Black & white

IMG_20131012_151700-001 Na którejś z podmiejskich dróżek widziałem dziś krzaki dzikiej róży pozbawione zupełnie liści. Zostały na nich już tylko owoce. Niektóre czerwone, inne już czarne. Sytuacja robi się jednoznaczna. Poznikały kolory przejściowe. Nie ma już beży, żółci i zgniłej zieleni. Jest black & white.

Ostatnie przygotowania do zimy, bo choć czasy już nie te, to organizm potrzebuje teraz nasyconych tłuszczów, a człowiek podświadomie gromadzi zapasy. Pod podłogą dobijają się do ciepła myszy. To zwiastun ciężkich mrozów. W piwnicy zapasy grzybów, kiszonych warzyw i owoców czekają na swój czas.

Dzisiaj zalałem alkoholem dziką różę i żurawinę. Przez najbliższe miesiące będą zaprzyjaźniały się nawzajem, aby gdzieś w połowie lutego być gotowe. Uczę się piec ciasta. Uczę się prostych czynności, które ludzie wykonują od wieków.

Reklamy

Zapiexy

DSCF1430 W Grajewie, przy głównej ulicy miasta, jest Zakład Gastronomiczny “Pizzeria”. W eklektycznym wnętrzu są trzy stoły i trzy wielkie automaty dla powiatowych hazardzistów. Można tam poprosić o piwo z nalewaka za pięć złotych, kwaśny jak licho żurek. Pizzy nie mają, ale za to słynne są ich “zapiexy”. Zapiexy to zwyczajne zapiekanki ubrane w niezwyczajną nazwę.

Zdjęcie przedstawia wejście do Pizzerii w Dukli. Dukla to małe beskidzkie miasto, rozsławiome przez Andrzeja Stasiuka, który poświęcił mu swoją najlepszą książkę. Na samym środku dukielskiego rynku stoi nieproporcjonalnie wielki, barokowy ratusz. Wygląda jak wielki, najedzony, śpiący niedźwiedź otoczony skromną, nieśmiałą architekturą małych kamienic.

Te wszystkie małe miasta powiatowe mają w sobie coś absurdalnego, nie pasującego do reszty, coś nie a propos. Wielkie rondo w Krynkach z jedenastoma odnóżami, bizantyjski ratusz w Michałowie, smutny i opuszczony dworzec kolejowy w Grajewie, transformatorownia w polu pod Knyszynem, wielki, pusty plac w Tykocinie, albo ten równie nieproporcjonalnie wielki dworzec w Bielsku Podlaskim, na którym zawsze wieje wiatr i jest zimno, nawet w środku lata. Na tym dworcu pekaesy zawsze robiły dziesięciominutowe przerwy, podczas których kupowało się zapiekanki z pieczarkami i keczupem w budach, których już nie ma. A jeśli są, to na pewno sprzedają tam zamiast tych zapiekanek kebaby i tortille.

Mógłbym tak wymieniać bez końca. Te urocze próby nadania wielkomiejskości na wszystkich prowincjach świata nie przestają mnie fascynować. W Grajewie, Bielsku Podlaskim, Michałowie, Krynkach albo Tykocinie dzieje się wszystko, co powinno człowieka interesować. Wszystko, co zasługuje na uwagę. Wszystko, nad czym trzeba się pochylić. Wszystko, na co warto patrzyć i czego warto słuchać.

Ciemność podmiejska

Lubię jeździć samochodem w te pierwsze naprawdę chłodne wieczory. Lubię jeździć późnym październikiem po nieoświetlonych ulicach i wyłapywać te wszystkie światła, które jesienna wilgoć odbija i zwielokratnia. Ledwie widoczne cienie przechodniów na poboczach, przebiegające koty i psy, rowerzyści uprawiający miejski survival, których jedynym zabezpieczeniem są czerwone, ledowe lampki migające w różnych sekwencjach.

Zza uchylonego na kilka centymetrów okna wlatuje zimne powietrze, w którym zapach palonych śmieci miesza się z zapachem drewna, spalin i chłodu. Liście. Liście wszędzie. Na masce samochodu, pod kołami, znajduję je pod pedałami, wciskają się do wszystkich szpar i szczelin auta.

Przedwczoraj w Klepaczach, takiej właśne podmiejskiej ciemności z dziurawą nawierzchnią, bez chodników, zasnutej dymem spalanych śmieci, przez którą prują we wszystkich kierunkach małe i duże auta, ktoś potrącił dużego owczarka.

Z obu stron ustał ruch, w samym centrum, oświetlony dziesiątkami reflektorów, ten biedny pies miotał się powłócząc po asfalcie tylnymi łapami. Miał wielkie, zapłakane oczy i pianę na ustach. Próbował gdzieś uciec, ale nie wiedział, gdzie. W ciepłych samochodach z klimatyzacją i wieczornymi dyskusjami w radio patrzyliśmy na tę jesienną niezgodę na umieranie.

A może byśmy tak, najmilszy…

Jeśli zdarzy ci się jakiś wolny dzień, który mógłbyś najzwyczajniej w świecie zmarnować, roztrwonić, skazać na stracenie, o ile pora roku jest tak nieokreślona, trudna do zdefiniowania, nie poddająca się teoretycznych kwalifikacjom, koniecznie wsiądź w auto i pojedź do Jałówki, w to miejsce, gdzie kończy się świat. Odkryłem je podczas jednych z wielu takich samotnych szwędactw. Nie pamiętam, dokładnie w którym miejscu, przemierzając tę zapomnianą przez wszystkich wieś, trzeba wjechać w szutrową drogę, przejechać kawałek przez las, i już szukać jakiegoś pobocza do zaparkowania.

Jest to miejsce przerażające. Kilkaset metrów na wschód jest już granica z Białorusią, ostatnia europejska ostoja totalitaryzmu. Idąc przed siebie, dochodzi się do trakcji kolejowej, która groblą przecina ponury Zalew Siemianowski, przestrzeń degradacji, mułu, hektary zalanych wodą prawosławnych wsi, gnijący od trzydziestu lat w kilkumetrowym mule.

Często sobie wyobrażam te krzyże, drewniane domy z pomalowanymi na niebiesko okiennicami, studnie, sady owocowe, wiejskie wychodki, zamarnowane w mule, okna tych domów, przez które przepływają trzykilogramowe karpie. Wspinam się na tę kolejową groblę i patrząc w lewo, widzę już Białoruś, a patrząc w prawo – jakiś drażniący smutek i żal do ludzi za to, że będąc najbardziej inteligentnym gatunkiem na Ziemii, robią tak niewyobrażalne głupoty.

Najlepsza jesień życia

…to była definitywnie najlepsza jesień życia. Pamiętam doskonale jej chłód i jej ciepło. Pamiętam uśmiechy i uczynność staruszek-sąsiadek, zaangażowanie sprzedawcy w warzywniaku pod jednym z bloków na Wesołej, gdzie kupowałęm pomidory, papryki i pieczarki. Zimno łazienki o szóstej rano i nienagrzane  auto w te listopadowe ranki ubiegłego roku. Zaskoczenie nową płytą Cool Kids of Death i Jackiem Penatem, których słuchałem w drodze do pracy, obok akademików Uniwersytetu Medycznego, pasażem przy Żelaznej, Legionową i Rynkiem Siennym. Dziesiątki butów i marynarek, kupowanych maniakalnie na Allegro, bo buty i marynarki to jedna z najważniejszych spraw mężczyzny. Odkrywanie fantastycznego świata kuchni, eksplorowanie świata włoskiego, hiszpańskiego i orientalnego żarcia. Brushetty, carpaccia, tatary, kurczaki po seczuańsku. Całe przedpołudnia poświęcone czytaniu, zapomnienie o całej tej depresji, o całej popieprzonej przeszłości. Pewność, że to miejsce jest dla mnie i ta sytuacja jest bezpieczna, że sobie z nią radzę, że jestem silny i odpowiedzialny. Tamtej jesieni nie potrzebowałem planu awaryjnego, strategii alternatywnej. W tych dobrych snach śniło mi się to, co było minionego dnia, nic więcej .

Cała ta ucieczka to fikcja

Kiedy Marta czytała swój ulubiony fragment Walta Whitmana, stojąc na skraju wysokiej wydmy gdzieś w okolicach jakiegoś małego kurortu między Ustką a Rowami, porwany przez nią z hostelu Korsarz pod Orzyszem, dwudziestopięcioletni mężczyzna trudniący się na co dzień spisywaniem peseli i pilnowaniem, by goście nie wynosili pościeli, sikał z zamkniętymi oczami na zsuwający się pod wpływem wiatru biały piasek. „Na szlak wyruszam – pieszo i beztrosko, Zdrów, wolny, i świat stoi otworem, Długa, brunatna droga wiedzie mnie, dokąd zechcę” – przekrzykiwała sztormowy wiatr Marta. Zwiała właśnie z wyjazdu służbowego firmy, w której zajmowała się sprzedażą nakrętek do butelek napojów gazowanych. Zresztą, ta cała jej ucieczka to fikcja, bo pięćset kilometrów na południe, w bazie jej firmy pod Wołominem, szef ochrony już dawno namierzył satelitarnie Fiata Sciento stojącego pod jednym z domków letniskowych wymarłego o tej porze roku letniska. I jużwielokrotnie próbował dodzwonić się do wyłączonego iPhone’a Marty. Kiedy zatrzymali się przed pensjonatem, właścicielka domku – sześćdziesięcioletnia, znudzona życiem, szara na twarzy kobieta, patrzyła na nich podejrzliwie: ona, zadbana, umalowana trzydziestolatka w szpilkach i gustownej czarnej garsonce, takiej samej jak noszą wszystkie przedstawicielki handlowe, on, młodszy od niej, nieogolony, w adidasach, dresowych spodniach i skórze identycznej z naturalną, na pierwszy rzut oka wydawali się dziwną parą. Dziwne było też, że ona zapłaciła te pięć dych za noc, bo to przecież mężczyźni płacą, nawet jeśli pieniędzmi kobiety. Trudno o turystów na przełomie listopada i października, a żyć za coś trzeba – pomyślała, pokazała pokój, obróciła się jeszcze wracając do swojej chałupy i poszła oglądać telewizję.

On, opierając się plecami o wyszlifowany przez słone morze pień drzewa, przez całą noc słuchał, jak Marta, z twarzą ku wichrowi ze strony morza, recytowała z pamięci całe fragmenty Whitmana. Kiedy o szóstej zaczęło się robić jasno, powycierali ze swoich spodni i sukienek ziarna piasku, choć on jeszcze przez wiele tygodni znajdywał pojedyncze ziarenka w kieszeniach. Wstali, wzięli się za ręce i bez słów wspięli się na wydmę. Przeszli przez sosnowy lasek, gdzie już za chwilę zobaczyli swój niewykorzystany domek i służbowe auto Marty.

Po drodze nie wymienili ani słowa.

Kiedy podjechali pod hostel Korsarz i kiedy on wyszedł z samochodu, właściciel wybiegł ze złością i zdziwieniem. Marta szybko odpięła pas, wyjęła ze skórzanego portfela kilka stów, podbiegła do szefa, wcisnęła mu w rękę zwitek banknotów, uśmiechnęła się do chłopaka odwróciła się, odpaliła silnik, ruszyła, na chwilę włączyła awaryjne, po czym z piskiem opon pomknęła na południe.

Wszystko układało się dobrze do momentu gdy spytała

Odwiedził mnie dziś przyjaciel ze studiów, teraz znany dziennikarz radiowy. Przyszedł na kawę ze swoją półroczną córką Eugenią, przytroczoną do piersi taty specjalną chustą. Widok taki, że przestaje się mieć jakiekolwiek wątpliwości co do tego, czy tatusie kochają swoje dzieci mniej czy bardziej od mam. Rozmawialiśmy głównie o muzyce, o projekcie Tribute to Janusz Laskowski, w który próbuję się powoli włączać, o pracy i o spokoju, do którego każdy próbuje jakoś tam dążyć. Ten mój przyjaciel (mam nadzieję, że się nie obrazi za takie słowo) darzył mnie zawsze taką bezinteresowną sympatią i zainteresowaniem. Nawet wtedy, gdy większość ludzi się ode mnie odwrcacała, gdy coś przeskrobałem, wtedy on i jego żona zawsze jako jedni z pierwszych podawali mi rękę,

Ach, i dzięki A. miałem zaszczyt gościć na kiedyś radiowej antenie. Mogłem przynieść swoje ulubione piosenki i je puścić z odpowiednim autorskim komentarzem. Pamiętam, że było buro i ponuro, a ja chciałem, żeby było jeszcze bardziej spleenowo, więc piłem whiskey przez trzy dni przed nagraniem. Oto zapis tej audycji.
https://radeko.wordpress.com/2007/12/22/audycja/.

A potem napisała młodsza koleżanka studiująca na co dzień w Krakowie, chyba trzy kierunki, wariatka. Ponadprzeciętnie inteligentna, z dobrym, sarkastycznym poczuciem humoru, nie pozbawiona jednak wielu dóz współczucia, troski, chęci pomocy. No i przystojna. To ona skorygowała kierunek, którym teraz zmierzam. To były drobne poprawki od kursu, ale zadanie jest karkołomne i mały błąd może wiele zepsuć. Każdy wie, jaki to jest cel. Najważniejszy w całym moim życiu.

najpiękniejsze wiersze o miłości
napisałem dla kobiet
które nawet ich nie chciały
przeczytać

podobno rosyjskie baśnie kończą się stwierdzeniem
pili i żyli długo i szczęśliwie
i chciałem żeby właśnie tak było między nami

gdy przestaliśmy się widywać zaraz zacząłem spotykać się
z panną o urodzie modelki
i wszystko układało się dobrze do momentu gdy spytała
a właściwie to co to jest ta liryka

Piotr Macieżyński [XXX]