Cerkiew w Fastach

Najbardziej lubię ten właśnie widok, kiedy zjeżdża się do Fast wśród jabłkowych sadami, od strony Porosłów. Ekspozycja jest imponująca, jak na ten nizinny region, w którym mieszkam. Jedzie się z góry, a spokojną kontemplację ułatwiają liczne progi zwalniające oraz niestrzeżone przejście kolejowe na trasie do Ełku. Jedzie się wolno. Widzi się zdumiewający skyline, który jest szczególnie piękny o zachodach i wschodach słońca. W oddali, po lewej, zarys dobrzyniewskiego kościoła, i cała ta miejscowość podana jak na talerzu. Po prawej, zarys wieżowców, supermarketów dużego miasta, a w samym środku tej scenerii – cerkiew w Fastach. Skromna, a jednocześnie monumentalna. Pasująca do nudnego krajobrazu tego podmiejskiego miejsca jak kwiatek do kożucha. Zbyt ładna, zbyt wysmakowana, zbyt klasyczna, jak na to miejsce stanowi przepiękną, obcą narośl na krajobraz podmiejskiego osiedla zakładów samochodowych, brzydkich domków z betonu, oczyszczalni ścieków, upadłego kombinatu przędzalnianego i sznura samochodów ciągnących w kierunku Ełku.

Człowiek z liściem na głowie

Pojechałem znowu do lasu. Przerażeniem nastraja mnie ten ciemny już niedługo całkowicie listopad, który zwieńczy wydaje się że wieńczące posiedzenie rejonowego sądu w sprawie moich starań o Niego. Oczywiście – są różne odwołania, apelacje i inne sracje. Jestem już bardzo zmęczony tym prawie sześcioletnim ścieraniem się z ludzką nienawiścią i zazdrością.

Dlatego kiedy mogę, uciekam do lasu. Dzisiaj pojechałem wyjątkowo przez miejscowość, w której mieszka Mały. Tak mi poradziła moja nawigacja, a ja jej zaufałem. Wiążę wiele dobrych wspomnień związanych z tym miejscem, ale znacznie więcej złych. Unikam tego miejsca, bo wiem, jaką wściekłość wzbudziłoby samo pojawienie się tam, choćby przejazdem.

Dlatego skręciłem czym prędzej przy sklepie i stawie z wyspą w prawo. Poleciałem w stronę Zawad.

Myślałem, jak zmieniała się w mojej głowie geografia mojego miasta, w zależności od tego, z kim byłem i kto był dla mnie ważny.

Kiedyś, przez dobrych kilka lat, mój świat umiejscowiony był w centrum, jego biurach, restauracjach i kawiarniach, a jedną ścieżką wychodzącą od niego była trasa taksówki albo mojego auta – wieczorem na Palmową i rano z powrotem do centrum. Przez kilka lat na Dziesięcinach tylko nocowałem.

Potem tą mapą była ulica Wesoła i jej okolice, a jedną cienką ścieżką z niej wychodzącą było osiedle jednorodzinnych domków we wschodniej części miasta i ósme liceum ogólnokształcące.

Teraz, od kilku lat, bliskie są mi dzielnice zachodnie. Nowe Miasto, którego części są mi bliskie rodzinnie i piękne, a inne przerażają prowincjonalnością jego blokowych nowomiejskich nuworyszów. Stamtąd często wyjeżdżam w stronę Łap, w stronę Choroszczy i w stronę Kruszewa. W nadnarwiańskie pola, w te młode lasy sosnowe, w sosnowe lasy.

Na pewno po to, aby być bliżej Syna. Po to, aby spadł mi liść na głowę. Po to, abym się z tego wszystkiego mimo wszystko uśmiechnął.

Mur

Nieopodal mogiły pierwszej z trzech żon mojego pradziadka, stoi mur oddzielający cmentarz katolików od cmentarza żydów. Ten białostocki kirkut jest jednym z najlepiej zachowanych żydowskich cmentarzy w Polsce. Można wspiąć się na jeden z konarów wyciętych drzew albo na hałdę rzuconych pod ten mur śmieci i popatrzeć sobie na to fatalne miejsce.

Odwiedzając po raz trzeci tej jesieni groby moich pradziadów, cioć, sąsiadów i idoli białostockiej popkultury, nie spotkałem absolutnie nikogo. Nikogo też nie było po drugiej stronie muru, gdzie setki żydowskich macew otoczone są solidnym murem i bramką zamykaną na klucz. Choć na moim cmentarzu nie było nikogo, tam było tego niczego jeszcze mniej.

Niemcy rozwalili nasze miasta i powybijali całe polskie rodziny, ale jeszcze większą szkodę dla narodu polskiego uczynili tym, że powybijali naszych żydowskich sąsiadów. Zostaliśmy sami. Zostaliśmy narodem pozbawionym swojego naturalnego partnera i oponenta. Niemcy pozbawili nas różnorodności. Pozabijali naszych codziennych przeciwników, wzajemnych obiektów żartów, dokazywań, czasami kłótni, a nawet otwartych konfliktów.

To dlatego dzisiaj Polacy nie potrafią się mądrze kłócić – nie mają Żydów. Polskie kłótnie to chocholi taniec, to parodia dyskusji, to żart z debatowania. Żydzi – ci bardziej od nas obrotni, bardziej inteligentni, bardziej dowcipni – stanowili dla nas wyzwanie, a człowiek bez wyzwań porusza się do przodu tak skutecznie, jak człowiek na bieżni w fitness klubie.

Ci niektórzy mieszkańcy Tykocina albo Jedwabnego, którzy patrząc na wyprowadzanych przez hitlerowców z miasta sąsiadów, zapewne się cieszyli uwolnioną powierzchnią mieszkalną, umorzeniem kredytów i zakupów na kreskę. Nie zdawali sobie sprawy, że brak tego odwiecznego sąsiada, za kilkadziesiąt lat odbije się Polsce cuchnącą, głęboką, wydobytą z głębi trzewi, obrzydliwą czkawką.

Jurek

Jak by powiedział leżący tam metr pod ziemią dziadek Jurek, „lśni się jak psu jajca”. Szorowałem wczoraj ten jego, jego żony i syna grób i wspominałem jego robotniczy, mieszczański sznyt, zaprawiony lwowskim akcentem jego ojca. Był hydraulikiem w białostockim szpitalu wojewódzkim. Cieszył się wielkim poważaniem. Zacząłem go poznawać, gdy był już po sześćdziesiątce i na emeryturze, ale nawet wtedy, gdy szybko umierał na raka wszystkiego, odkrywałem jego cwaniacką, zaczepną naturę białostockiego chłopaka z dzielnicy. Zawsze podobała mi się jego fryzura. Po bokach podgolone, góra do tyłu. Był przystojny. Mam zdjęcie z około 1960 roku, jak kuca z synem przy sztucznym niedźwiedziu, pewnie w którymś z białostockich parków. Nie wzdychał, kiedy umierał. Nie miał pretensji. Po prostu się udusił.

Wschód słońca nad kamienicą Rejzli Wejnrach

Nie zmrużyłem w nocy oka. Bezsenność. Obejrzałem ciurkiem cały drugi sezon serialu Vegi o kobietach mafii. Bardzo fajny. I dwa filmy Zanussiego, które znam na pamięć. Trudy problemów z zasypianiem wynagrodził mi taki wschód słońca za oknem sypialni. Sypialni, która miała być pokoikiem Małego.