Ojciec

Mój ojciec był niezwykłym człowiekiem. Skrajnie inteligentnym i błyskotliwym. Zagadki analityczne rozwiązywał bez mrugnięcia okiem, był pod tym względem geniuszem. Pozwalał mi na wszystko, miałem dzięki niemu wspaniałe dzieciństwo, mimo rozbitego związku z moją mamą. Pochodził z prostej, robotniczej rodziny, dlatego jego karierę naukową traktowano jako wielką dumę rodzinną. Jednocześnie był osobą skrajnie nieporadną w sprawach życiowych, społecznych i emocjonalnych. Nie poddawał się przy całkach, ale poddawał się łatwo jeśli chodziło o sprawy życiowe. Po rozstaniu z mamą popadł w wieloletnią depresję, tak samo, jak jego ojciec po śmierci mojej babci Ani ze Stolina, z domu Linkiewicz. Miłość do żon była całym ich życiem, więc po jej utracie, obaj z dziadkiem popadli w stagnację i smutek. Naiwność i prostota to określenia, które najlepiej opisują osobowość mojego dziadka i ojca. Każdego dnia przekonuję się, jak blisko jest mi do tych nieżyjących już facetów.

Władza

Power to the people Painting by Sophie Sarti | Saatchi Art

Władza zawsze wzbudzała moją niechęć. Unikam jej, jak tylko mogę. Zawsze, przy krótkich okazjach, gdy byłem tak zwanym „szefem”, tak naprawdę żadnym szefem nie byłem, bo nie potrafiłem wydawać poleceń, a dążyłem do dyskusji nad problemem. W związku z tym, moim podwładni mnie nie szanowali, bo ludzie potrzebują wykonywać polecenia szefa. To moja wielka wada, że nie potrafię wydawać poleceń.

Z przerażeniem obserwuję ludzi chełpiących się choćby okruszkami władzy, którą w jakiś sposób posiedli. Władzy nad petentem w urzędzie, władzy nad dzieckiem, władzy nad tym, kogo wpuścić do klubu. Ci ludzie, otrzymawszy choć odrobinę kontroli nad innymi, wysysają tę okazję do decydowania di sucha, do cna, do końca.

Popadam w smutek, gdy widzę tych ludzi głodnych władzy, spragnionych kontroli nad innymi jak żebrak głodny chleba. Każdy potrzebuje pożywienia, każdy potrzebuje miłości i wsparcia, ale czy władza jest na tyle słodkim narkotykiem, aby masturbować się nią, krzywdząc przy okazji niewinnych ludzi?

Człowiek z liściem na głowie

Pojechałem znowu do lasu. Przerażeniem nastraja mnie ten ciemny już niedługo całkowicie listopad, który zwieńczy wydaje się że wieńczące posiedzenie rejonowego sądu w sprawie moich starań o Niego. Oczywiście – są różne odwołania, apelacje i inne sracje. Jestem już bardzo zmęczony tym prawie sześcioletnim ścieraniem się z ludzką nienawiścią i zazdrością.

Dlatego kiedy mogę, uciekam do lasu. Dzisiaj pojechałem wyjątkowo przez miejscowość, w której mieszka Mały. Tak mi poradziła moja nawigacja, a ja jej zaufałem. Wiążę wiele dobrych wspomnień związanych z tym miejscem, ale znacznie więcej złych. Unikam tego miejsca, bo wiem, jaką wściekłość wzbudziłoby samo pojawienie się tam, choćby przejazdem.

Dlatego skręciłem czym prędzej przy sklepie i stawie z wyspą w prawo. Poleciałem w stronę Zawad.

Myślałem, jak zmieniała się w mojej głowie geografia mojego miasta, w zależności od tego, z kim byłem i kto był dla mnie ważny.

Kiedyś, przez dobrych kilka lat, mój świat umiejscowiony był w centrum, jego biurach, restauracjach i kawiarniach, a jedną ścieżką wychodzącą od niego była trasa taksówki albo mojego auta – wieczorem na Palmową i rano z powrotem do centrum. Przez kilka lat na Dziesięcinach tylko nocowałem.

Potem tą mapą była ulica Wesoła i jej okolice, a jedną cienką ścieżką z niej wychodzącą było osiedle jednorodzinnych domków we wschodniej części miasta i ósme liceum ogólnokształcące.

Teraz, od kilku lat, bliskie są mi dzielnice zachodnie. Nowe Miasto, którego części są mi bliskie rodzinnie i piękne, a inne przerażają prowincjonalnością jego blokowych nowomiejskich nuworyszów. Stamtąd często wyjeżdżam w stronę Łap, w stronę Choroszczy i w stronę Kruszewa. W nadnarwiańskie pola, w te młode lasy sosnowe, w sosnowe lasy.

Na pewno po to, aby być bliżej Syna. Po to, aby spadł mi liść na głowę. Po to, abym się z tego wszystkiego mimo wszystko uśmiechnął.

Mur

Nieopodal mogiły pierwszej z trzech żon mojego pradziadka, stoi mur oddzielający cmentarz katolików od cmentarza żydów. Ten białostocki kirkut jest jednym z najlepiej zachowanych żydowskich cmentarzy w Polsce. Można wspiąć się na jeden z konarów wyciętych drzew albo na hałdę rzuconych pod ten mur śmieci i popatrzeć sobie na to fatalne miejsce.

Odwiedzając po raz trzeci tej jesieni groby moich pradziadów, cioć, sąsiadów i idoli białostockiej popkultury, nie spotkałem absolutnie nikogo. Nikogo też nie było po drugiej stronie muru, gdzie setki żydowskich macew otoczone są solidnym murem i bramką zamykaną na klucz. Choć na moim cmentarzu nie było nikogo, tam było tego niczego jeszcze mniej.

Niemcy rozwalili nasze miasta i powybijali całe polskie rodziny, ale jeszcze większą szkodę dla narodu polskiego uczynili tym, że powybijali naszych żydowskich sąsiadów. Zostaliśmy sami. Zostaliśmy narodem pozbawionym swojego naturalnego partnera i oponenta. Niemcy pozbawili nas różnorodności. Pozabijali naszych codziennych przeciwników, wzajemnych obiektów żartów, dokazywań, czasami kłótni, a nawet otwartych konfliktów.

To dlatego dzisiaj Polacy nie potrafią się mądrze kłócić – nie mają Żydów. Polskie kłótnie to chocholi taniec, to parodia dyskusji, to żart z debatowania. Żydzi – ci bardziej od nas obrotni, bardziej inteligentni, bardziej dowcipni – stanowili dla nas wyzwanie, a człowiek bez wyzwań porusza się do przodu tak skutecznie, jak człowiek na bieżni w fitness klubie.

Ci niektórzy mieszkańcy Tykocina albo Jedwabnego, którzy patrząc na wyprowadzanych przez hitlerowców z miasta sąsiadów, zapewne się cieszyli uwolnioną powierzchnią mieszkalną, umorzeniem kredytów i zakupów na kreskę. Nie zdawali sobie sprawy, że brak tego odwiecznego sąsiada, za kilkadziesiąt lat odbije się Polsce cuchnącą, głęboką, wydobytą z głębi trzewi, obrzydliwą czkawką.

Nagrobków sprzątanie

Jestem już jednym z tych smutnych starców, którzy jesienne przedpołudnia spędzają na szorowaniu nagrobków swoich nieżyjących bliskich. Odkryłem, że zielona ławeczka przy grobie mojej prababci Anny Oryszczyszyn (zmarła w wieku lat 30 w latach trzydziestych ubiegłego wieku) i jej córki, ciotki Irki, na cmentarzu Farnym jest genialnym miejscem na czytanie i medytację). Będę to miejsce odwiedzał zapewne częściej).