Ojciec. Radio. Kuchnia.

DSC04913.JPG

Nie wyobrażam sobie kuchni bez radio stojącego gdzieś w kącie. Bulgocąca na gazie zupa, melodeklamacja Mariana Kociniaka zapowiadającego „Powtórkę z Rozrywki” w Trójce i mój ojciec Heniek siedzący tyłem do wyjścia, pochylony nad porozrzucanymi po całym stole i podłodze papierami zapisanymi ołówkiem. Zapach papierosów pomieszany z zapachem grochowej na żeberkach.

Ojciec spędzał przedpołudnia w kuchni, gdzie rozwiązywał całki, gotował mi zupy i słuchał Trójki. Potem przenosił się do dużego pokoju z telewizorem, gdzie razem oglądaliśmy mecze, seriale, kabarety i wiadomości. Jednak centrum mieszkania na Palmowej była kuchnia. Skandalicznie brudna jak na kuchnię bez kobiety przystało. Z radiomagnetofonem. Kiedy ojca dopadał smutek, puszczał zamiast Trójki solowe kasety Tadeusza Nalepy. Smutne bluesy, od których płakał, gdy nie widziałem.

Podobnie jak mój ojciec, uwielbiam spędzać czas w mojej przestarzałej kuchni. Patrzeć, jak rosną zioła na parapecie, wsłuchiwać się w bulgotanie wina z hibiskusa w gąsiorku odziedziczonym po Henryku, patrzeć na starców przesiadujących na ławce pod blokiem, wciągać nosem zapach kwiatów kwitnącej mirabelki, słuchać Trójki.

Kiedy jest mi smutno i nie chcę znowu wracać do pustego domu, zostawiam przed wyjściem włączone radio. Kiedy wracam i słyszę Trójkę, mam przyjemne uczucie, że wracam do domu, w którym ktoś przez cały czas mieszka.

Codziennik trzydziesty szósty – Tłusty Czwartek

urodzinytłusty.JPG

Dwa lata temu Tłusty Czwartek wypadał dokładnie w dzień drugich urodzin Małego. Wywieziono mi go wtedy do Olsztyna – odebrałem to – być może niesłusznie – jako kolejną próbę zniechęcenia mnie do spotykania się z Nim. Próbę oczywiście nieudaną.  Jeździłem tam jak szalony, przez trzy zimowe miesiące, co tydzień, trzysta czterdzieści kilometrów w jedną stronę, ma marne dwie godziny, po oblodzonych mazurskich ścieżynkach.

Nie było to łatwe, ale przetrwaliśmy i tę przeciwność. Teraz przed nami kolejne. Obaj walczymy jak na facetów przystało..

Dwa lata temu, w Tłusty Czwartek, zawiozłem Mu – oczywiście bezlaktozowe – urodzinowe pączki, które przez cały wieczór lepiła i smażyła mu wiecznie stęskniona i zakochana we wnuku, którego nie widzi, babcia Terka. Przez cały czas mam przed oczami tę scenę, jak siedzi z tortem i resorakiem na swoim ulubionym parapecie w bloku przy ulicy Wilczyńskiego, skąd zawsze patrzył i czekał, aż przyjadę, a potem machał mi na pożegnanie, kiedy po dwóch godzinach spotkania musiałem wracać drugie trzysta czterdzieści kilometrów po nocy. Wracałem w nocy z tonami szczęścia w sercu i energią na kolejny tydzień.

Rillettes wieprzowe. Do chleba.

DSC05023.jpg

Chleb ze smalcem. Dzieciństwo w latach 80-tych ubiegłego wieku. W sklepach pustki. Mięso przywoziło się od rodziny ze wsi, o ile ktoś miał rodzinę na wsi. W moim bloku prawie wszyscy mieli rodzinę na wsi, bo prawie wszyscy pochodzili ze wsi w pierwszym lub drugim pokoleniu.

W stanie wojennym mój chrzestny – młodszy brat mamy – służył w Ludowym Wojsku Polskim. Miał szczęście, bo przydzielili go do jednostki na Bema, kilka kroków od bloku, w którym wtedy mieszkaliśmy. Przywoził nam cały plecak wypełniony wieprzowiną. Nielegalnie. W stanie wojennym żołnierz szmuglujący mięso miałby przerąbane, gdyby go złapali. Rodzice czekali na niego jak na zbawienie. Po pierwsze dlatego, że bali się o Bogdana. Po drugie dlatego, że czekali na mięso.

Słonina i podgardle. Z nich robiło się smalec. Do smażenia albo na chleb. Lubię sobie od czasu do czasu zjeść kanapkę z takim smalcem.

Kiedy jestem u rzeźnika, szkoda mi pozostawiać tych tanich jak barszcz płatów słoniny i kawałków podgardla. Tłuszcz psuje się momentalnie. Wiem, że większość z tego będą musieli wyrzucić. Więc kupuję i przerabiam ten tłuszcz na smalec, a jak trafię na trochę chudego mięsa, robię smarowidło.

Nie jestem wielkim fanem jedzenia takiego czystego, białego tłuszczu ze skwarkami. Nawet na dobrym chlebie jest to doświadczenie dosyć mdlące. Dlatego robię zblendowane, nieco chudsze od tradycyjnego, smarowidło z cebulą i jabłkiem, podobne do tego co we Francji nazywa się rillettes. Francuzi robią to z kaczki, ale kto by marnował kaczkę na zwykłe smarowidło?

Proporcje poszczególnych składników dobieram spontanicznie, w zależności od tego, co się trafi u rzeźnika.

SONY DSC

Rillettes wieprzowe

Składniki:

  • kawałek słoniny
  • kawałek podgardla
  • cebula
  • twarde, kwaśne jabłko (np. Szara Reneta)
  • sól
  • pieprz
  • majeranek

Słoninę i podgardle kroję w średniej wielkości kostkę, zalewam wodą do około połowy głębokości i gotuję tak długo, aż mięso będzie się rozwalało pod palcami jak masło. Może to potrwać ponad godzinę. Wody powinno być tylko tyle, aby się nie przypaliło. Chodzi o to, aby mieć tłuszcz bez skwarek.

Cebulę kroję na małą kostkę i wrzucam na rozgrzaną patelnię do zeszklenia.

Jabłka obieram ze skóry i kroję w kostkę.

Kiedy mięso jest już miękkie, odcedzam je z pozostałej wody, dodaję cebulę i meleksuję blenderem.

Wrzucam mięso do garnka, dodaję jabłko, ewentualnie odrobinę wody i zagotowuję. Czekam, aż jabłka się rozgotują i połączą z mięsem w całość. Na koniec doprawiam pieprzem, majerankiem i solą (solenie zawsze warto zostawić na sam koniec, ponieważ smak soli zagłusza inne smaki).

Powstałą masę przelewam do pojemników i pozostawiam w chłodzie do przeobrażenia się w stałą masę, gotową do smarowania nią chleba.

SONY DSC

Nieświęta Trójca

DSC02584.jpg

Przeglądałem szpargały i znalazłem tę fotografię.

Uwielbiam to zdjęcie ze studniówki 1999, bo są na nim wszystkie wspomnienia z czasów, kiedy całe życie zdawało się stawać przed nami otworem i krzyczeć „Bierzcie z tego wszyscy!”.

Nauczyciele mówili o nas „Nieświęta Trójca”. To bluźniercze określenie oddawało całkowicie religijne namaszczenie, jakie nadawaliśmy naszemu licealnemu chuligaństwu.

Było nas trzech.

Na zdjęciu pierwszy od lewej stoi Bogdan. Dzisiaj robi wielką politykę gdzieś na zachodzie Polski, chyba we Wrocławiu albo Opolu. Podobno zgolił wąsa. Nie widziałem go już prawie dwadzieścia lat. Zaczął tu studia na polonistyce, ale podobno złamał serce jednemu asystentowi z Zakładu Oświecenia i Romantyzmu, który chodził za Bogdanem po mieście, dawał kwiaty, wciągał do taksówki, zapraszał do dyskoteki. Bogdan musiał opuścić miasto.

Po prawej Paweł. Romantyczna dusza. Czytał dużo poezji. Lorca, Rimbaud, Wojaczek, Bursa. Zakochiwały się w nim wszystkie dziewczyny z liceum. Był uwodzicielem o szerokim spektrum działania: od fruwających w obłokach romantyczek-humanistek po stąpające twardo po ziemi laski z klas matematyczno-przyrodniczych. Od pulchnych grubasek z pryszczami na policzkach nie rozstających się z granatowymi, powycieranymi sztruksami, po seksowne nimfetko-lolitki w krótkich spódniczkach, bluzeczkach na ramiączkach i blond warkoczykach spiętych w pedofilskie kitki.

Wystarczyło, żeby Paweł podszedł do takiej jednej stojącej na przerwie i czekającej tylko na to przy tych schodach, aby Paweł do niej podszedł, i powiedział „dla Ciebie piszę miłość ja bez nazwiska zwierzę bezsenne” i już było wiadomo, że po lekcjach Paweł nie pójdzie z nami na wino „Byk” do parku, nie pójdzie z nami na skwer przy Ratuszu popatrzeć na dziewczyny, nie będzie nam towarzyszyć w przeglądaniu książek w księgarni Akcent ani w obiedzie w barze Podlasiak, gdzie za 1,40 groszy braliśmy zawsze ziemniaki polane sosem pieczarkowym.

Pośrodku ja (wiem, zmieniłem się od tego czasu). Wtedy, tak jak i dzisiaj, nie reprezentowałem sobą nic ciekawego.

Czasami, gdy z Bogdanem zasiedzieliśmy się w Lalkach, około północy dołączał do nas Paweł, z szyją kompletnie ujebaną szminką, cały śmierdzący jakąś dziewczyńską perfumą. My go pytaliśmy jak było, a on z uśmiechem milczał. My go pytaliśmy, a on milczał.

Potem szedł do baru. Choć niepełnoletni, prosił Piotrka o piwo, które wtedy kosztowało 3 złote bez zniżki. Wracał do nas (a siedzieliśmy zawsze przy tym samym małym stoliku w samym kącie, przy szybie z widokiem na park). Wypijał jednym haustem połowę kufla i mówił, zawsze te same słowa:

„Tak, zjechałem tu nie w porę. Kto żyw, ten umiera pospiesznie. Jedną wolną już salę zamieniono na składzik. Pewnie już niedługo założą tu klamki”.

Codziennik trzydziesty piąty – W domu

Louis Welden Hawkins
Louis Welden Hawkins „At home”

To jeden z moich ulubionych obrazów. Namalował go gdzieś pod koniec XIX wieku Louis Welden Hawkins. Mimo, że wszystko na tym obrazku zdaje się emanować ciepłem, całość sprawia, że czuję dreszcze, kiedy patrzę na ten dom za drzewami, w którego oknie pali się światło z kominka albo ze świeczki, nie wiadomo.

Wszystko to wina geometrii. Najważniejsze elementy obrazu, na czele z jego układem, są wertykalne. Trzy liściaste drzewa, których konary układają się w coś w rodzaju płota, bariery, trzech planów, które trzeba przekroczyć, by zbliżyć się do światła i ciepła. Drzewo na pierwszym planie ucięte w pół jak na nieudanie skadrowanej fotografii sprawia, że obserwator staje się mimowolnym podglądaczem, schowanym za jego konarem. Potem drugie drzewo, kamień i trzecie – najbliższe temu ciepłu, do którego się wzrokiem skradamy, cieńszym konarem przysłaniające okno. Tylko leżąca na wznak drabina przełamuje wertykalność tego dziwnego pejzażu.

Trawa jest zielona, ale przerażająco zimna, tak samo jak niebieskawe mury budynku z cegły. Wzrok dąży ku światłu wydobywającemu się z okna. Okna, na którym stoi wazon z wrzosami. Obserwator wie, że za tym oknem mieszkają ludzie, oczekuje, że ich zobaczy, że ich pozna. Możemy być pewni, że jego ciekawość nie zostanie zaspokojona i obserwator pozostanie na zawsze sam ze swoją samotnością i ze swoją ciekawością.

Codziennik trzydziesty czwarty – Piękno

róża.jpg

Nawet na drodze ku piekłu, róże mogą sprawić, że się uśmiechniesz. Są delikatne, efemeryczne, bezkompromisowe. Nikt nie może zmienić ich natury. To prawda, możesz je zniszczyć, ale nic Ci to nie da; nie jesteś w stanie zmusić ich, by poddały się Twojej woli.

Kwiaty budzą w nas potrzebę, by je ochraniać, by je doceniać i by chronić ich piękno. Świat jest zbyt okropny, zbyt gwałtowny. Musi być w nim coś delikatnego, coś, czym można się opiekować. Coś, co można podnieść wyżej ponad brutalność świata. Kiedy składamy kwiaty na ołtarzu, znaczy to bardzo wiele. Pieniądze są zbyt wulgarne, jedzenie zbyt przyziemne. Tylko kwiaty są bez skazy. Ofiarując je, ofiarujemy czystość.

Serdeczność kwiatów wzbudza miłosierdzie, współczucie i zrozumienie. Jeśli to piękno jest delikatne, tym lepiej. Życie jest ulotne. Powinniśmy poświęcić nasz czas, aby przeżywać piękno w środku doczesności.

Deng Ming-Dao „365 Tao: Daily Meditations. Chapter 51 – Beauty”, tłum. własne

Codziennik trzydziesty trzeci – liścienie

SONY DSC

Ponad dwa lata temu, we wrześniu, pojechaliśmy z mamą na Święto Ogórka do Kruszewa nad Narwią. Tego dnia miałem się spotkać z Synem, więc kupiłem dla niego kilka tych słynnych ogórków kiszonych stamtąd. Wtedy uwielbiał wszystko, co kwaśne, więc zajadał je z rozkoszą, aż sok ściekał Mu po brodzie. Patrzył przy tym z zadowoleniem raz to na mnie, raz na pozostałych uczestników spotkania, jakby chciał się pochwalić, że ojciec przyniósł mu coś smacznego. Z tamtej strony były tylko skwaśniałe miny polskich Grażyn, które zjadły za dużo ogórków kiszonych, choć tych, które przywiozłem dla Małego, palcem nie ruszyły. Niektórzy mają to skwaszenie i brak entuzjazmu dla entuzjazmu innych wdrukowane gdzieś głęboko i czasami mam wrażenie, że całe ciała i umysły tych ludzi są skwaszone przez całe ich życia.

Dzisiaj wspominam to jedno z wielu podobnych zdarzeń jako zarazem śmieszne i jednocześnie niezmiernie smutne. Staram się zapamiętać tylko to dobre, ale nie jest to łatwe.

Pamiętam, że moja mama przywiozła z tamtego wyjazdu do Kruszewa małą papryczkę chilli w doniczce. Kilkunastocentymetrowej wysokości krzaczek obsypany małymi owocami. Dotrwał do świąt Bożego Narodzenia i umarł śmiercią naturalną. Zebrałem z pomarszczonych i wyschniętych papryczek nasionka, przechowałem przez zimę i wiosną wyhodowałem kilkanaście podobnych krzaczków, które porozdawałem rodzinie i znajomym. Mama urządziła sobie z nich na parapecie paprykowy gaj.

Teraz rozmnażam kolejną generację papryk chilli. To już wnuczki tej, którą mama kupiła w Kruszewie. Z nasion pozostawionych na wilgotnej wacie, po pewnym czasie zaczynają rozwijać się cienkie, jasne korzonki, a ku górze idzie łodyżka, z której wychodzą dwa liścienie. To jeszcze nie liście, ale zalążki liści, z których potem urodzi się zielona roślina, na której znienacka pojawią się zielone owoce, powoli, dzień po dniu przechodzące w czerwień.

Wczoraj tłumaczyłem z angielskiego piękny taoistyczny tekst o umieraniu. Nie wierzę w jakiekolwiek życie po śmierci. Wydaje mi się, że taoiści też w to nie wierzą. Wiem, że jedyne, co po mnie pozostanie, to wspomnienia – te złe, te neutralne, i może kilka dobrych. W końcu nie pozostaną nawet one, bo wspomnienia również w końcu umierają i jest tylko kwestią czasu i pamięci, jak długo będą przekazywane kolejnym pokoleniom.  Dlatego nie potrafię mówić i myśleć źle o tych, którzy odeszli. Bo po co?

Nie przywiązuję też wagi do tego, co się stanie z moim ciałem po śmierci, choć to właśnie ono – w przeciwieństwie do wspomnień – będzie trwało tak długo, jak długo będzie trwał Wszechświat. Po śmierci zamieni się stertę pyłu i wodę, która wyparuje, by powrócić na ziemię w formie deszczu. Pył zjedzą zwierzęta i wchłoną rośliny, które również w końcu zamienią się w parującą wodę i składnik odżywczej gleby. 

Z tej gleby i wody powstaną nowe istnienia. Powstanie z nich – kolejnej wiosny w mieszkaniu przy Piłsudskiego – kolejne pokolenie papryczek chilli i te pra-, pra-, pra-, pra- wnuczki krzaczka kupionego w Kruszewie na Święcie Ogórka będą przypominały o entuzjastycznym skwaszeniu przystojnej buzi mojego Syna, kiedy jadł ogórasa od ojca.

Dlatego właśnie – jak mawiają taoiści – to materia jest wieczna, a nie żadne tam wspomnienia.

SONY DSC