Wszystko układało się dobrze do momentu gdy spytała

Odwiedził mnie dziś przyjaciel ze studiów, teraz znany dziennikarz radiowy. Przyszedł na kawę ze swoją półroczną córką Eugenią, przytroczoną do piersi taty specjalną chustą. Widok taki, że przestaje się mieć jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy tatusie kochają swoje dzieci mniej czy bardziej od mam. Rozmawialiśmy głównie o muzyce, o projekcie Tribute to Janusz Laskowski, w który próbuję się powoli włączać, o pracy i o spokoju, do którego każdy próbuje jakoś tam dążyć. Ten mój przyjaciel (mam nadzieję, że się nie obrazi za takie słowo) darzył mnie zawsze taką bezinteresowną sympatią i zainteresowaniem. Nawet wtedy, gdy większość ludzi się ode mnie odwrcacała, gdy coś przeskrobałem, wtedy on i jego żona zawsze jako jedni z pierwszych podawali mi rękę,

Ach, i dzięki A. miałem zaszczyt gościć na kiedyś radiowej antenie. Mogłem przynieść swoje ulubione piosenki i je puścić z odpowiednim autorskim komentarzem. Pamiętam, że było buro i ponuro, a ja chciałem, żeby było jeszcze bardziej spleenowo, więc piłem whiskey przez trzy dni przed nagraniem. Oto zapis tej audycji.
https://radeko.wordpress.com/2007/12/22/audycja/.

A potem napisała młodsza koleżanka studiująca na co dzień w Krakowie, chyba trzy kierunki, wariatka. Ponadprzeciętnie inteligentna, z dobrym, sarkastycznym poczuciem humoru, nie pozbawiona jednak wielu dóz współczucia, troski, chęci pomocy. No i przystojna. To ona skorygowała kierunek, którym teraz zmierzam. To były drobne poprawki od kursu, ale zadanie jest karkołomne i mały błąd może wiele zepsuć. Każdy wie, jaki to jest cel. Najważniejszy w całym moim życiu.

najpiękniejsze wiersze o miłości
napisałem dla kobiet
które nawet ich nie chciały
przeczytać

podobno rosyjskie baśnie kończą się stwierdzeniem
pili i żyli długo i szczęśliwie
i chciałem żeby właśnie tak było między nami

gdy przestaliśmy się widywać zaraz zacząłem spotykać się
z panną o urodzie modelki
i wszystko układało się dobrze do momentu gdy spytała
a właściwie to co to jest ta liryka

Piotr Macieżyński [XXX]

Reklamy

W błocie

Zły wieczór. Skórzany but od Hilfigera rozbryzguje szarą breję śniegu i błota. Nogawki dżinsów niedbale upchniętych za cholewki butów przesiąkają zimną, brudną wodą, a autobus jak zwykle się spóźnia. Powinienem był pojechać autem, myśli, ale jeżdżenie bez prawa jazdy, które stracił po zakończonej klęską nocnej potyczce z jakimiś śniadymi bandytami, nie jest najlepszym rozwiązaniem. Już dawno nie wyglądał tak punkowo, przez tę fryzurę, przez tę czarną skórzaną kurtkę, czarne spodnie, wysokie buty, podkrążone oczy, przez ten stan ciągłego braku równowagi. Jeszcze nigdy nie był tak skupiony na swoim własnym życiu.

Nie, nie ma ochoty spotykać się z kobietami, nie ma ochoty spotykać się z kimkolwiek, i nie wynika to z nienawiści, ale ze zwykłego zwierzęcego strachu. Nie interesuje go ten masochizm, którym ludzie obdarzają się na każdym kroku, próbując realizować swoje bardziej lub mniej mądre plany i ambicje. Teraz potrzebuje spokoju, aby prześlizgnąć się przez tę jesień i zimę w jak najmniejszym kontakcie z rzeczywistością.

Książki naukowe, żadych powieści o miłości, jeśli piosenki, to tylko te w miarę wesołe, jeśli filmy to tylko te, w których występują brzydkie kobiety.

Kiedy przyjechał autobus, który miał go zawieźć na drugi koniec miasta, plastikowa wiata przystanku poruszyła się pod naporem zimnego wiatru. Było około zera. Na przystanku nie było nikogo poza nim, gdzieś przez chwilę dwupasmową ulicą śmignął mercedes z napisem „Taxi’ na dachu, a w autobusie siedziały może dwie lub trzy osoby z postawionymi kołnierzami płaszczy, ze smutnymi oczami wpatrzonymi w noc za szybą.

Zobaczył ją, kiedy autobus mijał jakiś bank lub aptekę. Coś z bardzo intensywnym niebieskim neonem, który przez ułamek sekundy oświetlił jej twarz. A może to nie była ona? To trwało chwilę. Wydawało mu się, że jest smutna, ale pewna siebie. Rozpoznał ją po sposobie, w jaki zawsze stawiała kroki. W jej sposobie chodzenia było coś dostojnego, zawsze uwielbiał patrzeć, jak idzie w jego kierunku i jak się do niego uśmiecha.

Poczuł się przez moment jak dziecko, które widzi po raz pierwszy śnieg i próbuje go łapać, klepiąc bezskutecznie dłońmi o szybę. Pomyślał, że teraz wysiądzie, pójdzie do domu, spróbuje zasnąć i następnego dnia będzie cierpliwie czekał, czytał, pisał i już na pewno nie wyjdzie lekkomyślnie na głupie spacery po mieście.

Krzywe zęby Bena Bridwella

Ci faceci z Band of Horses grają naprawdę świetną muzykę, chociaż wyglądają okropnie z tymi tłustymi włosami, brodami i niemodnymi koszulami w kratę. No, ale jak się jest z Seattle, to ma się pewne obowiązki. A ten Ben Bridwell nie dość, że ma fajny, nienachalny głos, to od razu przypadł mi do gustu bo ma krzywe zęby podobne do moich. W tym sezonie Kurt Vile, I am Oak i Band of Horses stanowią słodko-gorzką trójcę piosenek poruszających te dobre emocje, dostarczających czegoś w rodzaju spokoju.

W supermarketach i windach puszczają muzykę, która ma pomóc w zakupach albo przezwyciężyć klaustrofobiczną furię. Na czym polega ta fenomenalna zdolność muzyki do wpływania na nastroje, przywoływania dobrych i złych wspomnień, wzruszania, kojenia, irytacji, złości i wszystkich innych emocji, których są przecież miliony? Dlaczego jakiś facet z krzywym zgryzem siedzący na drugim końcu świata z gitarą i brzdąkający jakieś melodie oparte na powtarzanych setki razy harmoniach potrafi tak precyzyjnie towarzyszyć ci tym, co czujesz, o co ci chodzi? Na te i szereg innych pytań będziesz mi musiał kiedyś odpowiedzieć panie Benie Bridwellu.

Postanowił wejść na tę górę od Wschodu

Więc najpierw wysiadł zimnym rankiem, po całonocnej podróży z Warszawy do Zagórza pociągiem pełnym żołnierzy na samowolkach, ukrywających się przed żandarmerią w nieogrzewanych, pełnych dymu ze śmierdzących ukraińskich fajek kiblach, gdzie odbywa się codzienny konflikt między tymi wyposzczonymi ogolonymi na łyso mi żołdakami a studentami z całego kraju. Wtedy po raz pierwszy odkrył uroki Tatry Mocnej prosto z puszki, którą częstowali go ci chłopcy, mający ewidentnie w interesie nawiązanie bliższego kontaktu z towarzyszącymi mu dwoma dziewiętnastoletnimi blondynkami o długich chudych nogach i sarnich oczach, całkowicie przerażonymi sytuacją, w jakiej się znalazły.

Żołnierze wysiedli w Rzeszowie, a one wtedy spokojnie zasnęły, przytulone do siebie, opatulone w zielone kutrki, w kącie przedziału drugiej klasy. Słuchał Howing Bells patrząc w przetaczającą się za oknem czerń. Wjeżdżali w Bieszczady. Lesko, Sanok i ostatnia stacja – Zagórz. Obudził blondynki, kiedy pociąg już hamował. Była dziewiąta. Wysiedli i prowadził zaspane dziewczyny przez zasypane śniegiem tory do prowizorycznego dworca. W samoobsługowym sklepie kupili zupki do zalewania wrzątkiem, herbatę, krupnik i kilka innych niezbędnych drobiazgów.

A po chwili już jechali PKS-em do Lutowisk. Serpentyny za Zagórzem przed Leskiem z tym pierwszym skajlajnem Bieszczadów, a Lesko to brama do prawdziwych gór. Wielką Pętlą Bieszczadzką wtoczyli się do Ustrzyk Dolnych, a dziewczęta powoli się budziły. Po minęciu peerelowskiego domu towarowego Halicz, gdzie Ukraińcy handlują fajkami i spirytusem, skręca się w prawo i wtedy już poczuł, że zbliżają się do Góry.

Opowiadał im, również wtedy, o tym miejscu, budził ciekawość i chęć wyjazdu, choć w gruncie rzeczy wiedział, że ten wyjazd jest nie dla niego, ale dla tych dwóch błękitnookich dziewcząt, które po raz pierwszy w życiu jechały dalej niż do Warszawy. Były podekscytowane, ale jednocześnie poddawały się jego opowieści. Lecz w pewnym momencie poczuł, że – tak jak zwykle – to przestaje być jego opowiadanie, ale własne, subiektywne, bardzo mocne, wyraźne przeżycia.

Tak się działo zawsze, kiedy mijał Czarną. Po prawej stronie drogi, osnuty mgłą, ciągnął się Otryt. To zawsze był początek końca świata, taka metropolia na samych krańcach wszystkiego. Bo niby poczta, dwa bary, dwa sklepy, szkoła i urząd gminy, nawet chyba bankomat, ale tak naprawdę to dalej już nie ma żadnej cywilizacji, są sklepy w Dwerniku, Zatwarnicy i Chmielu, jest nawet jakiś bar, ale nikt kto, tam nie był, nie zdaje sobie sprawy, że to już nie są prawdziwe sklepy i knajpy.

Tymczasem wysiedli z autobusu, założyli stuptuty i ruszyli pod górę. Minęli urząd gminy i szkołę, a za starym cmentarzem skręcili w prawo, w wąską asfaltową drogę. Dziewczyny patrzyły na pasmo przed nami i zaczęły żartować o szkole, o wakacjach, o kolegach z roku, o nim. Lubił, jak się o nim żartowało. Lubił plotki na swój temat. I lubił, jak ładna dziewczyna zaczynała zdanie od „a wiesz, że o tobie mówią, że….”. Nie lubił rozmów o filozofii i socjologii. Nie lubił rozmawiać o polityce, kiedy wchodził na Otryt.

Po kilkuset metrach mija się przysiółek z wściekłymi, ujadajacymi jak diabli psami, dla których każda żywa istota to wilk. Przy ostatnim zabudowaniu skręca się w prawo i idzie jakiś kilometr drogą ułożoną z betonowych klocków. Wieje jak diabli, bo to jest otwarta przestrzeń. Po prawej światła Lutowisk i Ukraina na horyzoncie, a po lewej pasmo tego najdzikszego pasma w Bieszczadach. Na końcu tej drogi jest drewniana wiata. Śniegu było po kolana, niby nic, ale zatrzymali się na piwo. Pamięta czerwone od zmęczenia i podniecenia policzki blondynek, które uśmiechały się do siebie nawzajem, podając z ręki do ręki niebieską puszkę Leżajska.

A potem prowadził je na przełaj, przez tę łąkę, unikając skutych kruchym lodem kałuż ukrytych pod cienką warstwą lutowego śniegu. Szły za nim, po jego śladach, zdziwione, skąd on zna tę drogę tak dobrze, bo w ty miejscu nie ma prawie żadnych znaków. A on się wstydził przyznać im, że chodził już tędy wiele razy, w różnych porach roku, różnych porach dnia i o różnym stopniu trzeźwości lub jej braku.

Weszli w końcu w linię lasu. Marsz był trochę łatwiejszy, ale to był tylko kawałek do stokówki. Po przejściu w poprzek drogi usiadły na chwilę na ławce, którą odgarnął od śniegu rękawem kożucha. Zrobili siku, wypili jeszcze jedno piwo, on drugie, one drugie na pół. Pomyślał, że to trochę dziwne, że prowadzi dwie piękne dziewczyny gdzieś w las, na końcu świata, a one mu ufają. Od kilkudziesięciu minut było już ciemno.

Od tego momentu, aby wejść na pasmo Otrytu, trzeba przebyć trzy dosyć ostre podejścia w górę. Kiedy zatrzymywali się na kilkunastosekundowy odpoczynek, dziewczyny nasłuchiwały odgłosów zwierząt, bo jak jest ciemno, to słychać je o wiele lepiej. Światła Lutowisk były coraz mniej widoczne, zanikały między drzewami. Coraz lepiej widać było niebo upstrzone gwiazdami, setkami gwiazd.

Kiedy włazili na ostatnie podejście przed krzyżówką na Trochaniec, wziął od tej drobniejsza mały plecak wypełniony puszkami z piwem, założył go na ramiona i oszukał je, że to jeszcze tylko pięć minut do celu. Wdrapali się na pasmo, odpoczęli chwilę siedząc na drewnianym pniu, a wtedy blondynki zaczęły pytać, czy będą tam fajni chłopcy. Oszukał je, że na pewno będą. Szli kolejne dwadzieścia minut w pogodnym nastroju. – Co to jest, co to za światła? Zapytała ta wyższa, idąca kilkanaście metrów za nimi. Jesteśmy na miejscu.

Tego wieczora poszedł na chwilę do kominkowej, przedstawił dziewczęta znajomym i nieznajomym, wypił dwie bańki i poszedł spać na jaskółkę. Zasypiał patrząc na oświetlone księżycem połoniny. Pamięta, że obudził się dwa razy tej nocy. Pierwszy raz, gdy było jeszcze ciemno, usłyszał ich śmiechy i jak śpiewały którąś z piosenek Hey o zazdrości. Drugi raz już świtało, kiedy otworzył oczy i popatrzył jak śpią, opatulone w śpiwory, przytulone do siebie , zwrócone twarzami w jego kierunku. Wtedy pomyślał, że śpiąca, bezpieczna kobieta to najpiękniejszy widok, jaki można sobie wyobrazić

Długo się waha, aż w końcu decyduje się znowu sięgnąć po Dygata

I przypomina sobie największe przyjęcie na parterze trzypiętrowego domu w dzielnicy starców, gdy zgromadzeni mężczyźni i kobiety dyskutowali o tej powieści, która jest o pożegnaniach, którą czytał po raz pierwszy w pociągu linii Suwałki-Wrocław, którejś z najzimniejszych zim tego jeszcze niedojrzałego stulecia. Wtedy na tej linii był wagon Warsu, w którym po zamówieniu jajecznicy i żurku mógł siedzieć godzinami, tylko w Łodzi Kaliskiej trzeba było się przesiąść na miejsce na przeciwko, bo pociąg zmieniał tam bieg. Kiedyś siedzący przed nim starszy facet zasnął, a jak się obudził, to myślał, że dojechali już do Wrocławia i wracają, więc wyskoczył w panice na tę dziką Łódź Kaliską, tam, gdzie kibice ŁKS-u tłuką Widzewiaków. Czasami jeździł z przesiadką, wtedy trzeba było wysiąść na Łodzi Głównej i przejść Piotrkowską i Mickiewicza do Kaliskiej. Pamięta te swoje marsze z czarnym plecakiem na stelażu z jednego dworca do drugiego, ale nie pamięta, w jakim celu tam jeździł.

Jasne, że pamięta. Jeździł do swojej dziewczyny, ale tak naprawdę po to, aby pożegnać się na kilkanaście godzin z własnym domem, żeby patrząc na zimny krajobraz za oknem trzymać jedną rękę przy metalowym grzejniku, drugą ręką przewracać kartki książki i patrzeć na przepływające za oknem pociągu życie. Aby czytać książki i zapamiętywać przypadkowe zdania, które potem ujawniały się ze swoją aktualnością w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Tak jak to zdanie z któregoś opowiadania Hłaski o tym, że (przytacza z pamięci) jak się ma dwadzieścia lat, to klęska jest zajebistą przygodą, a dziesięć lat później kompletnie nie ma się czym podniecać. Och, kiedy jeszcze pamiętał to zdanie z dokładnością Hłaski, uwielbiał je wypowiadać i wzbudzać zachwyt słuchaczek, choć wtedy jeszcze udawał że jest dychę po dwudziestce.

Zawsze (co za drań!) lubił, choć – przypominam – jeździł do dziewczyny, nawiązywać wzrokowe przymierza z ładnymi dziewczętami, które przypadkowo siadały na przeciwko. Wielogodzinny festiwal ukradkowych spojrzeń, uśmiechów, ale nigdy prosto w twarz, udawania, że jest mądrym i wrażliwym chłopcem. To ostatnie wychodziło mu zawsze najlepiej. A potem, kiedy pociąg mijał zalew i wjeżdżał do tego miasta, po prostu pakował książki, zakładał plecak wychodził nie wiedząc, czy kieruje nim strach, czy pycha. Wiedział, że na dworcu czeka jego dziewczyna.

Dwa lata temu, również jesień, mejd in białystok

Jesień. Dni są coraz krótsze i chłodniejsze. Zmuszeni okolicznościami przyrody wyjmujemy z szaf swetry, a  przez uchylone okna samochodów, pociągów i mieszkań coraz częściej wpada zapach ogniska i palonych liści. Ten zapach to  jedna z najbardziej ambiwalentnych woni, bo jednocześnie letnia i magdalenkowa, ale równie mocno i bezwzględnie sygnalizująca rychłe nadejście tej dziwnej, tylko polskiej, pory roku. Pory zapowiadanej zapachem „chwastów w sadach” i „zielonym dymem”, jak pisała o niej Agnieszka Osiecka. Pory bez nazwy, rozpoczynającej się w październiku, a kończącej w maju. Pory szarości, sezonowej depresji, pluchy i zniechęcenia.

Póki co, trzeba się cieszyć i chłonąć ten czas, bo późny sierpień i wczesny wrzesień to najfajniejsze miesiące roku.  Za kilka dni skończy się pora urlopów. Minie czas, w którym miasta, opustoszałe w ciągu dnia, stają się hałaśliwe nocą. Pospadają kasztany, licealistom zacznie się szkoła, a w knajpach – jak głoszą nieśmiertelne wersy „Warszawy” – zacznie się życie. Brak światła osłabi fotosyntezę , a niedobór chlorofilu sprawi, że karoteny i antocyjany ujawnią się fioletami, żółciami, pomarańczami i szafranami liści w parkach.

Ta polska „latojesień” to bardzo inspirująca pora roku. Napisano o niej  kilka ewidentnie genialnych piosenek. Jeśli chciałbyś przeżyć ją z muzyką na uszach, to taka plejlista powinna się zaczynać od „Spotkajmy się pod koniec sierpnia” Komet, gdzie ten żal za odchodzącym latem domaga się spotkania gdzieś blisko, niedaleko „miejsca, w którym mieszkasz”, bo przecież na długie podróże nie ma już ani czasu, ani pieniędzy. Równie dobrym miejscem na taki spacer jest aleja parkowa, będąca miejscem akcji pięknej piosenki Krzysztofa Klenczona. W tej piosence, choć już „jesień idzie przez park”, to podmiot liryczny wciąż myśli o lecie i żarze wakacji. Motyw ten pojawia się u Czerwonych Gitar kilkukrotnie. Chociażby w „Historii jednej znajomości”, trafiającej pod względem letnio-jesiennego nastroju w samo sedno, z poetycką perłą o spacerze plażą z psem, co „Głos Wybrzeża w pysku niósł”. Czerwone Gitary miały na punkcie jesieni równie absolutnego co zrozumiałego fioła.

Na takiej letnio-jesiennej plejliście powinny się też znaleźć co najmniej dwie piosenki Róż Europy. Jak choćby ta, w której Piotr Klatt pyta, jak pachną dziewczęta jesienią  i znowu przywołuje w odpowiedzi zapach „nadmorskiej plaży”, a zaraz potem „smażonej flądry i po irlandzku parzonej kawy”. Jesienne dziewczęta w piosence Róż pachną warzywną sałatką, migdałami, czosnkiem i goździkami. Klatt nie pozostawia złudzeń, ani co do tego, że chodzi o polskie dziewczęta, ani, że „jesienią porą emigrantów dziewczęta pachną najładniej”. A kiedy na wieczorne spacery zrobi się już zbyt chłodno, Róże Europy proponują „Jedwab”, i „ciepłe dekoracje pokoju”, gdzie – na przekór jesiennej niepogodzie – można oddać się „rodzynkom, krewetkom i mandarynkom” popijanym kalifornijskim winem (od siebie dodam, że nie musi to być Carlo Rossi).

Dużo mniej subtelne, acz równie emocjonalnie dotkliwe doznania kulinarno-odzieżowe tej letnio-jesiennej pory roku proponuje nam znowu Lesław z Komet w nastrojowym utworze, który już w tytule daje nam do zrozumienia o czekającej nas już niebawem zmianie. Za tydzień albo dwa  wyrzucimy na dno naszych szaf i szuflad krótkie koszule, lniane spodnie oraz klapki. Minione lato będziemy wspominać „w dżinsach i swetrze”, siedząc z butelką wina w wiklinowym koszu, na opustoszałej bałtyckiej plaży.

A na koniec tej specyficznej plejlisty proponuję powrót do upalnego, leniwego, sierpnia. Do upałów, które – jak podają w telewizji – już na pewno nie wrócą. Do opustoszałego miasta w „upalną, sierpniową niedzielę” gdzie Krzysztof Varga je pieczone kurczaki, popija piwem z butelki i mówi najbardziej letnio-jesienne zdania, jakie słyszałem.

Tekst pierwotnie został umieszczony na portalu MadeInBiałystok, ale portal przestał istnieć, a wiele osób pyta o niektóre moje teksty, więc te, które darzę większym sentymentem, umieszczam tu, a te, które darzę mniejszym, tutaj.

Decyduję się po latach znowu posłuchać pierwszej płyty Partii

Kolejna przeprowadzka i sprzedaż  Toyoty, a wszystko w ciągu zaledwie kilku krótkich jesiennych dni. Szukam na internetowych aukcjach auta z duszą i bez elektroniki, selekcjonuję znowu książki na te do przeczytania, do zapomnienia i przypominania. W starym jamniku Philipsa siedzi nie odtwarzana od lat, zakuzona pierwsza kaseta Partii, z którą spędzałem kiedyś nocne wycieczki autobusami po mieście. A gdzieś w Puszczy Augustowskiej tego lata, w trakcie spaceru nad jezioro, J. zadał zagadkę, w jakiej piosence pojawia się fraza „anteny trzypiętrowych bloków”. A ja wtedy przypomniałem sobie, jak znajomy fotograf K.D. opowiadał mi o sesji z Lesławem, na którą umówili się w mieszkaniu wokalisty Partii, gdzieś przy Rondzie Babka, na dziesiątym piętrze z widokiem na Arkadię. K. jest moim przyjacielem z dzieciństwa, mieszkaliśmy trzy kroki od siebie, ja przy Palmowej, on przy Gajowej. I jak rozmawialiśmy o tych zdjęciach dla Lesława, to choć obaj byliśmy już coś po studiach, czuliśmy, że Lesław zdradził nasze osiedlowe ideały. Bo gdzie to boisko, gdzie place zabaw, gdzie „błękit nieba przeszywają samoloty”?

Nie powinieneś przywiązywać się do ludzi, a już szczególnie nie powinieneś przywiązywać się do przedmiotów i starych piosenek. Żadnych sentymentów wobec miejsc, które okazały się ważne, unikaj wszelkich silnych uczuć wobec kobiet, wobec rodziny, wobec samego siebie. Nie powinieneś wzruszać się na czarno-białych filmach i – zrozum to raz na zawsze – staraj się zapomnieć o wszystkim, co było godne twojego zaangażowania, troski i pamięci. Wtedy na pewno przetrwasz.