Sklepy Cynamonowe

Nie lubię wracać do przeczytanych książek. Uważam, że to strata czasu, choć wydaje mi się, że gdybym przeczytał jeszcze raz Mistrza i Małgorzatę, Dolinę Issy albo Malowanego Ptaka, odebrałbym je zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy miałem 14 lat.

Jedną z niewielu rzeczy, do których wracam każdego upalnego lata, takiego jak teraz, są Sklepy Cynamonowe. Jest to proza w niesłychanym zupełnie stopniu przesiąknięta letnimi smakami, zapachami. Nikomu wcześniej ani później nie udało się tak plastycznie oddać sierpniowego skwaru prowincjonalnego miasteczka, jak Brunonowi Schultzowi. Czytam i czuję się, jakbym zanurzał się w zalanym słońcem przydomowym ogrodzie, jakbym smażył się na brukowanej ulicy otoczonej płotach, a przy tych płotach rosną malwy, nieruchomo, bo jest bezwietrznie, sucho, skwarnie, pachnąco trawą i gnijącymi na trawie jabłkami.

Jest to skromna, ale ponadczasowa i wielka literatura.

Tekst o Jerzym Pilchu po lekturze zakurzonej książki, zatytułowany fragmentem utworu grupy Kiev Office o treści „te dwa słowa – Jerzy Pilch”

IMG_20191105_170309 (1)

Podejrzanie rzadko zespoły rockowe dedykują tak dosłownie swoje dzieła pisarzom, jak zrobił to kiedyś absolutnie niedoceniony zespół „Kiev Office” z Pomorza. Sam fakt tego dość nieczęstego obyczaju mieszania się literatury i muzyki jest w sumie interesujący, bo przecież i literatura i muzyka rockowa korzystają z języka, bawią się nim i w ten sposób przedstawiają ten świat czytelnikom i słuchaczom. 

Jerzy Pilch do 1999 roku pisał felietony dla „Tygodnika Powszechnego”. Od kiedy – nie wiadomo – źródła na ten temat milczą, a skoro nikt nie pamięta, od kiedy Jerzy Pilch pisał dla Tygodnika, to znaczy, że wszyscy świadkowie jego początków na Wiślnej 12 już umarli, ówczesne numery Tygodnika spłonęły w jakiejś wojennej pożodze albo archeologowie się do nich jeszcze nie dokopali.

Właśnie gdzieś w odmętach połowy lat dziewięćdziesiątych odkryłem Tygodnik Powszechny i Jerzego Pilcha. Wtedy też, jako czternastoletni synek z Podlasia, wysłałem przez internet list do redakcji, w którym zbeształem nieco ode mnie jednak starszą Józefę Hennelową (rocznik 1924), również Felietonistkę TP za to, że nie podoba się jej nowy design dziennika „Rzeczpospolita”. Po dwóch tygodniach listonosz przyniósł mi list, w którym pani Hennelowa, odręcznym pismem, serdecznie podziękowała za uwagi, i równie serdecznie poinformowała, że pozostaje przy swoim zdaniu. 

Poczułem się wtedy, jakbym złapał Pana Boga za nogi, a że wtedy jeszcze w Boga wierzyłem, uwierzyłem też, że już niebawem, już za kilka lat, dołączę do nobliwego grona felietonistów „Tygodnika Powszechnego”, „Polityki”, a w najgorszym wypadku „Wprost”. Że będę przesiadywał całymi popołudniami i wieczorami w „Zwisie”, oceniał razem z Jurkiem Pilchem przechodzące dziewczęta w skali od 1 do 10, dyskutował o teatrze, o literaturze, palił papierosy i pił żołądkową gorzką.

Nic się z tych planów nie udało, poza dwukrotnym, samotnym pobycie w Zwisie.

A myślę sobie o tym, bo skończyłem zagubiony gdzieś na półce z książkami, zakurzony i smutny z powodu nieprzeczytania przez właściciela zbiór felietonów Pilcha z okresu jego transferu do warszawskiej „Polityki” należącej od zawsze chyba do Jerzego Baczyńskiego. Baczyński na nieznanych nikomu warunkach finansowych (na pewno bajecznych) zdołał wyciągnąć Pilcha ze „Zwisu” do kawalerki przy rondzie ONZ.

Był to największy w owych czasach transfer literacki, o którym rozpisywano się w rozlicznych felietonach tygodniami. Był to transfer, gdyby porównać go z transferami piłkarskimi na miarę teoretycznych, więc nierealnych przenosin Pawła Brożka z Wisły Kraków do Legii Warszawa.

Był to też radykalny eksperyment na ludzkim organizmie. Przenieść Pilcha z Wisły i Krakowa do stolicy to tak, jakby wyjąć rybkę z akwarium i pozostawić przez tydzień na słońcu.

Słowem, to nie mogło się udać.

Opisuje więc ten „synek z Wisły” w swych finezyjnych, starodawnie skonstruowanych, długich felietonach swoje zmagania z Warszawą. Niby coś tam bąka, że mu się w stolicy podoba, ale między wierszami wypływa na powierzchnie ogromne cierpienie i nostalgia za Krakowem.

Oto kolejny cierpiący bohater w literaturze polskiej, powiecie. I tak i nie, bo cierpienie Pilcha nie jest katolickie i polskie. Męki Pilcha są ewangelickie i czeskie. Śmiech przez łzy, albo łzy przez śmiech. Bo nie wiadomo, kiedy felietonista ten płacze, a kiedy się on cieszy.

Dotyczy to wszystkich rozlicznych tematów, o których snuje swój Hrabalowski flow Jerzy Pilch. Porażka Cracovii smakuje tak samo jak zwycięstwo. Słodko-gorzko. Krytycy, pisarze, politycy, dostają po głowach od Pilcha z subtelnością księdza głaszczącego blond włosy pacholątek na rekolekcjach. Z wierzchu wszystko wygląda jak miłość, ale pod tą cieplutką pierzynką czai się ewangelicki młot, uderzający w katolickich innowierców z siłą pioruna. Felietonista – mistrz pióra, nie mający sobie równych wśród pisarzy w inteligencji i poczuciu humoru – cierpi i brutalnie uderza w rzeczywistość z gracją, z dobrotliwym uśmiechem, z czułym spojrzeniem i z uderzającym blaskiem boskiej miłości.

Codziennik dwudziesty piąty – patriotyzm

stasiuk
„To podstawa patriotyzmu: żeby można było wyjechać w każdej chwili i z oddali patrzeć na cień ojczyzny. Jak się wznosi nad krajem i rozpościera niczym atomowy grzyb. Patrzeć na to z oddali i wiedzieć, że tam jest. Że będzie, kiedy wrócisz. Te wszystkie zapachy, zgęstniałe wonie, stężałe wyziewy ziemi i rzeczy od samego dzieciństwa, od narodzin, gdy się pierwszy raz tym zaciągnąłeś. Grochów, Mazowsze i Podlasie. Sztach. Między Małkinią a Bosforem. Przez przełęcz Dujawa w dół, ku śródziemnomorskiemu zlewisku, dalej od lesistego, omszałego, zatęchłego cienia północy. Żeby patrzeć z oddali i sprawdzać, jak daleko sięga. Mój kraj. Mój biedny, opuszczony kraj. Wszystkie kraje są opuszczone, ale mój najbardziej. Jadę na południe, by widzieć to tak wyraziście jak w proroczym śnie. Z Preszowa, z Miszkolca, z Budapesztu, z Belgradu patrzeć, jak na północnym horyzontem podnosi się gigantyczny majak kraju. Niczym Godzilla. W koronie, w płaszczu purpurowym, w złotych butach na obcasie. Im dalej, tym, tym większy i starszy. Przedwieczny kłębiasty stwór. Po to się jedzie jak najdalej. Na koniec kontynentu, na skraj lądu, na brzeg wód, żeby patrzeć jak cię ściga cień. Na Bałkany. Do krainy śmierci, żeby wspominać niewinność ojczyzny, żeby wspominać jej dziewictwo.”

Remigiusz Mróz „Behawiorysta”

505198-352x500

Fajnie mi się czyta książki Remigiusza Mroza. Jest to oczywiście literatura instant z wieloma problemami, które się z tym wiążą („a co mi tam, wstawię ten wątek, dodam nową postać, może mi się potem do czegoś przydadzą”). Są książki, do których pisania autorzy przygotowują się latami . Jak sam autor przyznaje w posłowiu, pomysł na „Behawiorystę” powstał podczas studiów prawniczych, na dwugodzinnych zajęciach z filozofii poświęconych tzw. dylematowi wagonika.

Jest to eksperyment myślowy sprowadzający się zwykle do problemu decyzyjnego, jaka jest różnica między zabiciem kogoś a pozwoleniem, by ktoś umarł? Ale nie tylko. Wyobraź sobie, że jesteś operatorem zwrotnicy, na torach stoi twoje dziecko, a z oddali zbliża się pociąg pełen pasażerów. Masz do wyboru: albo przestawisz zwrotnicę i pociąg z setką pasażerów spadnie w przepaść, albo puścisz pociąg na tor, gdzie stoi twoje dziecko.

W „Behawioryście” Remigiusz Mróz zaaranżował dylemat wagonika do warunków kryminału i do okoliczności świata internetu i telewizji. Dlaczego by nie postawić prawdziwych ludzi przed nie eksperymentalnym, ale realnym wyborem poświęcenia jednego życia, aby uratować życie kogoś innego? Konfiguracji i wariacji na temat tego fascynującego problemu jest tam sporo, a we wszystkim tym poruszają się dwie główne postaci: szalony morderca i tropiący go myśliwy – obaj doskonale zaznajomieni z problemami filozofii, moralności i kinezyki – komunikacji niewerbalnej.

Brzmi to wszystko może trochę za poważnie, bo „Behawiorysta” jest w istocie książką leciutką i przyjemną, choć miejscami zbyt dla dzieci i młodzieży brutalną. Jest też w niej to, co najbardziej u tych wszystkich Mrozów, Miłoszewskich i Chmielarzy lubię najbardziej – przejrzyście, z wyczuciem namalowany obraz codziennej Polski. W tym przypadku Opola i okolic. Chciałbym kiedyś przeczytać taki kryminał o Białymstoku.

„Zawsze nie ma nigdy” – Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak

Pietrowiak_Zawsze-nie-ma-nigdy_m_

Etap fascynacji pisarstwem Pilcha mam już dawno za sobą. Pozostaję jednak w ogromnym podziwie dla tego człowieka, dlatego chyba, że tacy jak on, Libera, Huelle i Varga wprowadzili mnie jakieś dwadzieścia (sic!) lat temu w świat powieściopisarstwa polskiego inspirowanego Hrabalowską rozbudowaną frazą, licznymi enumeracjami, a przede wszystkim tymi ciągnącymi się przez całe kartki płynącymi jak muzyka zdaniami.

W literaturze, jak w muzyce, poza harmonia ważny jest rytm, a Pilch ma wyczucie rytmu jedno z najlepszych w branży. Pada zresztą w tym wywiadzie-rzece wyznanie autora „Pod Mocnym Aniołem”, że przed oddaniem tekstu do redakcji, czyta swoje prace na głos, aby, wychwycić te miejsca, gdzie kropka, przecinek lub myślnik są konieczne albo zbędne.

Uwagi Jerzego Pilcha o pisarskim warsztacie są – jak dla mnie – najciekawsze w tym wywiadzie. Mniej interesują anegdotki z życia krakowskich poetów i literatów, choć dla uczestników lub obserwatorów tego środowiska na pewno będą smaczne.

O specyfice zawodu pisarza Pilch mówi wiele, wiele też uwagi poświęca nie tylko nazwiskom, ale generalnym osobliwościom tego zawodu. Samotności pracy pisarza i sposobów radzenia sobie z nią, sposobom na nagłą popularność, ale także na upokarzające porażki. O Gombrowiczu mówi, z czym się zgadzam, że był genialnym eseistą, ale marnym powieściopisarzem bez rozmachu. „A powieściopisarz bez rozmachu – jak przywołuje Pilch powiedzenie Iredyńskiego – zawsze będzie przechujem”.

Interesujące są wspominki o dorastaniu w ewangelickiej Wiśle. O skomplikowanych relacjach Jerzego Pilcha z ojcem, który z jednej strony budzi pisarza niechęć, z drugiej jednak, jeśli mowa o konkretnych wspomnieniach pisarza z wczesnego i późnego dzieciństwa, wychodzi na ojca aktywnego, zaangażowanego i kibicującemu karierze syna.

Mniej wspomina Pilch o swoim uzależnieniu, któremu dał wyraz w słynnej, zekranizowanej ponoć niewiernie, powieści „Pod Mocnym Aniołem”, będącej jednocześnie dla niego bramą ku wyjściu z alkoholizmu. Dużo więcej w rozmowie pojawia się wątków choroby Parkinsona, z którą od kilku lat zmaga się Pilch. A także o starości, która przewija się w rozmowie co chwila. Podoba mi się stanowisko, według którego długotrwałe życie nie jest de facto przedłużaniem ziemskich przyjemności. Pilch mówi:

(…) powstaje pytanie, czy rzeczywiście przedłużamy życie, czy przedłużamy starość. Bo jednak nie słyszałem o dobrze prosperujących stulatkach. Nie jest tak, że ktoś im przywraca młodość, to jest, owszem, czasem całkiem sprawną, ale starość? Czy jes w tym sens? Że starość trwa długo?

Jerzy Pilch może niektórych drażnić samochwalstwem ukrywanym dzięki przeogromnej inteligencji i erudycji, ale takich ludzi po prostu dobrze się czyta i słucha. Gorzej, niż patrzy, na drżącego człowieka z zaawansowanym Parkinsonem, jakiego widziałem w telewizji w jednym z wywiadów. Niech się więc Pilch wymądrza w dyktowanych wywiadach i mam nadzieję, kolejnych powieściach.