Codziennik 102 – Stare zdjęcia

IMG_20191107_143231.jpg

Gromadzę stare zdjęcia rodzinne, skanuję je do chmury, wieszam po mieszkaniu obok zdjęć Syna. Stare, często podniszczone, fotografie, uruchamiają lawinę wspomnień. Ja, dwulatek, w kąpieli, pozujący do aparatu pani Gontar. Mama z jakimś nieznanym ani mi, ani jej kawalerem, na jakiejś studenckiej imprezie w akademiku przy Krakowskiej. Ojciec u pierwszej komunii. Znowu Heniek, też na jakiejś studenckiej imprezie. Uśmiecha się od ucha do ucha na tle ściany wyklejonej zdjęciami zespołów. Wreszcie tata na skałkach w Górach Świętokrzyskich. Wspinaczka i pływanie to były jego ulubione sporty.

Wspominam o tym, czego nie pamiętam. Bo albo byłem zbyt mały, by pamiętać, albo nie było mnie wcale. Odpływanie w przeszłość nie jest bezpieczne – przeszłość jest idealna. I zdjęcia, które robię teraz, wywołuję, drukuję, oddaję bliskim albo wkładam do losowo wybranych książek i teczek, też będą opowiadały o tym jak było idealnie w 2019. A idealnie nie jest, bo nigdy tak nie było i nigdy tak nie będzie.

Codzienik 100 – Psy pilnujące cmentarza

Zazwyczaj unikam bezpańskich psów. Szczególnie w środku lasu.

Pies jest jednak wyjątkowo szlachetnym zwierzęciem, zawieszonym gdzieś między dzikością a człowieczeństwem.

Postanowiłem odwiedzić cmentarz, na którym nie ma żadnego z moich przodków. Przywitały mnie na nim dwa kundle. Przybiegły nie wiadomo skąd. Odpowiedziałem uśmiechem i otwartą ręką skierowaną w ich kierunku. Nie czułem strachu

Kundle podeszły i też się do mnie uśmiechnęły. Lizały moje dłonie i wskakiwały mi na kolana. Podawały mi w pyskach zużyte znicze. Pokazywały mi nagrobki cmentarza, którego były gospodarzami. Rozmawiały ze mną bez słów. Były moimi przewodnikami. Czułem się przy nich bardzo bezpiecznie.

Potem po prostu sobie poszły, a ja poczułem spokój i wdzięczność.

 

Wspomiennik

IMG_20191102_125850

Świątynie, groby, kaplice, miejsca religijnego kultu to tylko symbole. Nie ma żadnych bogów rozliczających nas z dobrych i złych uczynków. Nie ma żadnych niematerialnych dusz ulatujących z ciała po śmierci. Nie ma żadnych cudów zaprzeczającym prawom natury.

Co w takim razie naprawdę jest? Ja, ty, ludzie i inne zwierzęta, to co stworzyliśmy i to, jak nas się będzie pamiętać. Tam, półtora metra pod ziemią, ciała naszych zmarłych bliskich i znajomych poddawane są procesom gnilnym i za jakiś czas wrócą do nas w postaci deszczu, roślin, zwierząt, pożywienia oraz wody w kranie. Będziemy je mogli tam znaleźć, ale nigdy z nimi się nie spotkamy.

Wspomnienia są przecież również materialne. Są strukturami połączeń neuronalnych, które możemy duplikować na nieskończoną ilość kopii i wariacji. Tak się dzieje, gdy wspominamy zmarłych i gdy rozmawiamy o nich z innymi.

Nagrobek jest symbolem i narzędziem uruchamiającym lawinę myśli w mózgu. Podobnie jak modlitwa jest rozmową nie z Bogiem, ale z samym sobą, wspomaganą świątynnym anturażem.

Dlatego odwiedzam cmentarze i myślę o bliskich lub ważnych osobach, które już umarły.

Jarosława nigdy nie spotkałem osobiście i, szczerze mówiąc, byłem pewien, że jest kolejnym z serii białostockich „byznesmenów”, nieudanie pretendujcym do klasy wyższej drogimi autami, zegarkami, złotem. Już po jego śmierci obejrzałem wzruszający reportaż, w którym pan Jarosław oprowadza widzów po dzielnicy swojego dzieciństwa. Okazał się ciepłym i inteligentnym facetem. I dopiero teraz zrozumiałem, że jego medialno-gastronomiczno-hotelowe imperium jest produktem na wskroś białostockim, oddającym stary charakter tego miasta.

Niedaleko od Jarosława leży Michał. Zmarł niedawno. Był starszy ode mnie o pięćdziesiąt lat. Dzisiaj dowiedziałem się, że Michał urodził się w Wilnie. To zaskakujące, że nie wpadłem na to wcześniej, prowadząc przelotne pogaduszki z Michałem pod oknem mojej mamy. Dlaczego wcześniej nie rozpoznałem tego ciepłego zaśpiewu? Dlaczego nie wypytałem go o jedno z moich ulubionych miast?

Trochę dalej leży kolejny Michał. Był ojcem mojego dziadka. Jako nastolatek uciekał z narzeczoną przed bolszewikami z rodzinnego Lwowa do Paryża. Taki był plan. Wędrówka skończyła na Białymstoku. Jak pierwsza żona mu tutaj zmarła, to znalazł sobie drugą. Jak druga też zmarła, zdążywszy dać mu chłopaka (dziadek Jurek) i dziewczynkę, znalazł sobie trzecią. Taki był z niego herbatnik.

Tą dziewczynką była ciotka Irka. Pamiętam, że miała kruczoczarne włosy spięte w gruby kok. Przychodziła do dziadka na obiady. Lubiła na wesoło napić się wódki. Zawsze wtedy śpiewała ukraińskie piosenki i „U cioci na imieninach” Grzesiuka.

Radek był moim kolegą z pracy. Wyjątkowo inteligentny i dowcipny, ale zawsze zamknięty w sobie. Niosący gdzieś na twarzy, w ułożeniu ust, jakieś nieprzezwyciężone napięcie. Kiedy pisał doktorat, zaprosił mnie do siebie na obiad. Powiedział mi wtedy, że pisanie czegokolwiek jest bardziej uciążliwe, niż najbardziej straszliwe zatwardzenie spędzane w godzinami w kiblu. Powiedział, że pisanie jest podobne do bardzo ciężkiego srania. Uważam, że to porównanie jest genialne w swojej celności.

Rafał był jednym z moich studentów. Potem się internetowo zakolegowaliśmy. Wybitnie inteligentny i dowcipny człowiek, niezmiernie twórczy i pomysłowy, ale również bardzo nieśmiały, wrażliwy i wycofany. Żałowałem, że nie chce wypuszczać tej świetnej energii. Był zbyt wrażliwy na te czasy. Nie żyje przez tę swoją wrażliwość, która trafiła w brutalne ręce biurokratycznej maszyny urzędniczej i znanych mi ludzi, którzy zbyt często czują się panami życia innych. Zostawił mi po sobie starodawną brzytwę, którą obiecał mi naostrzyć. Była naostrzona.

Na grobach rodziny od strony mamy całe płyty poobstawiane zniczami i kwiatami od samego rana. To bardzo miły widok. Każdy chce być pierwszy. Nie widziałem też nigdy tylu kozaczków w jednym miejscu, co wczoraj na cmentarzu w Boćkach. Te święta, ich rozmach, nieumiarkowanie w wydawaniu pieniędzy na upiększanie miejsc, pod którymi nie ma nic świętego, wszystko to świadczy o tym, że chcemy myśleć o sobie i o innych. Wierzący nazywają to modlitwą. Ja nazywam to troską o siebie i o innych, którzy żyją.

Pan Michał i Trąbka

20190815_134731

Był ucieleśnieniem białostockiego mieszczaństwa. Od zawsze mieszkał w bloku przylegającym do domu mojej mamy. Na drugim piętrze. Widywałem go, jak wychodził do sklepu po mleko. Na moje „dzień dobry” zawsze się lekko kłaniał i przykładał rękę do czoła. Połączonym kciukiem i palcem wskazującym imitował skinienie kapelusza.

Starszy pan, ale kiedy się uśmiechał do mojej mamy, jego szelmowski uśmiech zdradzał, że miał powodzenie u kobiet. Do ostatnich lat przychodziła do niego jakaś starsza pani z siwymi włosami. Elegancka sukienka, kapelusz. Szli wspólnie na mszę do kościoła. Któregoś dnia wyszła z płaczem z jego klatki i potem jej już nie widziałem.

Kiedy wychodził, musiał się zatrzymywać co kilkadziesiąt metrów na minutę lub dwie. „Po trzech zawałach jestem” – mówił, jakby chciał się usprawiedliwić z tych postojów przy klatce.

Podobno kiedyś był mechanikiem. Pewnie to prawda, bo choć nie miał już auta, to jeszcze jak dawał rady fizycznie, podłączał mamie prostownik do wyładowanego akumulatora. Ona mówiła do niego „panie Michale”. On do niej – „pani profesor”. A dzieliło ich ponad trzydzieści lat różnicy.

Od pewnego czasu przestał wychodzić, a potem karetka zabrała go do szpitala. Męczył się z trzy miesiące, a potem umarł. Nie wrócił już do swojego bloku na Nowym Świecie.

Nie widziałem go po śmierci i nie bardzo mnie to interesowało. Nawet ciało przyjaciela, po śmierci nie wygląda już tak samo. Po wiadomości o  śmierci nie myślałem o duszy pana Michała i co się z nią będzie działo. Nie miałem też żadnych poważniejszych wspomnień z nim związanych. Nie mam zdjęcia, a nawet nie pamiętam nazwiska.

Chociaż byłem na jego pogrzebie. Pamiętam odgłos emaliowanej, czarnej puszki uderzającej o piasek na dnie grobu. Pracowników palących fajki za drzewem po skończonej robocie. Grubego księdza. Rodzinę i znajomych. Jedni płaczący, inni znudzeni, jeszcze inni rozglądający się „kto przyszedł”. Inni myślący tylko o sobie. Pamiętam też przeszywający głos trąbki takiego gościa, którego pamiętam z Odeonu, a który w czasie tego pogrzebu stanął za drzewami i zagrał tak, że łza poszła.

Pogrzeby są dla tych, którzy zostali. To nasze rytuały mierzenia się z tym, co się wydarzyło. Czasami wydaje się, że jęki nad trumną wynikają bardziej z lęku o nas samych niż z sympatii dla zmarłego. I tak było na pogrzebie pana Michała.

Przez całe życie poszukujemy stałej harmonii ze światem. Próbujemy zadowolić naszych najbliższych i współpracowników. Odnaleźć miłość, założyć rodzinę, mieć dzieci. Doznawać świata naturalnego, literatury, muzyki w sposób najczystszy z możliwych.

Jednak ten stan harmonii jest zawsze przejściowy i zakłóca go o wiele potężniejszy stan potknięć, dysonansów, zakłóceń, swad i konfliktów. Czas pogodzenia się ze światem zależy tylko od naszej determinacji i ćwiczeń. Dlatego nie można czekać na śmierć, bo po niej nie ma nic, nie ma również żadnej harmonii.

 

Nawyki

20190726_151935

Półtora roku czekania na zakończenie tego horroru czekania. Półtora roku myślenia o jego cierpieniu i krzywdzie. Półtora roku ciągłego stresu i niepewności. Półtora roku i nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa.

Przetrwanie tego i zwycięstwo dla dobra syna jest największym wyzwaniem, przed jakim stanąłem w życiu. I jednocześnie najtrudniejszym czasem w moim życiu.

Myślenie o nim – jak wygląda, jak mówi, czym się interesuje – spędza mi cały czas. Nie wiem, czy myśli i mówi o mnie, bo w sądzie dowiedziałem się, że „ktoś” (tu można wstawić sobie odpowiednią osobę), powiedział mu, że „ojciec nie żyje”. Nie wiem, jak ten „ktoś” wytłumaczy się potem dziecku z takich okrutnych wobec niego kłamstw.

Aby to przetrwać i choć przez chwilę nie myśleć, aby jakkolwiek działać, trzeba narzucić każdemu dniu ostry reżim. Działać jak automat, według przygotowanej czeklisty, na której codziennie odhacza się kolejne wykonane zadania. Moja czeklista jest długa i nie zawsze stawiam ptaszek przy każdym jej punkcie, ale to jedno z najlepszych narzędzi, jakie odkryłem, aby przetrwać ten trudny czas i mieć siłę, bo kiedyś stanąć przed nim i nie wstydzić się tego, jak żyłem w czasie, gdy byliśmy rozdzieleni.

  • Pobudka o piątej (pięć godzin snu to maks, jaki jestem w stanie z siebie wykrzesać).
  • Poranna medytacja w łóżku, aby dobrze nastawić się na nadchodzący dzień.
  • Przynajmniej pół godziny czytania w łóżku.
  • Ścielenie łóżka, jako ekstremalna dla mojego ciała gimnastyka poranna.
  • Wyrwanie kartki z naściennego, kuchennego kalendarza.
  • Śniadanie i parzenie ziół. Pite najczęściej z yerbą.
  • Kąpiel z Szachami, Literakami albo Sudoku.
  • Przegląd prasy w internecie, Twitter, ewentualnie jakiś tekst na Szkice Sprzęgłem
  • Tłumaczenie z angielskiego kolejnego rozdziału „365 Codziennych Medytacji Tao”
  • Robienie chałtur przy komputerze (pisanie za pieniądze, obliczenia, tłumaczenia, badania, ekspertyzy, redakcje itp.).
  • Medytacja w ciągu dnia.
  • Sprzątanie codziennie jakiejś części mieszkania (nielubiane, ale bardzo zdrowe dla samopoczucia psychicznego).
  • Spacer (co najmniej 1,5 kilometra, o ile nogi nie odmawiają współpracy; jeśli odmawiają, wtedy szwendactwa samochodowe). W tym czasie słuchanie podcastów lub audiobooków.
  • Zrobienie jakiegoś jedzenia bliskim albo na później do słoików.
  • Opieka nad kwiatami (teraz około pięćdziesięcioma roślinami w domu, na balkonie i pod oknem). Przy okazji czytanie i studiowanie rzeczy o roślinkach, które stały się moją pasją.
  • Tekst na bloga prywatnego co kilka dni.
  • Pisanie dla Syna lub dla siebie.
  • Studiowanie poważniejszych tekstów lub wykładów (teraz psychologia ewolucyjna).
  • Film albo serial.
  • Pisanie osobistego dziennika, do którego tylko On będzie miał dostęp wtedy, gdy stanie się dorosły. O ile będzie chciał.
  • Czytanie co najmniej godzinne.
  • Medytacja przed zaśnięciem, bo bez niej nie zasypiam.

Bez tego domowego reżymu nie przetrwałbym czekania na Niego. To moja szkoła przetrwania. Liczy się każdy dobrze i twórczo spędzony dzień.

Brzozy, sosny, mniszki

DSC_4599.jpg

Tegoroczna wiosna upływa na oczekiwaniu na spotkanie z nie widzianym już od roku synem i na życiu w zgodzie z rytmem budzącej się do życia roślinności. Czekałem na tę wiosnę z tęsknotą taką samą jak tęsknota za nim, bo wydawało mi się nieprawdopodobne, że może to trwać tak długo. Jego mama z premedytacją opóźnia i tak rozlazły jak flaki z olejem proces, a ja próbuję zająć się – poza pracą – czymś, co wyrwie mnie z domu, sprzed komputera. Stąd całonocne wyjazdy po auta przez Polskę i Europę z kolegą, stąd przejażdżki za miasto, po zioła.

Zbieranie i korzystanie z ziół wymaga uważnego korzystania z kalendarza, bo każdego tygodnia przygoda dostarcza lub odbiera kolejne okazje do korzystania z jej owoców. Zacząłem od soku z brzozy, który ściągałem z tych pięknych drzew w połowie marca, kiedy rozpoczęły po raz kolejny mozolny proces ściągania wody z uwolnionej od mrozu ziemi ku dopiero co rozwijającym się liściom.

DSC05263.jpg

Brzoza to jedno z moich ulubionych drzew. Jedna z nich rośnie tuż przed moim oknem. Posadziłem ją mniej więcej w momencie, gdy mój syn rozpoczął życie w brzuchu mamy. Miała wtedy niewiele ponad metr wzrostu. Dzisiaj sięga moich okien na drugim piętrze starego bloku. Nie mogę się doczekać, aż mu ją w końcu pokażę. Wbrew staraniom mamy, która robi wszystko, aby Mały nie miał ojca. Zrobimy to.

Niedługo potem pojechałem nad zerwany most na Narwi. Po drodze skręciłem trochę w bok, ku wyginającym się ku słońcu młodym pędom brzozy. Z tych szarych, zwisających pączków można zrobić świetną, oczyszczającą herbatę. Piłem ją przez dwa tygodnie. Zaparzona brzoza ma delikatny, lekko słodkawy smak.

DSC05785.jpg

Trzy dni temu wybrałem się w końcu po pędy młodej sosny. W końcu, bo to już ostatni moment, by zebrać je w apogeum swojej młodości. Dojrzałość przyobleka je w brązową osłonkę, która potem pęka i uwalnia miliardy nasion potrafiących przelecieć nawet kilkaset metrów od swojej matki.

Z pędów młodej sosny robię nalewkę i syrop. Ten ostatni znany jest we wspomnieniach pokolenia rodziców pod nazwą „syrop z pinii”. Mama mówi, że w jej dzieciństwie był to przysmak i rarytas podawany wyłącznie chorym dzieciom. Mama nigdy nie chorowała, więc rzadko miała przyjemność próbowania syropu z sosny. Nie wiem, dlaczego w jej domu po prostu takiego syropu nie robiono samodzielnie. Przecież mieszkali właściwie w środku lasu…

DSC_4586.jpg

Właśnie z mamą pojechaliśmy wczoraj gdzieś za Dobrzyniewo, na łąkę, którą wcześniej sobie wypatrzyłem. Zebraliśmy, przy definitywnie większym udziale mamy, 10 litrów mniszka lekarskiego. Cały wieczór oczyszczałem kwiaty z łodyżek i robaków. Wrzuciłem je wszystkie do słoika i zalałem wysokoprocentowym, czystym alkoholem. Podobnie jak z pędami sosną, będzie z mniszka lecznicza nalewka na zimowe infekcje i ewentualne smutki.

DSC_4627.jpg

Codziennik dwudziesty – letting go

trapped monkey

Słuchałem wczoraj, jak Cory Muscara opowiadał historyjkę o tym, jak mieszkańcy Indii polowali na młode małpy. Myśliwy brał owoc kokosa, rozcinał w pół, opróżniał z zawartości, a do środka wkładał banana. 

Następnie połówki kokosa na powrót spajał, a w jednej z nich robił otwór tak duży, by małpka mogła do niego włożyć luźno łapkę, ale tak mały, by łapka zaciśnięta na bananie nie dała się wyciągnąć z powrotem. Kokos wieszano na drzewie.

Kiedy małpka próbowała wyciągnąć banana z kokosa, mogła go bez problemu złapać w środku, ale nie mogła wyciągnąć ręki wraz z bananem. Wówczas myśliwy bez trudu zbliżał się do małpki i wsadzał ją do klatki.

Małpka trzymająca banana, którego nie mogła wyciągnąć z kokosa, jest gotowa oddać się do niewoli, niż zrezygnować z nagrody, której i tak nie jest w stanie dostać.

Wierzę, że w ten sposób polowano kiedyś na małpy. Wierzę też, że małpy zachowują się w takiej sytuacji w ten sposób. Wierzę w to, bo sam jestem jak ta małpa.

Rezygnacja z myślenia o przeszłości, a przede wszystkim rezygnacja z ciągłych oczekiwań wobec ludzi, którzy wielokrotnie zawiedli, zdradzili, opuścili lub zwyczajnie skrzywdzili, jest trudna. Trudno zapomnieć o przeszłości, o własnych błędach, pomyłkach, ślepych uliczkach po których się chodziło. I nawet nie chodzi o to, by zapominać lub przekreślać przeszłość grubą kreską.

Jestem durniem, który żyje wspomnieniami, ale który nie potrafi powiedzieć sobie „let it go”!

Nie ma chyba dobrego wyrażenia po polsku, które by oddawało sens tego, co kryje się pod „lettin’ go”. Kiedy słucham medytacji Cory Muscary i innych ludzi, pojawia się ono bardzo często. Zwykle wtedy, gdy koncentrując się na własnym ciele, na oddechu, przychodzą różne myśli ze świata. Problemy, plany, obawy, przeczucia, troski. Wtedy trzeba powiedzieć sobie: „to normalne, że te myśli przychodzą, tak działa umysł, zaakceptuj je, niech sobie przychodzą i odchodzą – „just let them come and let them go”.

„Letting go” nie znaczy „odpuścić”, ale bardziej „przepuścić, pozwolić iść swoją drogą”, zgodnie z taoistyczną zasadą wu wei, zasadą  powstrzymywania się przed działaniem i pozwolenia rzeczom iść swoją drogą, jeśli działanie nie jest konieczne. Uświadomienie, że rzeczy, na które nie mam wpływu, mogą wyłącznie spowodować nieporządek w moim umyśle, a nawet doprowadzić do katastrofy.

Jeśli nie mogę wyciągnąć banana z kokosa, nie powinienem dać się złapać myśliwemu.

Jan Krzysztof Kelus śpiewał kiedyś „Na brzegu siedź i czekaj bez kija i bez wiosła, aż trup twojego wroga w dół rzeka będzie niosła”. 

Pozwolenie, aby rzeczy, które mierzą, bolą, nie pozwalają zasnąć i na które nie ma się wpływu, odchodziły z głowy tak łatwo, jak przychodzą, jest pierwszym krokiem do osiągnięcia najważniejszego celu w moim życiu w ramach wieloletniego projektu o kryptonimie MAŁY.