Pochwała pigułek

Zaprawdę, powiadam wam, żyjemy w pięknych czasach. Lekarze bezinteresownie wypisują ludziom recepty na narkotyki. Mówisz i masz. Pesel, adres zamieszkania i biegniesz do apteki. Pigułki każdego rodzaju, neuroleptyki, opioidy, enylopiperydyny, benzodiazepiny. Na sen imidazopirydyny, kwetiapina, jednak najlepsza dla bezsennych dusz znużonych halucynogennymi krótkotrwałymi tripami, tym, którym zależy na spokojnym, głębokim śnie, jest promazyna – euroleptyczny lek psychotropowy, bliska siostra fenotiazyny.

Strach przed tabletkami jest bezzasadny. Czasy są takie, że to farmaceutyka podąża za coraz bardziej wysublimowanymi potrzebami zmęczonych życiem, znerwicowanych, złych na świat trzydziestoletnich starców. Należy więc korzystać ile wlezie z dobrodziejstw medycyny, chyba że najlepszym lekarstwem na bóle i smutki ma być butelka wódki, ewentualnie mocny sznur powieszony w piwnicy peerelowskiego bloku.

Wybierzmy więc życie, wybierzmy więc pigułki. Rano jedna na depresję, jedna na lęki, wieczorem jedna na sen. Ta drobna inwestycja zwróci się kolejnymi trzydziestoma latami w umiarkowanym smutki i melancholii, które przecież są w sumie najbardziej twórczymi nastrojami, jakie może sobie wymarzyć każdy artysta.

Runnin’ up

Szósta rano. Wysypiam się tu nadzwyczaj dobrze, bo przed ciszą nocną do sali numer jeden mojego oddziału na czwartym piętrze z widokiem na lądowisko helikopterów i pięknym skajlajnem puszczy wkracza siostra z naręczem przeciwbólowych i nasennych narkotyków. I zachęca, by wybierać.

Oto czas na bezbolesny sen, na głębokie, realistyczne marzenia senne, na poranki z dobrym nastrojem.

I nie przeszkadzają już obce zapachy starszych współtowarzyszy, jęki pooperacyjne, parsknięcia salowej z białoruską chustką na głowie. Po obudzeniu bez lęków i z wypoczętą głową czytam z uważnością, pozwalam, aby Kurt Vile – choć słucham tej płyty już po raz tysięczny – mościł się i sadowił swoim spokojem i przestrzenią i tą fruwającą gitarą i tym wyluzowanym głosem w całej mojej głowie.

Tarnobrzeg

Wielowymiarowość świata przejawia się w jego wielowarstwowej strukturze, przypominającej płyty tekttonicze albo układ poszczególnych wartstw kemowego ciastka z truskawkowym nadzieniem. Podróż, szczególnie ta powortna, do miejsca, które odkryło przed wędrowcem swoje centra i manowce, to ciekawskie odkrywanie kurzu na powierzchniach, które się kiedyś widziało, wąchało, dotykało, jadło, lizało. Ten kurz czasu przykrywa wszystko – tamte rzeki, które od tego czasu zdążyły mienić bieg, te restauracje i bary o inych nazwach i innym asortymencie, te już nie brukowane ulice, te już nie zwykłe, ale oświecowone świecowymi nabberami neonów. Warstwy zapominania przykrywają także ludzi, jak łuszcząca się skóra na rękach i piętach, jak słoje dorastających co roku i kilka milimetrów brzozy drzew.

W tarnobrzeskim rynku, okrytym całymi wieczorami ciemnością, rynku ani ładnym ani brzydkim, ani wielkim ani dużym, w miejscu gdzie powinien znajdować się ratusz, jebie prostu w oczy adresywny żółty szyld „Biedronki”. Światło z tego miejsca oświetla cały rynek, a z tej jasnej groty wychodzą i wchodzą, jak z betlejemnskiej stajenki, zadowoleni ludzie z zakupami, by po chwili znikać w zakamarkach drukondygnacyjnych kamienic, krętych uliczkach w różne strony.

Jaki ślad pozostanie po mojej kilkugodzinnej wizycie w Tarnobrzegu? Czy tej lśniący bezczelnie, dominujący wszystko neon, będze tą warstwą, która przyćmi brudny hotel w kształcie statku pirackiego, gdzie nocowałem, pizzerię, gdzie pijani chłopcy pokazywali kelnerkom swoje małe spocone  fiuty i blade owłosione tyłki? Księgrnię, w której coś kupiłem, choć nie wiem co? Telefon, który wykonałem do bardzo ważniej osoby, choć już nie pamiętam, z kim wtedy rozmawiałem?

Moc truchleje

Śnieg się topi, moc truchleje. Chodniki pokrywa biała warstwa soli. Spod zasp wyłaniają się puste butleki po ruskich szampanów i resztki sylwestrowych petard. Polscy londyńczycy, irlandczycy i warszawscy słoikowcy już pojechali do swoich zmywaków, korporacji i uniwersytetów. Miasto wraca do swojego zwykłego, nudnego, przewidywalnego rytmu. Dopiero teraz widać, jak jest tu nudno i brudno. Wszystkie samochody rozjeżdżające kałuże na Alei Piłsudskiego są utytłane brudnym brunatnym błotem.

Słoneczne poranki nie rekompensują dotkliwego już o tej porze roku braku światła. Obchodzimy martwy sezon między jednymi a drugimi świętami. Niczego nie opłaca się jeszcze rozpoczynać, niczego nie warto kończyć. Teraz się czeka, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, na co. Tutejsza smutna zgoda na rzeczywistość, nawet jeśli wszystko wskazuje na najgorsze, jest teraz widoczna i dotliwa bardziej, niż kiedykolwiek.