Codziennik 113 – Trąbiki

IMG_20191125_140825.jpg

Nigdy wcześniej nie jadłem ślimaków. Kilka dni temu natknąłem się w sklepie na ugotowane trąbiki. To morskie ślimaki, trochę mniej wykwintne niż polskie winniczki. Podgrzałem je na parze, a do tego zrobiłem majonezowo-czosnkowy sos aioli.

Zaskoczyły mnie sprężystością. Spodziewałem się miękkiej, oślizgłej papki. Trąbiki są dość twarde i smakują podobnie do innych owoców morza. Bez problemu da się je wydobyć z muszli za pomocą widelca albo noża.

Spodziewałem się kulinarnego ekstremizmu. Trąbiki okazały się jednak bardzo zachowawczym, smacznym jedzeniem.

Codziennik 103 – Sieja i sielawa

IMG_20191102_094836.jpg

„Sieja i sielawa to nadryby” – zwykł mawiać ojciec, kiedy zamawialiśmy któreś z tych smażonych zwierząt w oleckim barze „Koala”. W Margrabowej spędzaliśmy każde wakacje, od kiedy Heniek jeździł tam do pracy i nawiązał znajomości.

Zapamiętałem to miasteczko jako pełne lekkoduchów, marzycieli i podstarzałych hipisów. Olecko to takie Bieszczady Północy. Biskupem Olecka jest Janusz Panasewicz z zespołu Lady Pank, który przez całe wakacje włóczy się pijany po rynku z oleckimi przyjaciółmi.

Kiedy widzę gdzieś w rybnym sieję lub sielawę, nie mam żadnych wątpliwości, by je kupić i jak najszybciej jeść. To wybredne co do wody, żyjące na głębinach, starodawne, szlachetne ryby o mięsie tłustym, ale nie śmierdzącym mułem.

Sieja to ta większa. Sielawa to ta mniejsza.

Codziennik 96 – Śniadanie we dwoje

IMG_20191031_093425.jpg

Codziennik 91 – pomidory w śmietanie

20191027_134406.jpg

Połączenie dwóch pospolitych składników. Pomidory i śmietana. I nic więcej. Żadnych soli, żadnych pieprzów, żadnych cukrów. To połączenie daje smak, który nie jest ani smakiem pomidorów zmieszanych ze śmietaną, ani śmietany z pomidorami. To dla mnie jakby szósty, po umami smak rozpoznawany przez człowieka. Mam bardzo intensywne przeżycia wewnętrzne jedząc pomidory w śmietanie. Dzisiejszy obiad był czystą przyjemnością.

 

Restauracja „Pod Sokołem” w Sokółce

20191026_143601.jpg

Sokółka mieści się w pierwszej piątce najbardziej paździerzowych miast północno-wschodniej Polski, dlatego niemałym szokiem zareagowałem na wizytę w nazywającej się nad wyraz pretensjonalnie i banalnie Restauracji pod Sokołem. Znajduje się ona tuż przy głównym trakcie miasta, którym codziennie przejeżdżają tysiące tirów.

Spodziewałem się kolejnej quasi-restauracji karmiącej ludzi odgrzewaną babką ziemniaczaną, pomidorową z rosołu z wczoraj, podgrzewanej w mikrofali „świerzynce” ze świni zabitej miesiąc temu i wielu temu podobnych gastronomicznych trików.

Na obiad zabrała nas mama po udanym grzybobraniu w Krynkach i nieudanej próbie zjedzenia czegoś tatarskiego w bohonickim Domu Pielgrzyma. W Bohonikach mieli jakąś imprezę, więc zaryzykowaliśmy na maksa, szukając dobrego miejsca z jedzeniem w Sokółce. W głębi duszy uznawałem tę misję za z góry przegraną.

Lubię się mylić i tym razem pomyliłem się okrutnie. Jedzenie w Restauracji pod Sokołem jest fenomenalne.

Zamówiliśmy żurek, pielmieni z jagnięciną, golonkę z ziemniakami i spaghetti z kapusty kiszonej w całości, a na koniec pierogi z borówkami i malinami.

Proste i skromne entrée w postaci pajd chleba i delikatnego masła wróżyło, że w tym miejscu traktuje się klientów poważnie. Dziewczyny jadły ten chleb z masłem aż im się uszy trzęsły.

Żurek podano w ten sposób, że „wkładkę” złożoną z jajka i chrzanu trzeba było samemu zalać zakwaszonym bulionem z dużą ilością majeranku. Była to zupa przygotowana niemal perfekcyjnie. Niemal, bo nie lubię soli i dla mnie był to płyn nieco za słony. Co nie zmienia faktu, że chciałbym się nauczyć robić taką zupę.

Około ośmiu pielmieni z jagnięciną siedmioletnia Ola zjadła w czasie nie przekraczającym jednej minuty, co wystarczy za recenzję.

Upieczoną golonkę podano na górze kapusty w oleju. Nie była to ukiszona kapusta, ale nie obniża to wartości tego dania. Skóra świni miała piękny, brązowy kolor, a doskonale przyprawione mięso rozpadało się przepięknie na kawałki, jakby przewidywało to, jaka jego część mnie najbardziej interesowała. Golonce towarzyszyły upieczone tak jak należy ziemniaki w skórkach. Do tego w gustownych, szklanych pojemniczkach, chrzan i musztarda. 

Pierogów z borówkami i malinami też nie spróbowałem, bo Ola spałaszowała je w tempie podobnym do tempa pałaszowania pielmieni. Na koniec beknęła i – wychodząc – powiedziała przemiłej i fachowej kelnerce:

– Bardzo smaczne jedzenie. Jeszcze tu do was wrócę.

Za obiad dla czterech osób z napojami, mama zapłaciła 87 złotych plus napiwek.

Po wizycie w Restauracji pod Sokołem w Sokółce jeszcze bardziej nie znoszę tego miasta i jego paździerzowatości. Teraz już nie z powodu jakiegoś kaprysu, ale za to, że mają u siebie taką dobrą knajpę, której nie powstydziłby się krakowski rynek i warszawski Nowy Świat. 

20191026_144900.jpg

Śniadanie – obiad – kolacja

20191022_094851 (1).jpg

Dla mojego roztrzepanego i bujającego przez całe życie w obłokach ojca, od kiedy mieszkaliśmy tylko we dwóch, jedną z najważniejszych rzeczy było to, aby ugotować mi każdego dnia obiad. W domu zawsze musiała być zupa, a mój ojciec był mistrzem w gotowaniu zup. W ramach gówniarskiego buntu przeciwko niemu, który przyjmował stoicko na klatę, gdy tylko w wieku około dwudziestu jeden lat osiągnąłem relatywnie stabilną samodzielność finansową, ostentacyjnie i złośliwie negowałem dzisiaj dla mnie oczywistą, fundamentalną wagę spożywania posiłków z bliskimi. Przez lata jadałem na mieście, a dom traktowałem jako bardzo serdeczną, przyjazną i zawsze pełną ojcowskiej miłości, sypialnię.

Kiedy w końcu wyprowadziłem się od ojca i do swoich wynajmowanych a w końcu własnych czterech ścian zaprosiłem wieloletnią miłość na odległość, włączył się we mnie ten sam impuls, co u ojca dwadzieścia lat wcześniej. Druga miłość zastąpiła pierwszą, potem przyszła trzecia, jednak instynktowna, wewnętrzna potrzeba przygotowania śniadania z cielęcych parówek, obiadu zgodnego z sympatiami kulinarnymi moich Księżniczek, a potem kolacji polegającej na pleśniowych serach, oliwkach i ewentualnie winie, trwała we mnie mimo przejściowych sztormów na każdym z tych rejsów.

Do momentu, gdy razem z Małym wytrzymywaliśmy jeszcze to, co sprawiano naszym spotkaniom, czułem równie naturalną, pierwotną, zwierzęcą wręcz potrzebę przygotowania mu jedzenia. Nie dlatego, żeby był głodny. Nie dlatego, żeby mu zaimponować. Potrzeba ta umiejscowiona jest gdzieś w okolicach hipokampu, w najbardziej pierwotnym ośrodku mózgu. Miejscu, które człowiek ma takie samo, jak wszystkie gady. Gady nie zastanawiają się, gady działają.

Pierwotny, trywialny, uniwersalny, codzienny rytm. Śniadanie – obiad – kolacja. Cykl wprowadzający równowagę i stabilność. Jeśli nie dla kolejnych Księżniczek, to choćby dla Dziecka i siebie samego.

Codziennik siedemdziesiąty piąty – przy garach

DSC_7001

Dzień – poza pracą – spędziłem przy garach. W końcu udało mi się zebrać trochę więcej energii. Paradoksalnie – początek jesieni jest zawsze dla mnie bardzo inspirującą porą.

Kilka lat temu postanowiłem, że na przyjazd mamy z wakacji w Belgii, upiekę jej babkę ziemniaczaną. Od tego czasu babka wrześniowa stała się dla mnie rytuałem.

Pojechałem więc dzisiaj na giełdę, do najlepszego stoiska z warzywami w mieście. Są to ludzie z Plosek nad Narwią. Sprzedają tylko swoje płody i tylko przez 2-3 miesiące w roku. Kupiłem 2,5 kilograma mącznych ziemniaków Agata i – przy okazji – z 3 kg przecenionych pomidorów Limo za 1 zł za kilogram.

Zrobiłem więc babkę ziemniaczaną, do której z roztargnienia zapomniałem dodać cebuli i czosnku, i zawiozłem ją mamie na obiad. Wyszła całkiem niezła.

DSC_6994

Z pomidorów, które są teraz tak bezczelnie tanie, robię co roku coś w rodzaju passaty. Zdejmuję skórkę, blenduję, dodaję świeżą bazylię i pasteryzuję w słoikach. Moja siostra uwielbia robić z tego zupy pomidorowe dla Oli. One są kulinarnymi tradycjonalistkami

Mój syn z kolei po moim ojcu i po mnie – uwielbia eksperymentować z jedzeniem. Kiedy do niego jeździłem, zawsze wymyślałem i przygotowywałem mu jakieś ciekawe przekąski, których nie ma w polskich sklepach. Zazwyczaj mu smakowało.

Dzisiejszy eksperyment, którego efekty poznam za tydzień, to kiszona papryka chilli. Nigdzie w sieci nie znalazłem informacji, aby ktoś to robił. To dziwne, bo ludzie kiszą wszystko. Papryczki zalałem słoną wodą, wrzuciłem liść laurowy, ziele angielskie i koper. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

DSC_6995