Codziennik siedemdziesiąty piąty – przy garach

DSC_7001

Dzień – poza pracą – spędziłem przy garach. W końcu udało mi się zebrać trochę więcej energii. Paradoksalnie – początek jesieni jest zawsze dla mnie bardzo inspirującą porą.

Kilka lat temu postanowiłem, że na przyjazd mamy z wakacji w Belgii, upiekę jej babkę ziemniaczaną. Od tego czasu babka wrześniowa stała się dla mnie rytuałem.

Pojechałem więc dzisiaj na giełdę, do najlepszego stoiska z warzywami w mieście. Są to ludzie z Plosek nad Narwią. Sprzedają tylko swoje płody i tylko przez 2-3 miesiące w roku. Kupiłem 2,5 kilograma mącznych ziemniaków Agata i – przy okazji – z 3 kg przecenionych pomidorów Limo za 1 zł za kilogram.

Zrobiłem więc babkę ziemniaczaną, do której z roztargnienia zapomniałem dodać cebuli i czosnku, i zawiozłem ją mamie na obiad. Wyszła całkiem niezła.

DSC_6994

Z pomidorów, które są teraz tak bezczelnie tanie, robię co roku coś w rodzaju passaty. Zdejmuję skórkę, blenduję, dodaję świeżą bazylię i pasteryzuję w słoikach. Moja siostra uwielbia robić z tego zupy pomidorowe dla Oli. One są kulinarnymi tradycjonalistkami

Mój syn z kolei po moim ojcu i po mnie – uwielbia eksperymentować z jedzeniem. Kiedy do niego jeździłem, zawsze wymyślałem i przygotowywałem mu jakieś ciekawe przekąski, których nie ma w polskich sklepach. Zazwyczaj mu smakowało.

Dzisiejszy eksperyment, którego efekty poznam za tydzień, to kiszona papryka chilli. Nigdzie w sieci nie znalazłem informacji, aby ktoś to robił. To dziwne, bo ludzie kiszą wszystko. Papryczki zalałem słoną wodą, wrzuciłem liść laurowy, ziele angielskie i koper. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

DSC_6995

Codziennik siedemdziesiąty czwarty – krzątanie się

DSC_6564

Słownikowa definicja „krzątać się” mówi, że znaczy to „poruszać się energicznie, zajmując się jakąś pracą”. W moim domu krzątanie oznaczało raczej niespieszne wykonywanie typowych spraw domowych: robienie prania, odkurzanie, gotowanie itp.

W zasadzie od zawsze gardziłem takimi czynnościami. Uważałem je za stratę czasu. Stosowałem zasadę gruntownego, forsownego sprzątania, mycia, prania i odkurzania co dwa tygodnie. Dokładnie jak mój ojciec.

Ostatnio jednak polubiłem to krzątanie w tym „slołlajfowym” sensie. Traktuję je jako formę medytacji i wyciszenia. Zmywanie naczyń, jeśli poświęci się mu więcej uważności, staje się piękną, nie wymagającą myślenia, lecz aktywującą wszystkie zmysły czynnością.

Piszę to dlatego, że prawie całą środę, która niedługo się skończy, poświęciłem temu tej medytacji, którą nazywam sprzątaniem. Zrobiłem pranie, kwiaty podlałem i pozbyłem zwiędniętych liści. Przesadziłem i powiesiłem przy oknie melisę oraz miętę. Skończyłem pasteryzację ostatnich słoików z papryką. Posprzątałem kuchnię. Odkurzyłem mieszkanie i przeniosłem na te zimne dni doniczki ze szklarni na balkonie do domu.

Czekam tu na mojego Syna.

Papryka marynowana w occie – krótki wykład o podstawowych problemach przedmiotowego zagadnienia i propozycje ich rozwiązania

DSC_6959

Szanowni Państwo!

Długowieczna debata dotycząca marynowania papryki w occie sprowadza się zasadniczo do dwóch budzących kontrowersje kwestii. Postaram się w tym krótkim wykładziku przedstawić z grubsza istotę tych dwóch problemów, by następnie przedstawić moje propozycje ich rozwiązania w oparciu o własną praktykę.

Przygotowanie marynowanej papryki sprowadza się w krótkich słowach na zalaniu płatów słodkiej papryki płynem złożonym z wody, octu (najczęściej spirytusowego) oraz cukru, a także rutynowymi przyprawami stosowanymi w marynowaniu warzyw. Papryki tak zalane przechowuje się w słoikach i spożywa, gdy dostęp do warzyw jest utrudniony (czyli w realiach Polski 2019 r. – nigdy).

Pierwszą kwestią sporną, którą chcę rozważyć, jest proporcja wody do octu. Stosowane są najczęściej proporcje 4:1, 5:1, 6:1. Duża ilość octu zwiększa nam szanse na skuteczne zakonserwowanie się papryk, lecz pomniejsza doznania smakowe i tłumi smak papryki, na którym zależy nam bardziej, niż na smaku octu. Osobiście preferuję i stosuję proporcję 6:1. Już taka mała ilość octu, przy starannej pasteryzacji, zapewnia trwałość papryki przez rok, a nawet dłużej. Jednocześnie otrzymujemy przetwór pełen paprykowego smaku.

W przypadku 5 kg papryki stosuję więc następujące proporcje podstawowych składników marynaty:

  • 3 litry wody
  • 0,5 litra octu
  • 1,5 szklanki cukru

Do tego płynu wrzucam kilka laurowych liści, ziele angielskie i gorczycę. Wszystko to zagotowuję. W tym czasie wkładam plastry papryki pozbawione wewnętrznych gniazd nasiennych i białych błon do słoików, bez przesadnego upychania.

DSC_6960

I w tym momencie dochodzimy do drugiej kluczowej kwestii! Praktyka wielu gospodyń domowych dostarcza nieprzyjemnych doświadczeń z marynowanymi w occie paprykami, które – po otwarciu słoika – przypominają stare, sflaczałe, rozlatujące się kapcie dziadka.

Dlaczego tak się dzieje? Otóż moje doświadczenia pokazują, że błąd polega na zalewaniu papryk wrzącym octowym płynem. Robi się tak albo z braku cierpliwości, albo z przekonania, że starodawna metoda „pasteryzacji” polegająca na szybkim zalaniu słoika, zakręceniu i odwrócenia go do góry dnem, by znajdujące się w pustej przestrzeni słoika bakterie nie przeżyły tej ewolucji, jest skuteczna. Otóż, czasami jest, czasami nie jest.

Niestety przy zastosowaniu tej metody, zalanie papryk wrzątkiem powoduje, że przeżywają one szok termiczny i więdną, stając się tak zwanym „rozklapuchami”.

Aby tego uniknąć, należy poczekać, aż zalewa wystygnie co najmniej do letniej temperatury, a następnie na spokojnie wlać ją do słoików. Słoiki dokładnie zakręcić, a następnie nasze przetwory poddać pasteryzacji.

Można to zrobić na dwa sposoby. Jeśli słoików jest mało, rekomenduję pasteryzację „na mokro”, polegającą na wstawieniu słoików zabezpieczonych szmatami przed obijaniem się o siebie i o dno garnka, do garnka. Wlaniu wody do poziomu około 2/3 ich wysokości, a następnie gotowaniu ich w temperaturze powyżej 80 stopni Celsjusza przez około 10-15 minut. Następnie należy poczekać, aż woda wystygnie. Dzięki temu mamy pewność, że całość fauny znajdującej się w słoiku zmarła.

Jeśli słoików jest dużo, rekomenduję pasteryzację „na sucho”. Do zimnego piekarnika wstawiamy nasze słoiki odizolowane od blachy jakąś szmatą. Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 120 stopni Celsjusza i od tego momentu zabijamy naszą faunę przez około 30 minut.

Dzięki zastosowaniu tej wielokrotnie przeze mnie sprawdzonej metody otrzymamy papryki pełne paprykowego smaku, soczyste i twarde prawie tak, jak po zerwaniu z krzaka.

Cieszę się, że mogłem pomóc.

Zawsze Wasz,

Radek Przetworyszczyszyn

DSC_6971

Ryszard Ćwirlej „Ostra jazda”

7299906531072

Kryminały Ryszarda Ćwirleja mają w sobie coś z komiksu. Obcowanie z nimi przypomina mi zawsze przewracanie kartek  tych starych PRL-owskich komiksów o dzielnej pracy funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, których to książek miałem w dzieciństwie mnóstwo. Nie ma w nich tej częstej w kryminałach mroczności, nie ma grozy, a nawet śmierć – która w kryminale wydarzyć się musi – jest jakaś taka mało przerażająca i przyjazna. Postaci, choć często to obleśne i ponure typy, wzbudzają w najgorszym wypadku śmiech, a nie odrazę. To wszystko bardzo mi w tych książkach pasuje.

Najnowsza książka Ćwirleja nie dzieje się – jak poprzednie – w tak zwanej „poprzedniej epoce”, ale nie dalej jak niespełna pięć lat temu, w roku 2015. Wszystko przebiega więc „w kontekście” wyborów parlamentarnych, ale bohaterami są ludzie z tej wspomnianej „poprzedniej epoki”. Byli milicjanci, którzy albo kończą karierę w policji, albo robią karierę w biznesie, albo w końcu prowadzą jakieś swoje małe biznesy.

Sierżant Aneta Nowak z Komendy Wojewódzkiej w Poznaniu prowadzi śledztwo w sprawie zastrzelenia żołnierza dowożącego swoim kolegom w lesie wódkę na alkoholową libację. Wewnętrzne służby wojskowe skrzętnie zacierają ślady, aby uniemożliwić rozwiązanie sprawy. Niedługo później, w niedalekiej okolicy od miejsca zastrzelenia żołnierza, przypadkowy grzybiarz znajduje zamordowaną prostytutkę.

Młoda policjanta szybko znajduje węzły łączące te sprawy. Równocześnie odkrywa, że w tle obu tych zabójstw krążą ludzie pracujący w przeszłości w Milicji Obywatelskiej, którym śledztwo najwyraźniej przeszkadza w jakichś interesach…

„Ostra jazda” to trochę takie „Psy” Pasikowskiego na wesoło. Pomijając wątek fabularny, niezwykle interesujące są opowiedziane przez Ćwirleja koleje losu byłych funkcjonariuszy po zmianie systemowej. To, w jaki sposób odnaleźli się – lub nie odnaleźli –  w nowych czasach. I – jak na komiks prozą przystało – wszystko jest przerysowane, ale z wdziękiem i kolorytem. Jest więc uczciwy przez całe życie szef Komendy Wojewódzkiej – Marcinkowski. Jest Brodziak – obecnie dyrektor Banku. Jest też – budzący największą sympatię – Olkiewicz, były taksówkarz, a obecnie właściciel baru z wódką.

W polskich kryminałach najbardziej cenię sobie konkret – umiejscowienie wydarzeń w określonych, istniejących miejscach, a najlepiej, jak w stylu gonzo, wplątanie w wir wydarzeń realne osoby i wydarzenia. Dostałem to w „Ostrej jeździe”. Bohaterowie chodzą po konkretnych ulicach Poznania, rozmawiają o tym, co działo się w tamtych dniach 2015 roku w Polsce i na świecie. Komentują ówczesny kryzys uchodźczy i wybory parlamentarne.

Drażni jedynie nieco zbyt jednoznaczne opowiedzenie się przez pisarza po jednej stronie ówczesnych sporów politycznych i światopoglądowych i przemycanie w książce własnych przekonań, choć – oczywiście – ma on do tego prawo. Niektóre fajnie zapowiadające się wątki i świetnie narysowane postaci giną i pozostaje żal, że nie zostały rozwinięte, ale to być może taka gra w kotka i myszkę, która ma na celu uśpienie czujności czytelnika. No i szkoda, że Ćwirlej z jakimś niezrozumiałym umiarem nie nadużywa wulgaryzmów. Milicjant, który nie klnie, to nie milicjant!

Tak, czy inaczej, „Ostra jazda” może jest i ostra, ale bardzo przyjemna. Polecam.

Codziennik siedemdziesiąty trzeci – place zabaw

Kiedy po raz pierwszy, tydzień albo dwa temu, jechałem nową zachodnią obwodnicą miasta, po raz pierwszy zobaczyłem ten spektakularny, różnokolorowy zamek stojący na skraju lasu Bacieczki, przy samej granicy osiedla Zielone Wzgórza.

Dzisiaj o świcie pojechałem tam na rekonesans. Przygotowuję się dosyć pilnie do chwili, gdy mój syn będzie mógł ze mną robić to, na co ma ochotę i jestem w każdej chwili przygotowany do złożenia mu dziesiątek propozycji takiego spędzania czasu, gdzie nikt nie będzie nas oceniał, krytykował, szydził lub przeszkadzał. Wierzę, że ten moment nadejdzie już niebawem.

Sam plac na Zielonych Wzgórzach rzeczywiście jest świetnie pomyślany. Pełen rozrywek nie tylko gimnastycznych (liny, zjeżdżalnie, mini-ścianki wspinaczkowe, tunele), ale również umysłowych i zręcznościowych.

Muszę zabrać tam jak najszybciej Olę. Na testy, czy działa to tak dobrze, jak wygląda. Kiedy przejeżdżałem tam któregoś popołudnia, widziałem na tym zamku dziesiątki dzieciaków.

Byłem dzisiaj w jeszcze jednym miejscu, które muszę pokazać Małemu, ale o tym przy innej okazji.