Chwalcie łąki umajone, czyli kilka screenshotów z majowych szwendactw

Reklamy

Wyjątkowo niezimny maj

To wyjątkowo niezimny maj. W ten upalny, suchy dzień, wybrałem się dziś z plecakiem na wycieczkę w poszukiwaniu bazy carskich sterowców gdzieś w środku Lasu Pietrasze. Gdzieś w tym lesie cumowały i uzupełniały zapasy wodoru trzy ogromne kilkudziesięciometrowe cepeliny: Astra, Albatros i ten, który swoją piękną nazwą sprawił, że musiałem znaleźć miejsce jego odpoczynku. Zwiastun Burzy zasłynął bombardowaniem pruskiego dworca kolejowego w Ełku, pierwszego lutego 1915 roku. Błądziłem po tym lesie, szukałem śladów po tej bazie w największych ostępach, tam, gdzie mieszkają dziki, ale śladów bazy nie znalazłem. Szkoda, bo w nocy śniły mi się te wielkie cepeliny krążące nad moim miastem w gorące, majowe wieczory. Powracające z misji – największe statki powietrzne stworzone przez człowieka. Nic nie znalazłem.

Znalazłem za to piękne łubiany w swoim rozkwicie. W miejscu, gdzie hitlerowcy zabili kiedyś kilka tysięcy Żydów i trochę Polaków. Wśród łubianu kręcił się odważny trzmiel i nic sobie nie miał z mojego towarzystwa. Znalazłem rumianki, dzikie róże przy nasypie kolejowym.

Znalazłem piękny maj bez mojego syna i znalazłem trochę spokoju.

Zielone

DSC_0468-COLLAGE.jpg

Kiełki papryki, pietruszki, bazylii, oregano, mango, kopru, majeranku i rozmarynu gramolą się niestrudzenie spod wilgotnej ziemi – ku światłu.

Łodyżki pelargonii, skrzydłokwiatów, meksykańskich reo i innych geranium wypuszczają w słoikach korzenie.

Kalanchoe rozprostowuje swoje liście, jakby przeciągało się po długim, zimowym śnie. Grubosz bezczelnie domaga się codziennego odwracania swojej zielonej, tłustej gęby do słońca.

Największa geranium ma już prawie dwa metry, chleje wodę jak lump Amarenę pod Biedronką i nie są to jej ostatnie słowa.

Nasiona owsa dzisiaj ułożyły się wygodnie w wilgotnej ziemi. Kiedy nasiąkną i nabiorą siły tak samo jak wszyscy w tym domu, będą parły niestrudzenie, wbrew przeciwnościom, ku górze, ku słońcu, ku wiośnie.

Pierwsze ujęcie Pani Wiosny

Jeżdżę często ulicą Ciołkowskiego. Między kampusem uniwersyteckim a ulicą Żwirki i Wigury jest duży obszar nieużytków, zamknięty z jednej strony ulicą Żwirki i Wigury, a z drugiej Lasem Zwierzynieckim. Były tam kiedyś ogródki działkowe, po których pozostały już tylko betonowe podmurówki dacz ukryte w trawie, pokryte rdzą pozostałości metalowych płotów, zwały azbestowych dachówek, drewniane obudowy po telewizorach, miejsca po letnich ogniskach, worki ze śmieciami, opony samochodowe, gumowe świadectwa przelotnych znajomości. A poza tym chaszcze, kępy traw, błoto, szarość i smutek. Byłem tam wczoraj na spacerze z aparatem, bo człowiek szuka w desperacji śladów wiosny gdzie się tylko da. Robiłem zdjęcia kroplom deszczu na zbutwiałych gałęziach starych krzewów owocowych i te zdjęcia na wyświetlaczu też wyglądały smutno. Tylko jedno z nich wyłapało jakimś niewyobrażalnym przypadkiem odrobinę koloru, jakiejś niewidzialnej gołym okiem tęczy.

Liście

„Klon ma złote liście,
świecą się ogniście.
Jesion zaś brązowe,
zgubił ich połowę.

Dęby się czerwienią,
Pół na pół z zielenią.
Olcha żółto-siwa,
Wiatr jej liście zrywa.

Miesza je z innymi,
pędzi het, po ziemi.
Z najładniejszych liści
cały świat oczyści.”

Władysław Broniewski „Liście”

Wrzosy

Starość jest wtedy, gdy we wrześniowe powszednie przedpołudnia, razem z innymi starcami, sadzisz wrzosy na grobach swoich przodków.

SONY DSCSONY DSC

Psy pilnujące cmentarza

SONY DSC

Od kiedy pamiętam, na krynieński kirkut wchodziłem od wschodu. Przy cmentarzu prawosławnym trzeba było skręcić w lewo i podjechać trochę pod górę. Za osamotnionym gospodarstwem idzie już pod górę mur cmentarza żydowskiego, wzdłuż którego należało iść. Dzisiaj tego wejścia pilnowały trzy agresywne psy. Zrezygnowaliśmy.

Potem przedzieraliśmy się na przełaj, przez chaszcze pełne pokrzyw, ostów, dzikich malin i krzewów najeżonych kolcami. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Zrezygnowaliśmy.

SONY DSC

W końcu odkryliśmy ‚oficjalne’ wejście na żydowski cmentarz w Krynkach. Informowała o nim wyblakła tablica, na której nic nie można było odczytać, ale było wiadomo, że coś tam jest. Szło się tam już łatwiej, szeroką ścieżką pod górę. W dole było widać dachy krynieńskich domów i kościołów. Tam, gdzie w murze była pierwsza dziura, ktoś na ścieżce palił kilka dni temu ognisko, a przy macewie po drugiej stronie zapalił wielki, tandetny, srebrny znicz.

SONY DSC

Potem ścieżka skręcała już w głąb cmentarza i znowu trzeba było błądzić ślepymi uliczkami ścieżek w wysokiej trawie, pozagradzanych gałęziami pokrzywy sięgającymi ramion. Prawdziwe chaszcze, wśród których co rusz natykałem się na leżący lub pochylony kamień. Bez inskrypcji, bez niczego, tylko kształtem przypominający nagrobek.

SONY DSC

W końcu dotarliśmy do tej części, która kilka lat temu została poprawiona, w której postawiono macewy, w której jeszcze dwa lata temu ktoś skosił trawę, w której na wyczyszczonych i postawionych macewach ludzie kładli kamienie. Ale tam było tak samo, jak wszędzie.

SONY DSC

Niedostępny, pusty cmentarz, a właściwie wzgórze porośnięte chwastami, górujące nad żywym miastem. A może cmentarze powinny być właśnie takie – nieprzystępne, pilnowane przez wściekłe psy, obce. Opisane w obcym języku, którego nikt już nie potrafi przeczytać? Kim był, co zrobił, kiedy umarł? Czy to ważne?