Ostatnie lipcowe szwędactwo

To była wycieczka pod znakiem opuszczonych domóstw i starców na przydrożnych ławeczkach. Potrzebowałem jak największego zmęczenia i jak najmniej myślenia o czymkolwiek ważnym. Potrzebowałem kilkunastu litrów paliwa i jak największej ilości krajobrazów za szybą samochodu.

Południe tego regionu jest jednocześnie podobne i zupełnie inne od wschodu, od okolicy Krynek, w których ostatnio tak często bywałem. Za Supraślem zaczyna się puszcza, a dalej – zdegradowane, wyludnione, często zaniedbane i smutne miejscowości, które wszelcy bogowie opuścili.

Kiedy przejechałem przez Juchnowiec Kościelny, minąłem Wojszki i przejechałem przez brukowaną ulicę wiodącą do mostu na Narwi. Tam krótki kawałek dziewiętnastką i skręciłem w miejscowość Hryniewicze Duże. Stamtąd łatwo było się dostać do Orli. Chciałem jeszcze raz zobaczyć to żydowskie miasteczko. Zanim tam dotarłem, przejechałem przez trzy absolutnie zachwycające wioski: Rzepniewo, Knorozy i Zubowo. Położone kilka kilometrów od Bielska Podlaskiego, absolutnie zadbane i przyjazne. Uśmiechający się starcy siedzący na przypłotowych ławeczkach, dzieciaki zabawiające się na środku rzadko uczęszczanej ulicy. Zapach przydomowych ogrodów, a kiedy się wyjeżdża poza granice – odurzający, absolutnie zachwycający zapach skoszonego siana.

Przecinając drogi Bielsk Podlaski-Narew i Bielsk Podlaski-Hajnówka, wjeżdża się na obszar bardzo egzotyczny. Przypominają o tym kolorowe krzyże z napisami cyrylicą, cukierkowe domy w Pasynkach, prawosławne cerkiewki i kaplice. Miejscowości zamieszkałe w większości przez ludność prawosławną różnią się od tych „katolickich” czystością, porządkiem, dbałością o design, o przydomowe ozdoby i ogrody. W prawosławnych miejscowościach domy stoją bliżej siebie, a ich uporządkowanie jest rozkosznie przewidywalne.

Docieram do Orli. Chcę zobaczyć z bliska tę ocalałą wielką synagogę w samym centrum. Nie wysiadam jednak z samochodu. Zawsze, gdy tam jestem przed zmierzchem, kiedy na placu przed budynkiem kręcą się szczeniaki na rowerach i lokalni pijaczkowie, czuję niepewność, czy powinienem wysiąść. Ci przesiadujący na orlańskim skwerku, będącym kiedyś dużym rynkiem, najprawdopodobniej nie lubią obcych. Można ich rozumieć, wprowadzili się tutaj w zasadzie dwa pokolenia wstecz. Czują się niepewnie w tej nowej sytuacji. Dużo przyjemniej jest w okolicznych wioskach, gdzie ludność zamieszkuje je od stuleci.

Wracam przez Ploski, piękne Kiejniki z wielką cerkwią w samym centrum. Wreszcie rozumiem, co łączy wszystkie miejsca, które dzisiaj odwiedziłem: starcy na ławkach, kilkuletnie dzieciaki przeskakujące przez ulicę i opuszczone, drewniane domy. Były wszędzie, gdzie się pojawiłem. Czwartkowe popołudnia mijają tym ludziom na długich rozmowach przed swoimi domami i dziecięcych zabawach, bieganiu wokół domu, jeżdżeniu na rowerze. To życie obracające się wokół bardzo prostych spraw, nie ograniczone planem dnia, czy brakiem pieniędzy. Wracam do cywilizacji przejeżdżając obok wielkiej fabryki maszyn w Narwi. Ta miejscowość to prawdziwy fenomen, bo- z jednej strony – tradycyjna, żydowsko-prawosławo-katolicka. Z drugiej strony większość mieszkańców, a prawie wszyscy mężczyźni, pracują w tym Pronarze. Zastanawiam się, czy taka dominacja nie uderza jakoś w specyfikę takiego miejsca.

Dwieście kilometrów, pożądane zmęczenie. Piękny zachód słońca nad mostem w Narwi. Szaleniec za kierownicą w Zabłudowie, galeria Biała na horyzoncie, kiedy wjeżdżam do miasta.

Rynek żyje dzięki buzie

www.poranny.pl
Fot. Wojciech Wojtkielewicz, http://www.poranny.pl

Nowy rynek w Białymstoku zaczyna żyć. Po wschodniej stronie ratusza marszałek Piłsudski powoli szykuje się do przeprowadzki, a po stronie zachodniej właśnie uruchomiono Cafe Esperanto. Kelnerki są, jak na razie, całkowicie zdezorientowane i pogubione, ale pomysł na całodobową knajpę w samym sercu miasta jest genialny. W Cafe Esperanto jest co prawda drogo, ale chciałbym zobaczyć to miejsce w jakiś piątek lub sobotę, dwie lub trzy godziny po północy. Powinno ożywiać ten na razie senny rynek.

W Cafe Eksperanto uroczo nieporadne kelnerki podają słynną buzę – przedwojenny napój przywieziony do Białegostoku przez uchodźców z Macedonii, wyrabiany z kaszy jaglanej, słodko-kwaśny w smaku. Przed wojną w mieści roiło się od buzn – lokali sprzedających ten orzeźwiający, bezalkoholowy napój. Świetnie, że po sześćdziesięciu latach mamy w Białymstoku pierwszą po wojnie buznę. Co prawda taki lokal, aby odpowiadał bardziej chłopsko-robotniczemu charakterowi miasta, powinien być bardziej ludowy i zgrzebny, zaś w tej chwili bardziej sili się na eksluzywność niż jest eksluzywny w rzeczywistości (uporczywe zwracanie się do dwóch osób o tej samej płci per proszę państwa to, doprawdy, mało eksluzywne). Rozumiem jednak, że bezrobocie się już w Polsce skończyło i przyjmuje się do pracy tych, którzy się zgłoszą…

Myślę, że jest w Białymstoku miejsce na tani lokal o charakterze robotniczo-chłopskim, do którego przychodziliby pewnie co prawda głównie studenci z ludomańskim zacięcie (a nie chłopi i robotnicy, bo oni chętniej bawią się wieczorami na blokowiskach takich jak moje Dziesięciny.) Tam koniecznie powinno się sprzedawać buzę w kuflach. Powinno się tam grać żydowską muzykę, powinno być ciemno, zatęchle i nieco niebezpiecznie. Jak na razie mamy Cafe Esperanto, co też w gruncie rzeczy nie jest złe. Wybieram się tam dzisiaj w nocy, żeby sprawdzić, czy rynek już ożył.

Piotr Czerski „Ojciec odchodzi”

Tym razem są to bardzo spóźnione uwagi, bo książkę Czerskiego przeczytałem prawie natychmiast po ukazaniu się. I obawiam się, że mogą to być też uwagi przedawnione, bo książka opowiada o rzeczach prawdopodobnie już nieaktualnych. Jednak warto się nad nią zatrzymać, bo chyba ta nieaktualność jest z perspektywy dwóch lat od momentu wydania jej największą wartością.

„Ojciec odchodzi” to bardzo nihilistyczna opowieść o tzw. pokoleniu JP2. Przyjazd bohatera na stypendium do Krakowa zbiega się z umieraniem i śmiercią papieża. Bohater pije wódkę, przetacza się z jednego miejsca do drugiego i najwyraźniej próbuje „przepisać” przeczuwany pokoleniowy „milestone” na swoje, mało religijne życie. Najbardziej zapadającą w pamięci sceną jest ta, w której pijany bohater idzie pod prąd wielotysięcznych tłumów, zmierzających na mszę w intencji zmarłego Wojtyły. Scena to ważna, bo wyrażająca ogromne odklejenie od narodowo-katolickiej histerii, która tak często uruchamia się w tym narodzie. Wobec tego – z dzisiejszej perspektywy – tragikomicznego, a na pewno powierzchownego, ogólnonarodowego poruszenia nie można się było buntować. Być może to, co robi bohater i jego najomi jest wyjściem najlepszym z możliwych, być może najlepiej jest po prostu zdrowo przyciąć….

Tak, na pewno ta książka jest wartościowa z powodu swojej nieaktualności. Jeszcze dwa lata temu mogła uderzać swoim nihilizmem i być może sprawiać wrażenie manifestu pokolenia anty-JPII. Dzisiaj okazuje się, że niczego takiego nigdy nie było, a to, co naprawdę trwałe, w tym pokoleniu to trójdniowy alkoholowy maraton, od piątku do niedzieli, gorzka żołądkowa, cały stół w ogórkach, kolejki do knajpianych toalet i lipcowe ogródki okupowane do szóstej nad ranem. Piwo z nalewaka okazało się trwalsze od Największego Polaka w Historii.

Sentymentalny

To była całkowita nieodpowiedzialność ze strony mojego ówczesnego opiekuna, żeby puścić trzynastolentniego szczeniaka na koncert. Ale chyba był szczęśliwy, że miejsce w kasetowym magnetofonie do tej pory okupowane przez New Kids On The Block zajęła najbardziej zarżnięta kaseta w życiorysie tego sowieckiego sprzętu. Słuchałem jej od rana do nocy. Strona A, strona B.

A potem poszedłem na swój pierwszy koncert w życiu. Nie wiem, czy to miejsce jeszcze istnieje. U stóp kościoła św. Rocha mieścił się klub ACK. Pamiętam straszne tłumy, jakąś straszną euforię, kiedy wszystko się zaczęło. Myślę, że to był pierwszy moment, w którym zrozumiałem, że człowiek posiada emocje. Rock’n’roll to wielkie oszustwo, ale wtedy tak nie uważałem.  Teraz wydaje mi się to karykaturalne i śmieszne, ale wtedy było najważniejsze i bardzo, ale to bardzo poważne. Wtedy była ta głupia koszula w kratę, pot skapujący z sufitu klubu, szesnastoletnie długowłose dziewczęta w glanach, dżinsach i koszulkach na ramiączkach, które wówczas wydawały się dorosłymi kobietami i w których się błyskawicznie zakochiwałem.

Niżej jest zapis, jak to się zaczęło. Po wszystkim nie miałem pieniędzy na taksówkę i, trzynastoletni szczeniak, z piskiem w uszach, wracałem na nogach o jakiejś nieprzyzwoicie późnej lub wczesnej porze, dokładnie tak, jak wczoraj.

Dwadzieścia dziewięć kilometrów

Dwadzieścia dziewięć kilometrów dziennie – tyle średnio przemierzają francuskie kadry wyższe. Dla urzędników odległość ta wynosi 23 kilometry, zaś dla robotników – 15 kilometrów. Przypomniałem sobie o tych danych z książki o gettoizacji przestrzeni miejskiej, przywołując sobie wczorajszą rozmowę z R.P. o uciążliwości pracy fizycznej i umysłowej. Plebejska pogarda dla menedżerów ma w sobie dużo resentymentalnej zawiści. Ci wszyscy urobieni po uszy menedżerowie, poza pompowaniem produktu krajowego brutto, wykonują w gruncie rzeczy heroiczną pracę, w której wysiłek umysłowy idzie w parze z ciężką pracą fizyczną. Wszystko to potęguje emocjonalny ciężar nieustannie podejmowanych decyzji, ciągłego ryzyka. Wykluwająca się z trudem polska klasa średnia jest opluwana zarówno przez słabo wykształconych robotników, jak i najczęściej niedokształconą i sfrustrowaną inteligencję, na szczęście nic sobie nie robiąc z nieustannych zarzutów o pracoholizm, pęd ku mamonie i zniewolenie przez wściekły neoliberalny kapitalizm. Rośnij nam w siłę nowa klaso średnia!