Neil Jordan – Ondine

Nic nie wskazywało na klęskę: świetny reżyser, realizm magiczny, piękna aktorka i wybitny aktor. Polska i irlandzka wrażliwość w romantycznej opowieści o kobiecie wyłowionej z morza. Piękna Syrena bez przeszłości i rybak na odwyku.  Z tego naprawdę można było zrobić piękny, nieoczywisty obraz. Tymczasem jest to jedna z większych żenad, jakie miały mnie ostatnio czelność przyciągnąć do kina i zabrać półtorej godziny prawie kompletnie zmarnowanego czasu.

Czy to prawda, że Colin Farrell i Alicja Bachleda bardzo chcieli zagrać razem w filmie romantycznym, ale prawdopodobieństwo zwycięstwa obojga w dwóch castingach do jednego filmu było na tyle małe, że zdecydowali się w końcu sami sobie sprawić taki prezent? Jeśli tak było, to efekt końcowy nie wróży pomyślności tego związku. I mam nadzieję, że miłość tych aktorów jest o wiele bardziej prawdziwa, szczera, naturalna i spontaniczna niż to, co działo się między głównymi bohaterami filmu. Bo nie działo się nic.

Film ratuje scenografia i montaż. Prowincjonalne, zapadłe miasteczko portowe gdzieś w Irlandii zostało pokazane z dużą maestrią. Światła, pejzaże, panoramy morza – wszystko to dawało pewną ułudę realizmu magicznego. Drugim – i ostatnim – pozytywnym wrażeniem estetycznych mogą być dla wielu wdzięki Alicji Bachledy, która jest piękną kobietą i do pewnego momentu może intrygować. Tym momentem jest chwila, kiedy Alicja zaczyna mówić. Czar pryska natychmiast.

Prawdopodobnie jest to po prostu bardzo mało utalentowana aktorka, której wydaje się, że góralską zawziętością i pracowitością jest w stanie nadrobić te braki talentu. Na tle poprawnego, choć bez fajerwerków, Collina Farrella, widać jak na dłoni braki warsztatowe jej małżonki. Postać Ondine jest nijaka, nie wzbudza u widza żadnych emocji, a angielsko-irlandzko-polski akcent Bachledy wzbudza tylko zażenowanie. Prawie równie nijako wypada postać Syracuse’a, grana przez Farrella, choć trzeba zaznaczyć, że scenariusz dawał mu pewną historię i tło (niepijący alkoholik, niepełnosprawna córka, non-stop pijana była żona, praca na kutrze), choć aktor i reżyser nie rozwinęli kompletnie tej postaci. Z Ondine jest gorzej, bo przez znaczną część filmu nie wiemy, kim jest (a Bachleda zdaje się mieć to gdzieś – ani nie ułatwia nam tej łamigłówki, ani nie utrudnia), a kiedy zagadka się rozwiązuje, jej trywialność i przewidywalność zostawia przed widzem pustkę jeszcze większą niż na początku.

Fabuła jest równie nieokreślona. Pierwsza godzina to nieudolne budowanie romansu między brudnym rybakiem z przeszłością a delikatną syreną z morza, tajemniczą pięknością bez przeszłości. Pewnie chodziło o to, aby niespiesznie budzić między postaciami uczucie i więź, ale wyszło tak, że najpierw chodzą one wokół siebie jak – metaforycznie – dwa jeże, by potem ni stąd ni zowąd pójść ze sobą do łóżka. Gdzieś obok, kompletnie surrealistycznie, po skalistych brzegach jeździ na elektrycznym wózku inwalidzkim córka Syracuze. Prawdopodobnie – to również domysł – mająca na celu zbudowanie emocjonalnego, freudowskiego trójkąta między tymi postaciami, opartego na jakichś edypowych mechanizmach. W efekcie Annie (grana przez Allisson Barry) okazuje się – choć drugoplanową – najlepszą kreacją w tym filmie, co świadczy nie tyle dobrze o niej, co źle o pozostałych.

W pewnym momencie fabuła „Ondine” gwałtownie przyspiesza, pojawiają się postaci w czarnych okularach i ze spluwami za paskiem. Jest bicie po pyskach, brudne sprawki, narkotyki i krew. Zerwanie z początkową konwencją jest nieoczekiwane, ale fabuła jest oczywista jak w mordę strzelił. Szczegóły zakończenia zdradzam (choć nie do końca) celowo, aby nie pozostawiać Czytelnikowi dylematu, czy warto wydać dwie dychy na tej film, czy nie. Bo nie warto.

Harcerze i pielgrzymi

Po wyjściu z Chmielnej w Nowy Świat robi się tłoczno. Przyzwyczajony do śródmiejskiego lansu, dwudziestoczterogodzinnego pokazu mody, zblazowanych dzieciaków w okularach od Gucciego musiałby się zdziwić, widząc te kroczące w stronę Starego Miasta wycieczki prosto z prowincji w rodzaju Ciechocinka, Płońska, Białegostoku, Olsztyna. Zmęczone podróżą, w ubraniach nie w tego warszawskiego świata, z flagami na plecach i bagażem upchniętym w plastikowe reklamówki. Prawą stroną, obok Starbucksa, idą ci jeszcze wypoczęci. Lewą, zza Nowego Wspaniałego Świata, wyłaniają się tłumy zmęczone kilkunastogodzinnym oczekiwaniem, obserwowane zza filiżanki latte przez zaspanych, choć to już jedenasta, sympatyków Krytyki Politycznej.

Od pomnika Kopernika przy IFiS PAN-ie robi się już naprawdę tłoczno. Atmosfera iście jarmarczna. Trwa wolny rynek. Ludzie jakby teleportowani tu z drugiej strony rzeki sprzedają znicze, akcesoria narodowe, naszywki „flaga z kirem”, kanapki i napoje chłodzące. Krakowskie Przedmieście, dotychczas terytorium okupowane przez studentów uniwersytetu, zagraniczne i szkolne wycieczki, włoskich seks-turystów, biznesmenów i oficjeli, zostało przejęte przez praskich i wolskich drobnych sprzedawców, ursynowskich gimnazjalistów, licealistów na ewidentnych wagarach i nieprzebrane masy jednodobowych turystów z prowincjonalnej Polski, dla których kawa ze Starbucksa za 10 złotych jest tak samo surrealistyczna, jak sprzeczki i protesty w sprawie tek ewidentnej, jak to, że miejscem głowy państwa, która zginęła pełniąc swoje obowiązki w tak tragicznych okolicznościach, jest krypta na Wawelu.

Kolejka do pałacu ciągnie się aż do Kolumny Zygmunta, gdzie zawija i wraca pod pałac, gdzieś w okolice dużego podestu z którego Piotr Kraśko relacjonuje na żywo ten potok spontanicznej ludzkiej manifestacji. Ponad głowami tłumu cisnącego się przed barierkami widać las telefonów komórkowych i aparatów fotograficznych. Niewiele wskazuje, że chodzi o żałobę. Dominują śmiechy dzieciaków, piski dziewcząt. Wychodzące z pałacu rodziny robią sobie pamiątkowe zdjęcia na tle pomnika Poniatowskiego. Znany dziennikarz przeprowadzający wywiad z szanowanych profesorem jest obficie obfotografowywany komórkami przez grupę dziewcząt ubranych w czarne skórzane kurtki odkrywające kolczyki w pępku i obcisłe czarne spodnie z napisem „Bitch” na tyłku.

W całym tym szaleństwie i jarmarczno-żałobnym karnawale podglądam pracę harcerzy, odbierających od zgromadzonych znicze (10 złotych za najtańszy model) i kwiaty, ustawiających te świeczki w setkach rzędów i kolumn, zbierających wypalone i podających spragnionym wodę. Cholera, na początku było fajnie, ale już wymiękam – mówi na oko dziesięcioletni chłopiec w rogatywce i mundurze khaki do niewiele starszej koleżanki. Mimo to odbiera znicz od staruszki z różańcem oplatającym pomarszczone dłonie. – Nie dam rady go zapalić z tego wszystkiego, mówi kompletnie zaryczana. -Nie ma sprawy, poradzę sobie, dziękuję.

Ci kilkunastoletni harcerze sprzed Pałacu Namiestnikowskiego z dłońmi pooblewanymi cmentarnym woskiem to pierwsza autentyczna rzecz, która zdarzyła się w Polsce od soboty 10-go kwietnia. Na zalanym słońcem Krakowskim Przedmieściu, ponad tysiącami zapalonych zniczy załamywało się powietrze. Po drugiej stronie barierek wagary, handel, sensacja, rewia mody, lans. Zbiorowe, jednorazowe,  narodowe emocje podsycane przez media po jednej stronie stalowych barierek, zaś po drugiej – wytrwała, cierpliwa, bezinteresowna praca kilkunastoletnich dziewcząt i chłopców w mundurach khaki i rogatywkach

Kiedy Polska staje ością w gardle

Kiedy Polska staje ością w gardle i już wiadomo, że nic dobrego nie da się zrobić, a wszelkie dobre uczynki są odbierane na opak, pojawia się bardzo trudna do przezwyciężenia, osobista potrzeba ucieczki. Stąd te obiady w Krynkach, te kawy w Tykocinie, te popołudnia nad rzeką w Ploskach. Oby nie pośród tej nienawistnej, pseudonarodowej wrzawy, oby jak najdalej od tych „za” i „przeciw”. Byle z dala od tych wszystkich mądrali, którzy wiedzą najlepiej, byle jak najdalej od miejsc, gdzie ilość osób jest niższa od ilości poglądów. Mam niespotykane szczęście być synem narodu, który wszystko wie najlepiej, na wszystko ma pogląd. Drugi Wielki Naród Mędrców.

Dość kpin. Od żółci ważniejsza jest zieleń. W „Karmazynowym poemacie” Lechoń pisał: „a wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę” (Tajna Polska ten cytat bystrze przypomina na FB). Taka też intencja przyświecała ostatniej wycieczce na północ, wycieczce służbowo-regeneracyjno-sentymentalnej. Więc najpierw droga do Lipska, przez Sokółkę i Dąbrowę Białostocką. Od tej ostatniej mam tylko dziesięć kilometrów do Lipska i czternaście do Kurianki. Jest dziesiąta rano, w sklepach wokół rynku kolejki i przedpołudniowy gwar. Poranne sprawunki, dostawy, rozmowy klientów z ekspedientkami toczone w pięknym polskim języku, bez białoruskich naleciałości. Nie wiem dlaczego, ale w Sokółce już się tak nie mówi. W Dąbrowie Białostockiej i Lipsku ludzie mówią chyba najczystszym polskim jaki słyszałem.

W Kuriance koło Lipska jest ośrodek dla osób upośledzonych umysłowo urządzony w pięknym budynku dawnej szkoły. Przeprowadzam tam wywiad z p. Krystyną, kierowniczką i trzema uczestnikami tamtejszych działań: Agnieszką, Klaudią i Krzysztofem. Ośrodek jest wyjątkowy, ponieważ uczestnicy wspólnie z personelem pracują przy renowacji budynku i poszerzaniu jego funkcjonalności. Relacje są bardzo partnerskie. Trudno się zorientować, kto jest opiekunem, a kto wychowankiem. Po wywiadach zapraszają mnie na śniadanie „na trawie”. Posiłek na świeżym powietrzu smakuje kompletnie inaczej.

Z Kurianki jadę na zachód, w kierunku Augustowa. Parę kilometrów przed miastem zza lasu wyłania się jezioro Białe. Chwila w Augustowie i już zaraz mknę na północny wschód, szosą do Sejn, pięknym sosonowo-piaszczystym lasem. W Gibach skręcam w prawo, w drogę wzdłuż jeziora Pomorze (cudowne wakacje w ośrodku Teatru Dramatycznego), w kierunku Berżnik. To krajobraz genialny. Wąska szosa kręci się wzdłuż i wszerz mniejszych i większych pagórków, zieleń przebija się jeszcze nieśmiale, rolnicy przygotowują pola do wiosennych zasiewów. W Berżnikach – jak zwykle – atmosfera dużej miejscowości zamkniętej między trzema jeziorami o kompletnie nieprawdopodobnych nazwach: na południe Iłgielk, na zachód Gajlik, na północ Pilwie. Jadę w kierunku granicy, szutrową drogą przez las. Ostatnie zabudowania – domy w środku lasu. Jeszcze kilka kilometrów i przekraczam granicę: pod podniesionym niedbale na pół wysokości szlabanem, po wyboistym, pełnym kałuż pasie granicznym. Brzmiące egzotycznie, a jednocześnie blisko i przyjaźnie nazwy miejscowości: Kalediskiai, Klepociai. I moje ulubione jezioro wśród lasów: Kaunoris Juodas. W niedoległym Kalviai jeziora ma się po obu stronach drogi i jest to widok oraz miejsce absolutnie wyjątkowe. Podróż po tym litewskim końcu świata, kiedy jeszcze rano było się w centrum śmierdzącego świata, śmierdzącej polityki, cuchnących spraw.

Dojeżdżam w końcu do Kopciowa (Kapciamestis), skręcam w lewo w drogę sto trzydzieści cztery, przejeżdżam przez Wiejsieje (Veisiejai), jadę w kierunku największego miasteczka przy granicy z Polską – Łoździei (Lazdijai). Wzruszają flagi narodowej przyozdobione kirem na dziewięćdziesięciu procentach domóstw. Zakupy – jak zwykle – gruzińska woda mineralna, sękacz, suszone ryby. Wracam systematycznie rozbieranym byłym przejściem granicznym w Ogrodnikach. Jeszcze Sejny – to grzech być tak blisko i nie odwiedzić Sejn, jeszcze trochę błądzę w okolicach Daniłowców i Jeziora Białego, jeszcze przejeżdżam Mostową w Augustowie, by jeszcze raz zerknąć na to miasto poza sezonem, jeszcze próbuje przejechać ze Sztabina do Dolistowa piękną nadbiebrzańską piaszczystą drogą i drewianym mostem. Tylko to ostanie mi się nie udaje. Jest za mokro, kałuże są za głębokie. Około szóstej jestem z powrotem.

Odpowiadam na zaległe e-maile, sprawdzam RSS-y, loguję się na FaceBooka. Jem suszone rybki, wracam do Polski.

Woody Allen – Whatever Works

Wściec się można – po raz kolejny nadgorliwi tłumacze skaleczyli tytuł filmu kompletnie odrywając go od fabuły. Czasami wydaje mi się, że tłumacze biorą po prostu listę dialogową i przekładają – jak leci. Dlatego celowo pisze tutaj o „Whatever Works„, a nie „Co nas kręci, co nas podnieca”, bo ten polski tytuł to kompletny banał i w dodatku mało związany z filmem.

Filmem Woody’ego Allena. W dodatku filmem dobrym. „Whatever works” to pogodna nowojorska komedia obyczajowa, której głównym bohaterem jest cyniczny, stetryczały i w dodatku diabelsko inteligentny Borys Yellnikoff (Larry David). Przerywa karierę naukową, odchodzi od żony i wyprowadza się na przedmieścia, by tam uczyć dzieci gry w szachy. Pewnego dnia przypadkowo spotyka wziętą jak żywo z Nabokova osiemnastoletnią słodką dziewczynkę o pretensjonalnym imieniu Melody St. Ann Celestine (Evan Rachel Wood). Wygląda to jak spotkanie dra House’a z Lolitą, tym bardziej, że Borys kuleje, a Melody ubiera się i biega po mieszkaniu Borysa jak marzenie każdego pedofila na świecie. On jest zgorzkniały, cierpi na nerwicę natręctw, ona jest prosta, słodka i w końcu uwodzi starca. Ta dziwna para bierze ślub, a potem następuje kumulacja absurdów, oczywiście w formie znanego Allenowskiego gadania.

Poza tym, że mamy do czynienia z zabawną komedią romantyczną, jest to również niebanalnie opowiedziana historia o tym, jak wielką rolę pełni w naszym życiu przypadek i jak chaotyczny zbieg miliardów okoliczności czyni nas takimi, a nie innymi ludźmi. Jest to również bezpretensjonalna socjologiczna analiza kulturowej przepaści między ludźmi amerykańskiego Południa i Północy. Oczywiście z perspektywy nowojorskiego siorbacza latte, ale nie bez autoironii. Naprawdę dobre, zabawne kino. Woody nadal w formie.

Staniszkis – życie umysłowe i uczuciowe. Z Jadwigą Staniszkis rozmawia Cezary Michalski

W Polsce mało kto ceni Jarosława Kaczyńskiego. Jadwiga Staniszkis ceni Jarosława Kaczyńskiego. Z tego prostego sylogizmu wynika, że w tym kraju mało kto ceni Jadwigę Staniszkis. A szkoda, bo pod względem osobowościowym i intelektualnym jest to postać nie mająca sobie równych w polskiej socjologii. Niezwykle wyrazista, rozpoznawalna, wyposażona w niesamowity wręcz zmysł syntetyzowania, odważna w głoszeniu niepopularnych poglądów, bez ciśnienia na niepotrzebne skandalizowanie. Będąca jednocześnie w centrum i na peryferiach mass-mediów i środowiska.

Nie podzielam stosowanej przez Staniszkis metody uprawiania socjologi, próbującej łączyć jakąś formę analityczności z szeroką perspektywą teoretyczną, łączącą tradycje myślenia Wschodu i Zachodu. Jednak czytam jej teksty z uwagą, ponieważ pani profesor uprawia tę swoją socjologię w sposób mistrzowski.

Czymś równie wyjątkowym jest biografia autorki „Ontologii socjalizmu”. Temu głównie poświęcony jest wywiad-rzeka, jaki ze Staniszkis przeprowadził Cezary Michalski i wydrukował w nowym Wydawnictwie Czerwone i Czarne. Fascynująca jest szczególnie słowna i umysłowa walka między rozmówcami. Michalski za wszelką cenę próbuje trzymać się konwencji liniowej biografii – od początku do końca z możliwie największym przywiązaniem do szczegółu. Staniszkis nie potrafi utrzymać tej zasady i co chwila uniwersalizuje poszczególne wątki swojego życia, skacze z dekady do dekady, zamiast opowiadać o innych, opowiada o sobie. Równie zabawne są przekomarzania o rzekomym autyzmie, przypisywanym sobie przez Staniszkis. Michalski wyraźnie wykpiwa profesor, sugeruje, że jest to forma autokreacji a nawet megalomanii. Staniszkis reaguje na to z kompletnym stoicyzmem, podobnie jak wtedy, gdy mówi rzeczy niepopularne.

Książek Staniszkis i o Staniszkis najlepiej jest interpretować na takim właśnie poziomie – nieusuwalnego związku autora i bohatera ze swoim dziełem. W przypadku Jadwigi Staniszkis związek, a nawet rodzaj spójności pomiędzy życiem a poglądami, decyzjami uczuciowymi i politycznymi wydaje się być na tyle silny, że wręcz utrudnia realizację zwykłych życiowych celów. Związki miłosne Staniszkis z perspektywy jej opowieści wyglądają na kompletnie pozbawione uczuć i emocji. Wszystko tkwi w rozumie.

Wracając zaś do wątku rozpoczynającego ten tekst – Jadwiga Staniszkis naprawdę ma powody, by cenić Jarosława Kaczyńskiego i jest prawdopodobnie jedną z niewielu osób w tym kraju, które są w stanie uzasadnić tę sympatię nie tylko na poziomie emocji, ale odwołując się do zdrowego rozsądku i faktów. Choćby z tego powodu należy tę książkę mieć.