Codziennik 119 – Zapiski cd.

3 grudnia 2017 r.

Helbe małemu smakowało. Mój chłopiec ma swoje zdanie, niezależnie od podszeptów. Na następny raz zażyczył sobie pizzę z jabłkami. Poradzimy. Myślę nad focaccią z musem antonówkowym, co go babcia Terka jesiennymi nocami pasteryzowała w słoikach.

Codziennik 114 – Z zapisków cz. II

24059372_10160291595915643_5420942000240028030_o.jpg

26 listopada 2017 przed:

Dzisiaj mus czekoladowy z awokado i bananem, chałwa zwykła i czekoladowa w kształtach różnych z sezamu i miodu podlaskiego oraz tradycyjna kawka zbożowa Anatol. Samochodziki do Miasta GapKo od stęsknionej za wnukiem babci Terki z Białegostoku, a ode mnie kolekcja literatury dziecięcej zdobyta dzisiaj na giełdzie staroci przy Jardzie, encyklopedia dla dzieci i, co najważniejsze, odcinek Kajko i Kokosza, który to komiks uwielbiałem ponad życie. W planie jest jeszcze kilka innych rzeczy, które jest się w stanie zrobić na kilku metrach kwadratowych. Jak my sobie poradzimy w te marne dwie godziny na tak marnym obszarze, w takiej marnej atmosferze i tak wysokim ciśnieniu? Jakoś poradzimy.

24059401_10160293612600643_4835677241993978650_o.jpg

26 listopada 2017 po:

Mus czekoladowy z awokado i bananem smakował Mu jak cholera (na zdjęciu). Chałwa też. Tak mu smakowały, że aż dostałem zakaz przynoszenia jedzenia, heh, mam w dupie zakazy wynikające ze zwykłej złośliwości i zawiści, pominąłem to milczeniem. Rozbudowaliśmy Miasto GapKa o przedmieścia, gdzie mieszka gajowy Lulek, gdzie jest Fabryka Samochodów Nowych i sklep spożywczy „Owoce, Warzywa, Napoje, Ryż, Kasza, Makaron”.

Całą resztę pominę milczeniem. Z litości.

Codziennik 112 – Uciekające dzieciństwo

IMG_1583.JPG

To zdjęcie sprzed prawie dokładnie trzech lat. Z czasów, kiedy stawialiśmy jeszcze z Małym opór ich nienawiści i przemocy. Staram się nie oglądać tych pewnie z 2000 zdjęć, które mu wtedy robiłem i pieczołowicie selekcjonowałem, obrabiałem w domu po powrotach ze spotkań. Oglądanie tych zdjęć przywołuje lawinę nie tylko wzruszających, ale też niezwykle traumatycznych wspomnień ze spotkań, na których byliśmy niesprawiedliwie traktowani.

Jest we mnie spokój, bo mój syn jest wybitnie cierpliwym i wytrwałym dzieckiem, jak na swoje 4 i pół roku przystało. Walczy, na tyle, na ile może, o to, aby mieć oboje rodziców, a ja staram się mu w tej walce dotrzymywać kroku. Szkoda tylko, że każdy kolejny dzień rozłąki i kolejne dwadzieścia cztery godziny to kolejne etapy wymykającego się mu normalnego dzieciństwa.

Codziennik 106 – Stanie na rękach

DSCF0642.JPG

To był rok 1982 albo rok 2017. Do dwóch małych chłopców z włosami jak kurczacze pierza przyszli ich ojcowie, żeby spędzić z nimi kilka szczęśliwych chwil. Czytali tym chłopcom książki, ustawiali wielopiętrowe zamki z klocków, przedrzeźniali się, wydawali głupie dźwięki, robili najgłupsze miny. Przytulali swoich jedynych synów, łaskotali ich po brzuchach. Ćwiczyli stanie na rękach. W końcu rozpoczynali z nimi ekstatyczne przewracanie się po materacach i wersalkach, a tym małym chłopcom pękały brzuchy. Ze śmiechu i z radości.

Śniadanie – obiad – kolacja

20191022_094851 (1).jpg

Dla mojego roztrzepanego i bujającego przez całe życie w obłokach ojca, od kiedy mieszkaliśmy tylko we dwóch, jedną z najważniejszych rzeczy było to, aby ugotować mi każdego dnia obiad. W domu zawsze musiała być zupa, a mój ojciec był mistrzem w gotowaniu zup. W ramach gówniarskiego buntu przeciwko niemu, który przyjmował stoicko na klatę, gdy tylko w wieku około dwudziestu jeden lat osiągnąłem relatywnie stabilną samodzielność finansową, ostentacyjnie i złośliwie negowałem dzisiaj dla mnie oczywistą, fundamentalną wagę spożywania posiłków z bliskimi. Przez lata jadałem na mieście, a dom traktowałem jako bardzo serdeczną, przyjazną i zawsze pełną ojcowskiej miłości, sypialnię.

Kiedy w końcu wyprowadziłem się od ojca i do swoich wynajmowanych a w końcu własnych czterech ścian zaprosiłem wieloletnią miłość na odległość, włączył się we mnie ten sam impuls, co u ojca dwadzieścia lat wcześniej. Druga miłość zastąpiła pierwszą, potem przyszła trzecia, jednak instynktowna, wewnętrzna potrzeba przygotowania śniadania z cielęcych parówek, obiadu zgodnego z sympatiami kulinarnymi moich Księżniczek, a potem kolacji polegającej na pleśniowych serach, oliwkach i ewentualnie winie, trwała we mnie mimo przejściowych sztormów na każdym z tych rejsów.

Do momentu, gdy razem z Małym wytrzymywaliśmy jeszcze to, co sprawiano naszym spotkaniom, czułem równie naturalną, pierwotną, zwierzęcą wręcz potrzebę przygotowania mu jedzenia. Nie dlatego, żeby był głodny. Nie dlatego, żeby mu zaimponować. Potrzeba ta umiejscowiona jest gdzieś w okolicach hipokampu, w najbardziej pierwotnym ośrodku mózgu. Miejscu, które człowiek ma takie samo, jak wszystkie gady. Gady nie zastanawiają się, gady działają.

Pierwotny, trywialny, uniwersalny, codzienny rytm. Śniadanie – obiad – kolacja. Cykl wprowadzający równowagę i stabilność. Jeśli nie dla kolejnych Księżniczek, to choćby dla Dziecka i siebie samego.

Codziennik siedemdziesiąty dziewiąty – najpiękniejsza jesień od lat

20191015_114820.jpg

To najpiękniejsza jesień od lat. Ulica 11 listopada, którą wożę mamę do pracy, wygląda teraz obłędnie. To Park Zwierzyniecki, po którym robiłem marsze ubiegłego roku. Teraz muszę oszczędzać plecy i nogi na spacery po tym parku z Małym. Czekam z nadzieją i niecierpliwością. Półtora roku bez dziecka, choć jest ono dziesięć kilometrów stąd i ma ojca, który jest gotowy 24/7, by przy nim być i towarzyszyć mu. Krzywdę, którą mu się wyrządza alienując go od starego łagodzą nieco tylko nadzieja i to Babie Lato, które widzę każdego dnia z okna sypialni.

Codziennik sześćdziesiąty dziewiąty – usychanie

pomidory

Byłem dzisiaj na ogródkach działkowych. Pojechałem po liście wiśni. Niedługo już nie będzie po nich śladu. Patrzyłem na powysychane pędy pomidorów w opustoszałych szklarniach. Witałem się ze starymi ludźmi, którzy przez cały czas próbują ratować zieloność. Tam, gdzie podlewanie trwa cały czas, mamy ciągle czerwiec. Tam, gdzie po zakończonych urlopach pochowano w kąty zardzewiałe grille, rządzi suchość.

Pomidory pousychały z braku wody. Ja usycham z braku Małego.