Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla

IMG_20200109_151222.jpg

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla.

Do miasta-satelity. Do małego miasta obok wielkiej wsi. Do miasta, które zastygło w stuporze słonecznego 22 września 1939 roku i pozostało takie do dziś. Senne, powolne, leniwe i niemrawe jak dziecko, które przewraca się o świcie z boku na bok, aż w końcu zarzuca na głowę kołdrę i odwraca do ściany, bo chce jeszcze trochę pospać i nie chce iść do szkoły.

Do miasta inteligencji, gardzącej robotniczo-chłopskim rodowodem swojego wielkiego sąsiada zza lasu. Do miasta leniwych spacerów bulwarami i wielogodzinnego przesiadywania w nieistniejący Alkierzu między dwoma rzymskimi kościołami, nad pierogiem z kapustą i nalewką z pigwy.

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla.

Więc jadę. Mimo ponurego dnia i mimo zbliżającej się nocy. Zamiast uciekać przed zmierzchem, jadę mu na przeciw. Przez wysoki sosnowy las, wzdłuż  Ogrodniczek, gdzie w liceum patrzyłem z ukrycia, w platonicznym zachwycie, na blond Olę z pieprzykiem na prawym policzku, jak zjeżdża na sankach stromym zboczem. Z wysokiej estakady patrzę na mityczne, tajemnicze jezioro Komosa z wyspą pośrodku, na której zazdrosny brat zabił brata. Kain zazdrosny nie o Boga, ale o kobietę, zabił Abla na wyspie, do której każdego lata w środku nocy przychodzę pływać. Dawniej z kimś, teraz sam.

Jadę do Supraśla nie wiadomo, po co. Już wiem. Jadę po to, że dobrze jest czasami pojechać do Supraśla. Ewangelicki cmentarz z upiorną, neogotycką kaplicą Buchholtzów. To jedyny ślad po Niemcach. Pamięć o tym, że budowali i Supraśl i Białystok, została zatarta mocniej i skuteczniej, niż pamięć o Żydach. Myślę o zapomnianym cmentarzu niemieckim w Bacieczkach, za żwirownią, na którym straszy pomnik Apolla z urwaną głową.

IMG_20200109_152432_1.jpg

Jadę dalej. Obok stadniny koni. To prawie centrum. W Supraślu wszędzie jest centrum. Miasto otoczone szczelnie gęstym lasem jest wymarzoną scenerią jakiegoś skandynawskiego, zimnego kryminału, w którym wszyscy się znają od podszewki, a i tak nikt nie wie, kto zabił tę małą córkę nauczycielki z ulicy Nowy Świat, która wyszła do lasu po jagody i już nie wróciła.

IMG_20200109_152147.jpg

Na rondzie w prawo. Tam, trochę poniżej poziomu drogi, drewniany plac zabaw, na którym fikaliśmy kiedyś z synem pod czujnym okiem i nadzorem Wiecznie Podejrzliwej Madki. Skręcam w 3 maja i płaczę nad tym, co okrutnego uczyniono z moim Barem Jarzębinka, w którym były ceraty, plastikowe sztućce, kefir i najlepsza kiszka ziemniaczana na świecie. Teraz się tam zmieniło. Już tam nie chodzę. Nie lubię klimatu Krupówek.

IMG_20200109_151610.jpg

Przy bazarze stoi beczka, z której każdego lata Lech Kruk nalewa z beczki najlepszy ruski kwas chlebowy w Polsce. Lepszy piłem tylko na ulicy Bandery we Lwowie, tuż obok Lwowskiej Politechniki.

Obok – księgarnia. Księgarnia przy rynku powinna być warunkiem nadania praw miejskich. Supraśl jest miastem z krwi i kości.

Mijam szkołę dla artystów, do której przywiozłem kiedyś jedną z jej absolwentek – egzaltowaną, filigranową, czarną, nieśmiałą i oziębłą malarkę Anię. Trzydziestoletnia Ania biegała wtedy wokół kolejnych pracowni, zaglądała do okien i z podniecenia wydawała z siebie takie śmieszne piski. Niestety, nie udało mi się nigdy utrzymać tego podniecenia do czasu, kiedy trzeba było wracać do domu i zaprosić Anię do siebie na wino.

IMG_20200109_151558.jpg

Teraz wracam. Wyjeżdżam na szosę obok nowego mostu. Przejeżdżam jeszcze raz przez rondo i powoli żegnam się z Supraślem.

Wrócę przez Nowodworce z brukowaną ulicą, przy której stoją stare wozy strażackie. Oglądaliśmy je z synem kiedyś, przy czujnej asyście Wiecznie Kontrolującej Madki.

Robi się ciemno. Łąki nad rzeką Supraśl są Iwaszkiewiczowskie. Brązowe, ciemnozielone, znikające we mgle przed nadejściem nocy.

Wasilków jest już cały ciemny.

Dobrze jest czasami pojechać do Supraśla.

IMG_20200109_151222

Jane Fonda

 

Jane_Fonda_1963.jpg

Każdy mężczyzna ma swoją, tylko jedną kobietę, którą nazywa Jane Fonda. Ja też miałem swoją Jane Fonda.

Kiedy ją poznałem, miała nogi jak łania, ubierała się i chodziła jak chłopak. Miała w dupie wszystko dookoła i pozostało jej to chyba do dzisiaj.

Miała chude, szczudłowate nogi, wielkie niebieskie oczy, rzadkie blond włosy i wystające kości policzkowe.

Była jedną chodzącą szyderą. Szydziła z wszystkiego.

Nigdy nie miała na sobie sukienki i nigdy się nie umalowała. Chodziła w spodniach i w cieniach pod oczami.

Jest taki gatunek człowieka, który nazywa się „chuda blondynka”. Była najdoskonalszą chudą blondynką, jaką spotkałem.

Była jak Jane Fonda w „Walk on the Wild Side”

Zaproponowałem jej potem wyjazd w Bieszczady. Którejś wiosny. Bez nadziei, że się zgodzi. Zgodziła się.

Pojechałem po nią autem do jednego z okolicznych miasteczek, gdzie mieszkała z rodzicami. Miała wtedy dwadzieścia lat.

Podjechałem pod gierkowski klocek. Wyszła taszcząc ogromny plecak.

Po drodze trochę gadaliśmy, trochę spała. Nie miałem wobec niej żadnych planów. Obudziłem dziewczynę, trącając niby niedbale jej kolano.

Pobudka!

Potem wspólnie wspinaliśmy się na szczyt. Zewsząd lały się potoki wiosennego deszczu. Trochę się ślizgaliśmy po mokrych kamieniach. Gadaliśmy. Ona się wtedy świetnie znała na muzyce. Śpiewałem jej piosenki Much.

W końcu dotarliśmy. Byliśmy ogromnie zmęczeni. Znaleźliśmy jedną pryczę, na której położyliśmy nasze dwa śpiwory. Poszliśmy na dół jeść i śpiewać.

Wróciliśmy długo po północy.

Wleźliśmy w swoje śpiwory i zaczęliśmy próbować się przytulać. W tych dwóch kokonach, musiało to być nieporadne.

Jakiś człowiek, który spał pryczę nad nami, krzyknął, żebyśmy przestali się oblizywać.

Ona wtedy powiedziała mi coś bardzo miłego. Coś więcej niż zwykłe „kocham Cię”.

Codziennik 127 – Wspomnienie wigilijne

25626888_10160506347855643_4593730486401462831_o

25 grudnia 2017 r.
Dziś były świąteczna kutia z maku, pszenicy, migdałów, orzechów laskowych, kokosa i miodu oraz szejk z truskawek z Glinnika i mleka kokosowego. No i prezent od Mikołaja, który babcia Terka znalazła dziś pod choinką. Mój syn nie znajduje towarzyszy, poza mną, dla entuzjazmu z wizyt ojca u Niego. Znajdujemy za to hejt, mimo tak wyjątkowego dnia, jakim jest Wigilia. Zostawiliśmy im opłatek i przede wszystkim otwartość na dobre chęci. Przepracowujemy to. Każda minuta wspólnie to krok naprzód.

Codziennik 121 – Z zapisków

10 grudnia 2017 r.:

Zrobiłem dziś Małemu i mojej siostrzenicy indyjską halawę. Nie wygląda to jakoś super, ale mieszanka prażonej kaszy manny, banana, soku z cytryny, rodzynek, kurkumy i cynamonu to coś, co Małemu smakowało bardzo. Oprócz tego zrobiłem mu focaccię na słodko i mus pomelowo-mandarynkowo-bananowy. Z tych trzech propozycji zdecydowanie halawa smakowała mu najbardziej. Musu nie tknął z powodów, które pominę milczeniem.

Ale wcześniej nie mogłem powstrzymać się przed dumą z Oli, mojej siostrzenicy, która będąc akurat w Białymstoku postanowiła, że przygotuje dla mojego syna mapkę Miasta Gapko – miejsca, gdzie spędzamy większość naszego czasu podczas spotkań. Mapa namalowana kredkami i farbami przez Olę jest naprawdę imponująca, mój Mały docenił trud swojej siostry ciotecznej Do floty miasta GapKo dołączyła kolejna straż pożarna, samochód sprzątający od Oli i samochód Kibelek od babci Terki. Dodatkowo, jutro Ola idzie z klasą na pocztę. Mając do wyboru jedną osobę, której wyśle życzenia świąteczne, wybrała mojego syna. To nic, że kartka do niego na 100% nie dotrze, liczy się fakt.

Resztę z litości pominę tradycyjnym milczeniem.

Codziennik 119 – Zapiski cd.

3 grudnia 2017 r.

Helbe małemu smakowało. Mój chłopiec ma swoje zdanie, niezależnie od podszeptów. Na następny raz zażyczył sobie pizzę z jabłkami. Poradzimy. Myślę nad focaccią z musem antonówkowym, co go babcia Terka jesiennymi nocami pasteryzowała w słoikach.

Codziennik 118 – Tata i jego syn

Jest na tym zdjęciu wszystko, o co chodzi. Sztruksowa kurtka ojca, w której chodził od zawsze i w której od zawsze go pamiętam. Wersalka, jakich wtedy miliony i każda taka sama. Szlafrok w paski, który w czasach niedoboru służył jako uniwersalne narzędzie okrywająco-suszące. No i spojrzenie w tę samą stronę, zawsze w inną niż wszyscy. Tata i jego syn.

Codziennik 114 – Z zapisków cz. II

24059372_10160291595915643_5420942000240028030_o.jpg

26 listopada 2017 przed:

Dzisiaj mus czekoladowy z awokado i bananem, chałwa zwykła i czekoladowa w kształtach różnych z sezamu i miodu podlaskiego oraz tradycyjna kawka zbożowa Anatol. Samochodziki do Miasta GapKo od stęsknionej za wnukiem babci Terki z Białegostoku, a ode mnie kolekcja literatury dziecięcej zdobyta dzisiaj na giełdzie staroci przy Jardzie, encyklopedia dla dzieci i, co najważniejsze, odcinek Kajko i Kokosza, który to komiks uwielbiałem ponad życie. W planie jest jeszcze kilka innych rzeczy, które jest się w stanie zrobić na kilku metrach kwadratowych. Jak my sobie poradzimy w te marne dwie godziny na tak marnym obszarze, w takiej marnej atmosferze i tak wysokim ciśnieniu? Jakoś poradzimy.

24059401_10160293612600643_4835677241993978650_o.jpg

26 listopada 2017 po:

Mus czekoladowy z awokado i bananem smakował Mu jak cholera (na zdjęciu). Chałwa też. Tak mu smakowały, że aż dostałem zakaz przynoszenia jedzenia, heh, mam w dupie zakazy wynikające ze zwykłej złośliwości i zawiści, pominąłem to milczeniem. Rozbudowaliśmy Miasto GapKa o przedmieścia, gdzie mieszka gajowy Lulek, gdzie jest Fabryka Samochodów Nowych i sklep spożywczy „Owoce, Warzywa, Napoje, Ryż, Kasza, Makaron”.

Całą resztę pominę milczeniem. Z litości.