Droga do Tykocina

Kiedy zjeżdżam  w Złotorii z hałaśliwej warszawskiej szosy pełnej międzynarodowej zgrai tirów, kiedy zjeżdżam na szosę prowadzącą do Tykocina, wtedy otwieram na oścież wszystkie okna, podkręcam gałkę radia i wrzucam piąty bieg. Bardzo sobie cenię tę trasę. Jest wąska i kręta, a wiosną, tak jak teraz, bujnie otoczona roślinnością, z której co rusz widać nocą świecące się ślepia drobnych zwierząt. Można się ścigać z małoletnimi w volkswagenach golfach albo dawać się dostojnie wyprzedzać. Ostatnio wybieram to ostatnie.

Nie wiem, czy przypadkiem trasa do Tykocina nie jest mi bliższa niż sam Tykocin: miasto niezmiennie zaspane. Puste o każdej porze roku. Latem tylko dzieciaki łuszczące pestki przy pomniku Czarnieckiego na tym w przerysowany sposób gigantycznym rynku. Wiem, że nigdy bym nie wysiadł w tym Tykocinie w środku nocy – nie z powodu strachu, ale z obawy przez zaburzeniem tego niepokojącego spokoju i pustki, które zawładnęły tym miastem.

Więc wjeżdżam od strony wschodniej, mijam barokowy kościół, patrzę na łuszczących pestki – oni śledzą wzrokiem każde przejeżdżające auto i po kocich brukach przejeżdżam na Kaczorowo, obok synagogi. Jadę przez cały czas prosto, aż do rozjazdu z kapliczką Matki Boskiej. Tam zawracam. Zawsze przed autem przebiegnie jakiś czarny kot. No i wracam – tą samą drogą, w ten sam sposób, z tym samym spokojem.

Najważniejsze składniki tego sosu to: wiosenne albo letnie powietrze, pyłki traw, wilgoć ziemi dopiero co oblanej deszczem, trochę benzyny i co najmniej 90 na liczniku. No i muzyka.