Ojciec

Mój ojciec był niezwykłym człowiekiem. Skrajnie inteligentnym i błyskotliwym. Zagadki analityczne rozwiązywał bez mrugnięcia okiem, był pod tym względem geniuszem. Pozwalał mi na wszystko, miałem dzięki niemu wspaniałe dzieciństwo, mimo rozbitego związku z moją mamą. Pochodził z prostej, robotniczej rodziny, dlatego jego karierę naukową traktowano jako wielką dumę rodzinną. Jednocześnie był osobą skrajnie nieporadną w sprawach życiowych, społecznych i emocjonalnych. Nie poddawał się przy całkach, ale poddawał się łatwo jeśli chodziło o sprawy życiowe. Po rozstaniu z mamą popadł w wieloletnią depresję, tak samo, jak jego ojciec po śmierci mojej babci Ani ze Stolina, z domu Linkiewicz. Miłość do żon była całym ich życiem, więc po jej utracie, obaj z dziadkiem popadli w stagnację i smutek. Naiwność i prostota to określenia, które najlepiej opisują osobowość mojego dziadka i ojca. Każdego dnia przekonuję się, jak blisko jest mi do tych nieżyjących już facetów.

Władza

Power to the people Painting by Sophie Sarti | Saatchi Art

Władza zawsze wzbudzała moją niechęć. Unikam jej, jak tylko mogę. Zawsze, przy krótkich okazjach, gdy byłem tak zwanym „szefem”, tak naprawdę żadnym szefem nie byłem, bo nie potrafiłem wydawać poleceń, a dążyłem do dyskusji nad problemem. W związku z tym, moim podwładni mnie nie szanowali, bo ludzie potrzebują wykonywać polecenia szefa. To moja wielka wada, że nie potrafię wydawać poleceń.

Z przerażeniem obserwuję ludzi chełpiących się choćby okruszkami władzy, którą w jakiś sposób posiedli. Władzy nad petentem w urzędzie, władzy nad dzieckiem, władzy nad tym, kogo wpuścić do klubu. Ci ludzie, otrzymawszy choć odrobinę kontroli nad innymi, wysysają tę okazję do decydowania di sucha, do cna, do końca.

Popadam w smutek, gdy widzę tych ludzi głodnych władzy, spragnionych kontroli nad innymi jak żebrak głodny chleba. Każdy potrzebuje pożywienia, każdy potrzebuje miłości i wsparcia, ale czy władza jest na tyle słodkim narkotykiem, aby masturbować się nią, krzywdząc przy okazji niewinnych ludzi?

Cerkiew w Fastach

Najbardziej lubię ten właśnie widok, kiedy zjeżdża się do Fast wśród jabłkowych sadami, od strony Porosłów. Ekspozycja jest imponująca, jak na ten nizinny region, w którym mieszkam. Jedzie się z góry, a spokojną kontemplację ułatwiają liczne progi zwalniające oraz niestrzeżone przejście kolejowe na trasie do Ełku. Jedzie się wolno. Widzi się zdumiewający skyline, który jest szczególnie piękny o zachodach i wschodach słońca. W oddali, po lewej, zarys dobrzyniewskiego kościoła, i cała ta miejscowość podana jak na talerzu. Po prawej, zarys wieżowców, supermarketów dużego miasta, a w samym środku tej scenerii – cerkiew w Fastach. Skromna, a jednocześnie monumentalna. Pasująca do nudnego krajobrazu tego podmiejskiego miejsca jak kwiatek do kożucha. Zbyt ładna, zbyt wysmakowana, zbyt klasyczna, jak na to miejsce stanowi przepiękną, obcą narośl na krajobraz podmiejskiego osiedla zakładów samochodowych, brzydkich domków z betonu, oczyszczalni ścieków, upadłego kombinatu przędzalnianego i sznura samochodów ciągnących w kierunku Ełku.

Pelargonie

Po powrocie z sądu, gdzie po raz kolejny zderzyłem się z paradoksami biurokracji i bezdusznego traktowania mojego syna i jego życia, wniosłem schorowanego psa sąsiadki na trzecie piętro, a potem wystawiłem na klatkowy parapet kolejną partię pelargonii. Przyglądałem się dzisiaj długo tym kwiatom, które spędzają już trzecią albo czwartą zimę na klatce, by wiosną wrócić na świeże powietrze. Jakże te niepozorne, często przeze mnie zaniedbywane, stworzenia, zmieniają atmosferę, ocieplają klatkowy chłód, stanowią przedsionek domu! Myślę często nieskromnie o tym, ilu sąsiedzkich kłótni, idiosynkrazji i sprzeczek zapobiegły te pelargonie. Pewnie żadnej, ale fajnie jest się w ten sposób mylić. W niedzielę jadę do syna, w sam środek paszczy lwa. Znowu uwierzyłem w dobre deklaracje i obietnice. Naiwność to moje drugie imię.