Peter Wohlleben – Duchowe życie zwierząt

Jestem zachwycony tą książką. Opowiada o wszystkich ludzkich cechach i uczuciach. O miłości, wdzięczności, nienawiści, zazdrości, inteligencji, kłamstwie, strachu, pożądaniu, nienawiści i wielu innych. Opowiada o tym, że te wszystkie cechy i uczucia posiadają również zwierzęta. Nie tylko te najbliższe człowiekowi. Opowiada o tym, jak boją się ryby, jak koguty oszukują kury, o marzeniach sennych koni i kozłów, o tym, jak kruki nadają sobie imiona, a także o tym, jak okrutne bywają urocze wiewiórki. Zwierzęta mają uczucia i przeżywają emocje. Trochę inaczej, niż ludzie, bo przecież to my nadajemy im cechy, które znamy u siebie. Ale na tym polega przecież empatia. 

Ta empatia działa w obie strony. Ludzie mogą, choć nie muszą, być empatyczni wobec zwierząt, ale zwierzęta mogą również posiadać empatię wobec ludzi. Podobnie jest z nienawiścią i okrucieństwem. Ludzie bywają okrutni wobec zwierząt i vice versa.

Nie jest to więc jakaś litania nawiedzonego, uduchowionego wyznawcy weganizmu i radykalnego przeciwnika zabijania zwierząt. Autor pisze o sobie, że jest ateistą i zjada mięso. Robi to jednak świadomie, unikając zbędnego zadawania cierpienia. To bardzo racjonalna postawa.

Postawa uzasadniona setkami przykładów, których nie sposób tutaj wymienić. Choć teoretycznie jest to książka dla dorosłych, mógłbym jej akapity czytać mojemu czteroletniemu synowi lub dziesięcioletniej siostrzenicy czytać na dobranoc i jestem pewny, że słuchaliby tych opowieści z fascynacją. Chociażby tej o ćmach. Dlaczego ćmy lecą jak szalone ku rozgrzanej żarówce, aby za chwilę smażyć się na jej powierzchni? Dlatego, że mylą ją z księżycem, który pełni rolę nawigacji w nocy, gdy te motyle szukają po zmroku kwiatów do zapylenia. Albo o tym, jak kogut oszukuje kury, z którymi chce się bliżej zaprzyjaźnić, udając wydziobywanie nieistniejących ziarenek. Albo o tym, jak kruki nadają sobie imiona i nawołują się wzajemnie z jednego drzewa na drugie. Albo o tym, dlaczego sarny zostawiają swoje potomstwo na kilka tygodni po urodzeniu w głębokich chaszczach. Takich rzeczy są w tej książce setki.

Wspaniała lektura.

Codziennik 140 – Widoki

Znalezione obrazy dla zapytania lighthouse painting

Czerwone morze zza sosnowych drzew
Wyspy klęczą jak wasale przed przylądkami.
Deszczowe chmury zaczepiają się o grzbiety przybrzeżne.
Krwawnik stoi widmowo w wiązce latarni morskiej.

Trudno jest jednocześnie objąć wszystkie szczegóły krajobrazu. Nasze oczy potrafią się skupić tylko na jednym punkcie w jednej chwili. Patrzymy w lewo, potem patrzymy w prawo. Nasze spojrzenie na jakikolwiek przedmiot, jeśli jest on duży, nigdy nie będzie całościowe – zawsze będzie złożeniem wielu obrazów w naszych umysłach. To samo dotyczy naszego podejścia do Tao.

Tao jest ciągłe, płynne i zmienne; nie można poznać go w jednym spojrzeniu. Polegamy na złożonych obrazach, które tworzymy w naszym wnętrzu. Dla początkującego, przebłyski Tao będą przypadkowe i przelotne. Natkniesz się na nie od czasu do czasu albo dostrzeżesz je w krótkich odstępach między wydarzeniami. Dla doświadczonych praktyków Tao, złożone spojrzenie wynika z treningu, techniki, badań i doświadczenia samokultywacji. Ale nawet po latach pracy, nie jest możliwe ujęcie go całościowo.

Istnieje sposób, by poznać Tao bezpośrednio i kompletnie. Wymaga to obudzenia w sobie sił duchowych. Kiedy do tego dochodzi, duchowość manifestuje się jako najwspanialsze światło. Twój umysł rozszerza się w świecącą obecność. Tak jak latarnia morska rozjaśniająca wybrzeże, staje się jednocześnie światłem i okiem. Co istotne – to, co pokazuje, wie także bezpośrednio. To światło, które widzi.

Deng Ming-Dao „365 Tao: Daily Meditations. Chapter 145 – Views”,
tłum. własne

Codziennik 139 – Skąd jestem?

Instynktownie odróżniam rosyjski i białoruski od ukraińskiego. Nie rozumiem żadnego z nich. Odróżniam ukraińską melodię i hardość samogłosek. Czytam o dialekcie lwowskim. Na Wikipedii jest dużo przykładów. Czytam je na głos z uśmiechem. To przedziwne połączenie ukraińskiego, polskiego i niemieckiego. Bez wilneńskiego zaśpiewu, bardziej agresywne. Dźwięki są bardziej ironiczne niż polubowne. Czuję, że urodziłem się z nimi w głowie.

Moja babcia gadała w gwarze ukraińskiej. Mówiła „rychtyg” i „het”. Wszyscy im tam wkładali do głów, że mówią po białorusku i powinni być prawosławni. A babcia i dziadek wbrew temu byli radykalnymi katolikami i mówili w gwarze ukraińskiej, a uważali się za Polaków. A prawosławnymi Białorusinami z należnym szacunkiem pogardzali.

Jakie to ma znaczenie? What difference does it make? Fundamentalną. Ale dopiero w tym momencie życia, kiedy zaczniesz zadawać pytania. Skąd jestem? Kto był przede mną? Kto mnie stworzył? Kto za mną stoi? Kto mi pomoże w potrzebie?

Codziennik 137 – Chce mi się do Lwowa

Babcia Ania, z domu Linkiewicz, pochodziła ze Stolina, małego miasteczka na Polesiu, przy obecnej granicy z Ukrainą. Dziadek Jurek – jej mąż – urodził się w Białymstoku, do którego z kolei w drugim dziesięcioleciu XX wieku przyjechał jego ojciec – Michał Oryszczyszyn.

Przyjechał spod Lwowa, ale jak pierwszy raz tam jechałem, nie wiedziałem prawie nic o pradziadku. Jechałem w ciemno

Teraz wiem, dlaczego jest to moje absolutnie najukochańsze miasto. Za każdym razem, jak tam jechałem, czułem z tym miejscem i jego mieszkańcami przejmującą więź. Lubię lwowski syf i uliczny chaos. Lubię mechaniczne domofony, otwierane jak przedwojenne walizki. Kocham uliczne jedzenie we Lwowie i kurczaki sprzedawane wprost z trotuaru. Kocham Cofe Bary i te ich ukraińskie tapasy – małe kanapeczki ze skrawkami łososia albo z kawiorem. Kocham lwowskie, napchane ludźmi marszrutki i kocham taksówki z dwumilionowymi przebiegami.

Czuję, że w głębi duszy jestem z Galicji.

Ola ma niedługo przygotować do szkoły wystąpienie o tym, co robiła w wakacje. Zapytałem, o czym opowie kolegom. „Wiadomka, że o Lwowie” – odpowiedziała. Nie powiem łezka poszła.

Chce mi się do Lwowa.