Andżelina

angela

Każde lato ma swoją piosenkę. Letnie piosenki przypominają o sobie dopiero wtedy, kiedy nadchodzi jesień. Od czerwca do września są skromnymi towarzyszkami tych wszystkich zajęć, które można wykonywać tylko o tej porze roku.

Latem władzę nad rzeczywistością przejmują dwudziestolatkowie. Z bezpiecznego dystansu obserwuję letnie przejęcie władzy nad światem przez chłopaków i dziewczęta poczętych w tych czasach, gdy my z kolegami i koleżankami z liceum wchodziliśmy w dorosłość. 

Latem nie rządzi policja, Kościół, politycy ani straż pożarna. Latem rządzą dwudziestolatkowie. Kiedy zaczyna się druga połowa czerwca, przestaję oglądać wiadomości, zawieszam czytanie gazet, rezygnuję z przejmowania się głodującymi w Afryce, powstrzymuję się przed kontaktami z osobami w moim wieku.

Im jestem starszy, tym bardziej doceniam młodzież. Nie tę, którą byłem dawno temu, z ubiegłego wieku, ale tę współczesną. Tę, która właśnie zakończyła kolejny letni sezon władzy nad światem.

To było najcieplejsze lato, jakie pamiętam. Nie spędziłem go tak, jak byśmy obaj chcieli z moim trzyipółletnim najwspanialszym mężczyzną na świecie, ale każdego gorącego wieczora patrzyłem na słońce zachodzące nad nieczynną fabryką włókienniczą, myślałem o tym, jak to będzie za kilkanaście lat, kiedy Mały będzie już duży i gdy będę mógł nadrobić to wszystko, co teraz jest nam zabierane.

Jakim będzie facetem, gdy już dorośnie? Tego nie wiem. Chciałbym, by był uśmiechniętym, otwartym i ciekawym świata facetem, odpornym na zło. Chciałbym, aby w obliczu zła zachowywał dystans. Nie walczył ze złem bez potrzeby, bo zazwyczaj walka ze złem skutkuje tylko zapaskudzeniem duszy. A wywabić plamy na duszy jest bardzo trudno. Już wiem, że złu lepiej ustąpić miejsca i pójść własną drogą.

Chciałbym, aby wypielęgnował w sobie i zachował jak najdłużej tę młodzieńczą radość cieszenia się prostymi rzeczami, która mi gdzieś uciekła i której próbuję się uczyć na nowo. Na przykład przyjemność smaku soku z pomarańczy ściekającego po brodzie i skapującego po nagiej klatce piersiowej kiedy będzie siedział na pomoście plaży miejskiej w Olecku po dniu spędzonym na pływaniu, graniu w siatkówkę na piasku i poznawaniu jakichś Hanek, Ig, Andżelin albo Zosiek. Siedział i patrzył na zachód słońca.

angela3Przyjemność ekscytującego drżenia w sercu, kiedy w jednej ręce będzie trzymał tę skapującą sokiem po łokciach ćwiartkę pomarańczy, a lewą przysuwał ku opierającej się rękami o drewniany pomost, siedzącej obok brunetki o imieniu Zosia, patrzącej na zachodzące słońce, ale tak naprawdę niecierpliwie czekającej, aż ten wysoki niebieskooki blondyn dotknie opuszkiem palca jej spalonej od słońca skóry pokrytej delikatnym meszkiem oświetlanym ostatnimi promieniami tego kończącego się dnia.

Przez ostatnie cztery miesiące mój balkon był przez cały czas otwarty, więc całą dobę słyszałem gwar miasta wziętego pod władanie dwudziestolatków. Słyszałem te wszystkie samochody z otwartymi na oścież oknami i szyberdachami, śmigające sto dwadzieścia przez centrum z głowami dziewcząt krzyczącymi niezrozumiałe słowa przeciwko gorącemu wiatrowi. Widziałem poranne powroty do domów dzieciaków zmęczonych całonocnymi przygodami po tym, jak wraz ze świtem zamykano ostatnie ogródki na Lipowej, a oni szli z radością na buziach ku swoim mieszkaniach w brudnych  wieżowcach przy Rzemieślniczej. Widziałem też pierwsze wrześniowe randki licealistów i licealistek, spacerujących po szkole, z plecakami, po zbombardowanych przez kasztany chodnikach Alei Piłsudskiego.

Te wszystkie drobne wrażenia, te delikatne przebłyski nieodległych zdarzeń i obrazów, te nie dające się opisać zapachy są cenniejsze niż wszystkie napisane i przeczytane książki, wszystkie nakręcone i obejrzane filmy, wszystkie nagrane i wysłuchane piosenki. Cała literatura, kinematografia, cała muzyka, to tylko nieudolne próby opisania tego wszystkiego, próby z z góry skazane na klęskę.

angelina2Zapach jeziora na chwilę po zmierzchu wdychany z wilgotnego pomostu, kiedy obok siedzi dziewczyna, którą bardzo chcesz poznać, ale się wstydzisz. Smak pierwszego pocałunku z tą dziewczyną kilka dni później, kiedy siedzisz na ławce w Parku Zwierzynieckim, ona siedzi ci okrakiem na kolanach, a w buzi ma poza twoim językiem gumę do życia Huba-buba. Zapach włosów tej dziewczyny, kiedy stoicie razem na urwanym moście, a dokoła szaleje burza z piorunami.

Nic z tego nie da się opowiedzieć, opisać, zagrać na scenie ani na gitarze. Te rzeczy można tylko przeżywać jak się ma dwadzieścia lat i krótkotrwałą władzę nad światem.

Reklamy

“Racing is the only time I feel whole.”

ignaś111

Któregoś letniego dnia przełomu czerwca i lipca ubiegłego roku wybraliśmy się w obowiązkowej „obstawie” wrednych i zazdrosnych ludzi na przejażdżkę po okolicach. Auto-party w Tykocinie, a potem gokarty w Fastach. Kilka sekund, kiedy mogliśmy pobyć ze sobą w spokoju i oddać się jego pasji bez obecności złych emocji. Na giełdzie zachodziło słońce. Mały patrzył na wyścigi, a potem graliśmy w piłkę jakimś zagubionym kartoflem na nieczynnej giełdzie warzywnej w Fastach obok miasta, żywo przypominającej jakieś amerykańskie filmy z lat pięćdziesiątych, świeżo po deszczu, w takich kolorach.

Pani Jekaterina ze Lwowa

jekaterina

Pani Jekatierina, która kiedyś była piękną kobietą, mieszka ze swoim dorosłym synem w kamienicy Rynek 3, w samym lwowskim rynku. Do dwupokojowego mieszkania śmierdzącego kurzem wchodzi się po drewnianych, skrzypiących schodach. W dużym przedpokoju leżą, poukładane w stosach, stare obrazy i książki.

Pani Jekaterina wynajmowała mi kiedyś pokój, kiedy chciałem zobaczyć, jak Ukraińcy świętują Nowy Rok. Stara, trzeszcząca wersalka, regał pełen bibelotów, mnóstwo kurzu i okno wychodzące na lwowski rynek. Budził mnie codziennie hałas tramwaju przejeżdżającego pod samym oknem i syn Jekateriny, budzący się z alkoholowego ciągu. Wysoki, przystojny mężczyzna z czarnymi oczami pełnymi szaleństwa i nienawiści do Lachów.

W oszklonym regale, obok porcelanowej zastawy, znalazłem zdjęcie dwudziestoletniej Jekateriny. Potem poszedłem świętować Nowy Rok.

Kiedy wróciłem nad ranem, już 1 stycznia, z Prospektu Szewczenki, przy moim łóżku czekały na mnie kanapki z kawiorem, łososiem i tuńczykiem i lampka ruskiego szampana. W ten sposób pani Jekaterina złożyła mi noworoczne życzenia.

Codziennik trzeci – urwany most w Kruszewie

DSC_2081

Lubię przemierzać samochodem ten stary trakt łączący przed wojną Białystok z Warszawą. Jego początek jest w Starosielcach. Omija on Choroszcz od Południa i potem leci prosto aż ku przeprawie na Narwi. Tyle, że mostu tam już nie ma i pewnie nigdy nie będzie.

Przesądni ludzie uważają, że jak odbudują most, to po jedenastu latach przyjdzie III wojna światowa. Bo jak pierwszy raz zbudowali, przyszła pierwsza wojna, a jak pierwszy raz odbudowali, przyszła druga. Według Barejowskiej przepowiedni „przed wojną tyz był węgiel”.

Mostu pod Kruszewem nie ma, ale jest ciągnąca się przez ponad kilometr i kończąca się ślepo grobla z pokrzywą, dzikimi jabłoniami poobrastanymi czerwonymi piłeczkami do ping-ponga, berberysami, dzikimi jeżynami i czarnym bzem.

Właśnie po czarny bez tam dzisiaj pojechałem. Zaraz za miastem, w Krupnikach, wpadł chwilę wcześniej do rowu autobus z dziećmi, więc musiałem zawrócić i pojechać przez Choroszcz. Choroszcz, która niedługo stanie się w końcu normalnym miastem i będzie miała w końcu normalny rynek.

Dojechałem do początku wysypanej piaskiem i gruzem grobli i ruszyłem pieszo, prostą drogą ku urwanemu przęsłu. Minąłem faceta, który klęcząc zbierał dzikie jeżyny na wino. Powiedział, że w zeszłym roku poczęstował nim Króla Wina z Mielnika Rolnika co Szukał Żony.

– Król Korol powiedział, że „zajebiste” – stwierdził z dumą i podciągnął na do góry czarny dół od dresu.

Poszedłem dalej, a potem zszedłem w dół, ku rzece. Idzie się tam wydeptanymi, wąskimi, podmokłymi ścieżkami, po deskach przerzuconych nad co bardziej podmokłym terenem, a trawa albo trzcina sięga wysoko ponad głowę. Wszędzie latają ważki i motyle. Co chwilę ścieżka się rozgałęzia i tylko po tym, że jest jest ranek, a słońce świeci w plecy, można być pewnym, że idzie się na zachód – ku rzece.

DSC_2112

Byłem tam dziś o dziesiątej – przez kilka minut – małym chłopcem. I to było warto poczuć jeszcze raz po tylu latach.

Potem dochodzi się do brzegu, gdzie jest miejsce po ognisku, niewielkie zejście do wody, a obok kołysze się przywiązana sznurem do brzegu zardzewiała łódka wypełniona do połowy wodą. Jest tak spokojnie i cicho, że chciałoby się tam zostać na cały dzień. A wieczorem rozpalić ognisko i piec kiełbasę zwyczajną na olchowych patykach. Rozstawić namiot, albo siedząc na kawałku konaru drzewa doczekać do rana.

Wracając, nie spotkałem już producenta wina z dzikich jeżyn. Nazrywałem pół torby czarnego bzu z krzewów rosnących przy grobli. Zrobiłem z niego sok. Podobno zdrowy. Na pewno smaczny, bo właśnie to sprawdzam.

DSC_2100

„Górka”

DSC08612.jpg

W latach osiemdziesiątych największą atrakcją na osiedlu Dziesięciny II była „górka”. Każde blokowisko miało taką górkę, którą usypywano z ziemi z fundamentów bloków i wieżowców. To, co się działo na tych górkach, kiedy tylko spadło trochę śniegu, przerasta wyobrażenia obecnych rodziców o tym, co to znaczy „iść na sanki”.

Na tych górkach przy Gajowej na Dziesięcinach, w parku przy Wierzbowej, na Rzemieślniczej, rodzice nie istnieli. Górki zimą były oblepione dzieciakami z sankami lub bez jak gówno przez muchy w ciepłe lipcowe południe.

Ileż tam wybito zębów, ile rąk złamano, ile tam wtedy było emocji i jak szybko górka pokryta śniegiem zamieniała się w górę pokrytą lodem wyślizganym tysiącem zjazdów i wspinaczek, na którą wspiąć się było trudniej, niż na K2 zimą!

Zauważyłem wczoraj, że na Białostoczku przez cały czas jest ta „górka”. Kiedyś zjazd kończył się majestatycznie w korycie Białki, dzisiaj – w ramach bezpieczeństwa chyba – zbudowano na przeciwko zjazdu z górki – „Orlika”. Więc nie wylądujesz w rzece, ale na atestowanej przez UE siatce. W zasadzie nie wylądujesz nigdzie, bo zimą nie pada tu już śnieg.

Marcowe migdały

„Marcowe migdały” to dla mnie najpiękniej opowiedziana historia marca 1968 r. Dzisiaj mija pięćdziesiąt lat od słynnej manifestacji na dziedzińcu UW z Bugajem, Królem, Staniszkis, Toruńczyk i zomowcami w rolach głównych. Jednak Piwowarski pokazał Marzec z ciekawszej strony.

Nikt z polskich reżyserów nie potrafił tak pięknie pokazać polskiej prowincji, jak Radosław Piwowarski. „Yesterday”, „Pociąg do Hollywood” i „Marcowe Migdały” to dla mnie trzy bardzo ważne filmy o dojrzewaniu, które poznałem, gdy miałem kilkanaście lat, które są dla mnie do dzisiaj bardzo ważne i które za każdym razem wzruszają.

W „Marcowych migdałach” ideologia i antysemityzm są jakby obok bohaterów, którzy wiodą normalne życie licealistów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Prywatki, tanie wina, pierwsze pocałunki, szkolne akademie, mokre sny o nauczycielce polskiego, szczęśliwe i nieszczęśliwe miłości

W szczęśliwe życie w ponurej, smutnej rzeczywistości jakiegoś miasteczka przy czechosłowackiej granicy polityka wkracza z siłą buldożera i niszczy wszystko to, co ważne w życiu osiemnastolatka.

Twój najlepszy przyjaciel okazuje się być „Żydem”, ale ani twój przyjaciel „Żyd”, ani ty nie macie pojęcia, o co w tym żydostwie chodzi. I nagle okazuje się, że twój najbliższy przyjaciel jest zdrajcą, a jego ojciec – złodziejem, który musi stracić dyrektorskie stanowisko. Twój przyjaciel musi w ciągu kilku dni wyjechać z kraju, więc daje ci na pamiątkę wszystkie swoje płyty Beatlesów. Ty robisz pożegnalną prywatkę, ale przez cały czas nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi.

Anna

DSC_6279

Od kiedy pamiętam, moja babcia Anna przekonywała wszystkich, że niedługo umrze.

Od czterdziestu lat słyszałem od niej, że następnych świąt już nie doczeka.

Przez całe życie mieszkała w spartańskich warunkach, przy boku ciepłego, wyrozumiałego, pracowitego i zaradnego mężczyzny. Oszukiwała wszystkich mówiąc, że żyje przede wszystkim dla Boga, ale myliła się. Tak naprawdę żyła dla tego wysokiego, śniadego, pogodnego, przystojnego i silnego mężczyzny, z którym spędziła sześćdziesiąt lat swojego życia.

Dziadek umarł prawie dziesięć lat temu. Nagle. Zimą.

Babcia marzyła o śmierci latem. Chciała mieć piękny pogrzeb, który z każdym szczegółem zaplanowała. Od czasu śmierci dziadka, na rodzinnym nagrobku w Boćkach, uśmiechali się do świata na wspólnej fotografii. A babcia żyła sama i smutna w drewnianym domu blisko cmentarza.

Na dnie szafy miała przygotowane ubranie na swój pogrzeb, od halki po garsonkę i buty. Bluzkę z ręcznie haftowanymi wykończeniami.

Anna dużo mówiła o swoim pogrzebie, ale odważnie broniła się przed śmiercią. Ciekawością świata, pomocą najbliższym, wyzwaniami, jakie przed sobą stawiała.

Jak się wyjdzie za stodołę, w oddali widać ten cmentarz za polem, na którym czekał na Annę jej ukochany mąż.

Czarno-białe zdjęcie. Zdjęcie, jakich wiele. Lata czterdzieste ubiegłego wieku. Fotografia leży teraz na dnie szuflady w pokoju gościnnym, w pustym domu z drewna. Dwie ładne blondynki z ręcznie wyplatanymi torebkami stoją przy płocie jednego z domostw wsi Brzeziny pod Drohiczynem. Po lewej Anna: promiennie uśmiechnięta buzia, blond włosy upięte w niewielki warkocz. Po prawej – trochę niższa – Stasia – jej siostra. Anna wygląda ładniej, dumniej, pogodniej.

Jest słoneczne lato.  W tle są malwy i sztachety wiejskiego płotu. Zdjęcie jest czarno-białe, ale zawsze, gdy sobie o nim przypominam, widzę blond włosy babci i jej siostry, wielobarwne ściegi torebek, czerwone falbanki bluzek zapiętych pod szyjami, błękitne niebo, słońce.

Ile lat ma babcia na tym zdjęciu? Szesnaście? Siedemnaście? Osiemnaście?

Annie wydawało się, że razem z rodziną przetrwali głód, chłód i okropieństwa wojny. I teraz znowu będzie tak jak wcześniej – biednie, ale spokojnie. Wojna przyszła na nowo. Po zdobyciu Berlina, ze Wschodu ciągnęły całe rodziny sowieckich wojskowych i notabli, aby z domów i mieszkań zabitych albo wypędzonych Niemców zabrać wszystko, co cenne.

Było lato 1945 roku. Obok wsi Brzeziny szła kolumna sowieckich ciężarówek z niemieckim dobytkiem. Jakiś oficer z kilkuosobową ochroną i żoną w późnej ciąży. Zatrzymali ich polscy partyzanci. Rozbroili i poprowadzili do Brzezin. Tam, miejscowym mężczyznom kazali kopać dół na środku wsi. Z wyrwanej z jednej ze stodół deski zrobili kładkę, którą położyli wzdłuż dołu.  Kazali ofiarom na nią wchodzić i po kolei strzelali na oślep. Na koniec zostawili ciężarną kobietę. Strzelali jak leciało. Ranna kobieta wpadła do dołu. Poruszała się, albo poruszało się dziecko w jej brzuchu.

Partyzanci kazali mężczyznom zasypać konających Sowietów. Chłopi przysypali ofiary lekką warstwą ziemi z nadzieją, że partyzanci pójdą, a kogoś da się uratować. Żołnierze czekali, aż pełzająca spazmami półżywych ludzi warstwa ziemi będzie dostatecznie gruba. Potem kazali to udeptywać, aż ziemia przestała się ruszać. Potem partyzanci uciekli do lasu.

Anna miała wtedy osiemnaście lat. Opowiadała mi o tym często. Zawsze wtedy płakała.

Kilka dni później. 14 lipca 1945 roku do Brzezin wjeżdżają zastępy Urzędu Bezpieczeństwa i NKWD. Wykopują ciała Sowietów i podpalają wioskę. Dom po domu. Wszystko. Mieszkańcy uciekają do lasu. Stamtąd patrzą i płaczą Z dymem idzie całe ich życie.

Anna Brzezińska zostaje z niczym.

Była bardzo religijną katoliczką. O prawosławnych mówiła „ruscy”, nie podobało się jej, gdy któreś z jej wnucząt wdawało się w katolicko-prawosławne mezalianse, ale nigdy o tej złości nie mówiła wprost. Klęła zawsze na akowców, którzy w jej wspomnieniach ograbiali wioski z jedzenia i nie dawali katolikom żadnej pomocy, kiedy do władzy doszli Sowieci.

Gdy Anna pokazała mi to słoneczne zdjęcie z siostrą Stasią, była już sporo po osiemdziesiątce i właśnie kilka dni wcześniej zmarł jej mąż. Siostra też już nie żyła. Została sama.

dziadek

Siedziałem wtedy tam u niej kilka dni. Starzy i religijni ludzie wierzą w to, że umarli odwiedzają ich we śnie i na jawie. Babcia była przekonana, że Józef przychodzi do niej po śmierci i odwiedza ją po nocach. Chciałem przy niej wtedy przez kilka dni pobyć nie dlatego, że ona bała się jego wizyt. Pragnęła ich. Bardzo te wizyty przeżywała i miała ogromną potrzebę, aby się nimi dzielić.

Dziewięćdziesięciolatkowie czasami trafiają do szpitali, to normalne. Dlatego nie zdziwiłem się, ale tylko trochę zmartwiłem, gdy krótko po nowym roku dostaliśmy wiadomość w Białymstoku i Warszawie, że Anna poczuła się słabo i trafiła na oddział obserwacyjno-zakaźny szpitala w Bielsku Podlaskim. Bywała w szpitalach od czasu do czasu, jednak bardziej traktowała to bywanie jako odskocznię od monotonii samotnego życia w drewnianym domu, okazję na kontakt z ludźmi, na kilka dni bycia otoczonym atencją. Atencją, a nie opieką, bo do końca swojego długiego życia pozostawała samodzielna i nigdy los nie przykuł jej do łóżka.

Leżała w tym szpitalu przez tydzień. Codziennie ktoś ją odwiedzał. Koleżanki z sali jej zazdrościły. A ona była dumna ze swoich dzieci, wnuków i prawnuków, którzy ją odwiedzali.

Na jej dziewięćdziesiąte urodziny policzyliśmy te wszystkie osoby, które są gałęziami, liśćmi i listkami wyrastającymi od konaru drzewa zapoczątkowanego przez nią i przez jej męża. Pięcioro dzieci, jedenaścioro wnucząt i dwadzieścioro prawnucząt, plus ich wszyscy partnerzy i małżonkowie, dla których też była przecież babcią. Pół setki ludzkich istot.

Więc dziesiątego stycznia pojechałem do babci. Ktoś, kto ją odwiedzał dzień wcześniej, powiedział przez telefon, że babcia narzeka na brak kawy zbożowej. Inka zawsze stała u niej na półce i to u niej nauczyłem się pić kawę zbożową. Taki brak to dobry pretekst, żeby odwiedzić babcię.

Wstałem o świcie i naparzyłem w termosie tej kawy zbożowej o zapachu waniliowym. Tej samej, którą uwielbia mój syn. To była pierwsza środa po Święcie Trzech Króli. Nie pojechałem dziewiętnastką – nie lubię wyprzedzać tirów, w ogóle nie lubię ekspresówek, autostrad i krajówek. Pojechałem na Juchnowiec Kościelny. Przez Hryniewicze, w których wiele lat mieszkał mój pradziadek Michał. Miał tam dom z ogrodem i konia z przyczepą. Nie wiem, gdzie stał ten dom.

Koło ósmej w mieście i na jego przedmieściach jest nerwowo. Wszyscy się spieszą, robią się korki, nie jest przyjemnie. Kiedy skręciłem w Juchnowcu w lewo, zrobiło się spokojnie. Jechałem na południowy wschód, dlatego widziałem pięknie rozpoczynający się mroźny dzień – pokryte niewielka warstwą lodu pola i lasy, zza których powoli wynurzało się pomarańczowe niebo.

Most na Narwi w Ploskach. Rzeka rozlewająca się po horyzont mniejszymi lub większymi odnogami, ślepymi rozlewami, bajorkami. Teraz zamarznięta. Którędy płynie główny nurt? Nie wiadomo. Gdzieś kilka centymetrów pod taflą toczy się znowu życie. To miejsce jest przez cały rok piękne i zawsze mam ochotę, żeby zatrzymać się gdzieś na poboczu, na chwilę odejść od szosy i sobie popatrzeć.

Znowu skręcam z głównej na Ploski i jadę przez las w kierunku Nurca. Zatrzymuję się na chwilę w lesie. Wchodzę między drzewa. Jest dziwnie nieprzyjaźnie, przerażająco zimno i smutno. Za chwilę jadę dalej. Potem się dowiem, że stało się to właśnie wtedy, kiedy wszedłem bez celu do tego lasu i stamtąd po chwili uciekałem.

Przyjeżdżam do Bielska kilkanaście minut potem. Z wielkim termosem w rękach szukam oddziału, który mieści się w brzydkim baraku. Okropnie zimny szpitalny korytarz z linoleum na podłodze. Ściana u dołu zielona, u góry biała, zimne światło lampy jarzeniowej. Szukam pokoju numer osiem. Zaglądam do tego pokoju, ale babci tam nie ma. Przy oknie leży jakieś zasuszona, malutka babcinka, podłączona do cewnika. Drugie łóżko – puste. Babcia spod okna spogląda na mnie błędnym wzrokiem.  Idę do salowej upewnić się, czy to pokój numer osiem. Idę tam jeszcze raz z myślą, że to może była babcia. Pytam o Annę Głowacką. Kobieta mówi „przenieśli ją”. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że coś jest nie tak. Wracam do salowej.

Pan poczeka, zawołam lekarkę.
Za chwilę przychodzi wysoka dziewczyna w kitlu i ze stetoskopem na szyi.

– Pana babcia odeszła piętnaście minut temu, przykro mi. Jeszcze pół godziny temu zjadła śniadanie, poprosiła o dodatkową herbatę. Żartowała. Moje wyrazy współczucia.
– Czy ona cierpiała? – pytam.
– Nie, pana babcia po prostu zasnęła.

Godzinę później zabierałem z pokoju pielęgniarek plastikowy worek z ubraniami, różańcem i modlitewnikiem.

SONY DSC