„Górka”

DSC08612.jpg

W latach osiemdziesiątych największą atrakcją na osiedlu Dziesięciny II była „górka”. Każde blokowisko miało taką górkę, którą usypywano z ziemi z fundamentów bloków i wieżowców. To, co się działo na tych górkach, kiedy tylko spadło trochę śniegu, przerasta wyobrażenia obecnych rodziców o tym, co to znaczy „iść na sanki”.

Na tych górkach przy Gajowej na Dziesięcinach, w parku przy Wierzbowej, na Rzemieślniczej, rodzice nie istnieli. Górki zimą były oblepione dzieciakami z sankami lub bez jak gówno przez muchy w ciepłe lipcowe południe.

Ileż tam wybito zębów, ile rąk złamano, ile tam wtedy było emocji i jak szybko górka pokryta śniegiem zamieniała się w górę pokrytą lodem wyślizganym tysiącem zjazdów i wspinaczek, na którą wspiąć się było trudniej, niż na K2 zimą!

Zauważyłem wczoraj, że na Białostoczku przez cały czas jest ta „górka”. Kiedyś zjazd kończył się majestatycznie w korycie Białki, dzisiaj – w ramach bezpieczeństwa chyba – zbudowano na przeciwko zjazdu z górki – „Orlika”. Więc nie wylądujesz w rzece, ale na atestowanej przez UE siatce. W zasadzie nie wylądujesz nigdzie, bo zimą nie pada tu już śnieg.

Reklamy

Marcowe migdały

„Marcowe migdały” to dla mnie najpiękniej opowiedziana historia marca 1968 r. Dzisiaj mija pięćdziesiąt lat od słynnej manifestacji na dziedzińcu UW z Bugajem, Królem, Staniszkis, Toruńczyk i zomowcami w rolach głównych. Jednak Piwowarski pokazał Marzec z ciekawszej strony.

Nikt z polskich reżyserów nie potrafił tak pięknie pokazać polskiej prowincji, jak Radosław Piwowarski. „Yesterday”, „Pociąg do Hollywood” i „Marcowe Migdały” to dla mnie trzy bardzo ważne filmy o dojrzewaniu, które poznałem, gdy miałem kilkanaście lat, które są dla mnie do dzisiaj bardzo ważne i które za każdym razem wzruszają.

W „Marcowych migdałach” ideologia i antysemityzm są jakby obok bohaterów, którzy wiodą normalne życie licealistów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Prywatki, tanie wina, pierwsze pocałunki, szkolne akademie, mokre sny o nauczycielce polskiego, szczęśliwe i nieszczęśliwe miłości

W szczęśliwe życie w ponurej, smutnej rzeczywistości jakiegoś miasteczka przy czechosłowackiej granicy polityka wkracza z siłą buldożera i niszczy wszystko to, co ważne w życiu osiemnastolatka.

Twój najlepszy przyjaciel okazuje się być „Żydem”, ale ani twój przyjaciel „Żyd”, ani ty nie macie pojęcia, o co w tym żydostwie chodzi. I nagle okazuje się, że twój najbliższy przyjaciel jest zdrajcą, a jego ojciec – złodziejem, który musi stracić dyrektorskie stanowisko. Twój przyjaciel musi w ciągu kilku dni wyjechać z kraju, więc daje ci na pamiątkę wszystkie swoje płyty Beatlesów. Ty robisz pożegnalną prywatkę, ale przez cały czas nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi.

Anna

DSC_6279

Od kiedy pamiętam, moja babcia Anna przekonywała wszystkich, że niedługo umrze.

Od czterdziestu lat słyszałem od niej, że następnych świąt już nie doczeka.

Przez całe życie mieszkała w spartańskich warunkach, przy boku ciepłego, wyrozumiałego, pracowitego i zaradnego mężczyzny. Oszukiwała wszystkich mówiąc, że żyje przede wszystkim dla Boga, ale myliła się. Tak naprawdę żyła dla tego wysokiego, śniadego, pogodnego, przystojnego i silnego mężczyzny, z którym spędziła sześćdziesiąt lat swojego życia.

Dziadek umarł prawie dziesięć lat temu. Nagle. Zimą.

Babcia marzyła o śmierci latem. Chciała mieć piękny pogrzeb, który z każdym szczegółem zaplanowała. Od czasu śmierci dziadka, na rodzinnym nagrobku w Boćkach, uśmiechali się do świata na wspólnej fotografii. A babcia żyła sama i smutna w drewnianym domu blisko cmentarza.

Na dnie szafy miała przygotowane ubranie na swój pogrzeb, od halki po garsonkę i buty. Bluzkę z ręcznie haftowanymi wykończeniami.

Anna dużo mówiła o swoim pogrzebie, ale odważnie broniła się przed śmiercią. Ciekawością świata, pomocą najbliższym, wyzwaniami, jakie przed sobą stawiała.

Jak się wyjdzie za stodołę, w oddali widać ten cmentarz za polem, na którym czekał na Annę jej ukochany mąż.

Czarno-białe zdjęcie. Zdjęcie, jakich wiele. Lata czterdzieste ubiegłego wieku. Fotografia leży teraz na dnie szuflady w pokoju gościnnym, w pustym domu z drewna. Dwie ładne blondynki z ręcznie wyplatanymi torebkami stoją przy płocie jednego z domostw wsi Brzeziny pod Drohiczynem. Po lewej Anna: promiennie uśmiechnięta buzia, blond włosy upięte w niewielki warkocz. Po prawej – trochę niższa – Stasia – jej siostra. Anna wygląda ładniej, dumniej, pogodniej.

Jest słoneczne lato.  W tle są malwy i sztachety wiejskiego płotu. Zdjęcie jest czarno-białe, ale zawsze, gdy sobie o nim przypominam, widzę blond włosy babci i jej siostry, wielobarwne ściegi torebek, czerwone falbanki bluzek zapiętych pod szyjami, błękitne niebo, słońce.

Ile lat ma babcia na tym zdjęciu? Szesnaście? Siedemnaście? Osiemnaście?

Annie wydawało się, że razem z rodziną przetrwali głód, chłód i okropieństwa wojny. I teraz znowu będzie tak jak wcześniej – biednie, ale spokojnie. Wojna przyszła na nowo. Po zdobyciu Berlina, ze Wschodu ciągnęły całe rodziny sowieckich wojskowych i notabli, aby z domów i mieszkań zabitych albo wypędzonych Niemców zabrać wszystko, co cenne.

Było lato 1945 roku. Obok wsi Brzeziny szła kolumna sowieckich ciężarówek z niemieckim dobytkiem. Jakiś oficer z kilkuosobową ochroną i żoną w późnej ciąży. Zatrzymali ich polscy partyzanci. Rozbroili i poprowadzili do Brzezin. Tam, miejscowym mężczyznom kazali kopać dół na środku wsi. Z wyrwanej z jednej ze stodół deski zrobili kładkę, którą położyli wzdłuż dołu.  Kazali ofiarom na nią wchodzić i po kolei strzelali na oślep. Na koniec zostawili ciężarną kobietę. Strzelali jak leciało. Ranna kobieta wpadła do dołu. Poruszała się, albo poruszało się dziecko w jej brzuchu.

Partyzanci kazali mężczyznom zasypać konających Sowietów. Chłopi przysypali ofiary lekką warstwą ziemi z nadzieją, że partyzanci pójdą, a kogoś da się uratować. Żołnierze czekali, aż pełzająca spazmami półżywych ludzi warstwa ziemi będzie dostatecznie gruba. Potem kazali to udeptywać, aż ziemia przestała się ruszać. Potem partyzanci uciekli do lasu.

Anna miała wtedy osiemnaście lat. Opowiadała mi o tym często. Zawsze wtedy płakała.

Kilka dni później. 14 lipca 1945 roku do Brzezin wjeżdżają zastępy Urzędu Bezpieczeństwa i NKWD. Wykopują ciała Sowietów i podpalają wioskę. Dom po domu. Wszystko. Mieszkańcy uciekają do lasu. Stamtąd patrzą i płaczą Z dymem idzie całe ich życie.

Anna Brzezińska zostaje z niczym.

Była bardzo religijną katoliczką. O prawosławnych mówiła „ruscy”, nie podobało się jej, gdy któreś z jej wnucząt wdawało się w katolicko-prawosławne mezalianse, ale nigdy o tej złości nie mówiła wprost. Klęła zawsze na akowców, którzy w jej wspomnieniach ograbiali wioski z jedzenia i nie dawali katolikom żadnej pomocy, kiedy do władzy doszli Sowieci.

Gdy Anna pokazała mi to słoneczne zdjęcie z siostrą Stasią, była już sporo po osiemdziesiątce i właśnie kilka dni wcześniej zmarł jej mąż. Siostra też już nie żyła. Została sama.

dziadek

Siedziałem wtedy tam u niej kilka dni. Starzy i religijni ludzie wierzą w to, że umarli odwiedzają ich we śnie i na jawie. Babcia była przekonana, że Józef przychodzi do niej po śmierci i odwiedza ją po nocach. Chciałem przy niej wtedy przez kilka dni pobyć nie dlatego, że ona bała się jego wizyt. Pragnęła ich. Bardzo te wizyty przeżywała i miała ogromną potrzebę, aby się nimi dzielić.

Dziewięćdziesięciolatkowie czasami trafiają do szpitali, to normalne. Dlatego nie zdziwiłem się, ale tylko trochę zmartwiłem, gdy krótko po nowym roku dostaliśmy wiadomość w Białymstoku i Warszawie, że Anna poczuła się słabo i trafiła na oddział obserwacyjno-zakaźny szpitala w Bielsku Podlaskim. Bywała w szpitalach od czasu do czasu, jednak bardziej traktowała to bywanie jako odskocznię od monotonii samotnego życia w drewnianym domu, okazję na kontakt z ludźmi, na kilka dni bycia otoczonym atencją. Atencją, a nie opieką, bo do końca swojego długiego życia pozostawała samodzielna i nigdy los nie przykuł jej do łóżka.

Leżała w tym szpitalu przez tydzień. Codziennie ktoś ją odwiedzał. Koleżanki z sali jej zazdrościły. A ona była dumna ze swoich dzieci, wnuków i prawnuków, którzy ją odwiedzali.

Na jej dziewięćdziesiąte urodziny policzyliśmy te wszystkie osoby, które są gałęziami, liśćmi i listkami wyrastającymi od konaru drzewa zapoczątkowanego przez nią i przez jej męża. Pięcioro dzieci, jedenaścioro wnucząt i dwadzieścioro prawnucząt, plus ich wszyscy partnerzy i małżonkowie, dla których też była przecież babcią. Pół setki ludzkich istot.

Więc dziesiątego stycznia pojechałem do babci. Ktoś, kto ją odwiedzał dzień wcześniej, powiedział przez telefon, że babcia narzeka na brak kawy zbożowej. Inka zawsze stała u niej na półce i to u niej nauczyłem się pić kawę zbożową. Taki brak to dobry pretekst, żeby odwiedzić babcię.

Wstałem o świcie i naparzyłem w termosie tej kawy zbożowej o zapachu waniliowym. Tej samej, którą uwielbia mój syn. To była pierwsza środa po Święcie Trzech Króli. Nie pojechałem dziewiętnastką – nie lubię wyprzedzać tirów, w ogóle nie lubię ekspresówek, autostrad i krajówek. Pojechałem na Juchnowiec Kościelny. Przez Hryniewicze, w których wiele lat mieszkał mój pradziadek Michał. Miał tam dom z ogrodem i konia z przyczepą. Nie wiem, gdzie stał ten dom.

Koło ósmej w mieście i na jego przedmieściach jest nerwowo. Wszyscy się spieszą, robią się korki, nie jest przyjemnie. Kiedy skręciłem w Juchnowcu w lewo, zrobiło się spokojnie. Jechałem na południowy wschód, dlatego widziałem pięknie rozpoczynający się mroźny dzień – pokryte niewielka warstwą lodu pola i lasy, zza których powoli wynurzało się pomarańczowe niebo.

Most na Narwi w Ploskach. Rzeka rozlewająca się po horyzont mniejszymi lub większymi odnogami, ślepymi rozlewami, bajorkami. Teraz zamarznięta. Którędy płynie główny nurt? Nie wiadomo. Gdzieś kilka centymetrów pod taflą toczy się znowu życie. To miejsce jest przez cały rok piękne i zawsze mam ochotę, żeby zatrzymać się gdzieś na poboczu, na chwilę odejść od szosy i sobie popatrzeć.

Znowu skręcam z głównej na Ploski i jadę przez las w kierunku Nurca. Zatrzymuję się na chwilę w lesie. Wchodzę między drzewa. Jest dziwnie nieprzyjaźnie, przerażająco zimno i smutno. Za chwilę jadę dalej. Potem się dowiem, że stało się to właśnie wtedy, kiedy wszedłem bez celu do tego lasu i stamtąd po chwili uciekałem.

Przyjeżdżam do Bielska kilkanaście minut potem. Z wielkim termosem w rękach szukam oddziału, który mieści się w brzydkim baraku. Okropnie zimny szpitalny korytarz z linoleum na podłodze. Ściana u dołu zielona, u góry biała, zimne światło lampy jarzeniowej. Szukam pokoju numer osiem. Zaglądam do tego pokoju, ale babci tam nie ma. Przy oknie leży jakieś zasuszona, malutka babcinka, podłączona do cewnika. Drugie łóżko – puste. Babcia spod okna spogląda na mnie błędnym wzrokiem.  Idę do salowej upewnić się, czy to pokój numer osiem. Idę tam jeszcze raz z myślą, że to może była babcia. Pytam o Annę Głowacką. Kobieta mówi „przenieśli ją”. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że coś jest nie tak. Wracam do salowej.

Pan poczeka, zawołam lekarkę.
Za chwilę przychodzi wysoka dziewczyna w kitlu i ze stetoskopem na szyi.

– Pana babcia odeszła piętnaście minut temu, przykro mi. Jeszcze pół godziny temu zjadła śniadanie, poprosiła o dodatkową herbatę. Żartowała. Moje wyrazy współczucia.
– Czy ona cierpiała? – pytam.
– Nie, pana babcia po prostu zasnęła.

Godzinę później zabierałem z pokoju pielęgniarek plastikowy worek z ubraniami, różańcem i modlitewnikiem.

SONY DSC

 

Czy ktoś pamięta jeszcze Grzegorza Filipowskiego?

92oktkpTURBXy9mZjVlMmYwOTQ2NGUwODVkZTFmYTZkNDExZDJkMmU2YS5qcGeSlQMBa80GoM0DupMFzQMgzQHC

Kiedy byłem dzieckiem, byliśmy w totalnej dupie. Urodziłem się dwa lata przed wprowadzeniem stanu wojennego. Pierwszego banana spróbowałem gdzieś w przedszkolu. Papier toaletowy wymieniało się na makulaturę. Kolorowe napoje sprzedawano w foliowych torebkach. Od Visolvitu wolałem Vibovit, które traktowałem – jak wszystkie dzieci – jako przysmak, a nie farmaceutyk. Wysypywało się ten proszek na otwartą dłoń i zlizywało. Proszek rozpuszczał się na języku, szczypał, był kwaśny i słodki.

Przyjemności dziesięciolatka przełomu lat 80. i 90. musiały być proste. W dupie jeszcze mieliśmy politykę i nadzieję ze zmiany ustroju. Bardziej interesował nas sport, mimo, że kraj pogrążony w kryzysie nie osiągał w nim żadnych sukcesów. Miliony dzieciaków biegały po błotnistych boiskach, a reprezentacja Polski przegrywała, co się tylko dało. W grudniu 1990 przegrywamy 0:4 z Egiptem, parę miesięcy później 0:5 ze Szwecją. Przewalamy eliminacje do kolejnych Mistrzostw Świata i Europy.

Jak to wytłumaczyć dziecku?

Mimo wszystko, mimo tych porażek Polski na każdym polu, każdy występ reprezentacji, każde Igrzyska to były święta i spędzało się wtedy obowiązkowo ten czas przed telewizorem. Zimowe oczywiście również. To nic, że od ćwierć wieku żaden Polak na nich nic nie zdobył. Bobsleiści są zazwyczaj ostatni, bo nie mają w kraju gdzie ćwiczyć ani tym bardziej z kim wygrać (poza Jamajką). Zjazdowcy alpejscy, narciarze, hokeiści – podobnie. Jak któremuś z polskich skoczków uda się przejść do drugiej serii, cały naród sra do szczęścia.

Szczególnie perwersyjne było oglądanie występów niejakiego Grzegorza Filipowskiego – łyżwiarza figurowego. Dzisiaj, gdy sobie o nim przypomniałem, widzę, że nie był takim złym sportowcem. Ale wówczas jego występom towarzyszyło w Polsce szczególnego rodzaju podniecenie. Gdy Filipowski wychodził na taflę, wszyscy drżeli. Mężczyźni wypijali kieliszek na uspokojenie, a kobiety i dzieci zasłaniały dłońmi oczy. Grzegorz Filipowski miał taki piękny filmowy uśmiech i entuzjazm w oczach. Entuzjazm, który nie schodził mu twarzy po pierwszym, drugim, trzecim, czwartym upadku. Cały naród polski patrzył z przerażeniem na te kolejne upadki Filipowskiego, na tę jego piękną katastrofę.

W końcu, gdy kolejne nieudane skoki niewiele już miały wspólnego z muzyką, gdy muzyka się kończyła, a Filipowski rozpaczliwie próbował pokazać, że jednak potrafi wykonać tego nędznego podwójnego toeloopa, gdy w końcu Filipowski schodził z lodowiska i oczekiwał z tym swoim entuzjastycznym uśmiechem na wyrok jury, wtedy mężczyźni mówili:

– Pierdolę, mówiłem, że to sport dla pedałów. Wstyd na cały świat.

A wtedy kobiety mówiły.

– Ja tam lubię patrzeć, jak oni tak tak na tym lodzie.

A my, w milczeniu znosiliśmy w naszych sercach kolejną porażkę Filipowskiego, przeżywaliśmy ją jako naszą osobistą porażkę. Byliśmy na tym lodzie z tym Filipowskim, staraliśmy się pomóc mu w kolejnym lądowaniu i na własnych tyłkach czuliśmy ból kości ogonowej, kiedy człowiek, w którym pokładaliśmy nasze wielkie dziecięce nadzieje i marzenia, po raz kolejny je niweczył.

Jedyne, czego mi żal po PRL-u, to kioski Ruchu

kiosk

Kioski Ruchu. Jeden z niewielu elementów tej szarej, biednej rzeczywistości schyłku PRL, którego mi naprawdę brakuje. Byłem dzisiaj na białostockich Bojarach i szukałem miejsca, gdzie mógłbym zapytać o nowy Przekrój. No i nigdzie nie było żadnego kiosku albo – jak to się teraz mówi – „saloniku prasowego”, choć Bojary to prawie centrum miasta.

Wtedy te kioski z antypatycznymi sprzedawcami były nieomal na każdym rogu. Nasz znajdował się jakieś 200 metrów od bloku na Palmowej, przy chodniku prowadzącym do SAM-u. W naszym domu było zawsze dużo gazet. Ludzie zakładali w tych kioskach tzw. „teczki”, do których sprzedawcy odkładali zamawiane tytuły i była pewność, że się dostanie. My mieliśmy zamawiane w tych teczkach kilkanaście różnych rzeczy dla dzieci i dla dorosłych. Na pewno była tam Polityka i na pewno był tam Świat Młodych.

Do dzisiaj pamiętam, jak w przeddzień świąt, pod tym osiedlowym kioskiem ustawiały się kilkudziesięcioosobowe kolejki ludzi, którzy chcieli dostać świąteczne wydania dzienników i tygodników. Stałem w tej kolejce, a jak przychodziłą moja kolej, mówiłem „teczka numer 566” i kładłem odliczoną kwotę.

Do dzisiaj pamiętam zapach farby drukarskiej nowego numeru Świata Młodych z kolejnym odcinkiem Tytusa, Romka i a’Tomka.

Żabka do bielizny, czyli jak zrobić i podawać śmierdzący sok z cebuli

SONY DSC

Z dzieciństwa pamiętam, że w razie kataru, przeziębienia lub grypy kogoś z rodziny mama wyjmowała z kuchennej szafki słoik z żółtawą substancją i kazała nam pić łyżeczkami ten lepki, obrzydliwie śmierdzący płyn.

Sok z cebuli. Na czym polega prawdziwe działanie tego domowego leku na infekcje i przeziębienia?

Może i jest tam dużo witaminy C i innych substancji przeciwinfekcyjnych. Lecz tak naprawdę sok z cebuli działa trochę tak, jak odwrócone placebo.

Myśl o konieczności wypicia tego świństwa w razie choroby skutecznie zniechęca do zapadania na przeziębienia, katary i grypy.

Dlatego w tym roku przygotowuję to świństwo, aby każdy z bliskich to przed sezonem słót i pluch powąchał i już nigdy nie wpadł, obawiając się konieczności picia soku z cebuli, na pomysł zapadania na jakiekolwiek choroby.

SONY DSC

Jak zrobić sok z cebuli?

Co będzie potrzebne?

  • Cebula
  • Cukier
  • Duży słoik
  • Dwie żabki do suszenia bielizny

Do słoika wrzucamy pokrojoną jak leci cebulę i zasypujemy ją cukrem w umiarkowanej ilości. Słoik może sobie stać na parapecie, a cebulę można dorzucać, dosypując cukru. Słoik należy zamknąć, gdyż otwarty śmierdzi intensywnie. Po kilku tygodniach takiego stania, sok można przelać do butelki i postawić w lodówce. Butelkę również należy zakręcić, wiadomo dlaczego.

Choremu na katar, grypę lub przeziębienie podaje się sok w ilości kilku łyżeczek dziennie, zatykając zawczasu nosy zarówno chorego, jak i podającego syrop, żabką do wieszania bielizny.

DSC_6209

Wrzosy

Starość jest wtedy, gdy we wrześniowe powszednie przedpołudnia, razem z innymi starcami, sadzisz wrzosy na grobach swoich przodków.

SONY DSCSONY DSC