Człowiek z liściem na głowie

Pojechałem znowu do lasu. Przerażeniem nastraja mnie ten ciemny już niedługo całkowicie listopad, który zwieńczy wydaje się że wieńczące posiedzenie rejonowego sądu w sprawie moich starań o Niego. Oczywiście – są różne odwołania, apelacje i inne sracje. Jestem już bardzo zmęczony tym prawie sześcioletnim ścieraniem się z ludzką nienawiścią i zazdrością.

Dlatego kiedy mogę, uciekam do lasu. Dzisiaj pojechałem wyjątkowo przez miejscowość, w której mieszka Mały. Tak mi poradziła moja nawigacja, a ja jej zaufałem. Wiążę wiele dobrych wspomnień związanych z tym miejscem, ale znacznie więcej złych. Unikam tego miejsca, bo wiem, jaką wściekłość wzbudziłoby samo pojawienie się tam, choćby przejazdem.

Dlatego skręciłem czym prędzej przy sklepie i stawie z wyspą w prawo. Poleciałem w stronę Zawad.

Myślałem, jak zmieniała się w mojej głowie geografia mojego miasta, w zależności od tego, z kim byłem i kto był dla mnie ważny.

Kiedyś, przez dobrych kilka lat, mój świat umiejscowiony był w centrum, jego biurach, restauracjach i kawiarniach, a jedną ścieżką wychodzącą od niego była trasa taksówki albo mojego auta – wieczorem na Palmową i rano z powrotem do centrum. Przez kilka lat na Dziesięcinach tylko nocowałem.

Potem tą mapą była ulica Wesoła i jej okolice, a jedną cienką ścieżką z niej wychodzącą było osiedle jednorodzinnych domków we wschodniej części miasta i ósme liceum ogólnokształcące.

Teraz, od kilku lat, bliskie są mi dzielnice zachodnie. Nowe Miasto, którego części są mi bliskie rodzinnie i piękne, a inne przerażają prowincjonalnością jego blokowych nowomiejskich nuworyszów. Stamtąd często wyjeżdżam w stronę Łap, w stronę Choroszczy i w stronę Kruszewa. W nadnarwiańskie pola, w te młode lasy sosnowe, w sosnowe lasy.

Na pewno po to, aby być bliżej Syna. Po to, aby spadł mi liść na głowę. Po to, abym się z tego wszystkiego mimo wszystko uśmiechnął.

Mur

Nieopodal mogiły pierwszej z trzech żon mojego pradziadka, stoi mur oddzielający cmentarz katolików od cmentarza żydów. Ten białostocki kirkut jest jednym z najlepiej zachowanych żydowskich cmentarzy w Polsce. Można wspiąć się na jeden z konarów wyciętych drzew albo na hałdę rzuconych pod ten mur śmieci i popatrzeć sobie na to fatalne miejsce.

Odwiedzając po raz trzeci tej jesieni groby moich pradziadów, cioć, sąsiadów i idoli białostockiej popkultury, nie spotkałem absolutnie nikogo. Nikogo też nie było po drugiej stronie muru, gdzie setki żydowskich macew otoczone są solidnym murem i bramką zamykaną na klucz. Choć na moim cmentarzu nie było nikogo, tam było tego niczego jeszcze mniej.

Niemcy rozwalili nasze miasta i powybijali całe polskie rodziny, ale jeszcze większą szkodę dla narodu polskiego uczynili tym, że powybijali naszych żydowskich sąsiadów. Zostaliśmy sami. Zostaliśmy narodem pozbawionym swojego naturalnego partnera i oponenta. Niemcy pozbawili nas różnorodności. Pozabijali naszych codziennych przeciwników, wzajemnych obiektów żartów, dokazywań, czasami kłótni, a nawet otwartych konfliktów.

To dlatego dzisiaj Polacy nie potrafią się mądrze kłócić – nie mają Żydów. Polskie kłótnie to chocholi taniec, to parodia dyskusji, to żart z debatowania. Żydzi – ci bardziej od nas obrotni, bardziej inteligentni, bardziej dowcipni – stanowili dla nas wyzwanie, a człowiek bez wyzwań porusza się do przodu tak skutecznie, jak człowiek na bieżni w fitness klubie.

Ci niektórzy mieszkańcy Tykocina albo Jedwabnego, którzy patrząc na wyprowadzanych przez hitlerowców z miasta sąsiadów, zapewne się cieszyli uwolnioną powierzchnią mieszkalną, umorzeniem kredytów i zakupów na kreskę. Nie zdawali sobie sprawy, że brak tego odwiecznego sąsiada, za kilkadziesiąt lat odbije się Polsce cuchnącą, głęboką, wydobytą z głębi trzewi, obrzydliwą czkawką.

Jurek

Jak by powiedział leżący tam metr pod ziemią dziadek Jurek, „lśni się jak psu jajca”. Szorowałem wczoraj ten jego, jego żony i syna grób i wspominałem jego robotniczy, mieszczański sznyt, zaprawiony lwowskim akcentem jego ojca. Był hydraulikiem w białostockim szpitalu wojewódzkim. Cieszył się wielkim poważaniem. Zacząłem go poznawać, gdy był już po sześćdziesiątce i na emeryturze, ale nawet wtedy, gdy szybko umierał na raka wszystkiego, odkrywałem jego cwaniacką, zaczepną naturę białostockiego chłopaka z dzielnicy. Zawsze podobała mi się jego fryzura. Po bokach podgolone, góra do tyłu. Był przystojny. Mam zdjęcie z około 1960 roku, jak kuca z synem przy sztucznym niedźwiedziu, pewnie w którymś z białostockich parków. Nie wzdychał, kiedy umierał. Nie miał pretensji. Po prostu się udusił.

Wschód słońca nad kamienicą Rejzli Wejnrach

Nie zmrużyłem w nocy oka. Bezsenność. Obejrzałem ciurkiem cały drugi sezon serialu Vegi o kobietach mafii. Bardzo fajny. I dwa filmy Zanussiego, które znam na pamięć. Trudy problemów z zasypianiem wynagrodził mi taki wschód słońca za oknem sypialni. Sypialni, która miała być pokoikiem Małego.

Dziwna geometria

Tyle miejsc w okolicach alej Piłsudskiego, gdzie stare spotyka się z jeszcze starszym. Dziwna geometria powstała, gdy przedwojenny układ tych żydowskich ulic przecięła brutalnie ówczesna, tzw. „Aleja 1 Maja”. Na wielu budynkach wciąż jeszcze można spotkać tabliczki z tą nazwą, gdzie dodatkowo umieszczono informację o przynależnym posterunku Milicji Obywatelskiej. Przedwojenne budynki są, niemalże dokładnie, ustawione w kierunku północno-zachodnim. Powojenne budynki są ustawione niemalże dokładnie w kierunku wschód-zachód. Dlatego rano, w mojej wschodniej sypialni, budzi mnie wściekłe słońce, powstające nad kamienicą Rejzli Weinrach, a wieczorem, to samo – jak podejrzewam – słońce, żegna mnie nad starą, opuszczoną fabryką produkującą kiedyś papier. Fascynuje mnie ta część mojego miasta, przesmyki między budynkami, ten chaos, te pozostałości starych sadów w samym jego centrum, te mirabelki, papierówki, antonówki, rosnące pod blokami. Każdego dnia wychodzę wieczorem na balkon. Podlewam roślinki i nie mogę się napatrzeć na tę dziwną geometrię mojej dzielnicy.