Liście

„Klon ma złote liście,
świecą się ogniście.
Jesion zaś brązowe,
zgubił ich połowę.

Dęby się czerwienią,
Pół na pół z zielenią.
Olcha żółto-siwa,
Wiatr jej liście zrywa.

Miesza je z innymi,
pędzi het, po ziemi.
Z najładniejszych liści
cały świat oczyści.”

Władysław Broniewski „Liście”

Reklamy

Najlepszy kartoffelpuffer podają w Narwi

DSC_9858

Ilekroć przejeżdżałem przez Narew w drodze z lub do szpitala w Hajnówce, tudzież w innych celach, piekielnie nieudany, tandetny szyld Restauracji „Piekielna Kuchnia” wzdrygał mnie od tego miejsca. To bodaj jedyne miejsce w tym zdegradowanym mieście, gdzie można coś zjeść. Zdegradowanym, ale przywróconym na prostą dzięki fabryce maszyn rolniczych Pronar, której częścią jest też ta restauracja. Restauracja, która kojarzyła mi się zawsze z najgorszymi stereotypami takich lokali – z dźwiękiem dzwoneczka mikrofalówki dobiegającym z kuchni, z nieświeżą świeżynką, surówkami niepierwszej jakości podawanymi kolejnym klientom, którzy nie chcieli ich nawet ruszyć końcem widelca, z zapiekankami z zamrażarki, z brudem i smrodem.

Toteż wielkim pozytywnym zaskoczeniem okazała się wczorajsza wizyta w Restauracji „Piekielna kuchnia”. Wystrój jak wystrój, takie quasi-białoruskie standardy są w warunkach podlaskiego pogranicza typowe. Musi się błyszczeć, ale musi też być czysto. Kwestia gustu. Natomiast co do poziomu żywienia w tym miejscu nie ma miejsca na żadne dyskusje. Tak zwany „czarci placek”, który zamówiłem, został przez panią kelnerkę skromnie zaanonsowany jako „placek ziemniaczany z mięsem”, jednak powiedzieć tak o tym, co zobaczyłem i jadłem, to nie nie powiedzieć nic. Po kilku chwilach oczekiwania postawiono przede mną talerz z wielkości dużej patelni i grubości 1,5 centymetra, puszystym, doskonale przyprawionym (nie przesolonym!) wielkim kartoffelpufferem złożonym na pół. W środku znajdowało się przyrządzone na ostro mięso z papryką w pomidorowym sosie. Zaprawdę, powiadam Wam, nie jadłem jeszcze nigdy takiego dobrego placka z kartofli, a ów farsz, srogo ostry, spełniałby wszelkie wymogi dobrej, wielkomiejskiej restauracji. Wiem, jak trudno jest zrobić danie, które jest piekielnie ostre, a jednocześnie ma to coś poza ostrością. Ten placek miał wszystko, co powinien, a nawet więcej.

Mój wielki czarci placek, który mógłby być daniem dla dwóch osób, kosztował 16 złotych. Zamówiona przez moją towarzyszkę karkówka również nie pozostawiała wątpliwości, że oto mam do czynienia z pierwszym od dawna odkryciem na kulinarnej mapie moich okolic. W tym tandetnym budynku ozdobionym obrzydliwym szyldem gotuje ktoś, kto już dawno powinien rządzić w kuchniach wielkomiejskich restauracji. Kimkolwiek ona/on jest, chylę jej/mu czoła.

O tym, jak nie znalazłem Wierszalina

SONY DSC

Stolica nie musi być największa. Stolica musi być spektakularna. Warszawa to miasto wielkie powierzchnią i liczbą ludności, ale małe duchem i pod żadnym względem niespektakularne.

Dla mnie osobiście, stolicą Polski mogłyby być Krynki.

Mogłyby dlatego, że są spektakularne. Spróbujcie wjechać do Krynek od dowolnej strony. Czy to od Supraśla, czy od Jurowlan, czy też jadąc z Grodna albo z Kruszynian, a także piaszczystym leśnym traktem z Gródka przez katolicką dzielnicę, obok kościoła i cmentarza.

Z którejkolwiek strony nie wjeżdżalibyście do Krynek, powita Was zapierający dech w piersi skyline miasta. Szeroka perspektywa, w której znajdą się mniejsze i większe domy, kościoły, cerkwie, istniejące i nieistniejące synagogi. Jadąc do Krynek z Supraśla zobaczycie po prawej zabudowania dawnej dzielnicy fabrycznej, gdzie kiedyś dziesiątki garbarni uczyniły to miasto europejskim potentatem w branży. Jeszcze bliżej zobaczycie pozostałości zespołu pałacowego, po którym pozostał już tylko park i kilka cegieł. W tle, za nim, pozostawiony nieco na uboczu – neogotycki kościół katolicki i cmentarz. W samym centrum widać cerkiew i zieloną plamę największego rynku w tej części Europy. Na wzgórzu, jeszcze przed granicą, jest wzgórze z żydowskim cmentarzem, za którym jest prawosławny cmentarz. A już skrajnie po lewej – krynieńskie blokowisko przy drodze na Jurowlany.

SONY DSC

Kiedy się wjeżdża do Krynek, panorama tego miasta daje wyobrażenie, że oto wjeżdżamy do miasta z wielowiekową tradycją. Żadne tam Marki czy inne, zdychające od smogu i dymu Piaseczna, przez które przejeżdża się jak sardynka w wielokilometrowych korkach. Krynki witają przyjezdnych z daleka piękną, szeroką i dumną panoramą. To wielkie miasto. I z każdej strony wygląda ono spektakularnie.

Jak się jest w Krynkach i ma się trochę czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę czasu, koniecznie trzeba napełnić butelki wodą mineralną, która tutaj płynie z ogólnie dostępnego ujęcia, a także zjeść kawałek kiszki w gospodzie „Pod Modrzewiem”, położonej przy trzecim z jedenastu zjazdów z monumentalnego krynieckiego ronda. A jak się ma trochę więcej czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę więcej czasu, trzeba pojechać do Wierszalina.

Od kiedy przyjechałem tu którejś zimy, podążając za Polonezem takiego jednego popieprzonego pozytywnie doktora, zawsze wracałem do Wierszalina na wyczucie. Na żadnej nawigacji nie ma ani Wierszalina, ani Kolonii Leszczany, ponoć oficjalnej nazwy tego miejsca. Teraz, kiedy siedzę przed ekranem, oczywiście znalazłem tę małą plamkę wśród lasów, ale dzisiaj krążyłem po tych lasach i za nic nie mogłem znaleźć tej leśniczówki przy drodze na Leszczany, gdzie trzeba skręcić i dalej jechać kawałek przez las, by po lewej stronie znaleźć tę polanę. Stoi tam jeden dom i stodoła. W tym domu miał ponoć miejszkać Ilija ze swoimi dwudziestoma kochankami, a na tej stodole miał być ponoć powieszony na krzyżu, aby ponowne przyjście Mejsasza stało się ciałem. Nie stało, bo prorok, usłyszawszy, że jego wyznawcy chcą go przybić do krzyża, najpierw schował się w ziemiance na kartofle, a potem uciekł do Związku Sowieckiego, pozostawiając tysiące swoich wyznawców w oczekiwaniu na ponowne przyjście

Bo wcześniej Ilia był zwykłym chłopem, który zdobył uznanie lokalnej społeczności tym, że zatłukł drewnianym kołkiem okolicznego bandytę szerzącego strach wśród ludzi. Postanowił, że wykorzysta moment sławy i ogłosił się Mesjaszem. Umożliwiło mu to sławę sięgającą miejscowości odległych nawet o sto kilometrów, co w czasach bez, radia i telewizji oznaczało fejm spektakularny. Były lata 30-te XX wieku. Ilja głosił, że koniec świata się zbliża nieubłaganie, a w tym miejscu, którego wczoraj po raz pierwszy nie znalazłem, będzie nowa stolica świata – Wierszalin. Kazał oddawać ludziom pieniądze na budowę świątyni, a co ładniejszym kobietom nakazał mieszkać w swoim domu.

– Te jego kobiety mają niebieskie wstążki – powiedziała stara kobieta sprzątająca grób na cmentarzu w środku lasu, gdzie Ilja zbudował cerkiew dla swojego kościoła – a ten Bazyl, co tutaj leży, tak pięknie śpiewał, mama mi opowiadała.

Rzeczywiście, kilka nagrobków na cmentarzu w lesie opodal Grzybowszczyzny ma niebieskie wstążki. To kobiety, które w latach 30-tych XX wieku miały 20-25 lat. Cmentarz jest zadbany, trawa przystrzyżona, a zbudowana przez Eljasza cerkiew służy teraz prawosławnym, choć skonfliktowany z kościołem ortodoksyjnym prorok przekazał ją w złośliwości katolikom.

SONY DSC

To wszystko, o czym piszę i gdzie wczoraj byłem, odbywało się w wielkim lesie, otulającym Krynki od południa i zachodu. Nie ma tam asfaltowych ani brukowanych dróg. Jeździ się po piasku, błocie albo śniegu. Patrząc nań z góry widać wielkie plamy zieloności, w których gdzieniegdzie chowają się ludzkie osady, w których żyją ludzie utrzymujący się ze zbierania runa leśnego.

W Grzybowszczyźnie mieszkają jeszcze wnuczki tych kobiet, które mieszkały z Ilją. Niewykluczone, że któreś z nich to również jego wnuczki. Wyznają potajemnie kult swojego dziadka, a podczas nabożeństw stoją w ostatnim rzędzie, bo kult Ilji został oficjalnie potępiony.

Latem do domu Ilji przyjeżdżają młode kobiety z Warszawy. Miejscowi chłopi, mówiąc żonom, że idą na grzyby, podchodzą pod tę polanę i z krzaków podglądają, jak dziewczęta ze stolicy biegają nago po  łące, która miała być centrum świata.

 

Psy pilnujące cmentarza

SONY DSC

Od kiedy pamiętam, na krynieński kirkut wchodziłem od wschodu. Przy cmentarzu prawosławnym trzeba było skręcić w lewo i podjechać trochę pod górę. Za osamotnionym gospodarstwem idzie już pod górę mur cmentarza żydowskiego, wzdłuż którego należało iść. Dzisiaj tego wejścia pilnowały trzy agresywne psy. Zrezygnowaliśmy.

Potem przedzieraliśmy się na przełaj, przez chaszcze pełne pokrzyw, ostów, dzikich malin i krzewów najeżonych kolcami. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Zrezygnowaliśmy.

SONY DSC

W końcu odkryliśmy ‚oficjalne’ wejście na żydowski cmentarz w Krynkach. Informowała o nim wyblakła tablica, na której nic nie można było odczytać, ale było wiadomo, że coś tam jest. Szło się tam już łatwiej, szeroką ścieżką pod górę. W dole było widać dachy krynieńskich domów i kościołów. Tam, gdzie w murze była pierwsza dziura, ktoś na ścieżce palił kilka dni temu ognisko, a przy macewie po drugiej stronie zapalił wielki, tandetny, srebrny znicz.

SONY DSC

Potem ścieżka skręcała już w głąb cmentarza i znowu trzeba było błądzić ślepymi uliczkami ścieżek w wysokiej trawie, pozagradzanych gałęziami pokrzywy sięgającymi ramion. Prawdziwe chaszcze, wśród których co rusz natykałem się na leżący lub pochylony kamień. Bez inskrypcji, bez niczego, tylko kształtem przypominający nagrobek.

SONY DSC

W końcu dotarliśmy do tej części, która kilka lat temu została poprawiona, w której postawiono macewy, w której jeszcze dwa lata temu ktoś skosił trawę, w której na wyczyszczonych i postawionych macewach ludzie kładli kamienie. Ale tam było tak samo, jak wszędzie.

SONY DSC

Niedostępny, pusty cmentarz, a właściwie wzgórze porośnięte chwastami, górujące nad żywym miastem. A może cmentarze powinny być właśnie takie – nieprzystępne, pilnowane przez wściekłe psy, obce. Opisane w obcym języku, którego nikt już nie potrafi przeczytać? Kim był, co zrobił, kiedy umarł? Czy to ważne?

O męskiej ostrości, czyli sos chili „Ryboły” (z imbirem)

SONY DSC

Każdy, kto jeździ dziewiętnastką między Białymstokiem a Lublinem wie, gdzie leżą Ryboły. To położona niedaleko mostu na Narwi szeroka i długa ulicówka, z domami ustawionymi prostopadle do ulicy, jak na prawosławną wieś przystało. Gdzieś w samym środku wsi, przy rozgałęzieniu na Pawły, jest dom, w którym urodził się jeden z moich nauczycieli, Włodzimierz Pawluczuk, odkrywca Wierszalina.

Opowieść o Stolicy Świata założonej przez proroka Ilię w lesie pod Krynkami była czymś bardzo ważnym w środowisku socjologicznym Białegostoku w czasach, kiedy studiowałem. Profesor Pawluczuk często opowiadał na wykładach o tym domu w Rybołach, gdzie nie było elektryczności i ludzie siedzieli po zmierzchu przy stole, opowiadając sobie różne historie. Jedną z nich była właśnie historia o proroku Ilii, który założył Wierszalin.

No ale teraz nie jeżdżę już na pielgrzymki do Wierszalina, a starego profesora Pawluczuka z Rybołów widuję tylko czasami, jak spaceruje z fajką w ustach i teczką pod ręką po śródmieściu. Tym, co teraz fascynuje mnie w Rybołach, jest niespotykane chyba nigdzie indziej na Podlasiu zjawisko ulicznego handlu „spod płota”. Zjeździłem cały ten region wzdłuż i wszerz i po wielokroć i nigdzie nie spotkałem czegoś takiego na taką skalę. Kiedy tylko przychodzi wiosna i cokolwiek zaczyna wyrastać ze stęsknionej słońca ziemi, gospodarze z Rybołów wystawiają te wszystkie dobra przed swoje płoty, siadają na ławeczkach i czekają, aż się ktoś zatrzyma i kupi.

Trwa to od wiosny do jesieni. Niepryskane truskawki, jajka prosto od szczęśliwej kury zza płotu, grzyby leśne, dynie, czereśnie, cukinie, bakłażany, ogórki gruntowe, maliny, pomidory, wiśnie, pigwy, czosnek i cebula. Każdy sprzedaje to, co sam wyhodował. Wystarczy się zatrzymać na poboczu. Jak przejeżdżam latem przez Ryboły, to zawsze ktoś stoi i kupuje u tych ludzi jakieś warzywa i owoce. Taki obrazek Rybołów będzie zawsze gdzieś w tyle mojej głowy.

SONY DSC

Więc, jak mam tylko trochę czasu i chcę oczyścić głowę ze złych myśli, uspokoić nerwy, zrelaksować się jazdą, a przy okazji uzupełnić zapasy, jadę do Rybołów na zakupy. Ostatnio udało mi się tam kupić między innymi te cztery piękne papryki chili.

Mój syn, jak każde dziecko, uwielbia wszystko, co słodkie. Ostatnio wtranżala owocowe musy, które staram mu się, przy każdej okazji, przygotowywać, bo to banalnie proste i tanie. Mój syn uwielbia też – co już mniej powszechne wśród dzieci – wszystko, co kwaśne. Jestem przekonany, że jak trochę podrośnie i stanie się facetem, polubi również, jak jego ojciec, to, co ostre.

Zresztą, większość facetów lubi ostre potrawy. Szukałem w internecie, dlaczego między mężczyznami a kobietami jest taka różnica w stosunku do ostrego, ale nie znalazłem żadnych przekonujących informacji. Niech więc tak po prostu pozostanie.

SONY DSC

Z przywiezionych z Rybołów papryczek zrobiłem dwa małe słoiczki sosu chili z dodatkiem imbiru. Skąd wziął się imbir? Okazało się, że papryczki chili z Rybołów mają nieco inną dynamikę uwalniania się ostrości w porównaniu do tego chili, z którym się spotykałem do tej pory. Ten ostatni uderzał od razu piekłem, nie pozostawiając ofiar i złudzeń, co do swojej kapsaicynowego, zabójczego arsenału. Papryczki z Rybołów mają w sobie o wiele więcej subtelności. Choć pod względem ostrości nie ustępują swoim kauflandowym siostrom, to atakują podniebienie wolniej, z podlaskim spokojem i finezyjnością. Równie finezyjny i niebezpośredni jest smak imbiru, który swoją wyrazistość pozostawia gdzieś na drugim planie, ale zawsze jest obecny, tak jak ojciec przy swoim synu, na przykład. Ostatnio dużą uwagę staram się przykładać w różnych sprawach do szczegółów, detali i pozornych niuansów. To z nich zbudowany jest świat, a na pewno to, co w nim podziwiamy i tak wiele można zepsuć nie zwracając uwagi na szczegóły. Zastanawiając się więc, jakiego detalu brakuje w smaku sosu chili z rybołczańskich papryczek, doszedłem do wniosku, że jest tym czymś właśnie imbir.

Jak zrobiłem sos chili „Ryboły” (z imbirem).

Co będzie potrzebne?

  • Kilka papryczek chili od gospodarza z Rybołów
  • Jedna ostra duża papryka
  • 1-2 mięsiste, dojrzałe pomidory
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oleju
  • 2 łyżki octu winnego
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki cukru
  • Sok z połowy cytryny
  • Odrobina świeżo startego imbiru

Pomidory sparzyłem i pozbawiłem skórki oraz wykroiłem twarde części, po czym rozgniotłem spodem widelca na miazgę. Na rozgrzany olej wrzuciłem pokrojoną drobno cebulę i zgnieciony czosnek. Cebula ma się zrumienić, a czosnek ma się nie spalić. Dodałem pomidory i chwilę dusiłem. W tym czasie pokroiłem papryczki chili na drobniejsze części, usuwając końcówki. Wrzuciłem je, razem z pestkami, na patelnię. Mieszając, gotowałem wszystko kilkanaście minut.

SONY DSC

Wyłączyłem ogień i poczekałem, aby substancja lekko ostygła. Następnie wszystko zmiksowałem na jednolitą masę i przełożyłem z powrotem na patelnię. Tam dodałem sól, cukier, po czym dusiłem, aby mikstura zgęstniała. Kiedy już konsystencja była dostatecznie, a nawet troszkę zbyt dostatecznie, zwarta, dodałem łyżkę octu winnego. Na sam koniec dodałem szczyptę imbiru. Wyłączyłem ogień i dokładnie wszystko jeszcze raz wymieszałem.

SONY DSC

Malwy białostockie

SONY DSC

Szorstkość i zimna woń liści pelargonii rosnących na parapecie południowego okna w mieszkaniu moich dziadków przy Broniewskiego 8c jest moim najgłębszym wspomnieniem tego miejsca. Pelargonie rosły w donicach przy wyjściu na balkon. Pod parapetem babcia trzymała plastikowe baniaki na wodę. Pod parapetem chodziły też mrówki, które babcia tępiła octem wymieszanym z wodą.

Oślepiający blask słońca docierającego przez zasłonę i firankę do tego pokoju z balkonem, w którym zawsze było gorąco i duszno, gdzie były dywany z wizerunkiem Jezusa zawieszone na ścianach i gdzie był telewizor Rubin na honorowym miejscu wielkiej meblościanki wypełnionej zastawą i kryształami, z szufladą pełną smakołyków zamykaną na klucz, to moje najważniejsze wspomnienie mieszkania dziadków w bloku przy Broniewskiego 8c.

Z balkonu tego mieszkania można było po metalowych schodkach zejść do ogrodu, w którym babcia pielęgnowała ogórki, pomidory, koper, cebulę i pietruszkę. Przy płocie zawsze było miejsce na rabarbar i malwy. Zapach tych pelargonii, tego ogródka z wielkimi krzakami kopru, tych malw przerastających mnie o kilka głów i kwaśny smak tych zielonych truskawek ubabranych w piachu, które jadłem potajemnie w połowie czerwca to równie ważny, jeden z niewielu, przebłysków mojego dzieciństwa.

Moja druga babcia, mieszkająca na podlaskiej wsi, też ma przy płocie malwy. Malwy są przy prawie wszystkich podlaskich płotach. Malwy są przy wszystkich płotach domostw, w których mieszkają babcie.

SONY DSC

Te malwy zobaczyłem przejeżdżając przez Rybaki. Wieś ma kilkanaście domostw i leży kilka metrów od wielkiej tamy na Zalewie Siemianówka, który zbudowano 40 lat temu, zalewając kilka innych podobnych wsi z drewnianymi chatami i malwami przy płotach. Rybaki ocalały i teraz witają przypadkowych gości tymi obłędnymi malwami. Przypadkowych, bo nikt tam nie przyjeżdża, a jedyna droga kończy się ślepo przy tamie.

„Malwy białostockie” wymyślił poeta Stefan Kubiak, a rozsławił Czesław Niemen śpiewając wyjątkową piosenkę o Polsce. W zgiełku awantur, intryg, oszustw i niesprawiedliwości, tych wyłącznie moich i tych, o których wszyscy mówią na ulicy, najpiękniejszą Polską jest kraj begonii na balkonach, pelargonii w kolorowych ogrodach działkowych i malw przy wiejskich płotach.

 

 

Łomża

Zapominam powoli miejsca, do których tyle razy przyprowadzał mnie ten szwędaczy instynkt – kapryśny, intuicyjny, zmienny. Trasy, które znałem jak swoją własną kieszeń, zostały wyremontowane, przerobione na autostrady, a wokół nich postawiono domy, sklepy i fabryki, których wcześniej nigdy nie mijałem. Znałem na pamięć każdy kilometr ósemki – każdy bar, każdą stację benzynową, każdy jej zjazd i rozjazd. Brzydki kościół w Jeżewie, dziwny przejazd przez tory za Mężeninem, dyskotekę w Zambrowie, bar dla tirowców gdzieś w okolicach Szumowa, most w Wyszkowie i niekończący się pochód świateł od Marek aż do Wileńskiej.

Zawsze lubiłem też jeździć do Łomży. To miejsce jest kwintesencją mazowieckości, ze swoją drobnoszlachecką dumą przemieszaną z wulkanem kompleksów. Piękna skarpa nad Narwią, a potem przejazd przez miasto, które dosłownie odwraca się od swojej miejskości. Rynek i starówka straszą pustką, a życie toczy się w okolicach molochowatego dworca autobusowego z cały, dworcowym arsenałem budek z hot-dogami, kiosków i ogólnego syfu, McDonaldsa i stacji benzynowej. A tuż obok jest właściwie już wiejski targ, na którym handluje się kapustą, jajkami i mlekiem prosto od krowy.

Uwielbiam Łomżę i jest to uczucie niepopularne, bo Łomży nie lubi nikt. Nie lubią jej łomżynianie, zapatrzeni w Warszawę, wzgardzają warszawiacy, nienawidzą białostoczanie. Wyobrażam sobie to miasto właśnie teraz, o tej porze roku, kiedy w parku Ludowym uczniowie pobliskiego liceum rzucają w siebie kasztanami. Ze szkoły muzycznej dobiegają gamy grane na średnio nastrojonym pianinie, a chłopcy w beemkach zagłuszają te fałsze jakąś bezpretensjonalną łupanką z podbitymi basami. Z dworca autobusowego rozklekotane autobusy pospiesznie rozwożą ludzi do pobliskich wiosek. Jest popołudnie, Łomża, tak samo jak zwykle.

DSCF1945