Jurek

Jak by powiedział leżący tam metr pod ziemią dziadek Jurek, „lśni się jak psu jajca”. Szorowałem wczoraj ten jego, jego żony i syna grób i wspominałem jego robotniczy, mieszczański sznyt, zaprawiony lwowskim akcentem jego ojca. Był hydraulikiem w białostockim szpitalu wojewódzkim. Cieszył się wielkim poważaniem. Zacząłem go poznawać, gdy był już po sześćdziesiątce i na emeryturze, ale nawet wtedy, gdy szybko umierał na raka wszystkiego, odkrywałem jego cwaniacką, zaczepną naturę białostockiego chłopaka z dzielnicy. Zawsze podobała mi się jego fryzura. Po bokach podgolone, góra do tyłu. Był przystojny. Mam zdjęcie z około 1960 roku, jak kuca z synem przy sztucznym niedźwiedziu, pewnie w którymś z białostockich parków. Nie wzdychał, kiedy umierał. Nie miał pretensji. Po prostu się udusił.

Mikrotyki o przedłużonym działaniu

Bohaterami tej książki są martwe duchy Warszawy, za którą tęsknię. Po raz ostatni odwiedziłem te zjawy na Stadionie Dziesięciolecia. Pojechałem po dzieła wszystkie The Doors na mp3 i po pierwszą kasetę zespołu Partia. To było miejsce i czas schyłku polskiej stolicy. Te upiory i zjawy, bohaterowie warszawskich ulic i kamienic, przesiadujący w drink-barach albo na ławkach w parku Skaryszewskim, popijający najbardziej niedoceniane piwo w Polsce, piwo Królewskie.

Byłem tą książką oczarowany na tyle, że – jak przystało na zacny narkotyk – dawkowałem sobie te opowiadanka niespiesznie, z odpowiednimi odstępami, aby przyjemność trwała jak najdłużej. I trwała, tak jakby Marek Nowakowski przychodził do mnie raz na tydzień i raczył mnie osobiście jedną opowiastką o jakimś warszawskim duchu.

Teraz przeczytałem te opowiadania jeszcze raz. Okazały się trochę zbyt poetyckie, zbyt przekombinowane, mniej podobne do Nowakowskiego, niż wcześniej myślałem, ale to pewnie moja wrażliwość się tępi z czasem, a nie jakość tego pisania.

Dla jednego opowiadania dałbym się jednak pociąć. I wtedy, i teraz. To jedno z ostatnich w książce wspomnień o kolonijnych dyskotekach w końcu lat osiemdziesiątych. Wszystko, co tam napisał pan Sołtys jest takie, jak ja to pamiętam. Są dwie tak epickie opowieści o dyskotekach. Pierwszą napisał Leonard Cohen i nazywa się „Memories”. Drugą napisał Paweł Sołtys.

Tu „Wspomnienia” w świetnym przekładzie Macieja Zembatego, w wykonaniu tłumacza i Johna Portera.

Panna S.

Jestem tylko kilka miesięcy starszy od Panny S.. Urodziłem się w marcu, a ona urodziła się w sierpniu. Nie rozmawiałem nigdy z rodzicami o roku 1980, ale wyobrażam sobie, co tego upalnego lata działo się w ich głowach. Z jednej strony sierpniowa euforia, nadzieje, że coś się zmieni, z drugiej strony – strach. Bo to łupnięcie rozpoczęte w Gdańsku mogło skończyć się źle.

I skończyło źle – Stanem W., który jest z kolei rówieśnikiem mojej siostry. Generał powił Stana 13-go, a 17-go urodziła się Ania. Siostra urodziła się w ponurych czasach, ja – w czasach radosnych. Dzisiaj ja mam depresję, jestem ponurakiem i zmagam się z alienacją rodzicielską mojego syna, a siostra jest szczęśliwą mamą i żoną z poukładanym życiem. Tak to się przewrotnie ułożyło.

Panna S. odwiedzała nasz dom regularnie. Wiadomo, studenci. Wielogodzinne biesiady, śpiewanie „Murów” Kaczmarskiego w środku nocy, na cały głos, ku wściekłości sąsiadów-milicjantów, przechowywanie jednej z Panien S. – działacza związkowego przerażonego wizją internowania, który strach przed esbecją kompensował kochankami przyprowadzanymi mu w konspiracji do pokoju, który musiałem na ten czas opuścić. 

Moi rodzice nie byli aktywnymi działaczami, pomagali jak mogli tym wszystkim Pannom S., a wiele z tych przyjaźni przetrwało lata. Jedną z ważnych Panien S. był przesympatyczny i przeinteligentny pan Krzysztof, który teraz jest ważnym urzędnikiem w białostockim magistracie. Po otwarciu szaf SB, pan Krzysztof przeczytał teczkę na swój temat i wydał własnym sumptem książeczkę o kolegach, którzy na niego donosili. Podarował jeden egzemplarz mojemu ojcu, z dedykacją: „Heniowi, który zawsze był i będzie moim przyjacielem”.

Chciałem, aby Panna S. była zawsze taką fajną panną. Czasami niefrasobliwą, czasami popełniającą błędy. Zawsze młodzieńczą, szaloną, bezkompromisową i odważną. Uśmiechającą się nawet wtedy, gdy czasy nie sprzyjają uśmiechaniu. Panna S. nie była tego sierpnia 1980 roku związkiem zawodowym. Nie broniła pracowników, bo nie miała ku temu możliwości, ale broniła czegoś znacznie ważniejszego – wartości. Przyjaźni, prawdomówności, lojalności, wspólnoty.

Płaczę nad tym, że S. jest teraz starą, zgryźliwą, agresywną Panią S., która szuka desperacko kogoś, kto zapłaci za jej trwałą ondulację i wykupi recepty na nadciśnienie.

Józefa Hennelowa

Józefa Hennelowa (1925–2020). Mądrze spełnione życie - Polityka.pl

Zmarła Józefa Hennelowa. Wiążę z nią osobiste wspomnienie. W wieku może 16-17 lat wysłałem do Tygodnika Powszechnego maila z polemiką wobec jej felietonu. Była to jakaś kompletnie błaha sprawa. Jakaż wielka była moja radość, gdy tydzień później dostałem pocztą tradycyjną (!), odręcznie napisaną przez p. Hennelową odpowiedź na mojego meila. Brzmiała ona jakoś tak: „Dziękuję za list, ale pozostaję przy swoim stanowisku. Z poważaniem, J. Hennelowa”. Poczułem się ważny. Zawsze będę tę dobrą i mądrą kobietę miło wspominał.

Wspomnienie z czasów zawiści

Jedne z pierwszych zarejestrowanych przeze mnie kroków mojego syna. Szedł wtedy do mnie. Pamiętam, że tego letniego ranka mnie obsikał i z namiętnością rzucał na trawę mój aparat fotograficzny. Obaj czerpaliśmy z tej destrukcji ogromną radość, śmialiśmy się, wygłupialiśmy, a nieśmiertelne Sony Alfa 200 również ocalało. Płaczę w duchu każdego dnia, w którym jego dzieciństwo jest dzielone na pół przez ludzką nienawiść, zawiść, złość i zazdrość.