Poddębie

dscf0628Za każdym razem, gdy zbliża się wyjazd na Otryt, przywołuję wspomnienia drugiego ważnego „inicjacyjnie” miejsca. Przez prawie dziesięć lat, co roku, na prawie trzy wakacyjne miesiące, jeździliśmy z rodzicami do Poddębia koło Ustki.

Po raz pierwszy byliśmy tam około 1985 roku. Poddębie nazywało się wtedy jeszcze Poddębie. Dopiero kika lat później jakiś szalony językoznawca doszedł do wniosku, że powinno być „pod dąbem” a nie „pod dębem”.

Tak czy inaczej, zbyt wielu dębów tam nie pamiętam. Sosny na suchej, wydmowej glebie natomiast tak. Do tej pory mam słabość do takich piaszczysto-iglastych lasów.

To były obozy harcerskie, ale ja jedziłem tam jako dziecko opiekuna (drużynowego, zastępcy komendanta, komendanta). Pamiętam, że z końcem czerwca pakowaliśmy nasz cały dobytek i w jakichś urągających wszelkiemu bezpieczeństwu warunkach, w jakichś tarpanach czy żukach, podróżowaliśmy przez całą Polskę. Zabieraliśmy grupę harcerzy, która pomagała rozstawiać obóz przed przyjazdem całej reszty. 

Właśnie ten okres wspominam najfajniej. Cała wielka piaszczysta polana była dla mnie. Wtedy obszar tego obozu wydawał mi się wielki jak wszechświat. Kiedy pojechałem tam przed dwoma laty okazało się, że to w rzeczywistości mała polanka. Na samym jej środku stawiało się maszt. Z wiaty po lewej stronie zdejmowało się deski, wyjmowało przewilgocone wiosną materace, łóżka i prycze i wiata stawała się stołówką. Między drzewami po prawej harcerze, czasami przy pomocy żołnierzy z okolicznej jednostki, stawiali wojskowe namioty (eremy?). Tam, na miękkim jak poduszka podłożu rosła wysoka trawa, której nie spotkałem nigdzie indziej.

dscf1617Dalej, w głębi, porozstawiane były domki gospodarczo-mieszkaniowe. Przechowywano tam namioty i narzędzia, w innych mieszkała wyższa kadra zarządzająca obozem. Do jednego z nich przywieźliśmy raz komputer, przy którym zmarnowałem jedne wakacje grając w F19.

Ta polana to był taki kosmos, którego można było nie opuszczać przez całe wakacje. Za namiotami drużyn było boisko do badmintona i stały sosny, na które można się było wspinać. Te drzewa są wręcz idealne do tej zabawy z powodu prawie prostopadłych gałęzi. Pewnym problemem jest żywica, która łatwo przylepia się do rąk i trudno ją potem zmyć, ale kto by się przejmował brudnymi dłońmi w wieku pięciu lat?

W rzeczywistości musiałem się strasznie nudzić, kiedy w obozie było tylko kilkanaście osób, zajętych przygotowywaniem się do turnusu, jednak teraz wydaje mi się, że to musiało być fascynujące. Z podobnymi wiekiem dzieciakami bawiliśmy się w chowanego, wyłudzaliśmy od pracujących przy rozstawianiu namiotów żołnierzy guziki i odznaki, a pomagający nam osiemnastoletni harcerze wydawali się nam niezwykle dorosłymi osobami.

Chociaż do morza było kilkaset metrów, nikt się tym za bardzo nie przejmował. Wiatroloty puszczaliśmy na polanie dopóty, dopóki nie zaczepiły o którąś z sosnowych gałęzi, ścigaliśmy się na bosaka po niezwykle rozgrzanym piasku, ukrywaliśmy między materacami w wrewnianej wiato-stołówce, podkradaliśmy z kuchni wyroby mięsopodobne. A wieczorami w pobliskim lesie organizowaliśmy zabawę w wojnę, z udawanymi pistoletami zrobionymi z zepustych namiotowych stelaży ale za to z naprawdę prawdziwymi emocjami.

Žmogus gali būti laisvas

Zima w Wilnie wygląda zupełnie inaczej. Podobnie jak cała Litwa, a podróż tam jest prawdziwą wyprawą na Wschód. Warto było wstać tym grudniowym świtem, aby to wszystko zobaczyć naprawdę. Lesław z Partii śpiewa o podróży na południe – tam, gdzie nie ma już niczego, jednak prawdziwe wrażenie kontaktu z opróżnionym światem ma się przemierzając zimnym rankiem przepastne i bezludne przestrzenie szerokich szos byłych republik radzieckich.

Więc wyjechaliśmy zimnym grudniowym porankiem i było tak zimno, że w samochodzie zrobiło się naprawdę ciepło dopiero w Augustowie. Robimy zakupy i siku w bardzo fajnym Kauflandzie z asortymentem wprost z niemieckich marketów, choć ja omijam bawarskie bułeczki w drodze po magdalenkową oranżadę „Grecja”.

Przestrzeń między Suwalszczyzną a Białymstokiem już sobie oswoiłem i naprawdę poza domem czuję się po minięciu ostatniego ronda w Augustowie, przejechaniu długiej prostej obok fabryki papierosów i dworca kolejowego i przekroczeniu niestrzeżonego przejazdu kolejowego przy drodze na Sejny. Szczególnie miło jest jechać sosnowym lasem za Przewięzią i potem, za ulubionymi Gibami, aż do granicy w Łoździejach. Minąwszy jezioro Pomorze po prawej, po lewej z nieodległymi Sejnami, bujamy się po pagórkach, mijamy mniejsze i większe, zmarznięte na amen jeziora i jeziorka. Na ostatniej krzyżówce przed granicą, gdzie trzeba zwolnić do pięćdziesięciu i po raz ostatni się zdecydować, czy przypadkiem nie skręcić w lewo i nie zobaczyć sejneńskich synagog, lub też czy jednak nie dać susa w prawo, do Berżnik, dodajemy gazu i jedziemy prosto.

dscf1256Po wejściu do Schengen te wszystkie granice wyglądają smutno. Straż graniczna stojąca tu i ówdzie przypomina nieco stada mrówek, które zdezorientowe rozpierzchły się po okolicach rozgrzebanego przez jakiegoś intruza mrowiska. Pogranicznicy kręcą się tu i ówdzie, jednak sama granica, budki z pootwieranymi szlabanami, symboliczny pas zaoranej ziemi przesłonięty siatką z drutami kolczastymi, strażnice po obu stronach są przerażająco smutne i puste. Nikt cię nie zatrzymuje, kiedy przejeżdżasz przez ten skansen barier, zakazów i kontroli. Nikt cię nie kontroluje, choć wręcz pragniesz, aby jakaś „wyższa instancja” oficjalnie proklamowała przekroczenie przez ciebie tej granicy. Bo jest ona zawsze – czy tego chcemy, czy nie – jakimś punktem zwrotnym, jakąś sytuacją nieodwracalną, jakimś one way ticket. Mam wrażenie, że likwidacją szlabanów granicznych pozbawiliśmy się czegoś istotnego, choć pewnie w ostatecznym bilansie jest lepiej bez nich niż z nimi.

dscf12591Więc Litwa wita nas tym, co zwykle i w tej przewidywalności była jakaś przyjemność. Szerokie, wystawione na wiatr i słońce, asfaltowe drogi, łagodne pagórki, nie pozbawiające podróżującego poczucia samotności w dużej, smutnej, szarej i bezludnej przestrzeni.

Nie dalej niż kilka kilometrów za Olitą przekracza się Niemen. Trzeba było się nad tą piękną rzeką na chwilę zatrzymać, przekraczając kolejną granicę, tym razem nakreśloną nie bezwzględną ręką polityków i wojskowych, ale subtelnym piórem Elizy Orzeszkowej. Rzeka Niemen w tych okolicach jest meandrowata, a po jej tafli pływają kawałki lodu. Kiedy patrzeć na nie z góry, przypominają wielkie płaty pleśni. Zbiegam po wąskiej skarpie i widzę drewniane domostwo stojące praktycznie na poziomie tafli, za jedno-dwumetrowym wałem. Fascynujące, że kilkadziesiąt metrów od ruchliwej autostady, ukryte pod gęstymi drzewami i praktycznie niewidoczne z ogromnego betonowego mostu, znajduje się spokojne, stare i ciche gospodarstwo żyjące w odwiecznej symbiozie z płynącą kilka metrów od okien rzeką. Rzeką, która w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej niż w nudnych opisach Elizy Nahowskiej z Milkowszczyzny. A przy samym gospodarstwie jest piękny sad z jabłoniami, z których nikt już chyba nie zbiera owoców, skoro na przełomie stycznia i grudnia wiszą, pomarszczone i smutno przypruszone mrozem.

Kilka kilometrów za Trokami wjeżdża się z A16 na A4 i to już jest praktycznie Wilno. Miasto, które z autostrady wygląda jak każde inne duże europejskie miasto. Stacje benzynowe, hipermarkety, magazyny, wjazdy i zjazdy z autostrady, magistrale kolejowe. Znowu wszystko przewidywalne, choć jadąc na Wschód dotarliśmy na Zachód. Do miasta, które nowoczesność połknęła jednym haustem, o czym przekonywałem się podczas poprzednich wizyt. Czy tym razem będzie podobnie?

Na razie dostaliśmy się do centrum, jadąc Geležinio Vilko Gatvė i przed mostem skręcając w Goštauto gatvė. Trzymając się po lewej burcie Wilii, mijamy Plac Katedralny i Muzeum Narodowe, by ulicą Kościuszki dotrzeć pod samą Bazylikę Piotra i Pawła. Koniecznie chciałem tam jeszcze raz pójść. Jednak wtedy szukaliśmy Zarzecza. Więc bazylikę widzimy tylko przez chwilę, skręcamy w Holendernię i już po kilku chwilach krążymy krętą Krivių gatvė (dawna Popowska) w poszukiwaniu Filaretów 17.

dscf14611Przy Filaretów jest sławny na całą Europę hostel, gdzie będziemy mieszkali. Właściwie składa się z trzech budynków, z których każdy mógłby równie dobrze stać na białostockich Bojarach. Pierwszy, najbliższy ulicy, to ogromny drewniany dom z pięknym gankiem. Drugi stoi wzdłuż małego parkingu. Na tyłach działki znajduje się murowany budynek, w którym mieści się biuro hostelu. Tam nas zakwaterowano. Za 15 euro od osoby dostaje się dwuosobowy pokój, bez wygód ale schludny. Natychmiast po wejściu i rzuceniu bagaży na łóżko, po drugiej stronie okna siada na parapecie kot wielkości małej świni i swoimi wielkimi oczami badawczo nam się przypatruje. 

W Wilnie jesteśmy tylko dwie doby. Przyjechaliśmy jeszcze raz poszwędać się po starówce i zobaczyć hucznie zapowiadane uroczystości przywitania Nowego Roku. Na Placu Katedralnym, o północy z 31 grudnia 2008 na 1 stycznia 2009, ma się odbyć spektakularny pokaz typu „światło i dźwięk” widzialny ponoć z kosmosu. Wilno będzie w 2009 roku drugą, obok austriackiego Linzu, Europejską Stolicą Kultury. 

Tymczasem jest jeszcze 30 grudnia i całe przedpołudnie można poświęcić Wilnu. Świetnie, że mieszkamy na Zarzeczu – to wspaniałe miejsce do mieszkania, ciche i przytulne, a jednocześnie położone w samym sąsiedztwie śródmieścia. Ma rację mój internetowy znajomy, porównując Zarzecze do białostockich Bojar.

Przy rozwidleniu Połockiej i Krivių tam, gdzie kiedyś był żydowski targ, a teraz znajduje się niewielki skwerek, warto wejść w jedną z bram. Właśnie gdzieś tam mieści się restauracja Tores. Sama knajpa jest droga, ale każdy może wejść na mieszczący się przy niej taras, skąd rozpościera się piękny widok na wileńską starówkę. Pod nogami wije się Wilejka, a w Parku Bernardyńskim tuż   obok dzieciaki obrzucają się śnieżkami.

Na Zarzeczańskiej spokój jak zwykle. Białoruscy katolicy zdążają na mszę w kościółku św. Bartłomieja, anioł uparcie dmie w róg na placyku u zbiegu Zarzecznej i Młynowej, nie ma już tylko tego hipisa prowadzącego lumpeksa, który podczas pierwszej wizyty w Wilnie siedział znudzony w oknie sklepu i leniwie robił skręta. Gdyby żył osiemdziesiąt lat wcześniej, pewnie odwiedzałby Gałczyńskiego, mieszkającego wtedy przy nieodległej Młynowej. Wystarczyłoby mu przejść parę kroków wzdłuż Wilenki, rzeczki – jak pisał Gałczyński – małej, swarliwej, obok Klasztoru Bernardynek Rzecznych, a bez problemu spotkałby twórcę Teatrzyku Zielona Gęś w jego ulubionej knajpce przy rzece. 

dscf1371Domu Gałczyńskiego na Zarzeczu już nie ma. Stoi za to przez cały czas najsłynniejsza knajpa zarzeczańska przy mostku obok Cerkwi Spasskiej. Jutro przyjdziemy tu wieczorem na grzane wino i kieliszek krupniku. Tymczasem opuszczamy Užupis metalowym mostkiem. Na tych zarzeczańskich mostkach młode pary przyczepiają kłódki ze swoimi inicjałami, mające zapewnić ich związkom trwałość. Są tam imiona litewskie, polskie i rosyjskie. Żartuję, wyobrażając sobie zdesperowane zawiedzione miłości, ludzi po rozwodach, mocujących się z tymi kłódkami, bijących w nie łomami, wyrzucających wreszcie rozbrojone kłódki do spokojnej i dobrodusznej Wilenki, spokojnie sobie szemrzącej tam w dole. I od razu wraca Gałczyński z wierszem „Noc w Wilnie”.

i z takimi na Wilence mostkami,
gdzie samobójstwo to tylko romantyczność,
z dorożkami, płynącymi w mglistość,
z piwiarniami, gdzie piją żandarmi.

Ten dobroduszny, lekko ironiczny, otwarty Gałczyński o wiele bardziej odpowiada duchowi tego miasta niż Adam Mickiewicz, którego ślady widać tutaj na każdym kroku. Szczególnie wylatuje „ponad poziomy” słynny Filareta przy Kościele Bernardyńskim. Tam, wyrzeźbiony przez Giedyminasa Jakubonisa i umieszczony w 1984 roku, wychyla się nienaturalnie do przodu, eksponując mało zrozumiały symboliczny ekspansjonizm polskości? litewskości? czegoś jeszcze?

dscf1372Nie ma sensu tego dłużej rozważać. Lepiej zobaczyć stojący tuż pod bokiem Kościół świętych Bernarda i Franciszka. Naprawdę warto. Poza swojsko pachnącą żywą szopką, przy której wileńskie szkraby piszczą z ekscytacji zupełnie podobnie do polskich, wnętrze świątyni zachwyca surowością. Kościół ma trzy nawy – boczne oddzielone są od siebie filarami, a prezbiterium – arkadą. W głębi wrażenie robi piękny drewniany ołtarz.

Jutro wstąpimy tu na chwilę w drodze na pokaz świateł na Placu Katedralnym. Kilkadziesiąt minut przed północą ksiądz będzie tu odprawiał mszę po litewsku i choć nie będę rozumiał z jego kazania ani słowa, to łatwo się domyślę, że składa wiernym życzenia noworoczne. I bez żadnych wątpliwości, w jego swobodzie mówienia i lekkości gestów dostrzegę otwartość i bezceremonialność, którą od czasu do czasu przydarza mi się widzieć i lubić u domnikanów odprawiających msze w kościele św. Jacka na warszawskim Nowym Mieście.

dscf1334Potem idziemy na obiad do restauracji na Wileńskiej Starówce, przy Pilles Gatvė – czymś w rodzaju krakowskiej Floriańskiej. Obsługuje nas miła dziewczyna, z trudem posługująca się angielskim. Podczas podróży do Wilna zastanawia mnie zawsze ten paradoks, z którym spotkyka się tam Polak. Otóż Litwini świetnie znają języki. W powszechnym użyciu, poza litewskim, jest rosyjski. W Wilnie, gdzie kilkanaście procent mieszkańców stanowią Polacy, rozmawia się też po polsku. Wśród młodych dobrze znany jest angielski i niemiecki. I w tym kosmopolitycznym mieście zawsze kwestie językowe są bardzo delikane i trudne w obsłudze. Jeśli nie znasz litewskiego, możesz spróbować po rosyjsku. Nie wszyscy jednak to lubią i akceptują. Jeszcze gorzej jest rozpocząć rozmowę po polsku, bo nie dość, że dla nastawionych patriotycznie Litwinów może to być również obraźliwe, to dodatkowo stawia Cię w pozycji przypominającej tzw. polskie dzieje miasta. Języki zachodnie są z kolei dla mnie kłopotliwe, bo pomiędzy naszymi narodami jest taka długa i świetna zażyłość, że rozmowa po niemiecku przypominałaby mi trochę rozmowę Czecha ze Słowakiem prowadzoną w języku chińskim. Wszystko to jest tam bardzo subtelne i wymaga, szczególnie ze strony polskiego turysty, wiele delikatności.

dscf14341Na szczęście mają tam fajnie zrobione menu, ze zdjęciami wszystkich potraw. Chciałem oczywiście spróbować sławnych czenakai, które jakiś czas temu jadłem w restauracji przy konsulacie Litwy w Sejnach. Nieźle wyglądała też zajadana przez zblazowanego Azjatę przy stoliku obok zupa w chlebie porządnie oblana śmietaną.   Skończyło się na Cepellinach z grzybowym farszem, zupie i piwie Švyturys. Pamiętam, że gdy kiedyś kupiłem sobie na Litwie butelkę tego napoju, doszedłem do wniosku, że Litwini nie powinni się brać za browarnictwo. Po pewnym czasie zmieniłem zdanie: pszeniczny Švyturys to naprawdę porządne piwo, przypominające nieco ukraiński Obolon.

No i poszliśmy jeszcze na Uniwersytet Wileński. Była już siedemnasta i  z tego powodu możliwość wejścia dała nam mówiąca po polsku strażniczka. Chodzenie skomplikowanymi, na w pół oświetlonymi korytarzami było ekscytujące, jeśli pomyśleć, jak wiele nauki urodziło się w tych murach. Niestety wszystko byo pozamykane, chodziliśmy trochę na ślepo, bez jakiegokolwiek planu. Na dziedziniec Piotra Skargi trafiliśmy zupełnie przypadkiem. Chcieliśmy wejść do Kościoła Świętego Jana. To zadziwiające, że w centralnym punkcie renesansowego campusu uniwersyteckiego stoi poteżna gotycka świątynia. Jest już ciemno, więc postanawiamy, że wrócmy tu jutro.

dscf1321Spotkanie z koleżanką D. na Placu Katedralnym.  Przy kawie rozmawiamy o polskiej i litewskiej literaturze. Okazuje się, że ona czytała Masłowską, zaś dla nas litewska literatura współczesna kończy sie na Tomaszy Venclovie…

Na koniec dnia jeszcze spacer ulicą Giedymina – reprezentacyjną ulicą Wilna. Nie jest to starówka, a jej architekuta ogranicza się praktycznie do XX Wieku. Zmana nazw tej ulic obrazowo pokazuje złożone losy narodu: w okresie zaborów – Świętojerska, w dwudziestoleciu międzywojennym – Adama Mickiewicza, w okresie sowieckim  – Stalina i Lenina… Dopiero 1989 roku uicy nadano imię założyciela miasta – Giedymina.

Ulica jest rozganizowana przez Litwinów jako swoisty kontrapunkt dla przepełnionego polskimi śladami starego miasta. Każdy, kto się na niej znajdzie, bez trudu odczyta drogę, jaką obrała współczesna litwa. Ulica Giedymina do niekończący się ciąg najdroższych butików z cenami podanymi w euro, sklepów mody, restauracji. galerii handlowych sprytnie poumieszczanych w przedwojennych kamienicach. Jest to odpowiednik warszawskiego Nowego Światu, a raczej łódzkiej Piotrkowskiej, chociaż mam wrażenie, że Prospekt Giedymina znacznie przewyższa te dwa ostatnie pod względem eksluzywności i blichtru.

dscf1347Jest trasznie zimno, więc zwiedzamy jedną z kilku wielopoziomych galerii handlowych z ciuchami, na które nas nie stać, wpadamy do Zary (obowiązkowy punkt wypraw zagranicznych) – poświąteczne wyprzedaże robią wrażenie – oraz oczywiście sprawdzamy McDonaldsa. W drodze powrotnej przechodzimy przez obok Katedry, gdzie trwają gorączkowe przygotowania do jutrzejszej imprezy. Na jednym z kilku wielkich telebimów, za pomnikiem Giedymina, kilkanaście zziębniętych młodych osób ogląda mecze piłki nożnej. 

Przy minus dziesięciu stopni jedyną rozsądną rzeczą przed położeniem się spać, jest kieliszek litewskiego krupniku w zarzeczańskiej knajpce. Potem jeszcze drobne zakupy w samoobsługowym sklepie pełnym Polaków, przeglądanie stukilkudziesięciu zdjęć zrobionych w ciągu dnia, i próba zaśnięcia przy akompaniamencie zakwaterowujących się turystów w hostelu przy Filaretów 17.

Sylwestrowy dzień zaczynamy od mocnego postanowienia zdobycia wzgórza Giedymina. Nie wiadomo dlaczego wydaje mi się, że góra jest wyższa i trudniejsza do poskromienia, niż w rzeczywistości. W istocie jest to niewielkie wzgórze, piętaście minut miłego spaceru po brukowanym chodniku. 

dscf1392

Wchodzimy na basztę. W znajdującym się tam muzeum nie ma nic wartego zobaczenia – kilka świadectw litewskości tych ziem, nic poza tym. Natomiast z samego szczytu baszty rozpościera się naprawdę imponujący widok na wielńską starówkę. Ponoć, jak pisze Tomasz Venclowa, o wiele ładniejszy widok jest z Wzgórza Trzech Krzyży, ale nie mamy czasu na tak długie wyprawy. Tym bardziej, że z baszty widać wszystko, co trzeba:  w kierunku południowym cała starówka jak na dłoni: kościoły świętego Jana i Katarzyny najbardziej przykuwające wzrok, na północy wileńskie downtown: kilka naprawdę imponujących drapaczy chmur, na zachodzie ulica Giedymina, zaś na wschód: ulica Kościuszki z moim ulubionym kościołem Piotra i Pawła.

dscf14361Postanawiamy pójść właśnie tam i – nieco okrężną drogą – wrócić do hostelu, bo jest naprawdę zimno. Niestety, tak często jest, że próbując iść na skróty, bardzo często nadrabia się w rzeczywistości drogi. Zbaczamy ze ścieżki i zamiast na ulicy Kościuszki, lądujemy znowu na Zamkowej. W knajpie, gdzie w czerwcu tego roku próbowałem przy pomocy futbolu zrozumieć pogańską duszę Litwinów, próbujemy zjeść obiad. Wyjątkowo niemiła kelnerka długo pozostanie mi w pamięci. Złe wrażenie nie pozwoliło mi nawet zapamiętać, co tam jedliśmy. To się chyba nazywa mechanizm wyparcia. Widocznie nalezy się po prostu przyzwyczaić do poskomunistycznego stylu świadczenia usług w lokalach gastronomicznych. W Polsce przecież często jest podobnie. Być może lepsza jest szczera zła na świat a na klientów w szczególności kelnerka od tej, która co prawda się uśmiecha i życzy ci smacznego, a w rzeczywistości pluje ci do talerza, kiedy nie widzisz…

Sprawdzamy też jeszcze raz wileński uniwersytet. Za dnia krużganki jego dziedzińców wyglądają jeszcze okazalej. Wchodzę do jednej z bram przy ulicy Uniwersyteckiej, gdzie zastaję nie tylko piękny renesansowy plac, ale również widok na okazałe zaplecze Pałacu Prezydenckiego. Zaczyna szarzeć. Czym prędzej zmierzamy więc do kościoła św. Piotra i Pawła.

dscf1445Lubię iść w górę Kościuszki, nawet jak i jest zimno i pada. Lokalizacja tej budowli, jak i jej losy, a przede wszystkim wnętrze, nie mogą nikogo pozostawić obojętnym. W istocie swojej kościół nie jest monumentalny, ale położony u szczytu antokolskiego wzgórza i jednocześnie zwięczeniu ładnej ulicy Kościuszki daje pozór, że wszystkie drogi w mieście do niego prowadzą (co w rzeczywistości nie jest prawdą – leży na uboczu głównych traktów komunikacyjnych). Pierwotnie stała tu drewniana świątynia zbudowana ponoć jeszcze za Jagiełły. Poległa doszczętnie po najeździe moskiewskim w 1655 r. Odbudowę ufundował Michał Kazimierz Pac, hetman wielki litewski, w podzięce za uratowanie się właśnie w tym kościółku przed zbuntowanym wojskiem. Budowę ukończono w 1676 roku. Kiedy wejdzie się do środka i zadrzy głowę, można oszaleć z zachwytu. Mediolańscy rzeźbiarze Pietro Peretti i Giovanni Galle ozdobili wnętrze świątyni około dwoma tysiącami kunsztownych płaskorzeźb.

Wracamy Holendernią i znaną już Krivių. Krótka drzemka przed sylwestrową nocą w hostelu pełnym już turystów, w większości z Polski. Po dwudziestej trzeciej, kiedy wychodzimy, z butelką rosyjskiego szampana za niecałe pięć litów w plecaku, Zarzeczem ciągnął już tłumy w kierunku centrum. W pobliżu pomnika Mickiewicza, idąc środkiem Mariańskiej, słyszymy kilkadziesiąt kilometrów za sobą gromkie Jagiellonia Białystok! Potem spotykamy też sporo kibiców Legii Warszawa. Nie bardzo rozumiem tego zamiłowania do wykrzykiwania stadionowych haseł przy każdej okazji, nawet tych zupełnie nie a propos. Litewskie rodziny z zaciekawieniem przyglądają się kilunastoosobowemu, rozchwianemu pomimo przedpółnocnej pory towarzystwu w żółto-czerwonych barwach, robiącemu sobie zdjęcia na tle pomnika Mickiewicza. I to Jagiellonia Białystok!, które na stadionie przy Słonecznej brzmi tak krzepiąco i dumnie, tutaj, na wileńskiej starówce, stanowi jakiś niepodważalny dowód kompletnego kretynizmu. Tak, jakby ktoś ci powiedział Tak, jestem głupi i nie dał nawet ci szans na krytykę jego stanowiska.

Kiedy dotarliśmy na Plac Katedralny, były już tam prawdziwe tłumy. Stanęliśmy w pobliżu ogromnej choinki, niedaleko dzwonnicy. Wokoło bardzo zróżnicowane towarzystwo: grupki młodzieży, ale również rodziny z dziećmi, emeryci, sporo grup z balów sylwestrowych w okolicy. Minutę przed dwunastą na telebimach  – do tej pory pokazujących bal, prawdopodobnie w Pałacu Prezydenckich – pokazała się głowa państwa. O północy pogasły światła i zaczął się pokaz przygotowany przez niemieckiego artystę Gerta Hofa. Było tam sporo wszystkiego: ludowe „sutartinės”, jak i muzyka nowoczesna, zarówno litewska, jak i zachodnioeuropejska. Światła z reflektorów skierowane na Katedrę opowiadały historię Litwy i Europy. Był wilk z legendy o założeniu Wilna, było miejsce dla Wilejki i innych symboli miasta.

dscf13741Była przede wszystkim niesamowita stateczność. Kiedy wybiła dwunasta, uczestnicy imprezy spokojnie stali, wyczekując na pokaz. Kiedy pokaz się skończył, spokojnie ruszyli na spacer ulicą Giedymina. Żadnych fruwających ponad głową fajerwerków, żadnych strzelających szampanów. Owszem, składano sobie tu i ówdzie życzenia symbolicznym toastem, ale to było nic w porównaniu z dionizyjską atmosferą sylwestrów, jakie przeżyłem we Lwowie albo polskich miastach. Ulicą Giedymina płynął potok ludzi. Na dachu kamienicy z numerem jeden stoi kilkadziesiąt osób, kilka wymachuje litewską flagą narodową. To ważne miejsce dla tutejszej państwowości – siedziba ruchu Sąjūdis, który był dla mieszkańców Litwy czymś podobnym do naszej Solidarności. Tłum zmierzający w dół ulicy Giedymina prawdopodobnie kieruje się pod budynek Sejmu, bohatersko obroniony żywą barykadą przed rosyjskimi czołgami w styczniu 1991 r.

A my idziemy znowu na wileńską starówkę. Dwie dziewczyny tańczą w oknie jednej z kamieniczek ku uciesze licznie zgromadzonej widowni. Szwędamy się jeszcze trochę, zaglądając za szyby licznych sylwestrowych zabaw. Gdzieś w okolicach Subačiaus gatve, Bokšto gatvė. Kiedy wracamy, około drugiej po północy, w hostelu trwa na dobre polski sylwester. Obsługa nic sobie z tego nie robi. Czuję się trochę jak na koloniach. Około czwartej jakaś dziewczyna wchodzi do naszego pokoju i zaprasza do zabawy. Przewracam się na drugi bok.

dscf1599Noworocznego poranka planujemy jeszcze sprawdzić Europos Parkas – muzeum sztuki nowoczesnej pod gołym niebem. Muzeum położone jest kilkanaście kilometrów na północny wschód od miasta. Jedziemy więc opustoszałymi ulicami miasta, które ukazuje nam dotąd nieznane oblicze. Po przekroczeniu rzeki rozpoczyna się Wilno szare, industrialne, socrealistyczne, brudne i złe. Wszystko to rekompensują północne okolice miasta, piękne sosnowe lasy, zamarznięte jeziora i pagórki. Jedziemy bez pewności, czy muzeum będzie w Nowy Rok czynne. Na szczęście w środku lasu, po minięciu pokaźnego kierunkowskazu i przejechaniu kilkudziesięciu mietrów, w miniaturowej budce ze szlabanem widzimy starszą panią. Kupujemy bilety z prawem do fotografowania. W zamian dostajemy mapkę muzeum z zaznaczonymi poszczególnymi obiektami. Miejsce robi bardzo specyficzne wrażenie zimą. Rzeźby rozmieszczone w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie, w dosyć gęstym lesie. Nie znam sztuki nowoczesnej na tyle, aby docenić wartość poszczególnych instalacji, ale sam pomysł takiego muzeum wydaje mi się bardzo awangardowy.

Trochę marzniemy, spacerując po tym lesie i robiąc sobie zdjęcia przy poszczególnych rzeźbach. Kiedy wracamy zziębnięci na parking okazuje się, że pilot otwierający drzwi samochodu odmówił posłuszeństwa. Sytuacja jest dosyć dramatyczna. Środek lasu, w pobliżu tylko starsza pani mówiąca tylko po rosyjsku, do Wilna kilkanaście kilometrów, do Polski – ponad dwieście. Kasjerka okazuje się być jednak niezwykle kochaną osobą. Przez pół godziny obserwuje dyskretnie moje zmagania z zamkiem, po czym postanawia pomóc. Językiem migowym tłumaczymy, o co chodzi. Choć z góry wiem, że to nic nie pomoże, nie powstrzymuję jej przed chuchaniem w zamek mojego samochodu. W międzyczasie obok parkuje para młodych mieszkańców Wilna w terenowym samochodzie. Proponują oblanie zamka spirytusem. Godzę się, choć wiem, że problem leży w systemie elektronicznym i nie ma związku z mrozem. W końcu podejmujemy decyzję o wybiciu szyby i dostaniu się do środka za pomocą radykalnej metody. Kolega z auta obok służy siekierą. Niestety, bez wyłączenia autoalarmu dopływ paliwa do silnika jest odciąty. Jesteśmy więc holowani na przerażająco krótkiej lince do centrum Wilna. Ciągnący nas samochód pędzi prawie osiemdziesiąt na godzinę krętymi podwileńskimi ulicami, a ja czuję serce w przełyku.

W końcy docieramy do okolic dworca. Serdecznie dziękujemy za pomoc i już zastanawiamy się, gdzie przenocować, aby drugiego stycznia szukać pomocy w uruchomieniu auta. Postanawiam, pomimo wszystko, uruchomić samochód i jakoś wrócić do Polski tego samego dnia. Po tym, jak włamuję się do własnego auta teraz, kierując się instrukcjami mojego elektryka, jakimś cudem odnajduję cudowny przełącznik i deaktywuję alarm. Pozostaje wybita szybka. Postanawiamy jednak jechać. Okazuje się, że w aucie nie jest tak zimno, jak by się mogło spodziewać.

Pierwszego dnia roku nie można zacząć od takiego faila. Jako że jest jeszcze wczesne popołudnie, postanawiamy skierować się do Druskiennik i sprawdzić, choć przez chwilę, to legendarne uzdrowisko z przedwojennymi tradycjami. Drogi, jak zwykle na Litwie, są puste, tym bardziej w Nowy Rok. Na miejsce docieramy po dwóch godzinach. Jest już ciemno, więc od razu kierujemy się do znanego tutejszego aqua parku.

Obiekt, choć z zewnątrz wygląda tandetnie, to w środku imponuje przepychem. Obsługa jest doskonale przygotowana na przyjęcie polskich turystów. Nic dziwnego, jesteśmy jakieś dwadzieścia kilometrów od granicy. Wykupujemy dostęp do systemu łaźni, co było – choć dosyć kosztowną – najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy tego dnia. Wchodzimy od razu do tej lepszej strefy, która wita nas dużym basenem w samym środku. W głębi jest bar bezpośrednio przy basenie. Nie trzeba więc z niego wychodzić, aby zamówić coś do picia. Wszelkie opłaty zapisuje się na elektronicznym czipie i płaci przy wyjściu. Najlepsze są jednka sauny. Kilkadziesiąt mniejszych lub większych pomieszczeń, urządzonych w drewnie,  o różnych temperaturach i wilgotności. Najfajniejsza jest parowa sauna, do której można się dostać tylko pod warunkiem wyjścia z basenu i przebiegnięcia kilkunastu metrów po świeżym śniegu. Panuje tam wysoka wilgotność, dziewięćdziesiąt stopni Celsjusza, a kuracjusze nacierają swoje ciała kryształkami soli.

Sprawdzamy większość saun, nagrzewamy się okrutnie i wspólnie dochodzimy do wniosku, że kiedyś trzeba tu przyjechać na cały dzień i zmarnować go na błogie, naprawdę błogie lenistwo. Tymczasem jest już naprawdę późno. Niestety, nie widzimy pięknej, drewnianej zabudowy willowej Druskiennik.

Wracamy przez Lejpudę, Wiejsieje i przejście w Łoździejach. Co za piękne nazwy! Co za udana wycieczka!

Kołodziejska

dscf1619Mróz nieco zelżał, więc można sobie pozwolić na spacer od czasu do czasu. Odkryłem nową ulicę, którą dodaję do białostockiego ulicznego the best of. Ulica Kołodziejska przecina dwa ważne trakty przelotowe miasta: ulicę Ciołkowskiego oraz Czesława Miłosza. Zdaje się, że niedługo zostanie przecięta kolejną arterią, przechodzącą obecną, ślepo zakończoną, ulicą Pod Krzywą. Dobrze jest się przejść Kołodziejską, by przekonać się o zmianach zachodzących ostatnio w mieście. Zacząć należy od brzydkiego kościoła pod wezwaniem Chrystusa Króla na rogu Ciołkowskiego i Niedźwiedziej.

Sama ulica pod względem architektury stanowi bardzo charakterystyczne dla tej części miasta przemieszanie starej zabudowy drewnianej z betonowymi, gierkowskimi klockami mieszkalnymi. Można tam znaleć parę perełek. Pierwsza, to mały podmurowywany budynek na roku Kołodziejskiej i pod Krzywą. Szczególnie wrażenie na tle zimowej bieli robią drewniane wykończenia skromniej i nieco zaniedbanej chałupy. No i zawsze ujmujące wrażenie robią te home made systemy dogrzewające, rdzawe rury puszczane po odchodzących tynkach.

dscf1622

Potem ciekawą budowlę można zobaczyć przy skrzyżowaniu z Jagiellońską. Na pierwszy rzut oka – zwykły betonowy dom wielorodzinny. Ktoś podszedł jednak do sprawy z pewną fantazją, dając mu naprawdę wyjątkowo duże okna, przez co budynek ładnie balansuje pomiędzy ciężkością a lekkością.

Kilka metrów dalej, po prawej stronie, stoi już prawdziwa białostocka klasyka. Kołodziejska 11 – duży, drewniany dom z dachem krytym blachą falistą. Drewno ciemne. Takie domy robią na mnie zawsze wrażenie trwałości i jestem pewien, że przetrwają te wszystkie bloki, w których mieszkamy. Obok domu sad owocowy, płot. Wszystko jak należy.

dscf1624A na sam koniec spaceru ulicą Kołodziejską, kiedy dochodzi się już do przecięcia z Drewnianą, spomiędzy drewnianych chałup, wyłaniają się neony Galerii Białej. Kameralność i spokój zostają gwałtownie skontrowane przez monumentalizm tego wielkiego sklepu. 

Ulica Kołodziejska pokazuje więc specyfikę współczesnego Białegostoku jak mało która. Niezwiązana z jego przeszłością (przed wojną były tu prawdopodobnie dalekie suburbia), daje jego klarowny obraz. Miasto drewnianych domóstw i wielkich galerii handlowych, jedno obok drugiego. Wieś jak z dziewiętnastego wieku obok miasta jak z dwudziestego pierwszego.