Nieświęta Trójca

DSC02584.jpg

Przeglądałem szpargały i znalazłem tę fotografię.

Uwielbiam to zdjęcie ze studniówki 1999, bo są na nim wszystkie wspomnienia z czasów, kiedy całe życie zdawało się stawać przed nami otworem i krzyczeć „Bierzcie z tego wszyscy!”.

Nauczyciele mówili o nas „Nieświęta Trójca”. To bluźniercze określenie oddawało całkowicie religijne namaszczenie, jakie nadawaliśmy naszemu licealnemu chuligaństwu.

Było nas trzech.

Na zdjęciu pierwszy od lewej stoi Bogdan. Dzisiaj robi wielką politykę gdzieś na zachodzie Polski, chyba we Wrocławiu albo Opolu. Podobno zgolił wąsa. Nie widziałem go już prawie dwadzieścia lat. Zaczął tu studia na polonistyce, ale podobno złamał serce jednemu asystentowi z Zakładu Oświecenia i Romantyzmu, który chodził za Bogdanem po mieście, dawał kwiaty, wciągał do taksówki, zapraszał do dyskoteki. Bogdan musiał opuścić miasto.

Po prawej Paweł. Romantyczna dusza. Czytał dużo poezji. Lorca, Rimbaud, Wojaczek, Bursa. Zakochiwały się w nim wszystkie dziewczyny z liceum. Był uwodzicielem o szerokim spektrum działania: od fruwających w obłokach romantyczek-humanistek po stąpające twardo po ziemi laski z klas matematyczno-przyrodniczych. Od pulchnych grubasek z pryszczami na policzkach nie rozstających się z granatowymi, powycieranymi sztruksami, po seksowne nimfetko-lolitki w krótkich spódniczkach, bluzeczkach na ramiączkach i blond warkoczykach spiętych w pedofilskie kitki.

Wystarczyło, żeby Paweł podszedł do takiej jednej stojącej na przerwie i czekającej tylko na to przy tych schodach, aby Paweł do niej podszedł, i powiedział „dla Ciebie piszę miłość ja bez nazwiska zwierzę bezsenne” i już było wiadomo, że po lekcjach Paweł nie pójdzie z nami na wino „Byk” do parku, nie pójdzie z nami na skwer przy Ratuszu popatrzeć na dziewczyny, nie będzie nam towarzyszyć w przeglądaniu książek w księgarni Akcent ani w obiedzie w barze Podlasiak, gdzie za 1,40 groszy braliśmy zawsze ziemniaki polane sosem pieczarkowym.

Pośrodku ja (wiem, zmieniłem się od tego czasu). Wtedy, tak jak i dzisiaj, nie reprezentowałem sobą nic ciekawego.

Czasami, gdy z Bogdanem zasiedzieliśmy się w Lalkach, około północy dołączał do nas Paweł, z szyją kompletnie ujebaną szminką, cały śmierdzący jakąś dziewczyńską perfumą. My go pytaliśmy jak było, a on z uśmiechem milczał. My go pytaliśmy, a on milczał.

Potem szedł do baru. Choć niepełnoletni, prosił Piotrka o piwo, które wtedy kosztowało 3 złote bez zniżki. Wracał do nas (a siedzieliśmy zawsze przy tym samym małym stoliku w samym kącie, przy szybie z widokiem na park). Wypijał jednym haustem połowę kufla i mówił, zawsze te same słowa:

„Tak, zjechałem tu nie w porę. Kto żyw, ten umiera pospiesznie. Jedną wolną już salę zamieniono na składzik. Pewnie już niedługo założą tu klamki”.

Reklamy

Przydworcowe

SONY DSC

Ten niewielki kwartał ograniczony z jednej strony gęstym rzędem zwrotnic i torów kolejowych rozpoczynających swój bieg na Zachód, z kolejnej – długim rzędem blaszanych, rdzewiejących garaży, za którymi jest już Kaufland i dworzec autobusowy, potem ulica Bohaterów Monte Cassino przechodząca płynnie w Łomżyńską, dochodzącej do ulicy Kopernika, gdzie wszystko się zamyka.

To ostatnie takie miejsce w Białymstoku. W mieście, które nigdy nie było Wiedniem, choć z uporem próbuje się z niego robić kolejne niemieckie duchem i wyglądem miasto. Niby polskie, ale tak naprawdę obrzydliwie czyste, straszliwie bezpieczne, przerażająco wygodne i do obrzydzenia, do wyrzygania nudne. Nie znoszę takich miejsc. Każdego dnia w Białymstoku realizuje się koszmar przemiany miasta z krwi, kości, potu i spermy, w miasto sterylności, porządku, nudy, czystości, bezpieczeństwa i rugowania z ludzi wszelkiej spontaniczności i wolności.

Znajomy, który jest drobnym złodziejaszkiem, mówi mi zawsze, żebym nie łaził tam z aparatem na wierzchu, bo mogę wrócić do domu lżejszy o aparat, komórkę i pieniądze w portfelu.

SONY DSC

„Można stracić dyszkę, można i jedynkę” – mówi, a ja właśnie dlatego tam chodzę. Wszystkie domy w tym kwartale pamiętają pewnie co najmniej lata 60-te, a całe to miejsce jest prawie dokładnie tym Białymstokiem, w jakim wychował się mój dziadek i ojciec.

Dziadek dorastał się w drewnianym domu przy ulicy Południowej na Nowym Mieście. Ten dom już nie istnieje, a dookoła stoją już bardzo nowoczesne wille. Dzieciństwo mojego ojca przypadło na lata 60-te XX wieku. Mieszkał z rodzicami w powojskowych barakach na dzisiejszych Piaskach, gdzieś między ulicami Plutonową a Wojskową. Jest tam teraz wielki szpital i bloki.

SONY DSC
Kiedy mimo ostrzeżeń kolegi-złodzieja łażę między tymi na wpół opustoszałymi domami, przy których rosną sady, a przy płotach stoją drewniane kible, kiedy mijam szwendających się w te i we wte bezdomnych z pobliskiej noclegowni, kiedy co chwila wpadam po kostki w zabłocone muldy, kiedy czekam, aż ktoś mnie w końcu zaczepi i zapyta, co tu robię, myślę, że to ostatnie miejsce przypominające miasto mojego dziadka i ojca. Czegoś tu tylko brakuje.

Brakuje mi tych wyrostków stojących na rogu, żądających papierosa za wstęp na dzielnicę. Brakuje mi sąsiadów stojących przy płocie, opowiadających dowcipy o Żydach. Brakuje mi Cyganów chodzących od domu do domu z akordeonem. Brakuje mi rozpijania wódki pod słoninę na okoliczność urodzin jakiegoś Henryka albo Mirosława. Brakuje mi młodocianych podrostków próbujących wyciągnąć portfel z kieszeni przypadkowego przechodnia. Brakuje mi, przyrzekam, że nie kłamię, nawet tych typów z Przydworcowego, przed którymi ostrzega mnie zawsze kolega złodziej, że mnie na pewno skroją.

SONY DSC
To życie można już sobie tylko wyobrażać. Została sceneria, ostatnia ocalała scenografia prawdziwego miasta środkowo-wschodniej Europy. Takiego, w którym mieszkali ludzie różnych religii, narodowości i poglądów politycznych. Czasami się kochali, ale częściej nienawidzili. Kłócili się między sobą, czasami nawet jeden drugiego ciapnął nożem, szydzili z siebie, separowali się i podkreślali różnice między sobą. Kiedy trzeba było załatwić jakiś interes, załatwiali interes. A jak zdarzyła się niefortunnie miłość między Polakiem a Żydówką, próbowali do tego nie dopuścić, a potem, mimo wszystko, odpuszczali.

SONY DSC

Przy Stołecznej, Grunwaldzkiej i Stołecznej żyją jeszcze jacyś ludzie. Z kominów pyka od czasu do czasu jakiś dym. Sikorki przylatują po zawieszoną na sznurkach słoninę. W oknach niektóre szyby stają się chwilami niebieskie od telewizora. Zastanawiam się, jak oni potrafią żyć w tym mieście, które zmienia się w ponury koszmar zgodny ze standardami Unii Europejskiej. Za każdym razem, kiedy tam jestem, myślę o takiej starej kobiecie, która wyglądała zza okna, gdy robiłem jedno z tych zdjęć. Myślę o tym, jak po rozpaleniu w piecu kaflowym, wychodzi każdego ranka na wyprawę po bułki i salceson do Kauflandu, którego parking graniczy z jej ogrodem obrośniętym agrestami, papierówkami, mirabelkami i węgierkami.

SONY DSC

paint

Codziennik siedemnasty – Miasto wspaniałe, tylko ludzie kurwy

miasto

Lubię to miasto. Ostatnio wyłączyłem się świadomie i rozmysłem z uczestniczenia w jego publicznym nurcie. W rynku byłem ostatnio chyba w lutym. Nie znam tych wszystkich nowych knajp i restauracji. Zaczęło mnie bardziej fascynować jego zaplecze – podwórka i klatki starych kamienic, w których śmierdzi kiszoną kapustą, małe ławki między blokami w centrum, na których latem przesiadują głuche staruszki, stare, drewniane domy na osiedlu Przydworcowe, ślady po dawnych sadach i ziemiankach na Dziesięcinach, zgliszcza po zlikwidowanych ogródkach działkowych przy Ciołkowskiego, piękne, dzikie ogrody na Bojarach, pełne malw obrastających płoty. Lubię klimat giełdy rolnej przy Andersa i podniecony tłum młodzieży z szalikami, maszerujący na stadion przy Słonecznej. Cokolwiek poddawane jest „modernizacji” lub „rewitalizacji” budzi mój wewnętrzny wstręt i obrzydzenie.

Przez wiele miesięcy wymyślałem i proponowałem przeróżne atrakcje dla mojego syna, które mogłyby urozmaicić jego monotonne, nudne życie gdzieś w lesie, bez przyjaciół, znajomych, towarzyszy zabaw, wśród czterech sfrustrowanych, przepełnionych nienawiścią do wszystkiego co związane ze mną i w ogóle z mężczyznami, kobiet.

Zwykła przejażdżka starym gruchotem ojca to była dla niego straszna radość. W niedzielę przyjeżdża do Białegostoku prawdziwy Mikołaj z Laponii. Jest nowy basen na Stromej. Jest Muzeum Motoryzacji, o którym marzył i które mu obiecałem. Co tydzień jest tak wiele rzeczy, które mógłby zobaczyć, które ja mógłbym mu pokazać. Są to starania bezskuteczne, przez co czuję, jak przecieka nam między palcami jego dzieciństwo, które wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Ta bezsilność to bardzo trudne uczucie.

Sało według Reguły Dziadka Jurka Oryszczyszyna

SONY DSC

Sało (сало) to po polsku słonina. Na surowo jest mało smaczna i bardzo nietrwała. Gdy jednak potraktuje się ją solą, ewentualnie innymi przyprawami, zgodnie z Regułą Dziadka Jurka, zyskuje milion punktów smaku i tyleż punktów trwałości. 

Moich dwóch dziadków wprost uwielbiało słoninę. Dziadek Jurek (ojciec mojego ojca) urodził się i przeżył całe życie w Białymstoku, ale jego ojciec, mój pradziadek Michał Oryszczyszyn, przyjechał do Białegostoku spod Lwowa około roku 1914-go. Miał jechać do Paryża, ale tak mu się tutaj spodobało, że został. Miał domek w Hryniewiczach i konia. Potem zamieszkał na Nowym Mieście, też w drewnianym domu przy ulicy Południowej. Widział mnie tylko raz, zaraz po urodzeniu, ale jestem pewien, że tam, gdzie się urodził, na Ukrainie, sało było bardzo popularne.

Na Nowym Mieście urodził i przeżył dzieciństwo jego syn, a mój dziadek  – Jurek. Po wojnie zatrudnił się w Szpitalu Wojewódzkim im. Śniadeckiego i pracował tam jako hydraulik aż do emerytury.

Od kiedy pamiętam, był on skromnym i bardzo uczynnym człowiekiem. Skromnym, ale wesołym i towarzyskim. Wszystko zmieniło się, kiedy po długiej i ciężkiej chorobie zmarła jego żona, a moja babcia. Z dnia na dzień zamknął się w sobie, zamilkł i wycofał z życia. Ale to już temat na inną okazję. Dzisiaj przecież mówimy o słoninie, czyli o przyjemności.

Dziadek Jurek Oryszczyszyn z moim ojcem Henrykiem Oryszczyszynem. Prawdopodobnie Białystok około 1960 r.
Dziadek Jurek Oryszczyszyn z moim ojcem Henrykiem Oryszczyszynem. Prawdopodobnie Białystok około 1960 r.

Dzieciństwo i lata młodości Jurka przebiegały w warunkach quasi-wiejskich. I nie chodzi tu tylko o to, że mieszkało się w chacie z drewna, miało się bryczkę z koniem, a wokół chałupy biegały kury. Ludzie w tych czasach żyli w kupie. Nie było telewizji, więc wieczorami sąsiedzi zbierali się u kogoś, każdy przynosił, co akurat miał w spiżarni, siadało się przy stole i gadało, śpiewało, żartowało. Nieodłącznym elementem musiał być oczywiście bimber pędzony przez co drugiego gospodarza, a do bimberka najlepsza była solona słonina.

Między innymi z powodu tego klimatu, w jakim mój dziadek się wychował, bardzo przyjaźnił się z mieszkającymi na wsi rodzicami mojej mamy. Już po rozstaniu rodziców, kiedy wiadomo, że relacje między dziadkami raczej się nie poprawiają, w naszym przypadku tak się nie stało. Już po śmierci żony dziadek często wsiadał w PKS i jechał do Bociek. Ojciec mojej mamy, dziadek Józek szedł wtedy do tzw. „letniej kuchni”, gdzie miał specjalistyczny sprzęt do produkcji wiadomo czego. W tym czasie babcia kroiła wędliny oraz – oczywiście – słoninę. Obaj siadali, popijali, trochę porozmawiali. Kiedy już zjedli i wypili, szli do pokoju z telewizorem, siadali na fotelach przytulonych do pieca kaflowego i niby patrzyli na Wiadomości, ale już po chwili zdrowo pochrapywali.

Zawsze, jak robię słoninę, myślę o tych moich nieżyjących dziadkach i przypominam sobie, jak siedzą obaj w kuchni w Boćkach i zajadają te grube, ociekające tłuszczem plastry na żytnim chlebie prosto z pieca obok. I patrzą przez to małe okienko z pelargoniami na podwórko pokryte śniegiem, a w środku jest tak ciepło, przyjaźnie, serdecznie i bezpiecznie.

Dziadek Jurek, oczywiście z żartem, mówił, jak już sobie trochę popił, że „baby nie przeruchasz, słoniny nie przesolisz”. Przypomniałem sobie te słowa dopiero kilka lat temu, kiedy jego już dawno nie było na świecie, a ja postanowiłem, że zrobię sobie taką słoninę. Kilka lat doświadczeń pokazały, że w słowach dziadka ukryta była głęboka kulinarna prawda… Nie zdążyłem go zapytać. Pewnie i tak by nie wiedział, jak dokładnie zrobić takie sało, bo rzeczami związanymi z jedzeniem zajmowała się u nich tylko babcia.

Przepis na słoninę według Reguły Dziadka Jurka:

  • kawałek naprawdę grubej słoniny – minimum 5 cm
  • sól, naprawdę dużo soli (może być zwykła, może być jodowana)
  • ewentualne przyprawy (czosnek tylko granulowany, papryka słodka lub ostra, majeranek – tutaj sky is the limit)

Bardzo ważne, aby słoninę pozbawić wszelkich narośli mięsnych, bo one łatwiej się psują od tłuszczu. Wielkość kawałka słoniny zależy wyłącznie od pojemnika, w jakim będziecie ją przechowywać. Ma się mieścić cała dość ściśle z niewielkim marginesem na warstwę soli. Podobno dobrze, jak pojemnik jest kamienny, ale ja używałem wielokrotnie zwykłych, plastikowych pojemników spożywczych.

SONY DSC

Najpierw biorę sól spożywczą (z dodatkami ziołowymi lub bez) i dokładnie wcieram ją mocno w każdy zakamarek mięsa. Z praktyki wiem, że najlepiej wysypać tę sól na drewnianą deskę do krojenia i w ten sposób dokładnie wcierać sól. Następnie sypię około centymetrową warstwę soli na spód pojemnika, na to kładę słoninę i dokładnie obsypuję ją z góry i po bokach solą. Ważne, aby każda część słoniny miała kontakt z NaCl (sól). Pozostawiam to w warunkach lodówkowych.

Po dwóch dniach słonina powinna oddać trochę wilgoci, co będzie widać właśnie po soli. Wyjmujemy słoninę z pojemnika. Sól, która jest wilgotna wyrzucamy do zlewu i zastępujemy ją nową porcją. Znowu odstawiamy do lodówki. Po dwóch dniach sprawdzamy, czy słonina oddała już całą wodę. Sól otaczająca mięso powinna być suchutka. Jeśli tak, to zostawiamy nasze sało w spokoju na co najmniej tydzień. W tym czasie sól będzie sobie spokojnie wędrować przez słoninową krainę.

Czy taka ilość soli nie sprawi, że nasze mięso będzie w smaku czystym chlorkiem sodu? I tu właśnie kłania się Reguła Dziadka Jurka! Nie, bo słonina przyjmie dokładnie tyle soli, ile jest potrzebne, a reszta po prostu pozostanie na zewnątrz. Oczywiście pamiętajmy, że musi to być dość gruba słonina!

Smacznego!

Pierwsze ujęcie Pani Wiosny

Jeżdżę często ulicą Ciołkowskiego. Między kampusem uniwersyteckim a ulicą Żwirki i Wigury jest duży obszar nieużytków, zamknięty z jednej strony ulicą Żwirki i Wigury, a z drugiej Lasem Zwierzynieckim. Były tam kiedyś ogródki działkowe, po których pozostały już tylko betonowe podmurówki dacz ukryte w trawie, pokryte rdzą pozostałości metalowych płotów, zwały azbestowych dachówek, drewniane obudowy po telewizorach, miejsca po letnich ogniskach, worki ze śmieciami, opony samochodowe, gumowe świadectwa przelotnych znajomości. A poza tym chaszcze, kępy traw, błoto, szarość i smutek. Byłem tam wczoraj na spacerze z aparatem, bo człowiek szuka w desperacji śladów wiosny gdzie się tylko da. Robiłem zdjęcia kroplom deszczu na zbutwiałych gałęziach starych krzewów owocowych i te zdjęcia na wyświetlaczu też wyglądały smutno. Tylko jedno z nich wyłapało jakimś niewyobrażalnym przypadkiem odrobinę koloru, jakiejś niewidzialnej gołym okiem tęczy.

Czy ryba przetrwa bez wody? Czy śledź dotrwa do środy?

SONY DSC

Najlepszą świeżą rybę w mieście można dostać w rybnym na giełdzie przy Andersa. To ostatni taki rybny w Białymstoku. Na drzwiach zawieszona jest pleksiglasowa zasłonka przeciw muchom. W środku jest zawsze dużo starych ludzi obsługiwanych przez chamskie sprzedawczynie w utytłanych fartuchach, a nad wszystkim unosi się ten unikalny rybny swądek sklepu z darami mórz, rzek i jezior.

Te trzy rzeczy – zapach ryby, długą kolejkę i opryskliwe, ekspedientki wycierające ręce o brudne fartuchy – pamiętam z okrągłego punktu Centrali Rybnej między blokami przy Gajowej w Białymstoku, kiedy gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych staliśmy z całą rodziną na zmianę, chyba z dziesięć godzin, żeby dostać upragnionego karpia na święta. Wieczorem karp pływał już w wannie i tego dnia wyjątkowo nie było kąpieli przed wieczorynką. Zdobyty z trudem był przez jedną noc piątą osobą w rodzinie, a wanna stałą się akwarium, do którego wrzucałem z siostrą kawałki chleba dla nowego braciszka.

Jiro Ono, tokijczyk uważany za najlepszego twórcę sushi na świecie, twierdzi, że świeża ryba nie ma zapachu. Pewnie ma rację. Teraz w nielicznych rybnych nie śmierdzi tak, jak kiedyś. Większość zresztą pozamykano. W moim mieście przez lata sklep rybny był w najlepszym miejscu na sklep, knajpę, lokal, jakie można sobie wymarzyć – na Lipowej, przy samym ratuszu. Potem, w latach dziewięćdziesiątych, zrobili tam sklep Big Stara z dżinsami, a potem zrobili tam kawiarnię. Jak tamtędy przechodzę, czuję zapach kawy, a kiedyś czułem swąd ryby.

Sklep przy Andersa to jedyne miejsce w Białymstoku, które przypomina tamte Centrale Rybne. Wewnątrz od rana do popołudnia stoi kilkunastoosobowa kolejka starych kobiet i mężczyzn z tymi dziwnymi torbami na kółkach. Giełda jest na peryferiach, więc ci zmęczeni starcy z tymi swoimi jeżdżącymi torbami muszą jechać autobusami, aby w tym małym sklepie odstać swoje piętnaście minut i kupić rybę na piątek.

Nie wierzę w ich metafizyczny sens, ale lubię czasami przestrzegać tych katolickich rytuałów, zakazów i nakazów. To ważna cząstka, świata, w którym się wychowałem. Mój syn wybierze sobie taki światopogląd, jaki mu się spodoba, ale będzie mi zależało, żeby szanował te polskie tradycje. Bo – nawet jeśli nie mają one żadnego głębszego znaczenia – są kawałkiem świata jego rodziców i dziadków.

Dlatego, kiedy tylko robię zakupy w czwartek albo w piątek, zaglądam do tego rybnego na giełdzie. I jak robię obiad, to staram się, aby w piątek była ryba.

Trzy dni temu, jak zwykle, byłem bardzo podekscytowany i zdenerwowany spotkaniem z Synem, a najlepszym sposobem na tę gorączkę są dla mnie jazda autem i spacer po tej giełdzie. Kolejny raz zajrzałem do rybnego. Upatrzyłem sobie kilka płatów świeżego dorsza na obiad. Tymczasem wszyscy starzy ludzie przede mną brali solone śledziowe filety, wylegujące się na środku wielkiego rybiego zgromadzenia, między śledziami w skórze, między błyszczącymi makrelami wędzonymi na ciepło i na zimno, zdekapitowanymi karpiami, karpimi głowami smutno patrzącymi na ludzkość zza porysowanego pleksi, między płaskimi jak kapcie halibutami, wyciętymi równo jak cegły igloo płatami mrożonych mintajów, polędwicami z tuńczyka, między drobnymi sielawami z oleckich i suwalskich jezior, między dumnymi, ociekającymi tłuszczem łososiami, między mikroskopijnymi szprotkami.

SONY DSC

Nie miałem wyboru. Musiałem – tak jak wszyscy – kupić kilka małosolnych filetów wylegujących się na samym środku tej rybnej góry.

Wielbicielem śledzia był Otto von Bismarck, który w swojej celnej uwadze zawarł pewnie nieświadomie nie tylko ideę fix śledzia, ale też przy okazji uniwersalne prawo popytu i podaży, którego uczą się studenci pierwszego roku ekonomii. Wąsaty kanclerz zauważył, że gdyby śledzie nie były tak pospolite, gościłyby jako rarytas na królewskich stołach.

Von Bismarck powiedział to, co ekonomiści nazywają prawem popytu i podaży. Rzeczy, których jest mało, pożądają wszyscy i są gotowi zapłacić za nie wielką cenę. Złoto, trufle, Monica Bellucci, Lamborghini Anniversario z limitowanej edycji. Rzeczy, których jest dużo i są łatwo dostępne, jest tak wiele, że stać na nie każdego. A przecież smak tego pospolitego śledzia, tej tłustej ryby dla biedaków, jest smakiem w świecie ryb tak niepowtarzalnym, że nie sposób go pomylić z żadną inną rybą. Mintaja z tilapią pomylisz. Śledzia nie pomylisz z niczym. Gdyby było go mało, śledź byłby tym, czym jest kawior Beluga z ikry stuletnich białych jesiotrów z Morza Kaspijskiego.

SONY DSC

Starzy ludzie raczej nie są bogaci, nie jedzą kawioru i nie obchodzą karnawału. Ale na pewno obchodzą post. A we tę środę rozpoczyna się najważniejszy post w roku. Tego dnia na głowie jest popiół, a na obiad jest skromny śledź z gotowanymi kartoflami. No to pomyślałem, że zrobię tego śledzia na środę tak, jak najbardziej lubię i najprościej, jak się da.

Do Popielcowej Środy jeszcze dwa dni, a śledzia co raz, to ubywa.

Niżej napisałem, jak go robię, jeśli ktoś jest zainteresowany. A jeśli nie jest zainteresowany, to może poprzestać na wierszyku (autor nieznany).

Czy ryba przetrwa bez wody?

Czy śledź przetrwa do środy?

Śledź w oleju (przepis)

  • Duży słoik albo umyty pojemnik po kawie
  • 1 kg małosolnych śledzi (najlepiej młodych)
  • 2 duże cebule
  • Liście laurowe
  • Gorczyca
  • Pieprz (najlepiej zielony lub czerwony)
  • Olej słonecznikowy

Śledzie przelewam kilka razy zimną wodą, aby oddały sól. Zostawiam je w ostatniej wodzie na około godzinę (ważne, aby nie stały w tej wodzie za długo, bo zmiękną). Kroję je w poprzek na kilkucentymetrowe kawałki. Na dno słoika wrzucam liść laurowy, 2-3 kawałki cebuli pokrojonej w półplasterki, kilka ziaren gorczycy, 2-3 ziarenka pieprzu (zielony jest delikatniejszy od czarnego, a czerwony – słodkawy), a na to 2-3 plastry śledzia. Powtarzam te czynności, dopóki nie skończą mi się śledzie. Warstwy wkładam bez kombinowania i dociskania, aby ryba mi się potem nie porozpadała. Na koniec zalewam to wszystko olejem, zamykam i lekko potrząsam, aby pozbyć się powietrza. Z praktyki wiem, że nie warto kombinować z przesuwaniem zalanych śledzi widelcem ani łyżką, bo tylko się porozpadają. Jeśli między płatami zostają jakieś bąbelki, to od czasu do czasu lekko potrząsam słoikiem. Wstawiam słoik do lodówki i zostawiam na kilka godzin. Śledzie są gotowe do jedzenia.

SONY DSC

Доброго Апетиту!

 

Malwy białostockie

SONY DSC

Szorstkość i zimna woń liści pelargonii rosnących na parapecie południowego okna w mieszkaniu moich dziadków przy Broniewskiego 8c jest moim najgłębszym wspomnieniem tego miejsca. Pelargonie rosły w donicach przy wyjściu na balkon. Pod parapetem babcia trzymała plastikowe baniaki na wodę. Pod parapetem chodziły też mrówki, które babcia tępiła octem wymieszanym z wodą.

Oślepiający blask słońca docierającego przez zasłonę i firankę do tego pokoju z balkonem, w którym zawsze było gorąco i duszno, gdzie były dywany z wizerunkiem Jezusa zawieszone na ścianach i gdzie był telewizor Rubin na honorowym miejscu wielkiej meblościanki wypełnionej zastawą i kryształami, z szufladą pełną smakołyków zamykaną na klucz, to moje najważniejsze wspomnienie mieszkania dziadków w bloku przy Broniewskiego 8c.

Z balkonu tego mieszkania można było po metalowych schodkach zejść do ogrodu, w którym babcia pielęgnowała ogórki, pomidory, koper, cebulę i pietruszkę. Przy płocie zawsze było miejsce na rabarbar i malwy. Zapach tych pelargonii, tego ogródka z wielkimi krzakami kopru, tych malw przerastających mnie o kilka głów i kwaśny smak tych zielonych truskawek ubabranych w piachu, które jadłem potajemnie w połowie czerwca to równie ważny, jeden z niewielu, przebłysków mojego dzieciństwa.

Moja druga babcia, mieszkająca na podlaskiej wsi, też ma przy płocie malwy. Malwy są przy prawie wszystkich podlaskich płotach. Malwy są przy wszystkich płotach domostw, w których mieszkają babcie.

SONY DSC

Te malwy zobaczyłem przejeżdżając przez Rybaki. Wieś ma kilkanaście domostw i leży kilka metrów od wielkiej tamy na Zalewie Siemianówka, który zbudowano 40 lat temu, zalewając kilka innych podobnych wsi z drewnianymi chatami i malwami przy płotach. Rybaki ocalały i teraz witają przypadkowych gości tymi obłędnymi malwami. Przypadkowych, bo nikt tam nie przyjeżdża, a jedyna droga kończy się ślepo przy tamie.

„Malwy białostockie” wymyślił poeta Stefan Kubiak, a rozsławił Czesław Niemen śpiewając wyjątkową piosenkę o Polsce. W zgiełku awantur, intryg, oszustw i niesprawiedliwości, tych wyłącznie moich i tych, o których wszyscy mówią na ulicy, najpiękniejszą Polską jest kraj begonii na balkonach, pelargonii w kolorowych ogrodach działkowych i malw przy wiejskich płotach.