Dziennikarski test Turinga

W klasycznym już teście Turinga o tym, czy komputery posiadają inteligencję miało świadczyć to, że kontaktujący się z nimi ludzie nie rozpoznawali, czy rozmawiają z człowiekiem, czy maszyną. Christer Clerwater z Uniwersytetu w Karlstad postanowił sprawdzić, czy maszyny generujące automatyczne artykuły dziennikarskie potrafią zdać podobny test. Wiadomo, że obecnie dużo zawartości newsowej produkowanych jest automatycznie i bez udziału człowieka. Czy są one na tyle doskonałe, by pozostawać nieodróżnialne od prawdziwego dziennikarza?

Badanie polegało na przedstawieniu uczestnikom eksperymentu różnych artykułów: czy to napisanych przez prawdziwą osobę, czy wygenerowanych automatycznie. Badani zostali następnie poproszeni o ocenę tego, co przeczytali, pod względem jakości, stylu, wiarygodności, obiektywności itd.

Jakie były rezultaty eksperymentu? Treści tworzone przez dziennikarzy były częściej oceniane jako “dobrze napisane”, przyjemne do czytania i spójne. Równocześnie, artykuły generowane komputerowo częściej odbierano jako zbyt opisowe i nudne, ale jednocześnie uważano je za obiektywne i godne zaufania. Patrząc całościowo, czytelnicy mieli trudności z odgadnięciem, które teksty były napisane przez dziennikarza, a które wygenerowane automatycznie.

Być może najważniejszym wynikiem badania Clerwalla jest odkrycie, że czytelnicy właściwie nie potrafią wykrywać autorstwa czytanych przez siebie tekstów. Czy to znaczy, że maszyny mogą już niedługo zastąpić dziennikarzy? Na pewno automaty zrobią to szybciej, ale prawdopodobnie jeszcze długo nie przebiją człowieka pod względem kreatywności, umiejętności interpretacji i wyrażania subiektywych opinii. Nie ma jednak wątpliwości, że maszyny będą coraz mocniej wpływać na kształt współczesnego dziennikarstwa.

Źródło: Christer Clerwall. Enter the Robot Journalist. Journalism Practice, 2014; 1 DOI:10.1080/17512786.2014.883116

Lwów

DSCF2538To był luty. Dotarliśmy do Lwowa dopiero wczesnym wieczorem. Jechaliśmy z Bieszczadów. Chciałem przekroczyć granicę w Krościenku i pojechać przez Homel, ale przejście było zamknięte. Dosłownie. Biało-czerwony szlaban i nikogo, kto mógłby cokolwiek powiedzieć.

Pojechaliśmy więc w stronę Przemyśla, przez Birczę. Za miastem, na szosie nr 28 w stronę Medyki widać już było samych przemytników. Wlekące się z trudem passaty kombi z przerobionymi zbiornikami i śmigające między nimi skutery, którymi gówniarze przewożą przez granicę po 4 paczki fajek, kilkanaście razy dziennie.

Nie staliśmy tam długo, a potem wjechaliśmy na Ukrainę. Były tam dziesiątki, setki pstrokatych szyldów reklamujących sklepy z papierosami i asfalt tak dziurawy, że przechodziło to wszelkie pojęcie.

I patrol drogówki, który nas zatrzymał gdzieś kawałek za Mościskami. Machnęli brudnym lizakiem. Zatrzymałem się. Obejrzeli dokumenty. Kazali otworzyć bagażnik. Największy z nich podszedł do mnie i powiedział, że należy się 10 dolarów podatku. – Jakiego podatku? – Klimatycznego. – Nie ma żadnych podatków klimatycznych. – Pokaż, czy masz gaśnicę. – Pokaż apteczkę. Bieżnik w oponach w jakim stanie?

Powiedziałem mu, że może sobie sprawdzać, ile chce. Auto jest w porządku, a my chcemy jechać do Lwowa. Postał jeszcze chwilę i zirytowany oddał mi papiery. Pojechaliśmy dalej.

No i wjechaliśmy do Lwowa. Człowiek, który miał nas przenocować, powiedział przez telefon, abyśmy czekali na niego przy operze. To sam środek miasta. Z trudem znalazłem miejsce do zaparkowania. Po chwili podszedł do auta mężczyzna w grubym mudurze i wielkiej sowieckiej czapie. Z jego ust wydobywały się obłoki pary. Mówi, że należy się opłata za parkowanie. Płacę 15 hrywien, a on daje mi jakiś druczek wypisany cyrylicą.

Czekamy na pana Stanisława. W końcu przyjechał. Pokazałem mu ten druczek do parkowania, a on się tylko zaśmiał. Przebieraniec w mundurze wyłudził ode mnie hrywny i w zamian dał mi druk z pralni.

Jechaliśmy zatłoczonymi ulicami Lwowa, gdzie ruch uliczny regulują nie przepisy kodeksu, ale refleks i odwaga. Mijanie się na centymetry, bezustanne używanie klaksonów, wpychanie się z podporządkowanej. Wszystko to podobało mi się coraz bardziej. Jeszcze bardziej podobało mi się, kiedy pan Stanisław polecił mi, żeby wjechał ostrzej z podporządkowanej, bo “jak zobaczą, że Lach jedzie, to za Chiny Ludowe nie wpuszczą”.

Zakochałem się wtedy we Lwowie po raz kolejny. Miasto, w którym nigdy nie wiesz, co ci się przydarzy. W którym ludzie handlują czym popadnie, a jedzenie sprzedawane jest wprost z ulicy. Pierożki, zapiekanki, langosze, hot-dogi. Kawa lub czaj pite z plastikowych kubków, które pod wpływem wrzątku rozpuszały się w rękach, a gorący płyn parzył w dłonie.

Byliśmy tam dwa dni, a potem musieliśmy wracać. Nie mieliśmy nic ze sobą, ale perspektywa drobiazgowej kontroli nie nastrajała nas optymistycznie. Przed granicą w Hrebennem kupiliśmy od babuszki prażone pestki. Ukraiński pograniczki strasznie mnie zbluzgał za to, że wyszedłem z auta. Myślałem, że za chwilę będzie źle. Po chwili podszedł celnik, zerknął na tylne siedzenie Toyoty, zobaczył gitarę w pokrowcu, powiedział: “a, studienty” i kazał jechać dalej. Już dawno nie byłem wtedy żadnym studentem.

Wjechaliśmy do Polski. Za chwilę był Tomaszów Lubelski i Zamość. W tamtejszym pięknym rynku jedliśmy pizzę w czystej i ładnie urządzonej restauracji, a mnie się zachciało pierożków ze stalowej budy obok lwowskiego dworca.