Syrop z pędów młodej sosny

DSC_4580.jpg

Jeszcze nie jest gotowy, ale już teraz jestem nim podekscytowany! Syrop z pędów młodej sosny – zbieranych tylko w maju, gdy dorastają do co najwyżej dziesięciu centymetrów, a ich zielonej powierzchni nie pokrywa jeszcze zbyt gruba, brązowa łupina.

We wspomnieniach mojej mamy i ludzi z jej pokolenia to lekarstwo funkcjonuje pod nazwą „syropu z pinii”. Mama wspominała, że w jej domu podawano ten syrop dzieciom tylko w wypadku choroby. Dlatego każdy chciał chorować.

Za zrywanie pędów młodej sosny w lasach publicznych można dostać mandat. Trzeba więc znaleźć sobie jakiś las prywatny. Tak, czy inaczej, nie należy niszczyć szkółek leśnych ani młodników. Najlepsze są skraje lasów sosnowych i znajdujące się obok nich łąki albo nieużytki. Tam lądują nasiona sosny z lasu i jakiś minimalny odsetek z nich rozpoczyna nowe życie. Prawdopodobnie krótkie, bo w takich miejscach najpewniej w ciągu co najwyżej kilku lat padną ofiarą piły lub siekiery.

Niezależnie od przyszłego losu młodych sosen, zrywa się tylko boczne pędy, pozostawiając sam czub do dalszego wzrastania drzewa. Tych bocznych też nie należy zrywać zbyt dużo. Co najwyżej po kilka z jednego drzewka. 

Najlepiej nożyczkami i koniecznie w rękawiczkach. Pędy krwawią lepką żywicą, którą cholernie ciężko zmyć.

Potem się te pędy przynosi do domu i oczyszcza mniej lub bardziej dokładnie. Bez żadnego mycia (bo po co?) wkłada się je ściśle do przezroczystego słoja i zasypuje cukrem. Warstwa po warstwie. Najlepiej jest je jeszcze czymś pouciskać jakimś drewnianym wałkiem, żeby szybciej oddawały to, co w nich najlepsze.

DSC_4586

Taki słoik stawiamy w ciepłym i słonecznym miejscu na 1-2 tygodnie, codziennie mieszając, a najlepiej przewracając do góry dnem. Po tym czasie syrop można odcedzić od pędów i przelać do butelek lub słoiczków. Jest w nich tyle cukru, że mogą stać – w chłodzie i mroku – nawet kilka lat.

Pozostałe, słodkie pędy, można natomiast zalać jakąś tanią wódką i po pewnym czasie otrzymamy równie leczniczy trunek.

Syrop z pędów sosny jest podobno świetnym remedium na przeziębienia i lekkie infekcje. Syropu można też używać do robienia naparów pomagających w kaszlu albo katarze.

Sprawdzę to zimą.

Reklamy

Brzozy, sosny, mniszki

DSC_4599.jpg

Tegoroczna wiosna upływa na oczekiwaniu na spotkanie z nie widzianym już od roku synem i na życiu w zgodzie z rytmem budzącej się do życia roślinności. Czekałem na tę wiosnę z tęsknotą taką samą jak tęsknota za nim, bo wydawało mi się nieprawdopodobne, że może to trwać tak długo. Jego mama z premedytacją opóźnia i tak rozlazły jak flaki z olejem proces, a ja próbuję zająć się – poza pracą – czymś, co wyrwie mnie z domu, sprzed komputera. Stąd całonocne wyjazdy po auta przez Polskę i Europę z kolegą, stąd przejażdżki za miasto, po zioła.

Zbieranie i korzystanie z ziół wymaga uważnego korzystania z kalendarza, bo każdego tygodnia przygoda dostarcza lub odbiera kolejne okazje do korzystania z jej owoców. Zacząłem od soku z brzozy, który ściągałem z tych pięknych drzew w połowie marca, kiedy rozpoczęły po raz kolejny mozolny proces ściągania wody z uwolnionej od mrozu ziemi ku dopiero co rozwijającym się liściom.

DSC05263.jpg

Brzoza to jedno z moich ulubionych drzew. Jedna z nich rośnie tuż przed moim oknem. Posadziłem ją mniej więcej w momencie, gdy mój syn rozpoczął życie w brzuchu mamy. Miała wtedy niewiele ponad metr wzrostu. Dzisiaj sięga moich okien na drugim piętrze starego bloku. Nie mogę się doczekać, aż mu ją w końcu pokażę. Wbrew staraniom mamy, która robi wszystko, aby Mały nie miał ojca. Zrobimy to.

Niedługo potem pojechałem nad zerwany most na Narwi. Po drodze skręciłem trochę w bok, ku wyginającym się ku słońcu młodym pędom brzozy. Z tych szarych, zwisających pączków można zrobić świetną, oczyszczającą herbatę. Piłem ją przez dwa tygodnie. Zaparzona brzoza ma delikatny, lekko słodkawy smak.

DSC05785.jpg

Trzy dni temu wybrałem się w końcu po pędy młodej sosny. W końcu, bo to już ostatni moment, by zebrać je w apogeum swojej młodości. Dojrzałość przyobleka je w brązową osłonkę, która potem pęka i uwalnia miliardy nasion potrafiących przelecieć nawet kilkaset metrów od swojej matki.

Z pędów młodej sosny robię nalewkę i syrop. Ten ostatni znany jest we wspomnieniach pokolenia rodziców pod nazwą „syrop z pinii”. Mama mówi, że w jej dzieciństwie był to przysmak i rarytas podawany wyłącznie chorym dzieciom. Mama nigdy nie chorowała, więc rzadko miała przyjemność próbowania syropu z sosny. Nie wiem, dlaczego w jej domu po prostu takiego syropu nie robiono samodzielnie. Przecież mieszkali właściwie w środku lasu…

DSC_4586.jpg

Właśnie z mamą pojechaliśmy wczoraj gdzieś za Dobrzyniewo, na łąkę, którą wcześniej sobie wypatrzyłem. Zebraliśmy, przy definitywnie większym udziale mamy, 10 litrów mniszka lekarskiego. Cały wieczór oczyszczałem kwiaty z łodyżek i robaków. Wrzuciłem je wszystkie do słoika i zalałem wysokoprocentowym, czystym alkoholem. Podobnie jak z pędami sosną, będzie z mniszka lecznicza nalewka na zimowe infekcje i ewentualne smutki.

DSC_4627.jpg

Codziennik czterdziesty czwarty – szczypior

DSC05220.jpg

Pierwsze zbiory tegorocznych plonów z mojego parapetu.

Jestem na etapie zasiewu ziół. Żadne zioło się jeszcze nie pokazało.

Natomiast, jak widać, szczypior obfitował w tym roku.

A to, jak wszyscy w okolicy wiedzą doskonale, oznacza niechybnie potężne burze z piorunami nad Płonką Kościelną w pierwszych dniach września.

SONY DSC

Codziennik trzydziesty – Wewnętrzny Głos

SONY DSC

Wiosna się zbliża.

Skąd o tym wiem?

Wewnętrzny Głos powiedział mi dzisiaj, gdy leżałem w wannie i grałem w Literaki, abym koniecznie i w trybie pilnym zrobił bigos z reszty kiszonej kapusty stojącej w kamiennej beczce na balkonie.

– Jak nie zrobisz bigosu, zrobi się ciepło i kapusta się zepsuje – powiedział Wewnętrzny Głos.

Takich Wewnętrznych Głosów to ja nigdy nie lekceważę.

Zrobiłem bigos.

SONY DSC

Codziennik dwudziesty siódmy – parapet i pelargonie

pelargonie

W mojej kuchni jest wielki, granitowy parapet. Dziewczyna, która spędziła w tym mieszkaniu dzieciństwo, a potem sprzedała po śmierci babci, opowiadała, że spędziła na tym parapecie całe dzieciństwo, patrząc na przyblokowe życie. Z tego okna widać piękną żydowską kamienicę, w której teraz mieszkają koty. Bliżej, na podziemnym schronie przeciwatomowym, stał drewniany dom państwa Skowrońskich, obok był chlewik i sad, po których pozostała tylko mirabelka, sięgająca swoimi gałęziami prawie drugiego piętra. W kwietniu obsypie się białymi kwiatami i będę miał w kuchni obłędnie.

W kwietniu i maju znowu urosną mi na tym parapecie zioła. Bazylia, mięta, tymianek, cząber, rozmaryn, melisa i co tam jeszcze wymyślę. Znowu mój parapet, przy którym robię jedzenie, stanie się zielony i pełen zapachów życia. Teraz większość ziół pogubiła liście albo umarła. Za mało słońca, niedostateczność mojej opieki z powodu corocznego, długotrwałego przygnębienia spotęgowanego brakiem mojego syna, suche powietrze z żeliwnych kaloryferów, w których nie da się ustawić ogrzewania?

Albo może – po prostu – zwykły cykl naturalnego, cyklicznego umierania i rodzenia się na nowo.

Pierwsze nadzieje tego, że wiosna w końcu nastąpi, że coś się zmieni, że ktoś (ten ktoś wie, o kogo chodzi) w końcu zrozumie, że życie nie polega wyłącznie na niszczeniu i deptaniu tego, co ktoś inny wytrwale, na nowo odbudowuje z deptanych po raz kolejny zgliszczy, to przygotowanie nowej roślinności do domu.

W ubiegłym roku zakochałem się na powrót w pelargoniach i przypomniałem sobie ich niezmienną obecność na parapetach w domach moich dziadków. Przypomniałem sobie ich żywotność, wytrzymałość, a przede wszystkim ten ziemisty zapach pelargoniowych liści.

Zapach, którego większość nienawidzi, a ja kocham.

Więc pierwszą nadzieją wiosny, ciepła i dawno nie widzianego w okolicach Białegostoku dobra, są górne pędy pelargonii, które wiosną przeniosły się na klatkę schodową wprost z balkonu. Sąsiadka z naprzeciwka pomogła mi je fachowo ponacinać, a teraz siedzą sobie w pojemniczkach na parapecie zanurzone w wodzie, nastawiają swoje mechate liście ku pierwszym promieniom ciepłego słońca i czekają, aż w wodzie pojawią się pierwsze zalążki korzeni.

Potem trafią do ziemi, by wciąż na parapecie czekać mniej więcej połowy maja. Wtedy w Polsce kończy się pora mrozów i pelargonie będą mogły trafić na balkon, a widok z tymi pelargoniami będzie dawał nadzieję, że po roku rozłąki syn i ojciec będą się mogli znowu spotkać, źli ludzie spokornieją, głupi ludzie zmądrzeją, a zazdrośni ludzie powstrzymają swoje zazdrości. Choć trochę, choć na chwilę, choć odrobinę. To nam wystarczy.

To nam wystarczy, abym mógł mu pokazać mój dom, widok z mojego okna, mógł go posadzić na granitowym parapecie, aby zza szyby liczył i nazywał zaparkowane pod oknem auta. Abyśmy mogli z balkonu, zza tych pelargonii, wspólnie obserwować ruch uliczny i patrzeć na niebo.

Andżelina

angela

Każde lato ma swoją piosenkę. Letnie piosenki przypominają o sobie dopiero wtedy, kiedy nadchodzi jesień. Od czerwca do września są skromnymi towarzyszkami tych wszystkich zajęć, które można wykonywać tylko o tej porze roku.

Latem władzę nad rzeczywistością przejmują dwudziestolatkowie. Z bezpiecznego dystansu obserwuję letnie przejęcie władzy nad światem przez chłopaków i dziewczęta poczętych w tych czasach, gdy my z kolegami i koleżankami z liceum wchodziliśmy w dorosłość. 

Latem nie rządzi policja, Kościół, politycy ani straż pożarna. Latem rządzą dwudziestolatkowie. Kiedy zaczyna się druga połowa czerwca, przestaję oglądać wiadomości, zawieszam czytanie gazet, rezygnuję z przejmowania się głodującymi w Afryce, powstrzymuję się przed kontaktami z osobami w moim wieku.

Im jestem starszy, tym bardziej doceniam młodzież. Nie tę, którą byłem dawno temu, z ubiegłego wieku, ale tę współczesną. Tę, która właśnie zakończyła kolejny letni sezon władzy nad światem.

To było najcieplejsze lato, jakie pamiętam. Nie spędziłem go tak, jak byśmy obaj chcieli z moim trzyipółletnim najwspanialszym mężczyzną na świecie, ale każdego gorącego wieczora patrzyłem na słońce zachodzące nad nieczynną fabryką włókienniczą, myślałem o tym, jak to będzie za kilkanaście lat, kiedy Mały będzie już duży i gdy będę mógł nadrobić to wszystko, co teraz jest nam zabierane.

Jakim będzie facetem, gdy już dorośnie? Tego nie wiem. Chciałbym, by był uśmiechniętym, otwartym i ciekawym świata facetem, odpornym na zło. Chciałbym, aby w obliczu zła zachowywał dystans. Nie walczył ze złem bez potrzeby, bo zazwyczaj walka ze złem skutkuje tylko zapaskudzeniem duszy. A wywabić plamy na duszy jest bardzo trudno. Już wiem, że złu lepiej ustąpić miejsca i pójść własną drogą.

Chciałbym, aby wypielęgnował w sobie i zachował jak najdłużej tę młodzieńczą radość cieszenia się prostymi rzeczami, która mi gdzieś uciekła i której próbuję się uczyć na nowo. Na przykład przyjemność smaku soku z pomarańczy ściekającego po brodzie i skapującego po nagiej klatce piersiowej kiedy będzie siedział na pomoście plaży miejskiej w Olecku po dniu spędzonym na pływaniu, graniu w siatkówkę na piasku i poznawaniu jakichś Hanek, Ig, Andżelin albo Zosiek. Siedział i patrzył na zachód słońca.

angela3Przyjemność ekscytującego drżenia w sercu, kiedy w jednej ręce będzie trzymał tę skapującą sokiem po łokciach ćwiartkę pomarańczy, a lewą przysuwał ku opierającej się rękami o drewniany pomost, siedzącej obok brunetki o imieniu Zosia, patrzącej na zachodzące słońce, ale tak naprawdę niecierpliwie czekającej, aż ten wysoki niebieskooki blondyn dotknie opuszkiem palca jej spalonej od słońca skóry pokrytej delikatnym meszkiem oświetlanym ostatnimi promieniami tego kończącego się dnia.

Przez ostatnie cztery miesiące mój balkon był przez cały czas otwarty, więc całą dobę słyszałem gwar miasta wziętego pod władanie dwudziestolatków. Słyszałem te wszystkie samochody z otwartymi na oścież oknami i szyberdachami, śmigające sto dwadzieścia przez centrum z głowami dziewcząt krzyczącymi niezrozumiałe słowa przeciwko gorącemu wiatrowi. Widziałem poranne powroty do domów dzieciaków zmęczonych całonocnymi przygodami po tym, jak wraz ze świtem zamykano ostatnie ogródki na Lipowej, a oni szli z radością na buziach ku swoim mieszkaniach w brudnych  wieżowcach przy Rzemieślniczej. Widziałem też pierwsze wrześniowe randki licealistów i licealistek, spacerujących po szkole, z plecakami, po zbombardowanych przez kasztany chodnikach Alei Piłsudskiego.

Te wszystkie drobne wrażenia, te delikatne przebłyski nieodległych zdarzeń i obrazów, te nie dające się opisać zapachy są cenniejsze niż wszystkie napisane i przeczytane książki, wszystkie nakręcone i obejrzane filmy, wszystkie nagrane i wysłuchane piosenki. Cała literatura, kinematografia, cała muzyka, to tylko nieudolne próby opisania tego wszystkiego, próby z z góry skazane na klęskę.

angelina2Zapach jeziora na chwilę po zmierzchu wdychany z wilgotnego pomostu, kiedy obok siedzi dziewczyna, którą bardzo chcesz poznać, ale się wstydzisz. Smak pierwszego pocałunku z tą dziewczyną kilka dni później, kiedy siedzisz na ławce w Parku Zwierzynieckim, ona siedzi ci okrakiem na kolanach, a w buzi ma poza twoim językiem gumę do życia Huba-buba. Zapach włosów tej dziewczyny, kiedy stoicie razem na urwanym moście, a dokoła szaleje burza z piorunami.

Nic z tego nie da się opowiedzieć, opisać, zagrać na scenie ani na gitarze. Te rzeczy można tylko przeżywać jak się ma dwadzieścia lat i krótkotrwałą władzę nad światem.

Ech, Wy dynie! (w słodkiej zalewie octowo-korzennej)

DSC_2745

Ech, Wy wszystkie dynie uprawiane przez ludzi nie wiadomo po co w ogrodach i na działkach! Wystarczy wrzucić wiosną do ziemi jedno nasionko i można o Was zapomnieć. Nie trzeba Was podlewać, nie trzeba z Wami rozmawiać, nie trzeba dopingować Was w rośnięciu. Plenicie się niepozornie, acz konsekwentnie po ogrodzie przez całe lato, aby we wrześniu niepostrzeżenie przeistaczać się w wielkie, ciężkie, spasione słońcem kule. Wtedy dopiero zwracacie na siebie uwagę. 

Zwracacie uwagę? To za mało powiedziane. Kiedy wszystkie kopry, ogórki, cebule, pomidory i pietruszki już dokonały żywota, wtedy Wy stajecie się cesarzowymi ogrodu. Na tle umarłych pędów lipcowych i sierpniowych roślin wyglądacie uzbrojone w te swoje twarde skóry jako jedyne zawodniczki przygotowane na walkę z jesienno-zimową, wilgotną, ciemną pożogą.

Mimo pozorów triumfalizmu i zwycięstwa nad nieubłaganym korowodem pór roku, Wasz los jest smutny. Po urodzajnym lecie wszystkie miejsca na półkach spiżarń i wszystkie puste słoiki zostały zapełnione ogórkami, paprykami, pomidorami, dżemami ze słodkich poziomek, malin i wiśni. Wasza obecność nie jest wyzwaniem, ale wyrzutem sumienia. Co zrobić z dziesięcioma kilkunastokilogramowymi olbrzymami zalegającymi ociężale na ziemi? Ileż można jeść zupę z dyni – pożywienie raczej okazyjne, niż codzienne, a też nie przez wszystkich cenione? Ileż można robić z Was ozdób na Hallooween tak uwielbianych przez niekatolickie dzieci?

Aby ukrócić wyrzuty sumienia nieszczęsnych ogrodników i nadać żywotowi dyń sens i pożytek, proponuję tutaj najlepszy – moim zdaniem – sposób na spożytkowanie tych tragicznych warzyw.

Przedtem jednak drobna uwaga, którą nie mogę się nie podzielić. Zawsze fascynowała mnie rozbieżność w nazewnictwie owoców i warzyw stosowanym powszechnie, a tym, jaką stosuje się w botanice. Na co dzień kulistą, żółtą dynię zaliczamy do warzyw. Z naukowego punktu widzenia jest to jednak przecież owoc rośliny „dynia zwyczajna”, który – z punktu widzenia systematyki owoców, jest rodzajem… jagody!

DSC_2752

Niezależnie od tego, czy nazwiemy dynię warzywem, owocem czy jagodą, jest ona jedynym chyba z płodów późnego lata, które najlepiej czuje się w towarzystwie cukru i jego nieodłącznych towarzyszy jesienną porą: cynamonu i goździków.

W tym roku postanowiłem więc zaprzyjaźnić otrzymaną z obopólną wdzięcznością od znajomej wielką, żółtą dynię, z ze słodką zalewą octowo-korzenną. Zalewę przygotowałem w następujących proporcjach:

  • 1 szklanka octu spirytusowego
  • 4 szklanki wody z kranu
  • 1 szklanka cukru
  • 1 kilkucentymetrowa laska cynamonu i kilka goździków zmielone w maszynce do mielenia kawy albo zgniecione niedbale w kuchennym moździerzu

Dynię przekroiłem na pół i łyżką wyjąłem miękki miąższ oraz pestki, które położyłem na papierze przy słonecznym oknie do wysuszenia. Połówki dyni obrałem jak najcieniej ze skóry (im bliżej skóry, tym więcej smaku i witamin) i pokroiłem w kostkę mniej więcej 3×3 cm. Kostki powkładałem do słoików bez przesadnego ugniatania.

DSC_2762

W tym czasie zalewa zagotowała mi się i ostygła. Zalałem nią słoiki po same wieczka (dynia lubi iść na powierzchnię), szczelnie zakręciłem i pasteryzowałem przez 20-25 minut.

DSC_2763

W ten sposób i Ty możesz nadać sens istnienia grubej, twardoskórej dyni.