Kamienica Rejzli Wajnrach

img1575113168365 (1).jpg

Dzisiaj Aleje Józefa Piłsudskiego 20B, lecz dawniej – Częstochowska 11. Kamienica budowana w latach 1913-14, z typowej dla białostockiej architektury przedwojennej, żółto-czerwonej cegły, przez Rejzlę Wajnrach, córkę Szebszela Rabinerzona, właściciela fabryki tytoniu.

Patrzę na ten piękny, dwukondygnacyjny budynek każdego dnia, kiedy wstaję, parzę kawę i przygotowuję śniadanie. Od dwudziestu lat nikt tam już nie mieszka, poza kotami i szczurami. Jego spadzisty dach upodobały sobie gołębie.

Udało mi się raz tam zakraść, mimo, że wszystkie okna i drzwi są szczelnie zabite deskami. Nie pytajcie, jak to zrobiłem. Wchodziłem po wielkich, skrzypiących, drewnianych schodach, podziwiałem ogromne pokoje, w których stoją sypiące się kaflowe piece. Między walającymi się gazetkami porno z lat 90-tych, biegały rozentuzjazmowane obecnością człowieka koty i szczury.

Śmierdziało moczem i historią.

Po zakończeniu budowy w 1914 roku Rejzla Wajnrach wynajmowała pomieszczenia tej kamienicy różnym ludziom. Mieszkała tu między innymi właścicielka sklepu z papierem przy Lipowej 32 Zofia Hurwicz. Zamieszkiwał tu też posiadacz tartaku Izrael Kaczalski, a potem również nauczyciel talmudu Wolf Goldsztejn. Srul Rizer sprzedawał na parterze artykuły chirurgiczne. W latach 30. przyjmowała tu pacjentów słynąca z delikatności dentystka Małka Ginzburg.

Właściciele i mieszkańcy kamienicy przy Częstochowskiej nie przeżyli wojny. W tym miejscu było żydowskie getto, jedno z największych w Polsce.  Po wojnie budynek najpierw przejęło wojsko, a potem go skomunalizowano. Ostatni mieszkańcy wyprowadzili się stąd pod koniec lat 90-tych.

Ilekroć patrzę na ten piękny budynek z okna, staram sobie wyobrazić życie dawnych mieszkańców tego miejsca. Tak niewiele o nich wiem! Jakimi byli ludźmi? Czy żyli ze sobą dobrze? Czy spotykali się na podwórku, na ławkach, i rozmawiali, tak jak robią teraz mieszkańcy mojego bloku? Nigdy znajdę odpowiedzi na te pytania.

Kamienica jest na sprzedaż, ale nikt nie chce jej kupić. Mam nadzieję, że tak pozostanie jak najdłużej.

Korzystałem z tekstu znakomitego znawcy historii białostockich ulic, Wiesława Wróbla.

Paweł Pawlikowski „Zimna wojna”

zimnawojna

Uważam, że „Zimna Wojna” zasługuje na Oskara, ale uważam, że Oskara „Zimna wojna” nie dostanie. Nie dostanie dlatego, że jest to film zbyt konserwatywny, zbyt osadzony w klasycznych filmowych schematach i kliszach i przez to zbyt przewidywalny, co dla jednych jest wspaniałe, a innych mierzi.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że niczym widza nie zaskakuje poza genialną scenografią, poza wielkimi rolami Joanny Kulig i Tomasza Kota, poza świetną muzyką i pracą kamery. Ot, klasyczny filmowy romans, skuteczny wyciskacz łez, opowieść o dwojgu zakochanych – pojebanej kobiecie i cierpliwym mężczyźnie albo cierpliwej kobiecie i pojebanym mężczyźnie.

„Zimna Wojna” nie dostanie Oskara dlatego, że jest jak tocatta i fuga d-mol Bacha wykonana tak, że lepiej już nie można. Znamy każdy kolejny przejrzysty i doskonale zagrany dźwięk, spodziewamy się kolejnego, wiemy, jak się skończy melodia. Jedni z tego powodu płaczą ze wzruszenia, a inni ziewają z nudów.

PS. Joanna Kulig jest w tym filmie tym wszystkim, czego oczekuję od genialnej aktorki. Jest jednocześnie piękna i brzydka, młoda i stara, interesująca i nudna, seksowna i odpychająca. Są teraz tylko dwie takie aktorki na świecie. Joanna Kulig i Scarlett Johansson. Kocham je obie taką samą miłością.

Dariusz Kaliński „Czerwona zaraza”

czerwonazaraza.jpg

Okoliczności przemarszu Armii Czerwonej przez Rzeczpospolitą w 1944 i 1945 roku w marszu na Berlin, nazywanego przez dziesiątki lat „wyzwoleniem spod niemieckiej okupacji” to temat fascynujący. Nie tylko z perspektywy ustalania faktów historycznych, ale również z perspektywy szczególnie trudnej sytuacji społecznej i psychologicznej, w jakiej znaleźli się mieszkańcy Polski podczas wycofywania się z ich miast, miasteczek i wsi przez Niemców i wkraczania na ich miejsce władzy sowieckiej.

Wycieńczeni czterema latami niemieckiej okupacji mieszkańcy ziem polskich w zasadzie wyczekiwali Sowietów jak zbawienia. Prawdopodobnie jednak wielu z nich zdawało sobie sprawę, że na narodowosocjalistycznych barbarzyńców przybyłych z Zachodu nacierają komunistyczni barbarzyńcy ze Wschodu. Co jest lepsze – dżuma czy cholera?

Początkowy entuzjazm, rzucanie pod nogi maszerujących na pierwszej linii frontu oddziałów Armii Czerwonej kwiatów, polskie dziewczęta obcałowujące krasnoarmistów, polscy chłopcy częstujący sołdatów o mongolskich rysach bimbrem i jedzeniem, a nawet partyzanckie oddziały AK wspierające sowietów w poganianiu wroga uciekającego na wschód. Wszystko to miało miejsce, jednak nie trwało to długo.

Chwilę po przejściu linii frontu, na wyzwalanych terenach Sowieci instalowali nową władzę, której legitymizacją była pepesza funkcjonariusza NKWD. I o tym opowiada głównie książka Dariusza Kalińskiego. Jest to w zasadzie zbiór dosyć nieuporządkowanych relacji z występków, ekscesów, grabieży i zbrodni, jakich dopuszczali się nowi okupanci na Polakach. Grabienie majątków, gwałty, wymuszenia, anegdotyczne już kradzieże zegarków przez krasnoarmiejców, ale również incydenty mniej oczywiste. Na przykład mianowanie lokalnymi zarządcami na tzw. Ziemiach Odzyskanych pozostałych na tych terenach Niemców i często lepsze ich traktowanie, niż Polaków. Wywożenie nie tylko z terenów poniemieckich, ale także z Mazowsza, Śląska, Małopolski czy Podlasia całych fabryk, majątków, surowców, środków transportu, maszyn rolniczych.

Szkoda, że książka nie wykracza poza bardzo solidną i okupioną na pewno ogromem pracy – kronikę minionych wydarzeń. Fakty porażają swoim konkretem, bo odwołują się do konkretnych miejscowości, osób i dokładnych dat. Brakuje w niej jednak po pierwsze, jakiegoś całościowego spięcia tych wydarzeń w klamrę i refleksji, jaki wpływ miały one na powojenną historię Polski. Brakuje mi również choćby próby analizy społecznej przemiany, która musiała nastąpić w głowach Polaków. W ciągu kilku dni, tygodni, wyzwoliciel od barbarzyńskiego okupanta stał się nowym okupantem – nierzadko jeszcze bardziej okrutnym i nieludzkim. Jak bardzo uciemiężony musiał być ten naród, skoro czekał na „czerwoną zarazę” z nadzieją i w jaki sposób odebrał jej przyjęcie? Czy może właśnie to przejście „z deszczu pod rynnę”, a właściwiej mówiąc „z dżumy w cholerę” nie złamało ostatecznie polskiego kręgosłupa i nie sprawiło, że w rozpaczliwej nadziei na względny spokój, gotowi byliśmy poddać się sowieckiej okupacji pod pozorem „niezależnego” socjalistycznego państwa wspieranego przez bratni naród radziecki?  

Piotr Zychowicz „Pakt Piłsudski-Lenin”

190509

Rażąca pomyłka strategiczna, nieodpowiedni doradcy-szpiedzy albo po prostu „serce po lewej stronie”. Z któregoś z tych, lub innych powodów Józef Piłsudski nie zdecydował się we wrześniu 1919 roku pomóc białej armii Denikina i w ten sposób przypieczętować upadek bolszewików, ratując w ten sposób Europę i być może świat od zalewu reżymów komunistycznych. Marszałek uznał, że powrót carskiej Rosji jest większym zagrożeniem dla Polski, niż bolszewizm. I to był jego kardynalny błąd.

Lubię Zychowicza za to, że odważnie podważa święte prawdy polskiej historii, zdejmując z cokołów wielu polskich świętych wodzów, polityków i przywódców. Jego książki budzą niechęć zarówno na prawicy, jak i na lewicy, a przede wszystkim w środowiskach akademickich, dla których efektowny styl, lekkie pióro Zychowicza i brak przypisów budzą wyraźną irytację.

Książka o pomyłce Piłsudskiego dostarczy krytykom wielu argumentów. Bo choć teza w niej postawiona jest efektowna i prawdopodobnie słuszna, to czytanie „Paktu Piłsudski – Lenin” zaczyna męczyć niepokojąco szybko.

Zaczyna się od krótkiego political-fiction, czyli „co by było, gdyby” Piłsudski pomógł Denikinowi, rozbił bolszewików, uratował świat przed komunizmem, a nad Moskwą zawisł biało-czerwony sztandar. Uniemożliwiło to szereg, celowych lub nie, decyzji, a przede wszystkim tajny pakt Piłsudskiego z Leninem, który pogrążył siły kontrrewolucyjne i uratował komunistów.

Zychowicz dostarcza nam dziesiątków świadectw – dokumentów, relacji, fragmentów literackich, prasowych – na potwierdzenie tej tezy. Jest ich tak dużo i tak bardzo mierzi ich powtarzalność, że że po kilkudziesięciu stronach lektury jesteśmy już właściwie przekonani do rewelacji Zychowicza, a dalsze kartkowanie opasłego tomu robi się po prostu przerażająco nudne. Brakuje choć cienia polemiki, poddania w wątpliwość tezy autora. Mamy natomiast patchwork uszyty z kolejnych dziesiątek argumentów za tym, że Piłsudski dogadał się z Leninem. Jest za to monotonia, brak jakiegoś narracyjnego klucza, brak w tej książce „opowieści”.

Rafał A. Ziemkiewicz – Jakie piękne samobójstwo

W swojej najnowszej książce Rafał Ziemkiewicz zastanawia się, dlaczego Polacy są największymi frajerami na świecie i co z tego wynika. Teza ta nie wydaje mi się szczególnie śmiała, jednak jej podniesienie i historyczne uzasadnienie, czego podejmuje się autor, uważam za słuszne i chwalebne.

Dwie cechy publicystyki Ziemkiewicza stanowią jednocześnie o jej słabości. Posiada on bowiem niespotykaną lekkość narracji, która pozwala mu pisać zdania płynnie opowiadające to, co autor ma do opowiedzenia.  Podejrzewam, że Ziemkiewicz pisze bez skreśleń. Ta lekkość sprawia jednak, że tekst może okazać się dla czytelnika przegadany, pełen powtórzeń, dygresji i nieuporządkowania. Ziemkiewicz po prostu pisze swoją opowieść tak, jak mu się ona układa w głowie. Dla wielu autorów byłby to szkic, dla Ziemkiewicza jest to efekt finalny.

Drugą zaletą i jednocześnie słabością publicystyki Rafała Ziemkiewicza jest odwaga w stawianiu niepopularnych poglądów. Choć myśl przwodnia książki “Jakie piękne samobójstwo” nie jest już zbyt odkrywcza, bo stawia ją ostatnio śmiało Piotr Zychowicz, a wcześniej przez lata próbował się z nią przebić prof. Paweł Wieczorkiewicz. Ci trzej, a za nimi szereg innych mówią, że polityka zagraniczna sanacji z Beckiem na czele była pozbawiona wszelkich racji i doprowadziła Polskę do katastrofy.

Klasę polityczną II RP uważa Ziemkiewicz za bandę nieudaczników, mitomanów i amatorów, kierujących się w sprawach strategicznych dla Polski interesem własnym lub – w najlepszym przypadku – swojej frakcji politycznej. Interes narodowy, w rzekome imię którego sanacja doprowadziła w Polsce do systemu autorytarnego, był w istocie pustym frazesem, który jeszcze bardziej opustoszał po śmierci Piłsudskiego. W ten sposób Polska – jak uzasadnia Ziemkiewicz – odrzuciła przyjazne gesty Niemiec dążące do konfrontacji z Sowietami, prowokując – na własne życzenie – pakt ponad naszymi głowami i rozbiór państwa we wrześniu 1939 roku. Równie fatalna i pełna błędów polityka Rydza-Śmigłego, Andersa, Chruściela i Sikorskiego doprowadziła do największych spośród państw Europy strat ludzkich, jakie poniosła Polska w trakcie II wojny światowej, a następnie do utraty niepodległości na kolejne 45 lat.

Trudno nie czytać książki Ziemkiewicza przez pryzmat współczesności, do czego autor mocno zachęca. Romantyzm w polityce, mierzenie siły wielkością poświęcenia i ofiar, bezkrytyczna i naiwna ufność w puste obietnice “sojuszników” – wszystko to jest spuścizną, która ciągnie się za Polakami od czasów rozbiorowych. Wtedy była to może jedyna polityka, dająca jakiekolwiek szanse na wolność. Przegonienie Sowietów w 1920 roku dało nam złudne wrażenie potęgi, które zostało rozwiane niecałe 20 lat później. Nasze elity nie wyciągnęły żadnych wniosków z klęski poniesionej w II wojnie światowej i w tkwią w tym amoku po dzisiaj.

W dyskusji na temat zasadności “kapitału krwi” i tego, czy w polityce liczy się siła, czy poświęcenie, opowiadam się po stronie Ziemkiewicza i Zychowicza. Dlatego uważam tę książkę za ważną i potrzebną, choć nie za bardzo wierzę, że nauczyciele w liceum będą o niej mówić uczniom. Mit szlachetnych, kierujących się sercem i wiarą w słuszność nawet przegranej sprawy Polaków jest wśród owych Polaków zakorzeniony na tyle mocno, że nie będę zdziwiony atakami na Ziemkiewicza ze strony tych, dla których jest to wyłącznie bicie piany, gdybologia, szukanie sensacji i podważanie mitów fundujących wspólnotę.