Codziennik trzydziesty – Wewnętrzny Głos

SONY DSC

Wiosna się zbliża.

Skąd o tym wiem?

Wewnętrzny Głos powiedział mi dzisiaj, gdy leżałem w wannie i grałem w Literaki, abym koniecznie i w trybie pilnym zrobił bigos z reszty kiszonej kapusty stojącej w kamiennej beczce na balkonie.

– Jak nie zrobisz bigosu, zrobi się ciepło i kapusta się zepsuje – powiedział Wewnętrzny Głos.

Takich Wewnętrznych Głosów to ja nigdy nie lekceważę.

Zrobiłem bigos.

SONY DSC

Reklamy

Codziennik dwudziesty siódmy – parapet i pelargonie

pelargonie

W mojej kuchni jest wielki, granitowy parapet. Dziewczyna, która spędziła w tym mieszkaniu dzieciństwo, a potem sprzedała po śmierci babci, opowiadała, że spędziła na tym parapecie całe dzieciństwo, patrząc na przyblokowe życie. Z tego okna widać piękną żydowską kamienicę, w której teraz mieszkają koty. Bliżej, na podziemnym schronie przeciwatomowym, stał drewniany dom państwa Skowrońskich, obok był chlewik i sad, po których pozostała tylko mirabelka, sięgająca swoimi gałęziami prawie drugiego piętra. W kwietniu obsypie się białymi kwiatami i będę miał w kuchni obłędnie.

W kwietniu i maju znowu urosną mi na tym parapecie zioła. Bazylia, mięta, tymianek, cząber, rozmaryn, melisa i co tam jeszcze wymyślę. Znowu mój parapet, przy którym robię jedzenie, stanie się zielony i pełen zapachów życia. Teraz większość ziół pogubiła liście albo umarła. Za mało słońca, niedostateczność mojej opieki z powodu corocznego, długotrwałego przygnębienia spotęgowanego brakiem mojego syna, suche powietrze z żeliwnych kaloryferów, w których nie da się ustawić ogrzewania?

Albo może – po prostu – zwykły cykl naturalnego, cyklicznego umierania i rodzenia się na nowo.

Pierwsze nadzieje tego, że wiosna w końcu nastąpi, że coś się zmieni, że ktoś (ten ktoś wie, o kogo chodzi) w końcu zrozumie, że życie nie polega wyłącznie na niszczeniu i deptaniu tego, co ktoś inny wytrwale, na nowo odbudowuje z deptanych po raz kolejny zgliszczy, to przygotowanie nowej roślinności do domu.

W ubiegłym roku zakochałem się na powrót w pelargoniach i przypomniałem sobie ich niezmienną obecność na parapetach w domach moich dziadków. Przypomniałem sobie ich żywotność, wytrzymałość, a przede wszystkim ten ziemisty zapach pelargoniowych liści.

Zapach, którego większość nienawidzi, a ja kocham.

Więc pierwszą nadzieją wiosny, ciepła i dawno nie widzianego w okolicach Białegostoku dobra, są górne pędy pelargonii, które wiosną przeniosły się na klatkę schodową wprost z balkonu. Sąsiadka z naprzeciwka pomogła mi je fachowo ponacinać, a teraz siedzą sobie w pojemniczkach na parapecie zanurzone w wodzie, nastawiają swoje mechate liście ku pierwszym promieniom ciepłego słońca i czekają, aż w wodzie pojawią się pierwsze zalążki korzeni.

Potem trafią do ziemi, by wciąż na parapecie czekać mniej więcej połowy maja. Wtedy w Polsce kończy się pora mrozów i pelargonie będą mogły trafić na balkon, a widok z tymi pelargoniami będzie dawał nadzieję, że po roku rozłąki syn i ojciec będą się mogli znowu spotkać, źli ludzie spokornieją, głupi ludzie zmądrzeją, a zazdrośni ludzie powstrzymają swoje zazdrości. Choć trochę, choć na chwilę, choć odrobinę. To nam wystarczy.

To nam wystarczy, abym mógł mu pokazać mój dom, widok z mojego okna, mógł go posadzić na granitowym parapecie, aby zza szyby liczył i nazywał zaparkowane pod oknem auta. Abyśmy mogli z balkonu, zza tych pelargonii, wspólnie obserwować ruch uliczny i patrzeć na niebo.

Andżelina

angela

Każde lato ma swoją piosenkę. Letnie piosenki przypominają o sobie dopiero wtedy, kiedy nadchodzi jesień. Od czerwca do września są skromnymi towarzyszkami tych wszystkich zajęć, które można wykonywać tylko o tej porze roku.

Latem władzę nad rzeczywistością przejmują dwudziestolatkowie. Z bezpiecznego dystansu obserwuję letnie przejęcie władzy nad światem przez chłopaków i dziewczęta poczętych w tych czasach, gdy my z kolegami i koleżankami z liceum wchodziliśmy w dorosłość. 

Latem nie rządzi policja, Kościół, politycy ani straż pożarna. Latem rządzą dwudziestolatkowie. Kiedy zaczyna się druga połowa czerwca, przestaję oglądać wiadomości, zawieszam czytanie gazet, rezygnuję z przejmowania się głodującymi w Afryce, powstrzymuję się przed kontaktami z osobami w moim wieku.

Im jestem starszy, tym bardziej doceniam młodzież. Nie tę, którą byłem dawno temu, z ubiegłego wieku, ale tę współczesną. Tę, która właśnie zakończyła kolejny letni sezon władzy nad światem.

To było najcieplejsze lato, jakie pamiętam. Nie spędziłem go tak, jak byśmy obaj chcieli z moim trzyipółletnim najwspanialszym mężczyzną na świecie, ale każdego gorącego wieczora patrzyłem na słońce zachodzące nad nieczynną fabryką włókienniczą, myślałem o tym, jak to będzie za kilkanaście lat, kiedy Mały będzie już duży i gdy będę mógł nadrobić to wszystko, co teraz jest nam zabierane.

Jakim będzie facetem, gdy już dorośnie? Tego nie wiem. Chciałbym, by był uśmiechniętym, otwartym i ciekawym świata facetem, odpornym na zło. Chciałbym, aby w obliczu zła zachowywał dystans. Nie walczył ze złem bez potrzeby, bo zazwyczaj walka ze złem skutkuje tylko zapaskudzeniem duszy. A wywabić plamy na duszy jest bardzo trudno. Już wiem, że złu lepiej ustąpić miejsca i pójść własną drogą.

Chciałbym, aby wypielęgnował w sobie i zachował jak najdłużej tę młodzieńczą radość cieszenia się prostymi rzeczami, która mi gdzieś uciekła i której próbuję się uczyć na nowo. Na przykład przyjemność smaku soku z pomarańczy ściekającego po brodzie i skapującego po nagiej klatce piersiowej kiedy będzie siedział na pomoście plaży miejskiej w Olecku po dniu spędzonym na pływaniu, graniu w siatkówkę na piasku i poznawaniu jakichś Hanek, Ig, Andżelin albo Zosiek. Siedział i patrzył na zachód słońca.

angela3Przyjemność ekscytującego drżenia w sercu, kiedy w jednej ręce będzie trzymał tę skapującą sokiem po łokciach ćwiartkę pomarańczy, a lewą przysuwał ku opierającej się rękami o drewniany pomost, siedzącej obok brunetki o imieniu Zosia, patrzącej na zachodzące słońce, ale tak naprawdę niecierpliwie czekającej, aż ten wysoki niebieskooki blondyn dotknie opuszkiem palca jej spalonej od słońca skóry pokrytej delikatnym meszkiem oświetlanym ostatnimi promieniami tego kończącego się dnia.

Przez ostatnie cztery miesiące mój balkon był przez cały czas otwarty, więc całą dobę słyszałem gwar miasta wziętego pod władanie dwudziestolatków. Słyszałem te wszystkie samochody z otwartymi na oścież oknami i szyberdachami, śmigające sto dwadzieścia przez centrum z głowami dziewcząt krzyczącymi niezrozumiałe słowa przeciwko gorącemu wiatrowi. Widziałem poranne powroty do domów dzieciaków zmęczonych całonocnymi przygodami po tym, jak wraz ze świtem zamykano ostatnie ogródki na Lipowej, a oni szli z radością na buziach ku swoim mieszkaniach w brudnych  wieżowcach przy Rzemieślniczej. Widziałem też pierwsze wrześniowe randki licealistów i licealistek, spacerujących po szkole, z plecakami, po zbombardowanych przez kasztany chodnikach Alei Piłsudskiego.

Te wszystkie drobne wrażenia, te delikatne przebłyski nieodległych zdarzeń i obrazów, te nie dające się opisać zapachy są cenniejsze niż wszystkie napisane i przeczytane książki, wszystkie nakręcone i obejrzane filmy, wszystkie nagrane i wysłuchane piosenki. Cała literatura, kinematografia, cała muzyka, to tylko nieudolne próby opisania tego wszystkiego, próby z z góry skazane na klęskę.

angelina2Zapach jeziora na chwilę po zmierzchu wdychany z wilgotnego pomostu, kiedy obok siedzi dziewczyna, którą bardzo chcesz poznać, ale się wstydzisz. Smak pierwszego pocałunku z tą dziewczyną kilka dni później, kiedy siedzisz na ławce w Parku Zwierzynieckim, ona siedzi ci okrakiem na kolanach, a w buzi ma poza twoim językiem gumę do życia Huba-buba. Zapach włosów tej dziewczyny, kiedy stoicie razem na urwanym moście, a dokoła szaleje burza z piorunami.

Nic z tego nie da się opowiedzieć, opisać, zagrać na scenie ani na gitarze. Te rzeczy można tylko przeżywać jak się ma dwadzieścia lat i krótkotrwałą władzę nad światem.

Ech, Wy dynie! (w słodkiej zalewie octowo-korzennej)

DSC_2745

Ech, Wy wszystkie dynie uprawiane przez ludzi nie wiadomo po co w ogrodach i na działkach! Wystarczy wrzucić wiosną do ziemi jedno nasionko i można o Was zapomnieć. Nie trzeba Was podlewać, nie trzeba z Wami rozmawiać, nie trzeba dopingować Was w rośnięciu. Plenicie się niepozornie, acz konsekwentnie po ogrodzie przez całe lato, aby we wrześniu niepostrzeżenie przeistaczać się w wielkie, ciężkie, spasione słońcem kule. Wtedy dopiero zwracacie na siebie uwagę. 

Zwracacie uwagę? To za mało powiedziane. Kiedy wszystkie kopry, ogórki, cebule, pomidory i pietruszki już dokonały żywota, wtedy Wy stajecie się cesarzowymi ogrodu. Na tle umarłych pędów lipcowych i sierpniowych roślin wyglądacie uzbrojone w te swoje twarde skóry jako jedyne zawodniczki przygotowane na walkę z jesienno-zimową, wilgotną, ciemną pożogą.

Mimo pozorów triumfalizmu i zwycięstwa nad nieubłaganym korowodem pór roku, Wasz los jest smutny. Po urodzajnym lecie wszystkie miejsca na półkach spiżarń i wszystkie puste słoiki zostały zapełnione ogórkami, paprykami, pomidorami, dżemami ze słodkich poziomek, malin i wiśni. Wasza obecność nie jest wyzwaniem, ale wyrzutem sumienia. Co zrobić z dziesięcioma kilkunastokilogramowymi olbrzymami zalegającymi ociężale na ziemi? Ileż można jeść zupę z dyni – pożywienie raczej okazyjne, niż codzienne, a też nie przez wszystkich cenione? Ileż można robić z Was ozdób na Hallooween tak uwielbianych przez niekatolickie dzieci?

Aby ukrócić wyrzuty sumienia nieszczęsnych ogrodników i nadać żywotowi dyń sens i pożytek, proponuję tutaj najlepszy – moim zdaniem – sposób na spożytkowanie tych tragicznych warzyw.

Przedtem jednak drobna uwaga, którą nie mogę się nie podzielić. Zawsze fascynowała mnie rozbieżność w nazewnictwie owoców i warzyw stosowanym powszechnie, a tym, jaką stosuje się w botanice. Na co dzień kulistą, żółtą dynię zaliczamy do warzyw. Z naukowego punktu widzenia jest to jednak przecież owoc rośliny „dynia zwyczajna”, który – z punktu widzenia systematyki owoców, jest rodzajem… jagody!

DSC_2752

Niezależnie od tego, czy nazwiemy dynię warzywem, owocem czy jagodą, jest ona jedynym chyba z płodów późnego lata, które najlepiej czuje się w towarzystwie cukru i jego nieodłącznych towarzyszy jesienną porą: cynamonu i goździków.

W tym roku postanowiłem więc zaprzyjaźnić otrzymaną z obopólną wdzięcznością od znajomej wielką, żółtą dynię, z ze słodką zalewą octowo-korzenną. Zalewę przygotowałem w następujących proporcjach:

  • 1 szklanka octu spirytusowego
  • 4 szklanki wody z kranu
  • 1 szklanka cukru
  • 1 kilkucentymetrowa laska cynamonu i kilka goździków zmielone w maszynce do mielenia kawy albo zgniecione niedbale w kuchennym moździerzu

Dynię przekroiłem na pół i łyżką wyjąłem miękki miąższ oraz pestki, które położyłem na papierze przy słonecznym oknie do wysuszenia. Połówki dyni obrałem jak najcieniej ze skóry (im bliżej skóry, tym więcej smaku i witamin) i pokroiłem w kostkę mniej więcej 3×3 cm. Kostki powkładałem do słoików bez przesadnego ugniatania.

DSC_2762

W tym czasie zalewa zagotowała mi się i ostygła. Zalałem nią słoiki po same wieczka (dynia lubi iść na powierzchnię), szczelnie zakręciłem i pasteryzowałem przez 20-25 minut.

DSC_2763

W ten sposób i Ty możesz nadać sens istnienia grubej, twardoskórej dyni.

Chwalcie łąki umajone, czyli kilka screenshotów z majowych szwendactw

Suszcie miętę – nadciąga piekło

SONY DSC

Zakończony kwiecień i maj 2018 roku były najcieplejszym kwietniem i majem w historii oficjalnych pomiarów temperatury w Polsce, czyli od co najmniej około 250 lat. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzega, że czeka nas rekordowo upalne lato. Potwierdziła to pani Zinaida Owsijuk. z Orli, która udziela szerokiego zakresu usług zdrowotnych i predykcyjnych osobiście, ale od tego roku również telefonicznie.

Zadzwoniłem więc pod numer +48700244777 (5,99 zł za min. + VAT), podany na jej oficjalnym fanpejdżu na FB. Zapomniałem, że akurat w telewizji leci Elif, a pani Zinaida wtedy nie pracuje, bo ogląda, choć oczywiście wie, jak się skończy.

W końcu jednak się dodzwoniłem i pytam o to rzekomo upalne lato.

– Ziemiankie na kartofli ma?
– Nie, w bloku mieszkam.
– A piwnice ma?
– Mam, ale tam szczury.
– Na szczury hubę obgotować, przywjeźdź jom do mnie, ja jom w wodzie święconej ze Grabarki zanurze, szczury z piwnicy pouciekajo. Tam wtedy zanieść siana do tej piwnicy i tam mieszkać do października.

– A w domu nie da się?
– Nie da się, upały bedą szatanskie, piekło, żeńszczyna, wszystkie zboża wyschnom, ofiary bedom wśród prawosławnych i katolików. Ksiendze i batiuszki smalić się będom.
– To co robić, pani Zinaido?
– Na okna dywany ze świentymi pozawieszać, żeby żar nie wpadał do domu, bo popali wszystko.Z domu nie wychodzić, mienty nasuszyć, parzyć, studzić, pić i czekać października.
– Dziękuję, zdrowia i z Bogiem.

Natychmiast po tym, jak dostałem smsa z informacją o kosztach porady szeptuchy, wsiadłem w samochód, pojechałem na działkę mamy szwagra, przywiozłem mięty i rozpocząłem suszenie. Do czego i Państwa namawiam bardzo gorąco.

Zielone

DSC_0468-COLLAGE.jpg

Kiełki papryki, pietruszki, bazylii, oregano, mango, kopru, majeranku i rozmarynu gramolą się niestrudzenie spod wilgotnej ziemi – ku światłu.

Łodyżki pelargonii, skrzydłokwiatów, meksykańskich reo i innych geranium wypuszczają w słoikach korzenie.

Kalanchoe rozprostowuje swoje liście, jakby przeciągało się po długim, zimowym śnie. Grubosz bezczelnie domaga się codziennego odwracania swojej zielonej, tłustej gęby do słońca.

Największa geranium ma już prawie dwa metry, chleje wodę jak lump Amarenę pod Biedronką i nie są to jej ostatnie słowa.

Nasiona owsa dzisiaj ułożyły się wygodnie w wilgotnej ziemi. Kiedy nasiąkną i nabiorą siły tak samo jak wszyscy w tym domu, będą parły niestrudzenie, wbrew przeciwnościom, ku górze, ku słońcu, ku wiośnie.