezultat też jest mocno religijny, jak w wierszu Świetlickiego o tym, że „mówi się kocham, bo chce się odzewu”. Mężczyzna może zrezygnować z tych wszystkich krótkotrwałych wzmocnień, tych buzi, wspólnych wycieczek, spacerów, obiad i kolacji, jeśli ma przed sobą cel najistotniejszy. Dla kobiety, która czuje, że tym celem jest ona, może być to bardzo trudne,dlatego decydują się na to albo te bezdennie głupie i brzydkie, albo te najmądrzejsze i najpiękniejsze na świecie. Spotkałem każdą z nich, a potem długo myślałem, co kieruje nimi w ich decyzjach, motywach i celach.

Przeczytałem Bukowskiego i wiem, że jest to zagadka nierozwiązana, bo one same tego nie wiedzą. Często pytają mnie o to, dlaczego tak postąpiły, a ja ich wtedy zawsze proszę o dziesięć dni dla domysłu. A potem nie odbieram telefonu.

Długo się waha, aż w końcu decyduje się znowu sięgnąć po Dygata

I przypomina sobie największe przyjęcie na parterze trzypiętrowego domu w dzielnicy starców, gdy zgromadzeni mężczyźni i kobiety dyskutowali o tej powieści, która jest o pożegnaniach, którą czytał po raz pierwszy w pociągu linii Suwałki-Wrocław, którejś z najzimniejszych zim tego jeszcze niedojrzałego stulecia. Wtedy na tej linii był wagon Warsu, w którym po zamówieniu jajecznicy i żurku mógł siedzieć godzinami, tylko w Łodzi Kaliskiej trzeba było się przesiąść na miejsce na przeciwko, bo pociąg zmieniał tam bieg. Kiedyś siedzący przed nim starszy facet zasnął, a jak się obudził, to myślał, że dojechali już do Wrocławia i wracają, więc wyskoczył w panice na tę dziką Łódź Kaliską, tam, gdzie kibice ŁKS-u tłuką Widzewiaków. Czasami jeździł z przesiadką, wtedy trzeba było wysiąść na Łodzi Głównej i przejść Piotrkowską i Mickiewicza do Kaliskiej. Pamięta te swoje marsze z czarnym plecakiem na stelażu z jednego dworca do drugiego, ale nie pamięta, w jakim celu tam jeździł.

Jasne, że pamięta. Jeździł do swojej dziewczyny, ale tak naprawdę po to, aby pożegnać się na kilkanaście godzin z własnym domem, żeby patrząc na zimny krajobraz za oknem trzymać jedną rękę przy metalowym grzejniku, drugą ręką przewracać kartki książki i patrzeć na przepływające za oknem pociągu życie. Aby czytać książki i zapamiętywać przypadkowe zdania, które potem ujawniały się ze swoją aktualnością w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Tak jak to zdanie z któregoś opowiadania Hłaski o tym, że (przytacza z pamięci) jak się ma dwadzieścia lat, to klęska jest zajebistą przygodą, a dziesięć lat później kompletnie nie ma się czym podniecać. Och, kiedy jeszcze pamiętał to zdanie z dokładnością Hłaski, uwielbiał je wypowiadać i wzbudzać zachwyt słuchaczek, choć wtedy jeszcze udawał że jest dychę po dwudziestce.

Zawsze (co za drań!) lubił, choć – przypominam – jeździł do dziewczyny, nawiązywać wzrokowe przymierza z ładnymi dziewczętami, które przypadkowo siadały na przeciwko. Wielogodzinny festiwal ukradkowych spojrzeń, uśmiechów, ale nigdy prosto w twarz, udawania, że jest mądrym i wrażliwym chłopcem. To ostatnie wychodziło mu zawsze najlepiej. A potem, kiedy pociąg mijał zalew i wjeżdżał do tego miasta, po prostu pakował książki, zakładał plecak wychodził nie wiedząc, czy kieruje nim strach, czy pycha. Wiedział, że na dworcu czeka jego dziewczyna.

Wer jetzt allein ist, wird es lange bleiben

Nie ma lekko. Zbliża się czas pustki, ciemności, złych nastrojów i tęsknoty za przeszłością. Tylko bohaterowie i głupcy przeżyliby go z uśmiechem na ustach. Uśmiechem bohaterskim albo głupkowatym. Drżenie, zimne poty, ból i chłód kiedy po raz szósty budzisz się w mokrej i zimnej pościeli, a tabletki na sen, na ból, na nastrój nie działają. Natręctwa przybierają kolosalne rozmiary; od tygodnia siedzą w głowie trzy słowa jednej piosenki. A na komputerze zostały ci już same horrory i psychologiczne dramaty, bo obejrzałeś już wszystkie głupie komedie świata.

Jeśli miewam sny, to tylko przyjemne, jakby umysł w tej przestrzeni wzglednej nieświadomości próbował wysysać z mózgu ostatnie miligramy endorfin. Śnię o przyszłości, o tym, co mogłoby się wydarzyć, o czym marzę, bo cały dzień to myślenie o tym, co było. Poczucie własnej wartości, duma i szacunek do siebie nigdy nie były moją najsilniejszą stroną, a teraz zmiejszyły się, a właściwie ich nie ma.

Internetowy ekshibicjonizm jako próba nawiązania kontaktu ze światem, światem w rzeczywistości ograniczonym do 50 metrów kwadratowych pustego mieszkania naszpikowanego śladami przeszłości. Sześć kaw pod rząd, cztery razy prysznic, układanie po raz kolejny ubrań w szafie, żeby tylko czymś zająć głowę, żeby tylko przez chwilę nie myśleć. Pusty, powierzchowny świat internetowych znajomości, który daje chwilowe, nieprwdziwe ukojenie.

Czytanie, ale tylko krótkich form. Wiersze znowu, intelektualna masturbacja. Chodzenie z kąta w kąt. Dziennie dwa, trzy akapity doktoratu w momencie, kiedy napłynie do ciebie jakiś nieco lepszy sygnał, jak wypłynięcie na chwilę na powierzchnię, wykorzystuję te kilkanaście minut na to, co powinienem robić przez cały czas, ale nie dam rady.

Gdzieś na samym dnie stosów nieprzeczytanych książek poukładanych w stosy przy ścianie, dawno nie studiowany Rilke. Otwieram na pierwszej lepszej stronie. Czy zrozumiem ten piękny język? Czy zrozumiem ten stan? Czy sobie z nim poradzę? Czy to się kiedyś zmieni?

(…)

Wer jetzt kein Haus hat, baut sich keines mehr.

Wer jetzt allein ist, wird es lange bleiben,

wird wachen, lesen, lange Briefe schreiben

und wird in den Alleen hin und her

unruhig wandern, wenn Blätte treiben

Czwarta piosenka, czyli o tym, jak pachnie jesień

Książki, które pachną to: „Sklepy cynamonowe” Schultza (książka o zapachu prowincjonalnej ulicy w skwarne południe), dzieła wszystkie Krzysztofa Vargi (pachnące ulicą, dworcami kolejowymi, barami szybkiej obsługi) i „W poszukiwaniu straconego czasu” (zapach, który pamiętam, ale którego nie potrafię opisać). Teraz, w tym momencie, wszystko pachnie tak, jak w książkach, wszystko pachnie wspomnieniami, a jesień to taka pora roku, w której wszystko, co ważne, się dla mnie zaczynało.

Pewien wrzesień, gdy rytm dnia wyznaczało: późne wstawanie w pustym mieszkaniu obskurnego betonowego bloku na Dziesięcinach, podróż autobusem numer dziewiętnaście aż pod Akademię Medyczną, wielogodzinne przesiadywanie na ławce w parku i czytanie wypożyczonej z Książnicy „W poszukiwaniu straconego czasu”, aż zbliżał się wieczór, więc powrót tą samą dziewiętnastką, i siedzenie do trzeciej w nocy przed telewizorem, z „Polityką”, obłożony ze wzszystkich stron papierem, zasypiałem. Żadnych ludzi, żadnych przyjaciół, żadnych rozmów o rzeczach ważnych jak i głupotach, żadnych narkotyków poza cukrem w miodzie.

I tego września był taki słoneczny dzień, pamiętam, że starcy przesiadujący na ławkach przy fontannie machali przed swoimi pomarszczonymi twarzami prasą katolicką, i nic nie zapowiadało, że spadnie deszcz. Kiedy zaczęło padać, a właściwie ściana wody lała się z nieba tak, że trudno było oddychać, ja szedłem tą alejką w stronę budki z lodami włoskimi, gdzie zawsze są kolejki, szedłem powoli nie tylko dlatego, że lubię deszcz, ale dlatego, że zakochałem się w zapachu tej wody, podmywającej asfaltowe ścieżki pokryte kurzem, brudem, syfem kończącego się lata. Zapach czystej, nieskazitelnie przejrzystej wody pomieszanej ze zgnilizną liści i smrodem spalinam.

Zapach końca i początku, zapach rozkładu i narodzin, zapach trupa i nowo narodzonego dziecka.

Szukałem potem długo tego zapachu, tropiłem go niecierpliwie, a gdy zbliżała się jesień, stawałem się jeszcze bardziej czujny. Znalazłem go w tym szczególnym momencie, kiedy pociąg linii Białystok-Warszawa Zachodnia mija już Wołomin, potem w Kobyłce skręca w lewo i jedzie się ostatnią prostą przed Rembertowem wydeptanym przez spacerowiczów lasem, obok poligonu. Wtedy wychodzę na korytarz, otwieram okno i czekam na ten moment, kiedy pociąg dojedzie do ulicy Cyrulików przejeżdżając przez tę ulicę obok ostatniego przystanku linii 505. Wjeżdża się z lasu do miasta. Ten moment jest wyjątkowy, przede wszystkim ze względu na przedziwną miksturę zapachów: lasów, którymi jechałeś przez dwie godziny, miasta, które śmierdzi w absorbujący i uzależniający sposób, a wszystko to łączy woń polskich kolei państwowych, suchy zapach nasypów, przesiąkniętych ludzkim potem siedzeń, zapach toalet, mytych od czasu do czasu środkiem cuchnącym bardziej niż ludzkie ekskrementy. To wszystko łączy się w całość, jest kompletne, niepowtarzalne i nieopisywalne.

Zawsze uważałem, że wszystko, co ma jakąkolwiek niezniszczalną wartość, musi łączyć w sobie to brudne z tym czystym, to piękne z tym obrzydliwym, to prawdziwym z tym fałszywym. Dlatego liście pachną najładniej, kiedy zbliża się ich koniec, płodne kobiety pachną zapachem przyciągającym i drażniącym zarazem, tak samo jak wspaniały jest zapach benzyny, choć innym razem to okropny smród.

I zapach pustego domu, w którym spędziłeś z kimś setki pięknych, a czasami niepięknych chwil, zapach który trzymasz mimo smutku, bo przynosi ciągle dużo szczęścia.

Druga piosenka o jesieni, czyli o tym, jak wchodziłem do Gryfu i usłyszałem U2.

Piątek wieczór. Jesteśmy po zajęciach. Znudzeni tymi studiami, tym miastem, wszystkim. Opodal Uniwersytetu jest park. Gorzka żołądkowa albo krupnik uderza w tętnicę. Bo studia są nudne i łatwe, więc co mamy robić w te październikowe weekendy?

Stać nas na jedno, dwa piwa w knajpie, więc upijamy się na ławkach w parku, pilnując naszych dziewcząt przed bandytami z Młynowej. Dzisiaj będą przymrozki, ale krew pulsuje już bardziej, jest ciepło. Wódka stoi na ławce, a my wokół niej, przestępując z nogi na nogę, zerkając na siebie nawzajem, myślimy o tym, aby ten wieczór tym razem się udał.

Ta chwila ma niespokojny, urywany rytm. Ten wieczór jeszcze się nie skończył. To wszystko wydaje nam się bardzo ważne, choć w gruncie rzeczy jest śmieszne, małe i gówno warte.

A potem schodzimy po schodach do tej knajpy, w której zazwyczaj przepisujemy notatki, rozmawiamy o miłości, klniemy na wrogów, a wieczorami się upijamy. I kiedy otwieramy drzwi, atakuje nas dym papierosów i „With Or Without You”. I szukamy wolnego stolika, którego jak zwykle nie ma, więc przysiadamy się do jakichś beznadziejnych ludzi – smutny kompromis.

Dziewczyny wyłudzają piwo od trzydziestoletnich przedstawicieli handlowych, a my je im to piwo podpijamy. Resztki żołądkowej dolewamy do kufli, kiedy barman nie patrzy. Studentki chcą piwa od pracujących facetów z analfabetyzmem, a od nas chcą rozmowy, bo nie mamy kasy na alkohol, ale ratuje nas to, że czytaliśmy Dostojewskiego i Kunderę.

A jak się już robi późno, knajpa pustoszeje i delikatna perswazja personelu każe nam opuścić to miejsce, wracamy do domu. Jak masz szczęście, to ta twoja ulubiona dziewczyna pozwoli ci się odprowadzić pod blok, a jak nie masz szczęścia, to idziesz godzinę na nogach domu, ale i tak jesteś szczęśliwy.