Codziennik 115 – Katana

„Uciekamy tłukąc szyby w całym mieście
Znowu dopaść chcą, dogonić bestię
Czasem myślę, żeby wrócić tu
Tysiąc zbędnych słów, milion zbędnych słów”

 

 

Pidżama Porno – Sprzedawca jutra

sprzedawca-jutra-b-iext55264309.jpg

Bardzo długo i niecierpliwie czekałem na tę płytę. Od poprzedniej Pidżamy Porno minęło piętnaście lat. W 2004  kończyłem studia, a ich muzyka towarzyszyła mi od początków liceum. Na „Sprzedawcę jutra” wyczekiwałem więc z pewnym takim niepokojem, jak człowiek około czterdziestki odbierze swoich młodzieżowych bohaterów.

Słucham tego albumu od dnia premiery i za każdym razem mam mieszane uczucia. Te pozytywne to przede wszystkim muzyka. Jak większość fanów Pidżamy, tęsknię co prawda za trochę większą zadziornością i pankowym tempem, ale nie zmienia to faktu, że każda z tych kompozycji bardzo się podoba i przypomina jako żywo melodiami i nastrojem „Złodziei zapalniczek” i „Marchef w butonierce”. Dzisiaj jest to wszystko zagrane dokładniej, z większą precyzją i finezją, ale jest to zdecydowanie punk rock rodem z lat 90-tych ubiegłego wieku. To bardzo cieszy.

Cieszy mnie też to, że Grabaż przez cały czas pozostaje wielkim poetą rock’n’rolla. Co tam rock’n’rolla – te teksty można czytać na papierze jak wiersze. I mamy bez kitu do czynienia z poezją najwyższej próby, z niepowtarzalnymi Grabażowymi figlami językowymi, jak „molestować molekułę”, zainspirowanym Grechutą „niekukizowaniem”, „za mendą menda, mendzą”. Krzysztof Grabowski to mistrz mowy polskiej i nie ma co do tego wątpliwości.

Mam jeszcze mniejsze wątpliwości co do tego, że Grabaż pisze w tej chwili najpiękniejsze teksty o miłości. Zawsze wolałem ten nurt jego twórczości. Kiedy pisze o miłości, wznosi się na absolutne wyżyny. Dlatego na „Sprzedawcy jutra” najbardziej podobają mi się kawałki o dziewczętach. W wesołej „Tototnieta” są wersy genialne. 

Tam każda gwiazda nad głową jej gwiżdże
Lawendy roznosi się woń
Gdy śliwowica dewastuje jej bryłę
Kostką lodu chłodzę jej skroń

a za chwilę

Ona niczym nie przejmuje się
Kiedy robi to z inną dziewczyną wie
Że czasem lubię się na nie popatrzeć
Nieśmiało przytulić się doń
Każdej na brzuchu położyć truskawki
Zdmuchnąć płomień tysięcy słońc

W drugiej mojej ulubionej na płycie piosence pod tytułem „Mokry od twoich łez” już sam tytuł jest przepiękną metaforą. Ta z kolei opowiada o rozstaniu, gdzie jedna ze stron „ulatnia się jak gaz w podłodze”, a gdy „mijają się na drodze, śmierć spotyka śmierć”.

Dlaczego więc mam mieszane uczucia? Dlatego, że tytułowy „Sprzedawca jutra”, w którego wciela się Grabaż, przyjął na siebie rolę wizjonera, roztaczającego polityczną wizję kraju toczącego się w obłęd krwawej wojny domowej. „Przyszłość jest okrutna”, „palce tkwią na spustach”, „na kawałki się rozpada świat”. Kto do tego doprowadzi? Ci, co „na swoich stopach noszą tylko buty prawe”. A to wszystko przez te „kukizujące mendy”. Smutna jest ta wizja w której „my są od Kaina, a oni od Abla”.

Z mroczną, krwawą wizją polityczną można się zgodzić lub nie. Mam jednak – być może mylne – wrażenie, że Grabaż opowiada się jednoznacznie po jednaj stronie politycznego sporu w Polsce. I właśnie za tym radykalnie antysystemowym Grabażem, który „między czarnym i czerwonym” nie mógł czuć się dobrze, trochę tęsknię. Dotarliśmy w kraju do takiego punktu, w którym nie da się już być tymi outsiderami, którzy „zostają obok”.

Szkoda, że na tym albumie jest tak dużo o politykach, a tak mało o dziewczętach. A o poznańskich to nie ma w ogóle nic!

Codziennik pięćdziesiąty trzeci – Kacperczyk

Bardzo świeża i jedna z najlepszych gówniarzerii, jakie słuchałem w tym roku. No i zgadzam się z tym obsrańcem, że jedyny Iggy to Iggy Pop.

Codziennik trzydziesty siódmy – o tym, jak znalazłem poszukiwany od 25 lat plakat zespołu Oasis z Manchesteru w Anglii

oasis

Zabawne. Poszukiwałem tego fotosu przez równe 25 lat, bo właśnie w 1994 roku Oasis nagrali „Definitely Maybe„, i wtedy moja wrażliwość muzyczna uległa dzięki temu albumowi rewolucyjnej przemianie. Pierwszy i drugi  album Oasis poczyniły gruntowne spustoszenie i przewartościowanie moich muzycznych gustów. Bracia Gallagher potrafili wtedy (bo później już było z tym różnie) pisać przepiękne piosenki z kompletnie idiotycznymi, bełkotliwymi tekstami o niczym, ale wtedy to drugie nie miało dla mnie absolutnie żadnego znaczenia. 

Język angielski jest tak popularny w świecie rock’n’rolla i popu dlatego, że z jednej strony jest miękki i plastyczny w śpiewaniu, a jednocześnie 3/4 świata zna choćby dwa słowa po angielsku, w związku z czym wydaje nam się, że wiemy, o czym oni śpiewają. A ci, co śpiewają, wiedzą, że tylko nam się wydaje, że znamy angielski, więc piszą kompletne pierdoły w tych piosenkach.

Podobała mi się buta, arogancja braci Gallagher z tych czasów. Każdy ich ruch sceniczny, każde słowo wypowiedziane w wywiadzie, były spełnieniem tych słów Johna Lennona, które kiedyś chlapnął dziennikarzowi.

„Jesteśmy bardziej popularni od Jezusa” – powiedział John. I tak się wtedy czuli bracia Gallagher.

Od 25 lat marzyłem, aby powiesić sobie ten plakat Oasis z tamtych lat. W kiblu.

I w końcu dzisiaj udało mi się dzisiaj go zdobyć. Za 3 złote polskie. Z antyramą. W sklepie z rzeczami znalezionymi na holenderskich śmietnikach.

Jest. Wisi. Obok górnopłuku, nad pralką.

You and I we’re gonna live forever.

 

Kazik Staszewski „Idę tam, gdzie idę” Maciej Maleńczuk „Ćpałem, chlałem i przetrwałem”

 

Kazik Staszewski i Maciej Maleńczuk. Dwie wielkie sceniczne osobowości. To samo pokolenie, podobne doświadczenia. Około dwudziestki – Solidarność i stan wojenny, około trzydziestki – Okrągły Stół i wolne wybory. Staszewskiego poznałem w czasach, kiedy Kult wydał „Tatę Kazika”. Maleńczuka – dopiero na studiach – kiedy ktoś z roku katował na imprezach te jego uliczne piosenki.

Wywiad – autobiografia Staszewskiego dzieli się na dwie części. Pierwsza trwa do momentu pojawienia się pieniędzy z grania i ta jest momentami ciekawa. To znany mi, choć o dwadzieścia lat wcześniejszy proces odkrywania muzyki i dojrzewania do niej. Pierwsze, chimeryczne i chaotyczne odkrycia i krótkotrwałe fascynacje, szybko kończące się neofickim fanatyzmem. Kazik Staszewski buduje swoją popularność wśród rówieśników możliwością wyjazdów do cioci w Londynie, skąd przywozi setki – niedostępnych w latach 80. w Polsce – płyt i kaset. Był Kazik dzieckiem nieśmiałym i zamkniętym w sobie, acz kreatywnym, poświęcającym się nie tylko muzyce, ale i komiksowi, literaturze i kinematografii. Na początku lat 80. Kazik zakłada swoje pierwsze zespoły, z których najtrwalszym okazuje się znany wszystkim Kult.

Urodziny synów stają się momentem przełomowym w życiu Kazika. Od tego momentu staje się on szefem przedsiębiorstwa przyjmującego różne nazwy: od „Kultu” przez „Tatę Kazika”, „Kazika na Żywo”, samego „Kazika” i wiele innych. Opowieść Staszewskiego staje się od tego momentu dosyć nużącą opowieścią o zarabianiu kasy i ogarnianiu wewnątrz-zespołowych niesnasek.

Dzieciństwo Maleńczuka wyglądało zgoła inaczej. Wychowywany bez ojca w slumsowej dzielnicy Krakowa, inicjację narkotykową przeszedł przed ukończeniem dziesięciu lat. I w zasadzie cała opowieść „Ćpałem, chlałem i przetrwałem” to opowieść o nieustannym, trwającym do teraz, ciągu heroinowo-alkoholowo-marihuanowo-nikotynowo-kwasowym. Ostatnie 30 lat życia Maleńczuka to w jego opowieści nie kończąca się balanga z krótkimi momentami prześwitów. Równie to nużące, co opowieść o biznesie Staszewskiego.

Jedyne, co ciekawe w obu tych wywiadach, to psychologiczny proces przeistaczania się muzycznych naturszczyków-amatorów w ludzi, o których Staszewski i Maleńczuk z dumą mówią „artyści”. Nie ukrywam, że do przemian takich zawsze podchodzę z rezerwą, bo tym, co najpiękniejsze w rock’n’rollu była zawsze dla mnie naturalność, prostota i spontaniczność. I taki był właśnie Maleńczuk grający proste bluesy na ulicy. Taki był również dla mnie Kazik, niekiedy okropnie fałszujący, ale w tym fałszowaniu jakże autentyczny. Ileż kart każdego z tych wywiadów zajmuje uporczywe tłumaczenie jednego i drugiego, na czym polega prawdziwa sztuka, że ten czy tamten perkusista nie trzyma rytmu i że kolejnemu gitarzyście trzeba tłumaczyć, żeby tego Fis nie grał z siódemką.

Podobne wrażenia miałem czytając biografie Krzysztofa Grabowskiego i Muńka Staszczyka. Wszyscy ci rock’n’rollowi partyzanci muszą widocznie w pewnym wieku wyjść z lasu, zakopać karabiny i pójść na daleko idące kompromisy.

Malik Bendjelloul – Sugar Man

Sugar Man (2012)Wiadomo, że najbardziej wzruszające opowieści tak czy inaczej zakorzenione są w głęboko ugruntowanych mitycznych albo religijnych eposach. Ile by razu ich nie powtarzać, kopiować, nawiązywać, zmieniając kontekst, czas lub miejsce, zawsze będą dotykać bardzo głęboko, radować, smucić, wzruszać lub gniewać.

Sugar Man jest filmem dokumentalnym, co jeszcze bardziej wzmacnia jego ponadczasową mądrość. Jest to opowieść o współczesnym, rock’n’rollowym Hiobie.

Po koniec lat 60., w jednej z obskórnych portowych knajp w Detroit, dwaj producenci wytwórni Sussex Records zauważyli nieśmiałego latynosa, grającego folkowo-rockowe piosenki na rozstrojonej gitarze, tyłem do publiczności, składającej się z marynarzy, pijaków i prostytutek. Piosenki spodobały się na tyle, by Sixty Rodriquez dostał kontrakt i nagrał dwie płyty. Okazały się one finansową klapą, więc wytwórnia zerwała kontrakt z artystą.

I na tym koniec. Rodriguez zniknął. Niektórzy mówili, że podpalił się na scenie, inni, że przedawkował narkotyki, jeszcze inni, że dał sobie w łeb na koncercie.

Tymczasem, zupełnym przypadkiem, jedna z płyt gitarzysty jakimś cudem przywędrowała do RPA, gdzie Sixty Rodriguez staje się wielką gwiazdą, a jego płyty zna każdy mieszkaniec tego kraju. W Afryce grają go wszędzie, a w Stanach tylko nieliczni zastanawiają się, czy jeszcze żyje…

Ta historia ma swój dalszy ciąg, z którym koniecznie muszą się Państwo zapoznać. Ta na wskroś autentyczna historia jest opowiedziana w niezwykle nienachalny i subtelny sposób. Bez frazesów i budowania emocji na siłę. Jest to opowieść o prostym, uczciwym i skromnym człowieku, który mimo posiadania wielkiego talentu, nie perswaduje go na siłę. Gdzieś na zupełnych peryferiach pop-kultury, w zniszczonych przedmieściach Detroit, ten niewysoki uśmiechnięty latynos śpiewa piękne posenki, zapewne najsmutniejsze piosenki na świecie.

Palma Violets – 180

Kiedy pijaniutcy odbierali nagrodę New Musical Express, dziękowali przyjaciołom i kolegom z dzielnicy Lambeth, skąd pochodzą. Wręczający im statuetkę Paul Weller wyglądał na zadowolonego. Susznie – Palma Violets to najlepszy zespół od czasów The Libertines.

Długo czekałem na ten moment, aby zostać z miejsca kupionym przez to brzmienie, przez te melodie, przez te teksty, przez te osobowości, przez to poruszanie się po scenie.

Chociaż Palma Violets to jeszcze gówniarze, zachowujący się jak rozpieszczone dzieciaki nie zdające sobie sprawy z implikatur swoich lekkomyślnych poczynań, to nagrana przez nich na płycie “180” muzyka, wbrew swojej pozornej niechlujności, potknięć rytmicznych, solówek na jednej strunie, sprawia wrażenie nagranej z pełną świadomością oczekiwanego efektu.

Inspiracje? Jest ich bez liku. Na pewno wspomniane już The ‚Libertines, nie tylko ze względu na muzykę, ale – może nawet bardziej – na straceńczy, narkotykowy wizerunek, jako stworzyli ci chłopcy wokół siebie. Śmiem twierdzić, że Palma Office mogłaby zostać drugim The Libertines, pod warunkiem, że nie będzie drugim The Libertines. Niespójne to logicznie, ale wiadomo, o co chodzi.

Chłopcy grają lekko psychodeliczny indie-garażowy rock. Od razu pomyślałem o Jesus and Mary Chain, kiedy zaczęli na płycie od silnglowego “Best of Friends”. Sporo jest też odniesień punk-rockowych. Głos Samuela Thomasa Fryera przypomina jako żywo wokal Joe Strummera, a niektóre gitarowe, prostackie w dobrym tego słowa znaczenio, kojarzą się z osiągnięciami Micka Jonesa.

Co z tego, skoro Palma Violets, za pomocą naprawdę minimalnych środków wyrazu, grają bezpretensjonalne piosenki, czerpiąc z tego autentyczną radość, co widać na koncertach. Wróżę im dobrą przyszłość, bo wiedzą, co robią i na czym polega granie muzyki. Mimo wizerunku pijaków, narkomanów, połączonego z romantycznym, nastoletnim wdziękiem, chłopcy ci trzymają się blisko ziemi, Druga płyta na pewno nie będzie gorsza, niż ta pierwsza. A ta pierwsza jest znakomita.