Chwalcie łąki umajone, czyli kilka screenshotów z majowych szwendactw

Reklamy

Suszcie miętę – nadciąga piekło

SONY DSC

Zakończony kwiecień i maj 2018 roku były najcieplejszym kwietniem i majem w historii oficjalnych pomiarów temperatury w Polsce, czyli od co najmniej około 250 lat. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej ostrzega, że czeka nas rekordowo upalne lato. Potwierdziła to pani Zinaida Owsijuk. z Orli, która udziela szerokiego zakresu usług zdrowotnych i predykcyjnych osobiście, ale od tego roku również telefonicznie.

Zadzwoniłem więc pod numer +48700244777 (5,99 zł za min. + VAT), podany na jej oficjalnym fanpejdżu na FB. Zapomniałem, że akurat w telewizji leci Elif, a pani Zinaida wtedy nie pracuje, bo ogląda, choć oczywiście wie, jak się skończy.

W końcu jednak się dodzwoniłem i pytam o to rzekomo upalne lato.

– Ziemiankie na kartofli ma?
– Nie, w bloku mieszkam.
– A piwnice ma?
– Mam, ale tam szczury.
– Na szczury hubę obgotować, przywjeźdź jom do mnie, ja jom w wodzie święconej ze Grabarki zanurze, szczury z piwnicy pouciekajo. Tam wtedy zanieść siana do tej piwnicy i tam mieszkać do października.

– A w domu nie da się?
– Nie da się, upały bedą szatanskie, piekło, żeńszczyna, wszystkie zboża wyschnom, ofiary bedom wśród prawosławnych i katolików. Ksiendze i batiuszki smalić się będom.
– To co robić, pani Zinaido?
– Na okna dywany ze świentymi pozawieszać, żeby żar nie wpadał do domu, bo popali wszystko.Z domu nie wychodzić, mienty nasuszyć, parzyć, studzić, pić i czekać października.
– Dziękuję, zdrowia i z Bogiem.

Natychmiast po tym, jak dostałem smsa z informacją o kosztach porady szeptuchy, wsiadłem w samochód, pojechałem na działkę mamy szwagra, przywiozłem mięty i rozpocząłem suszenie. Do czego i Państwa namawiam bardzo gorąco.

Zielone

DSC_0468-COLLAGE.jpg

Kiełki papryki, pietruszki, bazylii, oregano, mango, kopru, majeranku i rozmarynu gramolą się niestrudzenie spod wilgotnej ziemi – ku światłu.

Łodyżki pelargonii, skrzydłokwiatów, meksykańskich reo i innych geranium wypuszczają w słoikach korzenie.

Kalanchoe rozprostowuje swoje liście, jakby przeciągało się po długim, zimowym śnie. Grubosz bezczelnie domaga się codziennego odwracania swojej zielonej, tłustej gęby do słońca.

Największa geranium ma już prawie dwa metry, chleje wodę jak lump Amarenę pod Biedronką i nie są to jej ostatnie słowa.

Nasiona owsa dzisiaj ułożyły się wygodnie w wilgotnej ziemi. Kiedy nasiąkną i nabiorą siły tak samo jak wszyscy w tym domu, będą parły niestrudzenie, wbrew przeciwnościom, ku górze, ku słońcu, ku wiośnie.

Pierwsze ujęcie Pani Wiosny

Jeżdżę często ulicą Ciołkowskiego. Między kampusem uniwersyteckim a ulicą Żwirki i Wigury jest duży obszar nieużytków, zamknięty z jednej strony ulicą Żwirki i Wigury, a z drugiej Lasem Zwierzynieckim. Były tam kiedyś ogródki działkowe, po których pozostały już tylko betonowe podmurówki dacz ukryte w trawie, pokryte rdzą pozostałości metalowych płotów, zwały azbestowych dachówek, drewniane obudowy po telewizorach, miejsca po letnich ogniskach, worki ze śmieciami, opony samochodowe, gumowe świadectwa przelotnych znajomości. A poza tym chaszcze, kępy traw, błoto, szarość i smutek. Byłem tam wczoraj na spacerze z aparatem, bo człowiek szuka w desperacji śladów wiosny gdzie się tylko da. Robiłem zdjęcia kroplom deszczu na zbutwiałych gałęziach starych krzewów owocowych i te zdjęcia na wyświetlaczu też wyglądały smutno. Tylko jedno z nich wyłapało jakimś niewyobrażalnym przypadkiem odrobinę koloru, jakiejś niewidzialnej gołym okiem tęczy.

Drożdżówka jako sposób na przechytrzenie listopada

SONY DSC

Polskie rodziny dzielą zasadniczo na dwie, mniej więcej równe części. Jest to podział wymykający się różnicom geograficznym, religijnym, światopoglądowym, wiejsko-miejskim. Jest to podział, którego genezy nie znam, nie rozumiem i pewnie nigdy nie poznam i nie zrozumiem.

Polskie rodziny dzielą się na te, w których nie je się ciasta i te, w których ciasta się je.

Prawdopodobnie jest to uzależnione od istnienia jakiejś mamy, cioci lub babci, która potrafi upiec ciasto. Tam, gdzie taka ciocia istnieje, ciasta się jada. Tam, gdzie takiej cioci nie ma, obiad kończy się na herbacie i do widzenia.

W moim domu ciast się nie jadało, bo nie mieliśmy cioci, co by potrafiła je upiec. Dlatego też, gdy w końcu zetknąłem się z rodzinami, w których drożdżówka jest obowiązkowym zwieńczeniem obiadu i bezwarunkowym towarzyszem wieczornych „Wiadomości” lub „Faktów”, choć wychowany w tradycji „bezciastowej”, koniecznie zapragnąłem nauczyć się robić ciasta.

Wydaje mi się, że takie ciasto, taka drożdżówka z gorącą herbatą, taki wypiek, na którym położy się na przykład jabłka z cynamonem z jesieni przechowywane w słoikach, włoży do piekarnika, a potem wyjmie parujące i powącha, to jeden z niewielu skutecznych sposobów na ten kurewski polski czas, w którym o piętnastej robi się ciemno, co skutecznie zniechęca do życia.

„Robić ciasta” to raczej za daleko idąca ambicja – zapragnąłem nauczyć się robić zwykłe ciasto drożdżowe. Takie, które pachnie jeszcze w piekarniku wprost obłędnie i na które można położyć takie owoce, na które aktualnie ma się ochotę: jabłka, śliwki, jagody, truskawki, wiśnie, cokolwiek.

Nieudanych prób zrobienia przeze mnie drożdżówki było wiele. Żadnej nie żałuję, bo za każdym razem mieszkanie przesycone było tym obłędnie słodkim zapachem, który ogrzewa przestrzeń lepiej, niż milion kaloryferów. Ostatnio udało mi się znaleźć sposób na puszyste, odporne przypalenie, pięknie pachnące ciasto drożdżowe

Mój sposób na ciasto drożdżowe (mała blaszka).

  1. Do ciasta drożdżowego potrzebujemy drożdży. Musimy dać im możliwość rozmnożenia się i wzmocnienia, aby potem śmiało harcowały w cieście, dając nam tę puszystość, która jest podstawą w tym przypadku. W tym celu przygotowujemy zaczyn: 20 gramów żywych drożdży rozpuszczamy w 250 ml mleka (optymalnie będzie około 35 stopni, powyżej 40  nasze zwierzątka się ugotują, a jak mleko będzie zimne, drożdże będą nieskore do prokreacji). Do tego dodajemy kilka łyżek mąki i łyżkę cukru, bo drożdże też lubią słodycze. Przykrywamy to i odstawiamy na kilkanaście minut. Po tym czasie zaczyn powinien zacząć buzować. Jak nie zaczął, czekamy dłużej.
  2. Bierzemy dużą miskę i wsypujemy do niej 300 gr. mąki, około 5 łyżek cukru, 1-2 łyżeczki cukru waniliowego, 2 jajka, szczyptę soli, 3 łyżki oleju i buzujący zaczyn. W swojej kuchni nie mam robota kuchennego, więc całość mieszam zwykłym blenderem, tą końcówką do ubijania jajek, kilka minut. Po tym czasie miskę z ciastem odstawiam w ciepłe miejsce i czekam.
  3. Po około jednej godzinie ciasto powinno już podwoić swoją objętość. Jeśli tak się nie stało, czekam dalej. Wydaje mi się, że wyrośnięcie ciasta, czyli rozbestwienie i rozmnożenie się drożdży w całej jego strukturze jest kluczem do powodzenia całej operacji. Dlatego ważna tu jest cierpliwość.
  4. Kiedy już ciasto jest wyrośnięte, przekładamy je do blaszki wysmarowanej tłuszczem roślinnym i posypanej bułką tartą. Ciasto powinno być kleiste, ale nie lejące się.
  5. Na wierzch kładziemy ulubione owoce. W moim przypadku były to ostatnio jagody i jabłka (to miałem akurat w lodówce). Ewentualnie kładziemy na górę kruszonkę (przepis nań można znaleźć w internecie)
  6. Drożdżówkę pieczemy przez około 50 minut do godziny w temperaturze 180 stopni.

Smacznego.

Black & white

IMG_20131012_151700-001 Na którejś z podmiejskich dróżek widziałem dziś krzaki dzikiej róży pozbawione zupełnie liści. Zostały na nich już tylko owoce. Niektóre czerwone, inne już czarne. Sytuacja robi się jednoznaczna. Poznikały kolory przejściowe. Nie ma już beży, żółci i zgniłej zieleni. Jest black & white.

Ostatnie przygotowania do zimy, bo choć czasy już nie te, to organizm potrzebuje teraz nasyconych tłuszczów, a człowiek podświadomie gromadzi zapasy. Pod podłogą dobijają się do ciepła myszy. To zwiastun ciężkich mrozów. W piwnicy zapasy grzybów, kiszonych warzyw i owoców czekają na swój czas.

Dzisiaj zalałem alkoholem dziką różę i żurawinę. Przez najbliższe miesiące będą zaprzyjaźniały się nawzajem, aby gdzieś w połowie lutego być gotowe. Uczę się piec ciasta. Uczę się prostych czynności, które ludzie wykonują od wieków.

Zapiexy

DSCF1430 W Grajewie, przy głównej ulicy miasta, jest Zakład Gastronomiczny “Pizzeria”. W eklektycznym wnętrzu są trzy stoły i trzy wielkie automaty dla powiatowych hazardzistów. Można tam poprosić o piwo z nalewaka za pięć złotych, kwaśny jak licho żurek. Pizzy nie mają, ale za to słynne są ich “zapiexy”. Zapiexy to zwyczajne zapiekanki ubrane w niezwyczajną nazwę.

Zdjęcie przedstawia wejście do Pizzerii w Dukli. Dukla to małe beskidzkie miasto, rozsławiome przez Andrzeja Stasiuka, który poświęcił mu swoją najlepszą książkę. Na samym środku dukielskiego rynku stoi nieproporcjonalnie wielki, barokowy ratusz. Wygląda jak wielki, najedzony, śpiący niedźwiedź otoczony skromną, nieśmiałą architekturą małych kamienic.

Te wszystkie małe miasta powiatowe mają w sobie coś absurdalnego, nie pasującego do reszty, coś nie a propos. Wielkie rondo w Krynkach z jedenastoma odnóżami, bizantyjski ratusz w Michałowie, smutny i opuszczony dworzec kolejowy w Grajewie, transformatorownia w polu pod Knyszynem, wielki, pusty plac w Tykocinie, albo ten równie nieproporcjonalnie wielki dworzec w Bielsku Podlaskim, na którym zawsze wieje wiatr i jest zimno, nawet w środku lata. Na tym dworcu pekaesy zawsze robiły dziesięciominutowe przerwy, podczas których kupowało się zapiekanki z pieczarkami i keczupem w budach, których już nie ma. A jeśli są, to na pewno sprzedają tam zamiast tych zapiekanek kebaby i tortille.

Mógłbym tak wymieniać bez końca. Te urocze próby nadania wielkomiejskości na wszystkich prowincjach świata nie przestają mnie fascynować. W Grajewie, Bielsku Podlaskim, Michałowie, Krynkach albo Tykocinie dzieje się wszystko, co powinno człowieka interesować. Wszystko, co zasługuje na uwagę. Wszystko, nad czym trzeba się pochylić. Wszystko, na co warto patrzyć i czego warto słuchać.