Spotkajmy się pod koniec sierpnia. W Bieszczadach.

Ta piosenka jest jak Last Christmas The Wham! w listopadzie. Ta piosenka jest jak pozostający sam w domu Kevin w pierwszy dzień Świąt. Ta piosenka jest jak  Voo Voo śpiewające o wielkiej flocie zjednoczonych sił w styczniu. Ta piosenka jest hymnem pożegnalnym kończących się wakacji.

Przypomina mi o raz mniej, raz bardziej samotnych wyjazdach w Bieszczady moją starą Toyotą. Najbardziej lubiłem jeździć sam. Włączyć głośno tych swoich wschodnich, ulubionych. Alinę Orlovą, Okean Elzy, The Ukrainians, białoruski etno-folk, starych Bumpersów albo po prostu The Pogues. Patrzeć na nejtiwów z podlaskich, lubelskich i podkrapackich wiosek, bez koszul, w garniturowych spodniach i rozpadających się butach, kucających w cieniu pokrytych białym wapnem sklepów, popijających Łomżę Mocną z tych małych buteleczek. Zabierać na stopa, z przystanków autobusowych i cepeenów, spalonych słońcem, objuczonych plecakami, studentów pędzących również na Południe.

Ten teledysk, w którym widzimy bieszczadzki, czarno-biały, rajd po dziurawych drogach zaraz po deszczu, jest tym, co z Bieszczadów pamiętam najlepiej. Znam tę drogę, którą jechałem samotnie któregoś kończącego się sierpnia, przez Sanok, Zagórz i Lesko, skręcając potem w prawo w centrum Ustrzyk Dolnych, przez Czarną, Lutowiska, Dwernik. Potem już tylko las i serpentyny. Przez Brzegi Górne, aż do Wetliny. Tam namiot, ognisko nad Hurną Solinką, niebieski Leżajsk z puszki, sen. Następnego dnia Połonina Wetlińska i powrót do domu. To były moje spotkania z Bieszczadami. Pod koniec sierpnia.

Codziennik 165 – Droga na Michałowo

IMG_20200518_134325

Zbliżające się wielkimi krokami „sądne dni” czasami wprowadzają niepokój, którego najlepszym panaceum są samochodowe szwendactwa z dobrą muzyką w tle i pięknymi krajobrazami za oknem.

Dzisiaj padło na Michałowo. Nie byłem w tym mieście ani razu w tym roku.

Lubię tam jechać drogą na przejście graniczne z Białorusią. Z sentymentem mijam zamkniętą karczmę u Rumcajska i leśną drogę do Supraśla. Kilka minut późnej skręca się już na drogę do Michałowa. Po lewej stronie, tuż przy tym zjeździe, jest cudowne, bagienne rozlewisko ze straszącymi nagością konarami umierających brzóz.

Droga na Michałowo prowadzi przez las. W okolicy wsi Zajma przejeżdża się przez urokliwy mostek na rzece Płoska przecinający na pół piękną łąkę pełną żywokostów. Przejazd kolejowy w Żedni. Droga na Sokole. Za chwilę jest się w Michałowie.

Przy wjeździe do miasta straszy wielki napis #MICHAŁOWO. Przy rynku skręcam w prawo i lecę w kierunku Zabłudowa. Tam już mniej lasów, więcej pól. Dawny PGR gdzieś po drodze, i całkiem ładna, prawosławna wieś Topolany. Ulicówka z typowo postawioną przy niej cerkwi.

W Folwarkach Tylwickich zaczyna swój bieg rzeka Supraśl. Tam skręcam w prawo i jadę kolejnymi Folwarkami: Wielkimi, Małymi. W Dobrzyniówce karykaturalne ogródki działkowe mieszkańców popegeerowskich bloków.

Niedługo wrócę na 19-tkę. Do miasta. Na chwilę zapomnę o tęsknocie za Synem.

 

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla

IMG_20200109_151222.jpg

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla.

Do miasta-satelity. Do małego miasta obok wielkiej wsi. Do miasta, które zastygło w stuporze słonecznego 22 września 1939 roku i pozostało takie do dziś. Senne, powolne, leniwe i niemrawe jak dziecko, które przewraca się o świcie z boku na bok, aż w końcu zarzuca na głowę kołdrę i odwraca do ściany, bo chce jeszcze trochę pospać i nie chce iść do szkoły.

Do miasta inteligencji, gardzącej robotniczo-chłopskim rodowodem swojego wielkiego sąsiada zza lasu. Do miasta leniwych spacerów bulwarami i wielogodzinnego przesiadywania w nieistniejący Alkierzu między dwoma rzymskimi kościołami, nad pierogiem z kapustą i nalewką z pigwy.

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla.

Więc jadę. Mimo ponurego dnia i mimo zbliżającej się nocy. Zamiast uciekać przed zmierzchem, jadę mu na przeciw. Przez wysoki sosnowy las, wzdłuż  Ogrodniczek, gdzie w liceum patrzyłem z ukrycia, w platonicznym zachwycie, na blond Olę z pieprzykiem na prawym policzku, jak zjeżdża na sankach stromym zboczem. Z wysokiej estakady patrzę na mityczne, tajemnicze jezioro Komosa z wyspą pośrodku, na której zazdrosny brat zabił brata. Kain zazdrosny nie o Boga, ale o kobietę, zabił Abla na wyspie, do której każdego lata w środku nocy przychodzę pływać. Dawniej z kimś, teraz sam.

Jadę do Supraśla nie wiadomo, po co. Już wiem. Jadę po to, że dobrze jest czasami pojechać do Supraśla. Ewangelicki cmentarz z upiorną, neogotycką kaplicą Buchholtzów. To jedyny ślad po Niemcach. Pamięć o tym, że budowali i Supraśl i Białystok, została zatarta mocniej i skuteczniej, niż pamięć o Żydach. Myślę o zapomnianym cmentarzu niemieckim w Bacieczkach, za żwirownią, na którym straszy pomnik Apolla z urwaną głową.

IMG_20200109_152432_1.jpg

Jadę dalej. Obok stadniny koni. To prawie centrum. W Supraślu wszędzie jest centrum. Miasto otoczone szczelnie gęstym lasem jest wymarzoną scenerią jakiegoś skandynawskiego, zimnego kryminału, w którym wszyscy się znają od podszewki, a i tak nikt nie wie, kto zabił tę małą córkę nauczycielki z ulicy Nowy Świat, która wyszła do lasu po jagody i już nie wróciła.

IMG_20200109_152147.jpg

Na rondzie w prawo. Tam, trochę poniżej poziomu drogi, drewniany plac zabaw, na którym fikaliśmy kiedyś z synem pod czujnym okiem i nadzorem Wiecznie Podejrzliwej Madki. Skręcam w 3 maja i płaczę nad tym, co okrutnego uczyniono z moim Barem Jarzębinka, w którym były ceraty, plastikowe sztućce, kefir i najlepsza kiszka ziemniaczana na świecie. Teraz się tam zmieniło. Już tam nie chodzę. Nie lubię klimatu Krupówek.

IMG_20200109_151610.jpg

Przy bazarze stoi beczka, z której każdego lata Lech Kruk nalewa z beczki najlepszy ruski kwas chlebowy w Polsce. Lepszy piłem tylko na ulicy Bandery we Lwowie, tuż obok Lwowskiej Politechniki.

Obok – księgarnia. Księgarnia przy rynku powinna być warunkiem nadania praw miejskich. Supraśl jest miastem z krwi i kości.

Mijam szkołę dla artystów, do której przywiozłem kiedyś jedną z jej absolwentek – egzaltowaną, filigranową, czarną, nieśmiałą i oziębłą malarkę Anię. Trzydziestoletnia Ania biegała wtedy wokół kolejnych pracowni, zaglądała do okien i z podniecenia wydawała z siebie takie śmieszne piski. Niestety, nie udało mi się nigdy utrzymać tego podniecenia do czasu, kiedy trzeba było wracać do domu i zaprosić Anię do siebie na wino.

IMG_20200109_151558.jpg

Teraz wracam. Wyjeżdżam na szosę obok nowego mostu. Przejeżdżam jeszcze raz przez rondo i powoli żegnam się z Supraślem.

Wrócę przez Nowodworce z brukowaną ulicą, przy której stoją stare wozy strażackie. Oglądaliśmy je z synem kiedyś, przy czujnej asyście Wiecznie Kontrolującej Madki.

Robi się ciemno. Łąki nad rzeką Supraśl są Iwaszkiewiczowskie. Brązowe, ciemnozielone, znikające we mgle przed nadejściem nocy.

Wasilków jest już cały ciemny.

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla.

IMG_20200109_151222

Moja siostrzenica Ola jest fanatyczką grzybiarstwa

DSC_2511

Moja siedmioletnia siostrzenica Ola jest fanatyczką grzybiarstwa. Cały pokój ma oblepiony plakatami z grzybami jadalnymi i trującymi. Na jej parapecie obrasta pleśnią kolekcja hub z Puszczy Knyszyńskiej. Ma wszystkie atlasy grzybów wydane po 1945 roku. Jej ulubionym jutuberem nie jest Lenka z „Hejka tu Lenka” ani Lord Kruszwil, ale Piotr Horzela z kanału „O lesie”. Podczas jazdy ekspresówką z Warszawy do babć w Białymstoku wypatruje z tylnego siedzenia grzybów i każe rodzicom się zatrzymywać co chwila. Koleżankom i kolegom robi konkursy z rozpoznawania gatunku grzyba z zawiązanymi oczami albo po zapachu. W szkole założyła Szkolne Koło Miłośników Grzybiarstwa, w którym jest przewodniczącą, zastępcą i skarbnikiem. W swojej szkolnej sali wywalczyła gablotę z ekspozycją najbardziej trujących gatunków grzybów w Polsce. Na lekcji religii wstała i oświadczyła księdzu, że wie, jak wygląda szatan, po czym wyjęła z plecaka poszukiwanego tygodniami borowika szatańskiego.

Ostatnio byłem z Olą na Święcie Grzyba w Sokolu pod Michałowem. Cały dzień spędziła przy stoisku Nadleśnictwa Żednia wykłócając się z leśniczymi o to, które gatunki gołąbków są jadalne, a które trujące. Mało co nie doszło do rękoczynów. W końcu, po długich dyskusjach, czy siedmiolatka może zostać leśniczym, dostała w końcu smycz, legitymację i taką plakietkę, dzięki której możemy wjeżdżać z Olą autem do każdego lasu na terenie całej Unii Europejskiej. Potem poszła do staruszek sprzedających grzyby w słoikach i pouczała je, jakie są optymalne proporcje wody do octu. W konkursie grzybobrania zajęła oczywiście pierwsze miejsce, deklasując nawet geniusza Eugeniusza Makówkę, który mimo utraty wzroku spowodowanego nadmiernym spożywaniem alkoholi metylowych uznawany jest w Puszczy Knyszyńskiej za niedościgniony wzór sztuki grzybiarskiej. Geniusz Eugeniusz wpadł podobno z powodu tej porażki z Olą w depresję, obraził się na las i zalał swój smutek kolejnymi porcjami spirytusów drzewnych.

Ola od niedawna ma telefon i dzwoni do mnie czasami z Warszawy. Pyta oczywiście o to, czy w lesie są grzyby.

Rozmowy te wyglądają podobnie:

– Radek, są grzyby? – pyta Ola

– Trochę jest – odpowiadam.

– Żal.

– Zebrałem dzisiaj kilka podgrzybków – mówię.

– Żal.

– Jest jeszcze sporo opieniek.

– Żal.

– A, i dzisiaj znalazłem borowika syjamskiego z dwoma głowami.

– Żal.

– Jak przyjedziesz, to pójdziemy na grzyby, obiecuję.

– Obiecaj mi tylko, że wszystkich nie wyzbierasz!

– Obiecuję!

 

Co można wynieść z lasu?

DSC_2184

Co można wynieść z lasu? Na pewno kilka kleszczy dreptających w ciepłe i wilgotne rejony twojego ciała. Na pewno kilka uroczych pająków kwaterujących się w plecaku i rozciągających tam swoje sieci, jakby nie wiedziały, że w plecaku trzymasz książkę, gazetę i aparat fotograficzny, a nie muchy. Na pewno można z lasu przynieść spokój i poukładać różne sprawy w głowie. Na pewno można przywieźć dziesiątki obrazów utrwalonych na zdjęciach i wiele pytań, na które potem znajduje się odpowiedzi w Wikipedii.

O tej porze roku wynoszę z lasu grzyby, owoce derenia, dzikie jeżyny, koralowe kaliny, głogi, jarzębiny, bubki jałowca, późne maliny, dzikie róże i śliwy.

Teraz jest ten czas, gdy mech, kora drzew, gałęzie i całe to szalone życie, które się pod nim toczy, zaczynają podmakać i gnić, a dookoła tej wilgotnej zapowiedzi zimnych miesięcy, pojawiają się bezczelnie grzyby z tą jedyną w swoim rodzaju wonią. Dlatego las pachnie teraz obłędnie. I pamięć o tym zapachu to jest kolejna rzecz, którą można bezkarnie wynieść z lasu.

Poza tymi wszystkimi nagrodami, jakie oferuje las, w swoich zeszłorocznych i tegorocznych spacerach po Puszczy Knyszyńskiej, wynoszę też z lasu szkło. Wielu sympatyków grzybiarstwa znajduje upodobanie w umilaniu sobie tych poszukiwań kilkoma łykami czegoś mocniejszego dla poprawienia percepcji albo złagodzenia frustracji z nieudanych poszukiwań. Dlatego polskie lasy pozawalane są butelkami po stugramowych „małpkach”, ćwiartkami po czystej, zielonymi butelkami po dojlidzkim Herbowym i tysiącami butelek różnorodnych kształtów, których etykiety i zawartość już dawno spłukały i wypłukały dziesiątki leśnych ulew.

DSC_2073

Szkło się nie rozkłada. Dlatego te butelki leżą w tych mchach dziesiątkami lat, przenoszone z miejsca na miejsce przez zaciekawione obcą dla lasu materią przez dziki, sarny i lisy. Niektóre tkwią na poły wetknięte w mech, jakby znalazły już miejsce swojego wiecznego bytowania.

Więc z lasu przywożę butelki i słoiki, które po dokładnym wyczyszczeniu i odparzeniu przydają się przy rozlewaniu kolejnych przetworów, nalewek, soków i syropów. Znajdywałem już w pobliskich lasach szkła przedwojenne, dużo butelek z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych – każda innego kształtu i pojemności. W lesie się nigdy nie rozłożą. Jako że są wypełnione powietrzem, trudno im będzie pójść szybko pod powierzchnię. Leżąc w lesie będą tylko zagrożeniem dla zwierząt, ryzykiem pożaru i brzydkim symbolem pogardy człowieka dla tej całej przyrody, która go żywi, pozwala oddychać, budować schronienia i drukować nawet najgorszą literaturę, w tym książki Katarzyny Bondy.