Codziennik pięćdziesiąty piąty – Tomek Wilmowski

tomek

Wśród książek, które zrobiły na mnie wrażenie, jest kilku ważnych pisarzy: Hłasko, Miłosz, Wojtyła, Mackiewicz, Stasiuk, Varga, Schultz i jeszcze paru innych facetów.

Jednak jeśli miałbym wskazać książki, które odcisnęły na mnie największe piętno, ukształtowały mnie jako człowieka i mężczyznę, wskazały podstawowe kierunki, cele i wartości, wskazałbym serię przygód Tomka Wilmowskiego.

Reklamy

Litewski podpiwek Butautu Dvaro Gira. Nikt jeszcze nie zrobił tego lepiej.

DSC05211.jpg

Kiedy jeździliśmy z rodzicami na wakacje do Poddębia, ojciec często zabierał mnie na obiady do centrum tej nadmorskiej miejscowości, która już nigdy nie będzie jak wtedy. Mama nie mogła nam towarzyszyć, bo od świtu do nocy pracowała jako komendantka i pilnowała setki rozwydrzonych gówniarzy biegających po lesie. 

Ojciec zamawiał najlepsze morskie ryby smażone na głębokim tłuszczu, skropione potem cytryną, obsypane frytkami i kiszoną kapustą. Dostawałem praktycznie codziennie kwintesencję nadmorskich wakacji nad morzem. Coś, po co teraz ludzie jadą całymi dniami, wydają grube pieniądze, czekają godzinami.

Jednak z tych obiadów nie pamiętam ani smaku dorsza, ani kwaśności cytryny, ani – o zgrozo – smaku frytek. Pamiętam natomiast tylko jedno – szczypiącą w język, lodowatą coca-colę, o którą zawsze prosiłem. 

Moje wspomnienia z dzieciństwa nie składają się ze słów ani z obrazów. Wszystkie moje wspomnienia z czasów, gdy byłem dzieckiem, składają się ze smaków i zapachów.

Bo zapach coca-coli w tej małej butelce 0,33 dopiero co wyjętej z lodówki, uwolniony zręcznym ruchem otwieracza, właśnie w tym momencie, gdy z jej wnętrza unosi się leniwy obłoczek, nie może się równać z żadnym innym doświadczeniem zapachowym nastolatka przed osiągnięciem płciowej dojrzałości. I ten zapach, po z góra trzydziestu latach od codziennych popołudniowych lunchów z Henrykiem w Poddębiu, pamiętam do dzisiaj.

Od tej pory zapałałem miłością do słodzonych napojów gazowanych, którą pielęgnuję do dziś.

Drugi taki zapach, tym razem związany z domem mojej mamy w Boćkach, to zapach podpiwku. To był najprawdopodobniej kanoniczny Podpiwek Kujawski robiony z takich ekstraktów w tekturowych pudełkach, z dodatkiem drożdży spożywczych. Niestety, nie będę już miał możliwości spytać o to ani babci, ani dziadka. Robiłem potem wielokrotnie ten podpiwek, jednak nigdy nie smakował i pachniał jak ten fermentujący w metalowej beczce do mleka stojącej w sieni drewnianego domu moich dziadków. Szło się do tej sieni z metalowym kubkiem, napełniało się go pachnącym zbożem, cukrem i drożdżami płynem i piło do ugaszenia pragnienia.

Te dwie smakowe magdalenki przywędrowały do mnie, gdy spróbowałem leżakującego nie wiadomo dlaczego od kilku tygodni litewskiego podpiwku Butautu Dvaro Gira. Próbuję każdego podpiwku i kwasu chlebowego bo uważam, że to doskonałe rozwiązanie dla osób, które uwielbiają napoje gazowane z jednej strony, z drugiej zaś nie chcą się za bardzo truć, z trzeciej w końcu – chcą jakoś nawiązywać do tradycji kulinarnych. Uważam, że jest to podpiwek doskonały. Piękna, prawie czarna barwa i gęsta piana. Ciężki, karmelowy zapach. W smaku słodki, taki jaki powinien być podpiwek i nie za mocno gazowany, czym przypomina podpiwki drożdżowe mojej babci. I lekko cytrusowy, jak coca-cola z Poddębia sprzed trzydziestu lat.

Nikt jeszcze nie zrobił tego lepiej.

Codziennik czterdziesty – pierwsze kroki

pierwsze kroki.png

Codziennik trzydziesty siódmy – o tym, jak znalazłem poszukiwany od 25 lat plakat zespołu Oasis z Manchesteru w Anglii

oasis

Zabawne. Poszukiwałem tego fotosu przez równe 25 lat, bo właśnie w 1994 roku Oasis nagrali „Definitely Maybe„, i wtedy moja wrażliwość muzyczna uległa dzięki temu albumowi rewolucyjnej przemianie. Pierwszy i drugi  album Oasis poczyniły gruntowne spustoszenie i przewartościowanie moich muzycznych gustów. Bracia Gallagher potrafili wtedy (bo później już było z tym różnie) pisać przepiękne piosenki z kompletnie idiotycznymi, bełkotliwymi tekstami o niczym, ale wtedy to drugie nie miało dla mnie absolutnie żadnego znaczenia. 

Język angielski jest tak popularny w świecie rock’n’rolla i popu dlatego, że z jednej strony jest miękki i plastyczny w śpiewaniu, a jednocześnie 3/4 świata zna choćby dwa słowa po angielsku, w związku z czym wydaje nam się, że wiemy, o czym oni śpiewają. A ci, co śpiewają, wiedzą, że tylko nam się wydaje, że znamy angielski, więc piszą kompletne pierdoły w tych piosenkach.

Podobała mi się buta, arogancja braci Gallagher z tych czasów. Każdy ich ruch sceniczny, każde słowo wypowiedziane w wywiadzie, były spełnieniem tych słów Johna Lennona, które kiedyś chlapnął dziennikarzowi.

„Jesteśmy bardziej popularni od Jezusa” – powiedział John. I tak się wtedy czuli bracia Gallagher.

Od 25 lat marzyłem, aby powiesić sobie ten plakat Oasis z tamtych lat. W kiblu.

I w końcu dzisiaj udało mi się dzisiaj go zdobyć. Za 3 złote polskie. Z antyramą. W sklepie z rzeczami znalezionymi na holenderskich śmietnikach.

Jest. Wisi. Obok górnopłuku, nad pralką.

You and I we’re gonna live forever.

 

Ojciec. Radio. Kuchnia.

DSC04913.JPG

Nie wyobrażam sobie kuchni bez radio stojącego gdzieś w kącie. Bulgocąca na gazie zupa, melodeklamacja Mariana Kociniaka zapowiadającego „Powtórkę z Rozrywki” w Trójce i mój ojciec Heniek siedzący tyłem do wyjścia, pochylony nad porozrzucanymi po całym stole i podłodze papierami zapisanymi ołówkiem. Zapach papierosów pomieszany z zapachem grochowej na żeberkach.

Ojciec spędzał przedpołudnia w kuchni, gdzie rozwiązywał całki, gotował mi zupy i słuchał Trójki. Potem przenosił się do dużego pokoju z telewizorem, gdzie razem oglądaliśmy mecze, seriale, kabarety i wiadomości. Jednak centrum mieszkania na Palmowej była kuchnia. Skandalicznie brudna jak na kuchnię bez kobiety przystało. Z radiomagnetofonem. Kiedy ojca dopadał smutek, puszczał zamiast Trójki solowe kasety Tadeusza Nalepy. Smutne bluesy, od których płakał, gdy nie widziałem.

Podobnie jak mój ojciec, uwielbiam spędzać czas w mojej przestarzałej kuchni. Patrzeć, jak rosną zioła na parapecie, wsłuchiwać się w bulgotanie wina z hibiskusa w gąsiorku odziedziczonym po Henryku, patrzeć na starców przesiadujących na ławce pod blokiem, wciągać nosem zapach kwiatów kwitnącej mirabelki, słuchać Trójki.

Kiedy jest mi smutno i nie chcę znowu wracać do pustego domu, zostawiam przed wyjściem włączone radio. Kiedy wracam i słyszę Trójkę, mam przyjemne uczucie, że wracam do domu, w którym ktoś przez cały czas mieszka.

Codziennik trzydziesty szósty – Tłusty Czwartek

urodzinytłusty.JPG

Dwa lata temu Tłusty Czwartek wypadał dokładnie w dzień drugich urodzin Małego. Wywieziono mi go wtedy do Olsztyna – odebrałem to – być może niesłusznie – jako kolejną próbę zniechęcenia mnie do spotykania się z Nim. Próbę oczywiście nieudaną.  Jeździłem tam jak szalony, przez trzy zimowe miesiące, co tydzień, trzysta czterdzieści kilometrów w jedną stronę, ma marne dwie godziny, po oblodzonych mazurskich ścieżynkach.

Nie było to łatwe, ale przetrwaliśmy i tę przeciwność. Teraz przed nami kolejne. Obaj walczymy jak na facetów przystało..

Dwa lata temu, w Tłusty Czwartek, zawiozłem Mu – oczywiście bezlaktozowe – urodzinowe pączki, które przez cały wieczór lepiła i smażyła mu wiecznie stęskniona i zakochana we wnuku, którego nie widzi, babcia Terka. Przez cały czas mam przed oczami tę scenę, jak siedzi z tortem i resorakiem na swoim ulubionym parapecie w bloku przy ulicy Wilczyńskiego, skąd zawsze patrzył i czekał, aż przyjadę, a potem machał mi na pożegnanie, kiedy po dwóch godzinach spotkania musiałem wracać drugie trzysta czterdzieści kilometrów po nocy. Wracałem w nocy z tonami szczęścia w sercu i energią na kolejny tydzień.

Nieświęta Trójca

DSC02584.jpg

Przeglądałem szpargały i znalazłem tę fotografię.

Uwielbiam to zdjęcie ze studniówki 1999, bo są na nim wszystkie wspomnienia z czasów, kiedy całe życie zdawało się stawać przed nami otworem i krzyczeć „Bierzcie z tego wszyscy!”.

Nauczyciele mówili o nas „Nieświęta Trójca”. To bluźniercze określenie oddawało całkowicie religijne namaszczenie, jakie nadawaliśmy naszemu licealnemu chuligaństwu.

Było nas trzech.

Na zdjęciu pierwszy od lewej stoi Bogdan. Dzisiaj robi wielką politykę gdzieś na zachodzie Polski, chyba we Wrocławiu albo Opolu. Podobno zgolił wąsa. Nie widziałem go już prawie dwadzieścia lat. Zaczął tu studia na polonistyce, ale podobno złamał serce jednemu asystentowi z Zakładu Oświecenia i Romantyzmu, który chodził za Bogdanem po mieście, dawał kwiaty, wciągał do taksówki, zapraszał do dyskoteki. Bogdan musiał opuścić miasto.

Po prawej Paweł. Romantyczna dusza. Czytał dużo poezji. Lorca, Rimbaud, Wojaczek, Bursa. Zakochiwały się w nim wszystkie dziewczyny z liceum. Był uwodzicielem o szerokim spektrum działania: od fruwających w obłokach romantyczek-humanistek po stąpające twardo po ziemi laski z klas matematyczno-przyrodniczych. Od pulchnych grubasek z pryszczami na policzkach nie rozstających się z granatowymi, powycieranymi sztruksami, po seksowne nimfetko-lolitki w krótkich spódniczkach, bluzeczkach na ramiączkach i blond warkoczykach spiętych w pedofilskie kitki.

Wystarczyło, żeby Paweł podszedł do takiej jednej stojącej na przerwie i czekającej tylko na to przy tych schodach, aby Paweł do niej podszedł, i powiedział „dla Ciebie piszę miłość ja bez nazwiska zwierzę bezsenne” i już było wiadomo, że po lekcjach Paweł nie pójdzie z nami na wino „Byk” do parku, nie pójdzie z nami na skwer przy Ratuszu popatrzeć na dziewczyny, nie będzie nam towarzyszyć w przeglądaniu książek w księgarni Akcent ani w obiedzie w barze Podlasiak, gdzie za 1,40 groszy braliśmy zawsze ziemniaki polane sosem pieczarkowym.

Pośrodku ja (wiem, zmieniłem się od tego czasu). Wtedy, tak jak i dzisiaj, nie reprezentowałem sobą nic ciekawego.

Czasami, gdy z Bogdanem zasiedzieliśmy się w Lalkach, około północy dołączał do nas Paweł, z szyją kompletnie ujebaną szminką, cały śmierdzący jakąś dziewczyńską perfumą. My go pytaliśmy jak było, a on z uśmiechem milczał. My go pytaliśmy, a on milczał.

Potem szedł do baru. Choć niepełnoletni, prosił Piotrka o piwo, które wtedy kosztowało 3 złote bez zniżki. Wracał do nas (a siedzieliśmy zawsze przy tym samym małym stoliku w samym kącie, przy szybie z widokiem na park). Wypijał jednym haustem połowę kufla i mówił, zawsze te same słowa:

„Tak, zjechałem tu nie w porę. Kto żyw, ten umiera pospiesznie. Jedną wolną już salę zamieniono na składzik. Pewnie już niedługo założą tu klamki”.