Pan Michał i Trąbka

20190815_134731

Był ucieleśnieniem białostockiego mieszczaństwa. Od zawsze mieszkał w bloku przylegającym do domu mojej mamy. Na drugim piętrze. Widywałem go, jak wychodził do sklepu po mleko. Na moje „dzień dobry” zawsze się lekko kłaniał i przykładał rękę do czoła. Połączonym kciukiem i palcem wskazującym imitował skinienie kapelusza.

Starszy pan, ale kiedy się uśmiechał do mojej mamy, jego szelmowski uśmiech zdradzał, że miał powodzenie u kobiet. Do ostatnich lat przychodziła do niego jakaś starsza pani z siwymi włosami. Elegancka sukienka, kapelusz. Szli wspólnie na mszę do kościoła. Któregoś dnia wyszła z płaczem z jego klatki i potem jej już nie widziałem.

Kiedy wychodził, musiał się zatrzymywać co kilkadziesiąt metrów na minutę lub dwie. „Po trzech zawałach jestem” – mówił, jakby chciał się usprawiedliwić z tych postojów przy klatce.

Podobno kiedyś był mechanikiem. Pewnie to prawda, bo choć nie miał już auta, to jeszcze jak dawał rady fizycznie, podłączał mamie prostownik do wyładowanego akumulatora. Ona mówiła do niego „panie Michale”. On do niej – „pani profesor”. A dzieliło ich ponad trzydzieści lat różnicy.

Od pewnego czasu przestał wychodzić, a potem karetka zabrała go do szpitala. Męczył się z trzy miesiące, a potem umarł. Nie wrócił już do swojego bloku na Nowym Świecie.

Nie widziałem go po śmierci i nie bardzo mnie to interesowało. Nawet ciało przyjaciela, po śmierci nie wygląda już tak samo. Po wiadomości o  śmierci nie myślałem o duszy pana Michała i co się z nią będzie działo. Nie miałem też żadnych poważniejszych wspomnień z nim związanych. Nie mam zdjęcia, a nawet nie pamiętam nazwiska.

Chociaż byłem na jego pogrzebie. Pamiętam odgłos emaliowanej, czarnej puszki uderzającej o piasek na dnie grobu. Pracowników palących fajki za drzewem po skończonej robocie. Grubego księdza. Rodzinę i znajomych. Jedni płaczący, inni znudzeni, jeszcze inni rozglądający się „kto przyszedł”. Inni myślący tylko o sobie. Pamiętam też przeszywający głos trąbki takiego gościa, którego pamiętam z Odeonu, a który w czasie tego pogrzebu stanął za drzewami i zagrał tak, że łza poszła.

Pogrzeby są dla tych, którzy zostali. To nasze rytuały mierzenia się z tym, co się wydarzyło. Czasami wydaje się, że jęki nad trumną wynikają bardziej z lęku o nas samych niż z sympatii dla zmarłego. I tak było na pogrzebie pana Michała.

Przez całe życie poszukujemy stałej harmonii ze światem. Próbujemy zadowolić naszych najbliższych i współpracowników. Odnaleźć miłość, założyć rodzinę, mieć dzieci. Doznawać świata naturalnego, literatury, muzyki w sposób najczystszy z możliwych.

Jednak ten stan harmonii jest zawsze przejściowy i zakłóca go o wiele potężniejszy stan potknięć, dysonansów, zakłóceń, swad i konfliktów. Czas pogodzenia się ze światem zależy tylko od naszej determinacji i ćwiczeń. Dlatego nie można czekać na śmierć, bo po niej nie ma nic, nie ma również żadnej harmonii.

 

Reklamy

Jak rozmawiać z dzieckiem o historii?

SONY DSC

Rok temu razem z mamą odwiedziliśmy Olę i jej rodziców w Warszawie. Drugiego dnia pobytu wybraliśmy się z Olą i babcią Terką na spacer po centrum stolicy – po mieście, które jak na kogoś, kto nigdy w nim nie mieszkał, znam całkiem dobrze. Ola mieszka na Białołęce – dzielnicy tak dużej jak Białystok – i w śródmieściu bywa rzadko.

Więc najpierw pomnik Chopina i Łazienki. Obiad w Barze Prasowym. Autobusem przez Powiśle aż na Marymont. Stamtąd filmową ulicą Bednarską (zamknęli pierogarnię!) w górę ku Krakowskiemu Przedmieściu. Kościół Św. Anny. Zdjęcie znad tunelu Trasy W-Z na panoramę Pragi ze Stadionem Narodowym. Stare Miasto, Rynek, Barbakan, Freta i Rynek Nowego Miasta, przy którym pomieszkiwałem czasami. Park Fontann i z powrotem, na górę, ulicą Mostową.

Wystarczy. Wracamy do stacji metra na Placu Bankowym.

Idziemy – dość już zmęczeni – ulicą Długą. Ola zaczyna marudzić, więc zaczynam jej opowiadać o tym miejscu, którym przechodziłem i przejeżdżałem dziesiątki razy.

Mijamy Pałac Raczyńskich przy Długiej 7. Na elewacji – dziesiątki śladów po kulach.
– Tutaj był kiedyś szpital dla powstańców i kwatera główna dowódców AK. W czasie wojny trochę tu strzelali – mówię.
– Dlaczego tego nie zamalowano? – pyta Ola
– Żeby pamiętać. Chodź tam dalej, zaraz Ci coś pokażę.

Dochodzimy do Placu Krasickich. Ola ogląda pomnik powstańców.

– Choć, Olu, pokażę Ci najciekawszą studzienkę kanalizacyjną, jaką widziałaś.
– Co?
– Widzisz ten mały właz do kanałów? Jak było Powstanie Warszawskie…
– Radek, mogę coś powiedzieć? – przerywa mi Ola
– Nie musisz mnie o to pytać…. Wiem, co to było Powstanie Warszawskie.
– Świetnie, jestem z Ciebie dumny. A chcesz się dowiedzieć, co ta studzienka ma wspólnego z Powstaniem?
– Tak.
– Otóż w tym miejscu powstańcy walczyli bardzo długo o zdobycie Starego i Nowego Miasta. Szło im bardzo ciężko, bo Niemcy zaciekle bronili tych wszystkich ulic. Nie opowiem Ci o tym szczegółowo, bo w tych czasach byłem małym dzieckiem i mieszkałem w Białymstoku, ale wiem, że kiedy w końcu polscy dowódcy się zorientowali, że nie mają szans, postanowili o tym, że ich żołnierze opuszczą tę dzielnicę, aby walczyć o inne części Warszawy. Problem polegał na tym, że byli otoczeni i jedynym sposobem wydostania się stąd, były wąskie i śmierdzące kanały.
– No nie żartuj, że tędy uciekali.
– Nie żartuję. Wyobraź sobie, że jednego dnia przeszło tymi kanałami drogę jak od Twojego domu do Twojej szkoły aż 4000 żołnierzy!
– A inni, ci nie żołnierze?
– Musieli zostać wiedząc, że czeka ich z rąk Niemców to, co najgorsze.
– Że zostaną zabici?
– Tak, dzieci, kobiety, starcy patrzyli, jak powstańcy uciekali przez tę studzienkę. Pytali „dlaczego nas opuszczacie”? „Mieliście nas bronić!”. Niektórzy mówili pod ich adresem brzydkie słowa, niektórzy ze złości pluli na tych chłopaków znikających w kanałach.
– Zostawili ich na pastwę losu?
– Tak, ale powstańcy nie mieli wyboru. Gdy jesteś żołnierzem, musisz wykonywać rozkazy dowódców, nawet, gdy się z nimi nie zgadzasz.
– Radek, mogę coś powiedzieć?
– No pewnie, mów!
– Bo wiesz, jak jest wojna, to trzeba robić to, co mówi dowódca nawet jak się wie, że to jest niedobre dla wszystkich.
– Racja.

Idziemy dalej ulicą Długą. Dochodzimy do budynku Arsenału. Mówię do Oli.
– Patrz, widzisz ten zakręt i skrzyżowanie? Tam dalej jest stacja metra, a w tym budynku był kiedyś arsenał – miejsce, gdzie przechowywano broń. Potem w tym budynku przechowywano stare dokumenty. Ale najważniejsze, że w tym miejscu odbyła się najbardziej chyba wzruszająca akcja w całej wojnie. Chcesz posłuchać?
– A będzie znowu o śmierci i zabijaniu?
– Nie, tym razem będzie bardziej o przyjaźni i miłości.
– No to dawaj – mówi Ola.
– W czasie wojny żołnierze, którzy walczyli z Niemcami, mieli pseudonimy. Takie ksywki. I ta historia jest o przyjaźni dwóch młodych, przystojnych chłopaków – „Rudego” i „Alka”. Obaj walczyli z Niemcami, drukowali ulotki i robili inne akcje przeciwko okupantom. Łączyła ich wielka przyjaźń, a niektórzy uważają, że coś więcej.
– Jak to? Przecież to byli dwaj chłopacy.
– No tak, czasami, niezbyt często zdarza się, że dwaj mężczyźni lub dwie kobiety, mogą się kochać podobnie, jak Twoi albo moi rodzice. Nie wiadomo, czy między Rudym a Alkiem to była przyjaźń, czy miłość. Ważne, jest to, co się stało tutaj, w tym miejscu, gdzie teraz stoimy. Otóż Rudego aresztowali pewnego dnia Niemcy i okrutnie go torturowali, aby powiedział im o swoich kolegach walczących w polskiej Armii Krajowej. W tym czasie jego koledzy, w tym przyjaciel Alek, zastanawiali się, jak go uwolnić. Dowiedzieli się, że pewnego dnia Rudy będzie przewieziony z więzienia przy Alei Szucha do innego więzienia, nazywanego Pawiak. Alek i przyjaciele, których było kilkunastu, zorganizowali właśnie w tym miejscu akcję uwolnienia Rudego.

[tutaj przedstawiam obrazowo, którędy przejeżdżał samochód z Rudym, gdzie stał Alek i jego koledzy i jak to się mniej więcej odbywało]

– I co, Alek uratował Rudego? – pyta podekscytowana Ola.

– I tak, i nie. Rudy był bardzo mocno pobity przez Niemców, ale żył. Powiedział do Alka „przyszedłeś po mnie” i zemdlał. Alek przewiózł przyjaciela do tajnego szpitala, ale jego przyjaciel niebawem zmarł.

– To się nazywa przyjaźń… albo miłość – rzekła zamyślona Ola.

Tak mniej więcej wyglądała ta nasza sierpniowa wędrówka z Olą i babcią Terką ulicą Długą w Warszawie. Pół roku później do Oli przyjechały na Sylwestra dwie przyjaciółki z Białegostoku. Znam tę historię z opowieści rodziców Oli, bo mnie wtedy z nimi nie było.

Zupełnym przypadkiem szły z rodzicami ulicą Długą. W momencie przechodzenia przez Plac Krasickich, Ola mówi do Marysi i Lidki:

– Dziewczyny, chodźcie. Widzicie tę studzienkę? Coś Wam opowiem.

I tak gadała podobno przez pół godziny. Najpierw o ucieczce ze Starego Miasta do Śródmieścia. Potem zaciągnęła wszystkich pod Arsenał. Tam dalej opowiadała dziewczynkom o Rudym i Alku. Te słuchały z fascynacją opowieści Oli.

– Rodzice dziewczynek i Oli otworzyli buzie ze zdumienia.

– Olu, skąd Ty to wiesz?
– Po prostu wiem – odpowiedziała.

Nie mam pojęcia, jak profesjonalnie opowiadać dzieciom o historii. Wiem natomiast, że to, co je interesuje, to ludzkie emocje, które są im bliskie. Lojalność, przyjaźń, poświęcenie, prawdomówność, uczciwość. To są rzeczy, które je interesują. W o wiele większym stopniu, niż te wszystkie -izmy, ideologie, polityka i inne tego typu bzdety.

SONY DSC

Codziennik pięćdziesiąty piąty – Tomek Wilmowski

tomek

Wśród książek, które zrobiły na mnie wrażenie, jest kilku ważnych pisarzy: Hłasko, Miłosz, Wojtyła, Mackiewicz, Stasiuk, Varga, Schultz i jeszcze paru innych facetów.

Jednak jeśli miałbym wskazać książki, które odcisnęły na mnie największe piętno, ukształtowały mnie jako człowieka i mężczyznę, wskazały podstawowe kierunki, cele i wartości, wskazałbym serię przygód Tomka Wilmowskiego.

Litewski podpiwek Butautu Dvaro Gira. Nikt jeszcze nie zrobił tego lepiej.

DSC05211.jpg

Kiedy jeździliśmy z rodzicami na wakacje do Poddębia, ojciec często zabierał mnie na obiady do centrum tej nadmorskiej miejscowości, która już nigdy nie będzie jak wtedy. Mama nie mogła nam towarzyszyć, bo od świtu do nocy pracowała jako komendantka i pilnowała setki rozwydrzonych gówniarzy biegających po lesie. 

Ojciec zamawiał najlepsze morskie ryby smażone na głębokim tłuszczu, skropione potem cytryną, obsypane frytkami i kiszoną kapustą. Dostawałem praktycznie codziennie kwintesencję nadmorskich wakacji nad morzem. Coś, po co teraz ludzie jadą całymi dniami, wydają grube pieniądze, czekają godzinami.

Jednak z tych obiadów nie pamiętam ani smaku dorsza, ani kwaśności cytryny, ani – o zgrozo – smaku frytek. Pamiętam natomiast tylko jedno – szczypiącą w język, lodowatą coca-colę, o którą zawsze prosiłem. 

Moje wspomnienia z dzieciństwa nie składają się ze słów ani z obrazów. Wszystkie moje wspomnienia z czasów, gdy byłem dzieckiem, składają się ze smaków i zapachów.

Bo zapach coca-coli w tej małej butelce 0,33 dopiero co wyjętej z lodówki, uwolniony zręcznym ruchem otwieracza, właśnie w tym momencie, gdy z jej wnętrza unosi się leniwy obłoczek, nie może się równać z żadnym innym doświadczeniem zapachowym nastolatka przed osiągnięciem płciowej dojrzałości. I ten zapach, po z góra trzydziestu latach od codziennych popołudniowych lunchów z Henrykiem w Poddębiu, pamiętam do dzisiaj.

Od tej pory zapałałem miłością do słodzonych napojów gazowanych, którą pielęgnuję do dziś.

Drugi taki zapach, tym razem związany z domem mojej mamy w Boćkach, to zapach podpiwku. To był najprawdopodobniej kanoniczny Podpiwek Kujawski robiony z takich ekstraktów w tekturowych pudełkach, z dodatkiem drożdży spożywczych. Niestety, nie będę już miał możliwości spytać o to ani babci, ani dziadka. Robiłem potem wielokrotnie ten podpiwek, jednak nigdy nie smakował i pachniał jak ten fermentujący w metalowej beczce do mleka stojącej w sieni drewnianego domu moich dziadków. Szło się do tej sieni z metalowym kubkiem, napełniało się go pachnącym zbożem, cukrem i drożdżami płynem i piło do ugaszenia pragnienia.

Te dwie smakowe magdalenki przywędrowały do mnie, gdy spróbowałem leżakującego nie wiadomo dlaczego od kilku tygodni litewskiego podpiwku Butautu Dvaro Gira. Próbuję każdego podpiwku i kwasu chlebowego bo uważam, że to doskonałe rozwiązanie dla osób, które uwielbiają napoje gazowane z jednej strony, z drugiej zaś nie chcą się za bardzo truć, z trzeciej w końcu – chcą jakoś nawiązywać do tradycji kulinarnych. Uważam, że jest to podpiwek doskonały. Piękna, prawie czarna barwa i gęsta piana. Ciężki, karmelowy zapach. W smaku słodki, taki jaki powinien być podpiwek i nie za mocno gazowany, czym przypomina podpiwki drożdżowe mojej babci. I lekko cytrusowy, jak coca-cola z Poddębia sprzed trzydziestu lat.

Nikt jeszcze nie zrobił tego lepiej.

Codziennik czterdziesty – pierwsze kroki

pierwsze kroki.png

Codziennik trzydziesty siódmy – o tym, jak znalazłem poszukiwany od 25 lat plakat zespołu Oasis z Manchesteru w Anglii

oasis

Zabawne. Poszukiwałem tego fotosu przez równe 25 lat, bo właśnie w 1994 roku Oasis nagrali „Definitely Maybe„, i wtedy moja wrażliwość muzyczna uległa dzięki temu albumowi rewolucyjnej przemianie. Pierwszy i drugi  album Oasis poczyniły gruntowne spustoszenie i przewartościowanie moich muzycznych gustów. Bracia Gallagher potrafili wtedy (bo później już było z tym różnie) pisać przepiękne piosenki z kompletnie idiotycznymi, bełkotliwymi tekstami o niczym, ale wtedy to drugie nie miało dla mnie absolutnie żadnego znaczenia. 

Język angielski jest tak popularny w świecie rock’n’rolla i popu dlatego, że z jednej strony jest miękki i plastyczny w śpiewaniu, a jednocześnie 3/4 świata zna choćby dwa słowa po angielsku, w związku z czym wydaje nam się, że wiemy, o czym oni śpiewają. A ci, co śpiewają, wiedzą, że tylko nam się wydaje, że znamy angielski, więc piszą kompletne pierdoły w tych piosenkach.

Podobała mi się buta, arogancja braci Gallagher z tych czasów. Każdy ich ruch sceniczny, każde słowo wypowiedziane w wywiadzie, były spełnieniem tych słów Johna Lennona, które kiedyś chlapnął dziennikarzowi.

„Jesteśmy bardziej popularni od Jezusa” – powiedział John. I tak się wtedy czuli bracia Gallagher.

Od 25 lat marzyłem, aby powiesić sobie ten plakat Oasis z tamtych lat. W kiblu.

I w końcu dzisiaj udało mi się dzisiaj go zdobyć. Za 3 złote polskie. Z antyramą. W sklepie z rzeczami znalezionymi na holenderskich śmietnikach.

Jest. Wisi. Obok górnopłuku, nad pralką.

You and I we’re gonna live forever.

 

Ojciec. Radio. Kuchnia.

DSC04913.JPG

Nie wyobrażam sobie kuchni bez radio stojącego gdzieś w kącie. Bulgocąca na gazie zupa, melodeklamacja Mariana Kociniaka zapowiadającego „Powtórkę z Rozrywki” w Trójce i mój ojciec Heniek siedzący tyłem do wyjścia, pochylony nad porozrzucanymi po całym stole i podłodze papierami zapisanymi ołówkiem. Zapach papierosów pomieszany z zapachem grochowej na żeberkach.

Ojciec spędzał przedpołudnia w kuchni, gdzie rozwiązywał całki, gotował mi zupy i słuchał Trójki. Potem przenosił się do dużego pokoju z telewizorem, gdzie razem oglądaliśmy mecze, seriale, kabarety i wiadomości. Jednak centrum mieszkania na Palmowej była kuchnia. Skandalicznie brudna jak na kuchnię bez kobiety przystało. Z radiomagnetofonem. Kiedy ojca dopadał smutek, puszczał zamiast Trójki solowe kasety Tadeusza Nalepy. Smutne bluesy, od których płakał, gdy nie widziałem.

Podobnie jak mój ojciec, uwielbiam spędzać czas w mojej przestarzałej kuchni. Patrzeć, jak rosną zioła na parapecie, wsłuchiwać się w bulgotanie wina z hibiskusa w gąsiorku odziedziczonym po Henryku, patrzeć na starców przesiadujących na ławce pod blokiem, wciągać nosem zapach kwiatów kwitnącej mirabelki, słuchać Trójki.

Kiedy jest mi smutno i nie chcę znowu wracać do pustego domu, zostawiam przed wyjściem włączone radio. Kiedy wracam i słyszę Trójkę, mam przyjemne uczucie, że wracam do domu, w którym ktoś przez cały czas mieszka.