To chyba wreszcie dojrzałość

To pierwsza duszna noc po pierwszym gorącym dniu. Pod oknem żywiołowe rozmowy o życiu, dziewczętach i o muzyce. Wysiadasz z taksówki. Stoję w drzwiach. Pięć długich dni spędzonych w oczekiwaniu. Ja – uciekam w pracę, aby niecierpliwość nie mierziła. Ty – siedem godzin w pociągu – z podkurczonymi nogami, tymi najśliczniejszymi nogami na świecie. Ja – łykam tabletki na sen, aby przespać to czekanie, jednak sen nie przychodzi, więc znęcam się nad jakimś strategicznym dokumentem samorządowym. Ku chwale małej ojczyzny.

Tobie, gdzieś między Tłuszczem a Małkinią, znowu śni się praca.

Budzi Cię dźwięk dzwonka. W słuchawce słyszysz mój głos. Wszystko jest uporządkowane, proste i porządne. Wymieniamy się nazwami zespołów, których słuchaliśmy poprzedniej nocy na Spontify. W Tychach i w Białymstoku.

Zostawiamy nasze dziwne przeszłości za sobą. Wiemy, że to, co się wydarza, jest wyjątkowe w swojej normalności, w dojrzałości, w zaufaniu i przywiązaniu. Oboje zmarnowaliśmy kawałek naszych żyć przez coś, co nie miało prawa się wydarzyć. Wyszliśmy z tego poharatani, ale wolni. Wykorzystajmy tę wolność jak najlepiej, dzielmy się nią. Smakujmy każdy kęs, celebrujmy każdą chwilę spędzoną razem. Przytulajmy się, całujmy, kochajmy do omdlenia. Wykorzystajmy tę wolność seksualnie.

A teraz śpisz na łóżku obok, pod wykrochmaloną kołdrą słyszę Twój miarowy, spokojny oddech. Wiem, że jesteś bezpieczna, więc i ja odpoczywam.

Doczekałem się. Jesteś. Nie chcę niczego więcej

Reklamy

W pewnym momencie dochodzi do wniosku, że należy wymienić garderobę

DSC04860

Kożuch, szalik, zimowe buty i grube, wełniane swetry powędrowały do piwnicy. Ich miejsce w szafie zastąpiły niebieskie i zielone chinosy, lniane i bawełniane bluzki, jasne koszule, lekkie buty i klapki z grubej, cielęcej skóry.

Mężczyźni i kobiety, a także chłopcy i dziewczęta, wszyscy zauważyli nadchodzącą zmianę i wyruszyli na ulice w celu popisywania się strojem, przeciwsłonecznymi okularami, tobami i torebkami. Spódnicami za i przed kolano, sukienkami z i bez ramiączek, butami na wysokim i niskim obcasie. Wystawiają swoje mordy do słońca i bezczelnie się śmieją.

A na ulicach znowu słychać muzykę wydobywającą się z otwartych szyb aut stojących na światłach. I gdy wychodzisz ze Spółdzielczej obok montujących parasole i stoliki ekip na otwartą przestrzeń rynku, zdumiewa cię tłum i gwar, jakbyś był w zupełnie innym mieście, w zupełnie innym czasie, w zupełnie innej porze roku.

Na podwórko za oknem wyczmychuje się od kilku dni, nieśmiale, wieloosobowa romska rodzina z naprzeciwka. Chyba spędzili tam całą zimę i nie otwierali okien, bo przez miesiące nie dawali śladu życia. Teraz rzucają kurwami na cały głos, wszyscy, od czteroletniego smarka po ususzoną babcię po sześćdziesiątce. Znoszą z Biedronki całe torby towaru.

Cyganie, hałasy przez całą noc, wrzaski w akademikach, koeserzy wina na murku pod Biedronką, golfy na powiatowych blachach krążące po Malmeda i Białówny przez całą sobotnią noc. Każdy element tej wiosennej układanki mógłby posłużyć na trzynastozgłoskowy liryczny wiersz.

Hotel Katowice

Śląsk jest brudny. Oblepiony tonami kurzu, pyłu, ciemnych mazi, szarych chmur wiszących gdzieś bardzo nisko, tam na wysokości gardła. Blokuje dopływ powietrza, przytłacza, dusi, zamyka w jednokierunkowej, ciemnej drodze bez wyjścia. Kilkanaście kilometrów od centrum tego zlepka ponakładanych na siebie miast, miasteczek, suburbii, dzielnic i osiedli można jeszcze zobaczyć kawałek przestrzeni bez domów z czerwonej cegły, bez placów i magazynów, bez kominów. A potem wjeżdżasz w tę czarną maź i poruszasz w jej wnętrzu jak paproch wciśnięty przypadkowo w tłoki szesnastocylindrowego silnika smarowanego syntetycznym 15w40.

Katowicki dworzec kolejowy. Przez lata najbardziej przerażające miejsce na podróżniczej mapie Polski. Dom heroinistów, schizofreników, butapreniarzy, gdzie potykając się o zbrązowiałe strzykawki za każdym razem przeżywało się najbardziej ponurą przygodę życia. Dworzec zburzono i odbudowano, ale przejście podziemne łączące dwie podzielone torami częsci miasta pozostało takie samo. Zawsze widzę tam ubranych na czarno metalowców, wypiercingowanych punków zbierających na wino i jakiegoś uciekiniera z wczesnych dziewięćdziesiątych, grającego na rozstrojonym ponad wszystko pudle „Wehikuł czasu”.

W stolicy mojego kraju, w samym jej centrum pachnącym dobrą wodą toaletową, w centrum ze stali i szkła, mieszkają ludzie brudni od wewnątrz. Śląsk jest obrzydliwie brudny i zimny, ale jego mieszkańcy są ciepli i piękni. Wszyscy mają na bladych i szarych twarzach pryszcze, a na ustach zajady. Ubierają się niedbale, buty mają utytłane w błocie, nienawidzą Zagłębia, ale ich serca są zawsze na zewnątrz. Nigdzie w Polsce nie spotkałem tak miłych ekspedientek i kelnerek, nigdzie nie wskazywano mi drogi z takim zaangażowaniem, nigdzie przypadkowy kontakt z przypadkowym człowiekiem na przypadkowej ulicy nie był tak intensywny.

Po mokrych od topniejącego śniegu chodnikach na Kościuszki biegają watahy kajtków w różnym wieku. Rzucają szarymi śnieżkami, podszczypują się nawzajem, zaglądają w witryny sklepów, opuszczone bramy kamienic, prowokują śmiałymi zaczepkami ludzi wracających z pracy. Biednie ubrane, z archaicznymi, sztywnymi tornistrami na plecach, przemoczonymi podróbkami adidasów i dżinsów za trzydzieści złotych od pary.

Przy samym wejściu do Bistro „Parkowa” siedzą od lat ci sami, sześćdziesięcioletni emeryci. Grają w karty, piją piwo i kłócą – od lat o to samo. Bez żadnych pomysłów, co zrobić z tłustą górniczą emeryturą, przeznaczają ją na męskie rozrywki w męskim gronie. Ci sarkastyczni, zmęczeni życiem, ale uśmiechnięci panowie z wąsem, to nie tylko koledzy od kieliszka, ale prawdziwi przyjaciele. Patrzyłem na nich znad golonki z kapustą i pyrami, siedząc godzinami w głębi tego bistro w kształcie długiej, ciemnej rury.

Spróbuj wyjść z dworca i podejść kawałek w kierunku Spodka, by zgwałcił cię estetycznie obrzydliwy, sowiecki, szary gmach Hotelu Katowice. Ten Śląsk się nie zmienił i chyba nigdy nie zmieni. Chyba dlatego, choć wszystkie zmysły krzyczą, bym stamtąd uciekał, zupełnie bez jakichkolwiek podstaw czekam, aż znowu idąc Aleją Korfantego, zobaczę ten okropny Hotel Katowice i wreszcie wrócę na Śląsk.

Insomnia

DSCF0484Z tego wszystkiego najbardziej dokuczliwa jest bezsenność. Zgaszone światło, sciszona muzyka – brak bodźców powoduje, że mózg próbuje zastąpić tę próżnię milionem myśli, lęków, wspomnień i planów. Wszystko to się intensyfikuje, bulgocze i nie daje spokoju.

Sny na opioidach nie są snami w zwykłym rozumieniu tego słowa. Leki te nie działają wprost przeciwbólowo, ale sprawiają, że ból staje się obojętny, tak jak obojętna staje się większość spraw, które nie pozwalają zasnąć.

Opioidy wprawiają organizm w stan, w którym senność rzeczywiście przychodzi, ale w momencie zapadania w sen, kiedy wiodczeją mięśnie i pozycja minimalizująca dokuczliwe doznania przechodzi na inną, ból znowu wraca i następuje przykre przebudzenie. Taki proces trwa dziesiątki razy w ciągu jednej nocy. Zasypiasz i po kilkudziesięciu sekundach się budzisz, zasypiasz i się budzisz, zasypiasz i budzisz.

Bezsenność w nocy, w ciągu dnia skutkuje obniżonym nastrojem, lenistwem, brakiem motywacji do działania, jak również ogólnie pesymistycznym stosunkiem do otaczającej rzeczywistości.

Po dwóch tygodniach niespania, w końcu przykrywam się kocem i zasypiam na 20 godzin. Budzę się zmęczony nienaturalnie długim snem, a nierozgrzane stawy wymagają długotrwałego treningu przed spacerem dłuższym niż te do i z łazienki.