Codziennik sześćdziesiąty pierwszy – brzoza

DSC_6233.jpg

Brzoza, którą posadziłem dla Niego na kilka miesięcy przed narodzeniem Małego, poszła tego lata ostro do góry. Sąsiedzi z góry i z dołu pokochali ją i nie wyobrażają sobie tego podwórka bez tego drzewa. Podziwiam jej wytrwałość w poszukiwaniu choćby kropli wody w tej ziemi pełnej kamieni, gliny i betonu przeciwatomowego schronu, na którym rośnie. Czeka cierpliwie na wizytę syna u swojego ojca. To jest właśnie ta wytrwałość, którą podziwiam.

Nawyki

20190726_151935

Półtora roku czekania na zakończenie tego horroru czekania. Półtora roku myślenia o jego cierpieniu i krzywdzie. Półtora roku ciągłego stresu i niepewności. Półtora roku i nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa.

Przetrwanie tego i zwycięstwo dla dobra syna jest największym wyzwaniem, przed jakim stanąłem w życiu. I jednocześnie najtrudniejszym czasem w moim życiu.

Myślenie o nim – jak wygląda, jak mówi, czym się interesuje – spędza mi cały czas. Nie wiem, czy myśli i mówi o mnie, bo w sądzie dowiedziałem się, że „ktoś” (tu można wstawić sobie odpowiednią osobę), powiedział mu, że „ojciec nie żyje”. Nie wiem, jak ten „ktoś” wytłumaczy się potem dziecku z takich okrutnych wobec niego kłamstw.

Aby to przetrwać i choć przez chwilę nie myśleć, aby jakkolwiek działać, trzeba narzucić każdemu dniu ostry reżim. Działać jak automat, według przygotowanej czeklisty, na której codziennie odhacza się kolejne wykonane zadania. Moja czeklista jest długa i nie zawsze stawiam ptaszek przy każdym jej punkcie, ale to jedno z najlepszych narzędzi, jakie odkryłem, aby przetrwać ten trudny czas i mieć siłę, bo kiedyś stanąć przed nim i nie wstydzić się tego, jak żyłem w czasie, gdy byliśmy rozdzieleni.

  • Pobudka o piątej (pięć godzin snu to maks, jaki jestem w stanie z siebie wykrzesać).
  • Poranna medytacja w łóżku, aby dobrze nastawić się na nadchodzący dzień.
  • Przynajmniej pół godziny czytania w łóżku.
  • Ścielenie łóżka, jako ekstremalna dla mojego ciała gimnastyka poranna.
  • Wyrwanie kartki z naściennego, kuchennego kalendarza.
  • Śniadanie i parzenie ziół. Pite najczęściej z yerbą.
  • Kąpiel z Szachami, Literakami albo Sudoku.
  • Przegląd prasy w internecie, Twitter, ewentualnie jakiś tekst na Szkice Sprzęgłem
  • Tłumaczenie z angielskiego kolejnego rozdziału „365 Codziennych Medytacji Tao”
  • Robienie chałtur przy komputerze (pisanie za pieniądze, obliczenia, tłumaczenia, badania, ekspertyzy, redakcje itp.).
  • Medytacja w ciągu dnia.
  • Sprzątanie codziennie jakiejś części mieszkania (nielubiane, ale bardzo zdrowe dla samopoczucia psychicznego).
  • Spacer (co najmniej 1,5 kilometra, o ile nogi nie odmawiają współpracy; jeśli odmawiają, wtedy szwendactwa samochodowe). W tym czasie słuchanie podcastów lub audiobooków.
  • Zrobienie jakiegoś jedzenia bliskim albo na później do słoików.
  • Opieka nad kwiatami (teraz około pięćdziesięcioma roślinami w domu, na balkonie i pod oknem). Przy okazji czytanie i studiowanie rzeczy o roślinkach, które stały się moją pasją.
  • Tekst na bloga prywatnego co kilka dni.
  • Pisanie dla Syna lub dla siebie.
  • Studiowanie poważniejszych tekstów lub wykładów (teraz psychologia ewolucyjna).
  • Film albo serial.
  • Pisanie osobistego dziennika, do którego tylko On będzie miał dostęp wtedy, gdy stanie się dorosły. O ile będzie chciał.
  • Czytanie co najmniej godzinne.
  • Medytacja przed zaśnięciem, bo bez niej nie zasypiam.

Bez tego domowego reżymu nie przetrwałbym czekania na Niego. To moja szkoła przetrwania. Liczy się każdy dobrze i twórczo spędzony dzień.