A handshake of carbon monoxide

Zaprawdę powiadam ci: żadnych postanowień. Dużo zaś doświadczeń oraz egotycznych życzeń. Miesiące w szklanym słoiku napełnianym stopniowo wodą. A handshake of carbon monoxide. Uścisk dłoni z tlenkiem węgla, w tej piosence, której płynący przez całą ścieżkę pochód przypomina świąteczną kołysankę. Thom Yorke łapiący resztki powietrza. Wychodzenie na powierzchnię. Kislorod.

Do metalowych kontenerów na śmieci gówniarze wrzucają petardy, a w sklepach hurtowo idą ruskie szampany.

Żadnych niespodzianek, żadnych alarmów, żadnych filmowych historii na siłę, żadnego kiczowatego spektaklu z życiem w roli głównej. Żadnego szafowania emocjami. Wchodzenia w zakręty zgodnie z techniką jazdy: nie na hamulcach, nie na luzie, ale z lekkim przyspieszeniem, na wysokim przełożeniu.

Święta, czyli nadchodzi hiszpańska inkwizycja

Ze świętami jest jak z hiszpańską inkwizycją ze skeczu Monty Pythona. Z tą może różnicą, że co prawda każdy się ich spodziewa, ale nie sposób przed nimi uciec. Dopadną cię prędzej czy później, nawet jeśli ta urocza tradycja dla ciebie urocza nie jest, nawet jeśli ten piękny czas twoim zdaniem wcale nie jest piękny, nawet jeżeli ten czas wzajemnej miłości dla ciebie jest okresem ogólnego poddenerwowania, spiny i stresu.

Kardynałowie hiszpańskiej inkwizycji raczą niewiernych pluszowymi poduszkami i wygodnym fotelem. Proszę mi wierzyć, że podobnie czuje się ktoś, kto tak jak ja, świąt obchodzić nie ma ochoty i z niestety marnym rezultatem próbuje co roku bezskutecznie wcielić ten plan w życie. Szanując przekonania religijne, a raczej przywiązanie do wielowiekowej tradycji większości mieszkańców naszego kraju, staram się przeżyć ten okres we względnym spokoju, poświęcając się pracy i szeregowi innych rutynowych, codziennych czynności.

Niestety, ciepła, grudniowa atmosfera kolejnej rocznicy przyjścia na świat – według jednych proroka, według innych Syna Bożego – rocznicy, w której tradycje chrześcijańskie mieszają się z lokalnymi, ludowymi, najczęściej przedchrześcijańskimi elementami – musi udzielić się każdemu, kto tego grudnia nie chce spędzić niczym Proust, zamknięty w pokoju z zabitymi na gwoździe oknami. Dotyczy to zarówno ateistów, jak i wyznawców wszystkich niechrześcijańskich religii.

Pojechałem wczoraj do dużego sklepu spożywczego. Chciałem kupić łososia, ale przy ogromnej wannie, pełnej zdychających z braku wody karpi kłębił się taki tłum, że szybko zrezygnowałem z tego pomysłu. Postanowiłem, że w ten piątek przygotuję krwistego wołowego stejka. Przy wyjściu z kasy zaczepiło mnie nastoletnie dziewczę ozdobione przytroczonymi papierowymi skrzydłami z bibuły, reprezentujące jedną z katolickich organizacji pozarządowych.

– Dzień dobry, kupi pan sianko? – Nie, dziękuję, nie obchodzę świąt – A, to wesołych świąt. Aniołek zwyciężył. Ja poległem.

Zgwałcony mentalnie ruszam do domu. W aucie włączam radio. „Last Christmas” w wykonaniu faceta, który ostatnio zasłynął tym, że nakryto go w publicznej toalecie klęczącego przed innym mężczyzną, szukam dalej, Krajewski śpiewa o ciepłym, choć grudniowym dniu, w którym gasną (sic!) wszystkie spory, dalej, Radio Maryja nadaje już kolędy, ale oni zawsze byli w awangardzie i gdzieś na krawędzi katolickiej ortodoksji, szukaj dalej, Mariah Carey wyje, że wszystkiego, czego chce na święta, to ja, dziękuję, postoję, Chris Rea is driving home for Christmas, może i słusznie, jeśli porusza się po polskich drogach, to ma pewne szanse, aby zdążyć, nawet John Lennon, marzący o świecie bez religii, naiwnie – jak to hipis – zakłada, że święta sprawią, że wojny się zakończą. Drogi Johnie, wiesz, jak bardzo cię lubię – myślę przełączając stację – ale wiara w niepokalane poczęcie, narodziny, śmierć i zmartwychwstanie chrześcijańskiego Boga, spowodowała miliony ofiar i setki wojen.

W końcu docieram na częstotliwość mojej ulubionej rozgłośni z naiwnością dziecka wierząc, że zaznam tam ukojenia w laickiej muzyce o spełnionej lub niespełnionej miłości, imprezach od rana do wieczora, piciu i narkotyzowaniu się, o piwie, winie wódce, o tym, że sklep już nieczynny, o straconym życiu, czyli o wszystkim, o czym marzą prawdziwi ateiści. Kuba Strzyczkowski nie wrócił przecież jeszcze zza Atlantyku – myślę – Wojciech Mann jest zajęty Anną Gacek, Piotr Kaczkowski zamilkł, a i o Andrusie Arturze mniej słychać. Krok po kroczku moje złudzenia uciekają jak powietrze z materaca. Bożonarodzeniowa piosenka Trójki była może zabawna dziesięć lat temu. Dzisiaj to odgrzewany po dziesięciokroć mielony kotlet. Chce mi się wymiotować.

Docieram do domu. Wyłączam z kontaktu radio i telewizję. Jako stronę startową w przeglądarce ustawiam http://richarddawkins.net/ i z nadzieją czekam końca świata. Przed wyłączeniem komórki na dwa tygodnie dostaję od G. smsa, że powodzenie świąt liczy się ilością zjedzonej czekolady i wypitego wina. Mój ulubiony dyskont jest chyba jeszcze otwarty.

Czy jest tu ktoś, kto potrafi grać na gitarze?

Należę do tego mam nadzieję w miarę jeszcze licznego grona osób, dla których prawdziwa gitarowa muzyka skończyła się w 2 października 2000 roku, kiedy Radiohead zdradzili rock’n’rolla najbardziej haniebną dla tego gatunku płytą „Kid A”. Będąc wówczas mężczyzną dwudziestoletnim, w apogeum muzycznego dojrzewania, już nie adolescentnym, a jeszcze nie zramolałym, uważałem Radiogłowych i ich piosenkę o pełzaniu, za rodzaj muzycznego wzorca z Sevres, doskonały produkt finalny szalonych lat dziewięćdziesiątych, genialnych układaczy czteroakordowych czadów, do których nie trzeba wcale dobrych słuchawek, bo przecież w tych czasach i tak wszyscy słuchali muzyki z kaset magnetofonowych, bo przecież nie chodziło o czystość, brzmienie, trafianie w rytm, chodziło o to, aby skakać pod sceną, pocić się, czuć pot innych skapujący z sufitu małych przeludnionych klubów, gdzie zapruszenie ognia skończyłoby się całospaleniem tych wszystkich nastoletnich fanów w czerwono-czarnych flanelowych koszulach, długich włosach i buziach pełnych wstydliwych pryszczy. Bo, jak tłumaczył mi pewnej lipcowej nocy ówczesny przyjaciel, dziś szanowany doktor nauk, kiedy gadaliśmy o dziewczynach stojąc oparci o murek na wzgórzu kościoła św. Rocha, obok figury Jezusa Chrystusa spoglądającego w głąb ulicy Lipowej, w tej piosence i płycie pod tytułem „The Bends” chodzi o chorobę dekompresyjną, na którą, o czym dowiedziałem się dopiero wczoraj, jako pierwsi chorowali nie nurkowie, ale budowniczy mostów. Tego wieczoru, dyskutując przez cały czas o Radiohead, poszliśmy jeszcze na wiadukt nad torami i z głupiej, szczeniackiej zachcianki, rzuciliśmy butelkę po piwie na tory kolejowe, a potem uciekaliśmy jak wariaci, chociaż nikt nas nie gonił, nikt nie miał najmniejszej ochoty nas gonić. No, ale wtedy byliśmy młodsi, zdecydowanie głupsi, a do ukończenia dwódziestejsiódmej jesieni brakowało nam wieków, więc każdy z nas chciał być Jimem Morrisonem, umiejętność grania kilku akordów na gitarze była ważnym kapitałem towarzyskim, a przede wszystkim żaden z nas w żadnym wypadku nie planował zostać żadnym doktorem nauk.

Głośniej od bomb

Chciał, żeby przyszła na to spotkanie, kiedy na dużej ścianie ich wspólnego mieszkania puszczali Dzieła Wszystkie Wojcieszka z ukradzionego uczelni rzutnika multimedialnego. Szajba z dziewczyną, Adam i Laura, Maria Królowa, Puśko i nie wiem, kto jeszcze więcej poza sąsiadem a ładunkiem marihuany. Marynowane pieczarki w półlitrowych słojach, megaopakowania chipsów chilli, trzy kilogramy wołowego mięsa przyprawionego pieprzem, papryk, solą i  magi, i ugniatane w ostatniej chwili w jakjejś pozie między iPadem a komórką w rozmowie z Tobą. Każdy przyniósł po flaszce gorzkiej żołądkowej (tej prawdziwej) i podnosząc ją do góry wypowiadał deklarację rozgrzeszenia. Każdy przyniósł trochę wyrzutów sumienia i wina półwytrawnego, którego nie należy pić prosto z butelki.

Oświetał mnie blask tenanarchicznej kuchni młodych i starych, obserwowany gdzieś przez dziurę,  wytrychem do klucza. Gdyby wyrzycić za drzwi te kilka egzaltowanych pizd, byłoby to całkiem znośne. Chciał, aby to było kilka zwięzłych opowieści, bo te rozległe i nudne zostały już dwano napisane. Kiedyś stworzy postaci z kości i krwi, drżącą do bólu ku kolejnej porażnce, od kichcięcia, przez jęknięcie, ku wzwodowi, ku krzyku.

Ktoś otworzył drzwi balkonu, ktoś wyszedł w przestrzeń gdzie nie było ani chłopców ani z dziewcząt z partii. Ktoś zachłysnął się winem półwytrawnym. Kttóraś zapytała: kim jesteś?. Jestem teraz wyłącznie tą osobą, którą chciabym Ci dzisiaj przedstawić. Jej tu nie ma, ale to właśnie znakomita sytuacja na zapoznanie. Pokaż w końcu rodzicom, kim naprawdę jesteś.

W błocie

Zły wieczór. Skórzany but od Hilfigera rozbryzguje szarą breję śniegu i błota. Nogawki dżinsów niedbale upchniętych za cholewki butów przesiąkają zimną, brudną wodą, a autobus jak zwykle się spóźnia. Powinienem był pojechać autem, myśli, ale jeżdżenie bez prawa jazdy, które stracił po zakończonej klęską nocnej potyczce z jakimiś śniadymi bandytami, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Już dawno nie wyglądał tak punkowo, przez tę fryzurę, przez tę czarną skórzaną kurtkę, czarne spodnie, wysokie buty, podkrążone oczy, przez ten stan ciągłego braku równowagi. Jeszcze nigdy nie był tak skupiony na swoim własnym życiu.

Nie, nie ma ochoty spotykać się z kobietami, nie ma ochoty spotykać się z kimkolwiek, i nie wynika to z nienawiści, ale ze zwykłego zwierzęcego strachu. Nie interesuje go ten masochizm, którym ludzie obdarzają się na każdym kroku, próbując realizować swoje bardziej lub mniej mądre plany i ambicje. Teraz potrzebuje spokoju, aby prześlizgnąć się przez tę jesień i zimę w jak najmniejszym kontakcie z rzeczywistością.

Książki naukowe, żadych powieści o miłości, jeśli piosenki, to tylko te w miarę wesołe, jeśli filmy to tylko te, w których występują brzydkie kobiety.

Kiedy przyjechał autobus, który miał go zawieźć na drugi koniec miasta, plastikowa wiata przystanku poruszyła się pod naporem zimnego wiatru. Było około zera. Na przystanku nie było nikogo poza nim, gdzieś przez chwilę dwupasmową ulicą śmignął mercedes z napisem „Taxi’ na dachu, a w autobusie siedziały może dwie lub trzy osoby z postawionymi kołnierzami płaszczy, ze smutnymi oczami wpatrzonymi w noc za szybą.

Zobaczył ją, kiedy autobus mijał jakiś bank lub aptekę. Coś z bardzo intensywnym niebieskim neonem, który przez ułamek sekundy oświetlił jej twarz. A może to nie była ona? To trwało chwilę. Wydawało mu się, że jest smutna, ale pewna siebie. Rozpoznał ją po sposobie, w jaki zawsze stawiała kroki. W jej sposobie chodzenia było coś dostojnego, zawsze uwielbiał patrzeć, jak idzie w jego kierunku i jak się do niego uśmiecha.

Poczuł się przez moment jak dziecko, które widzi po raz pierwszy śnieg i próbuje go łapać, klepiąc bezskutecznie dłońmi o szybę. Pomyślał, że teraz wysiądzie, pójdzie do domu, spróbuje zasnąć i następnego dnia będzie cierpliwie czekał, czytał, pisał i już na pewno nie wyjdzie lekkomyślnie na głupie spacery po mieście.

Krzywe zęby Bena Bridwella

Ci faceci z Band of Horses grają naprawdę świetną muzykę, chociaż wyglądają okropnie z tymi tłustymi włosami, brodami i niemodnymi koszulami w kratę. No, ale jak się jest z Seattle, to ma się pewne obowiązki. A ten Ben Bridwell nie dość, że ma fajny, nienachalny głos, to od razu przypadł mi do gustu bo ma krzywe zęby podobne do moich. W tym sezonie Kurt Vile, I am Oak i Band of Horses stanowią słodko-gorzką trójcę piosenek poruszających te dobre emocje, dostarczających czegoś w rodzaju spokoju.

W supermarketach i windach puszczają muzykę, która ma pomóc w zakupach albo przezwyciężyć klaustrofobiczną furię. Na czym polega ta fenomenalna zdolność muzyki do wpływania na nastroje, przywoływania dobrych i złych wspomnień, wzruszania, kojenia, irytacji, złości i wszystkich innych emocji, których są przecież miliony? Dlaczego jakiś facet z krzywym zgryzem siedzący na drugim końcu świata z gitarą i brzdąkający jakieś melodie oparte na powtarzanych setki razy harmoniach potrafi tak precyzyjnie towarzyszyć ci tym, co czujesz, o co ci chodzi? Na te i szereg innych pytań będziesz mi musiał kiedyś odpowiedzieć panie Benie Bridwellu.

Decyduję się po latach znowu posłuchać pierwszej płyty Partii

Kolejna przeprowadzka i sprzedaż  Toyoty, a wszystko w ciągu zaledwie kilku krótkich jesiennych dni. Szukam na internetowych aukcjach auta z duszą i bez elektroniki, selekcjonuję znowu książki na te do przeczytania, do zapomnienia i przypominania. W starym jamniku Philipsa siedzi nie odtwarzana od lat, zakuzona pierwsza kaseta Partii, z którą spędzałem kiedyś nocne wycieczki autobusami po mieście. A gdzieś w Puszczy Augustowskiej tego lata, w trakcie spaceru nad jezioro, J. zadał zagadkę, w jakiej piosence pojawia się fraza „anteny trzypiętrowych bloków”. A ja wtedy przypomniałem sobie, jak znajomy fotograf K.D. opowiadał mi o sesji z Lesławem, na którą umówili się w mieszkaniu wokalisty Partii, gdzieś przy Rondzie Babka, na dziesiątym piętrze z widokiem na Arkadię. K. jest moim przyjacielem z dzieciństwa, mieszkaliśmy trzy kroki od siebie, ja przy Palmowej, on przy Gajowej. I jak rozmawialiśmy o tych zdjęciach dla Lesława, to choć obaj byliśmy już coś po studiach, czuliśmy, że Lesław zdradził nasze osiedlowe ideały. Bo gdzie to boisko, gdzie place zabaw, gdzie „błękit nieba przeszywają samoloty”?

Nie powinieneś przywiązywać się do ludzi, a już szczególnie nie powinieneś przywiązywać się do przedmiotów i starych piosenek. Żadnych sentymentów wobec miejsc, które okazały się ważne, unikaj wszelkich silnych uczuć wobec kobiet, wobec rodziny, wobec samego siebie. Nie powinieneś wzruszać się na czarno-białych filmach i – zrozum to raz na zawsze – staraj się zapomnieć o wszystkim, co było godne twojego zaangażowania, troski i pamięci. Wtedy na pewno przetrwasz.