Rymkiewicz, Varga, Kuroń

W weekendowej „Wyborczej” trzy teksty godne zestawienia. Pierwszy to mini-felieton Waldemara Kumóra o dyskusji toczącej się od dwóch tygodni na łamach Newsweeka. Rozpoczął ją poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, stwierdzając w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, iż:

„S” to była wielka rzecz. Ale dla naszego samoczpoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie znaki hańby, lecz pomniki chwały.

Na te odważne słowa Rymkiewicza tydzień później odpowiada Krzysztof Siemieński – drukarz podziemnej NOW. Kiedy studiował filozofię na UJ, wspólnie z kolegami wpadli na pomysł „likwidacji” Wojciecha Jaruzelskiego. Projekt był na zaawansowanym etapie realizacji. Na szczęście znalazł się ktoś, kto przekonał narwanych studentów, że – po pierwsze – oznacza to wyrok śmierci, nawet w przypadku niepowodzenia, a – po drugie – władze właśnie na takich szaleńców oczekują. Pomysły Rymkiewicza Siemieński kwituje następująco:

…w Polsce nigdy nie brakowało narwanych idiotów, którym sam byłem.

Kilka stron dalej, Marek Radziwon prezentuje zgłoszoną do nagrody Nike książkę Krzysztofa Vargi „Gulasz z turula”. Ta gorzka i ironiczna książka napisana przez Vargę, zakochanego w Węgrzech, okazuje się w takim samym stopniu książką o Polakach.

Opowieść o kompleksach małego kraju, o imperialnych pretensjach, które obracają się w groteskę, o hurrapatriotycznych pretensjach, o pamięci krwawych klęsk, które urastają do rangi najwspanialszych symboli narodowej historii, to także – jak w lustrze – opowieść o Polsce i naszych wysokich, a czasem po prostu śmiesznych wyobrażeniach o sobie samych

Czytałem tę książkę Vargi i mogę potwierdzić spostrzeżenia Radziwona. Książka Vargi jest książką tak samo o Węgrzech, jak i o Polsce. Niedawna rocznica wyborów kontraktowych ’89 roku przez jednych obchodzona jest jako zwycięstwo, inni zaś z poobną fetą i gatunkową ciężkością traktują ten moment jako kolejną, po Powstaniu, Czerwcu’56, Grudniach’70 i ’81 „piękną porażkę”. Żal tylko – jak mówi Rymkiewicz – że Klęska’89 nie przyniosła krwi na ulicach i męczenników za wolność. Byłoby kogo czcić… A może za takich męczenników uznać uczestników spotkań w Magdalence, cierpiących na „syndrom dnia następnego„?

Trzecim ważnym tekstem w dzisiejszej GW jest wywiad-wspomnienie z Karolem Modzelewskim o zmarłym 5 lat temu Jacku Kuroniu. Moja sympatia do Kuronia nie wynikała nigdy ze wspólnoty poglądów czy wartości, ale z pewnej meta-postawy, którą miał wobec siebie i innych ludzi. Modzelewski pięknie opowiada o wewnętrznym konflikcie, jaki zachodził w Kuroniu, kiedy uczestniczył w rządzie Mazowieckiego jako minister pracy. Choć potem odstąpił od tego stanowiska, to mam wrażenie, że miał rację, mówiąc, iż aby zbudować socjaldemokrację, należy najpierw zbudować kapitalizm. Z tym stanowiskiem zgodziliby się zarówno liberałowie, jak i socjaliści. Pierwsi mieliby oczywiście wątpliwości, czy jest sens trwonić zgromadzone bogactwo, drudzy rzekliby – po co tworzyć bogactwo, skoro możemy zrobić deficyt budżetowy? W każdym razie, myśl ta świetnie wyraża to meta-nastawienie Kuronia: konsyliacyjne, otwarte i ugodowe. Uważam, że na początku lat 90. tacy ludzie byli Polsce bardzo potrzebni, nawet jeśli w rezultacie ponieśli porażkę.

Wracając zaś do nawoływań Rymkiewicza o potrzebie krwi, wydaje się, że nieco innego rodzaju ofiar potrzebuje to społeczeństwo. Od butelek z benzyną, palonych opon i ran ciętych, kłutych i postrzałowych, potrzeba nam jednej z trzech rzeczy, o kórych mówił kilkadziesiąt lat temu Churchill. Nie krwi nam potrzeba, ani łez – potrzeba nam natomiast dużo potu, toczonego ciężką, codzienną pracą. To jest zresztą ofiara, którą składają codziennie miliony ludzi w Polsce. Niektórzy wyśmiewają się pracujących od 8 do 20 pracowników korporacji, pojawiają się wręcz pomysły, aby zakazać zbyt długiej pracy nawet tym, którzy się na to dobrowolnie godzą. Jednak, jeśli popatrzeć bez uprzedzeń, to właśnie ci wszyscy pracownicy sklepów całodobowych, uczestnicy tzw. „wyścigu szczurów” z wielkich korporacji, studenci ślęczący nad książkami całe noce, wszyscy ci, dla których dzień zaczyna się o 6 a kończy o 2 nad ranem, oddają temu społeczeństwu największą ofiarę, czyli pracę.

Grodno

1.

Z końcem maja byłem w Grodnie, na konferencji „Phenomenon of City in Central Eastern Europe: Living Space and Cultural Narration” zorganizowanym przez tamtejszy Uniwersytet Janka Kupały. Na Białorusi już raz byłem, poprzedniego roku w Mińsku. Ta podróż – choć bliższa – była jednak o wiele bardziej ekscytująca. Od dłuższego czasu chciałem zobaczyć Grodno – miasto oddalone o około 70 kilometrów od Białegostoku, a jednak trudno dostępne, bo oddzielone pilnie strzeżoną granicą. Jedną z ostatnich prawdziwych granic w Europie: z wizami, kontrolą osobistą, drutami kolczastymi, odprawą celną itd.

W Grodnie wygłosiłem krótki speech pod tytułem „Województwo podlaskie i jego miasta w świetle Diagnozy Społecznej 2007”. Referat nie wzbudził dyskusji ani większego zainteresowania uczestników imprezy, pewnie dlatego, że wyróżniał się dużą ilością empirycznych treści, czego zdaje się nie oczekiwano. Upieram się, że temat jest ciekawy, mam nadzieję, że gdzieś – może tu – doczeka się poważnego potraktowania. Na razie – w formie zachęty – umieszczam tu materiały graficzne, które przygotowałem i pokazałem na konferencji.

Tutaj jednak , zgodnie z konwencją tego miejsca, pierwsze miejsce mają nie dane statystyczne, ale wrażenia, ślady w pamięci, smaki, zapachy i widoki. Pojechałem do Grodna ze swoim szefem i kolegą z katedry, imiennikiem Radkiem.

2.

Świty na dworcach dają impuls do życia. Pobudka o 3 nawet dla rannych ptaków jest torturą, ale najlepsze połączenie z Grodnem rozpoczyna bieg o 5 w Białymstoku. Dworce umożliwiają pobudkę, bo tam są już o 4 rano dziesiątki podróżnych czekających na pociągi na Zachód i Wschód.

Nowoczesny pociąg zbudowany za pieniądze z Unii okazuje się zepsuty, podstawiają zwykły, stary i trzeszczący. W Sokółce pojawiają się już pierwsze biało-czarno-niebiesko-czerwone przepastne torby i ich właścicielki z podkrążonymi oczami, przesadnym makijażem i dwuletnią trwałą, zaczesaną do góry. Nie ma ich jednak wiele. W ogóle niczego nie ma zbyt wiele. Przesada jest cechą miast Wschodu. Tutaj – na prowincji – króluje niedostatek i ma się jak dotąd całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że tutejsi również go jakoś tam lubią, a jeśli nie, to na pewno akceptują jako pewną niezbywalną cechę tego świata.

Na przejściu w Kuźnicy nie ma więc zbyt wielu podróżnych. Nie ma też zbyt wielu przemytników. Albo po prostu moje oko nie jest w stanie dostrzec tego, co widzą młodzi pogranicznicy przechadzający się po peronie. Piętnaście minut po siódmej pociąg rusza. Ma kilka kilometrów do granicy. Tam wsiądą białoruscy celnicy w wielkich zielonych czapach i będą pilnować, aby żadna śrubka nie odpadła od składu aż do samego Grodna.

Tymczasem patrzę na okolice Grodzieńszczyzny. Jest zielona, mocno zalesiona. Dużo sosen na piaskowych glebach.

3.

DSCF3443Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu zamykają nas w dużej sali uniwersytetu, każą słuchać i głosić referaty. Co 45 minut korytarze uniwersytetu rozbrzmiewają donośnym dźwiękiem dzwonka. Z innych rozmów dowiaduję się, że system szkolnictwa wyższego jest tutaj zorganizowany na wzór naszego szkolnictwa licealnego lub wręcz gimnazjalnego. O partnerskiej relacji mistrz-uczeń można tu zapomnieć. Przechadzający się po korytarzach studenci do złudzenia przypominają naszych licealistów.  Ubrani skromniej niż ich polscy odpowiednicy, ale – szczególnie dziewczęta – z o wiele większą starannością. Ma się wrażenie, że grodzieńskie studentki poświęcają kilka godzin przed wyjściem z domu na odpowiedni dobór stroju, makijaż, paznokcie itd. Na ich tle polskie dziewczyny mogą wyglądać na ubrane niedbale, co nie znaczy, że gorzej. Obowiązkowymi elementami stroju tych dziewcząt są krótkie spódniczki i obuwie na obcasach, spotykane tam na skalę wręcz masową. Podobnie jest na Ukrainie, z tym jednak różnicą, że u Ukrainek kobiecy strój jest tylko dodatkiem do ich dumnych i odważnych gestów, mowy ciała i spojrzeń. W Grodnie miałem wrażenie, że strój tamtejszych kobiet – jakże charakterystyczny i egzotyczny – jest niejako wymuszony pewną konwencją, stanowi fasadę, którą po prostu należy przyjąć. To oczywiście ogromne uproszczenia i ogólnienia.

4.

Wieczorem wybieramy się z Radkiem na przechadzkę po mieście. Przechodzimy przez most na Niemnie i schodzimy w dół, na podmiejskie bulwary. Są wręcz oblężone przez setki młodych ludzi. Wystrojeni chłopcy i dziewczęta siedzą na murkach i schodach. Niektórzy poprzywozili swoje dziewczyny samochodami, z których dobiega polski (!) pop. Jakaś Kasia Kowalska czy Reni Jusis. Wszyscy bez żadnych ogródek piją piwo z butelek i puszek. Po raz pierwszy widzę litrową puszkę Calsberga. Skojarzenia z katastrofą Czernobylską są trudne do przezwyciężenia, kedy się widzi powiększony dwukrotnie w stosunku do znanego kształt podobno najlepszego piwa na świecie.

Kiedy zaglądamy jeszcze na główny plac miasta, a potem na plac Lenina, wszędzie widzimy tłumy młodzieży. Pomimo, że jest już około północy. Pomimo, że jest poniedziałek. Pomimo, że nie ma żadnego święta… Myślę, jak wygląda w tym momencie rynek w Białymstoku…W straganie przy parku kupuję suszone ryby i rozkoszuję się nimi aż do miejsca naszego zakwaterowania.

5.

DSCF3411Drugi dzień przeznaczamy już w całości na szwędanie się po mieście i zakupy. Moja cholerna indolencja językowa nie pozwala na wchłonięcie takiej wiedzy o mieście, jak bym chciał. Polecam w związku z tym zdjęcia, które zrobiłem podczas wyjazdu. Jeśli nie da się językiem, to można próbować obrazem. Ale kiedyś na pewno poopisuję te zjęcia po konsultacjach z większymi znawcami Grodna ode mnie.

Może kiedyś uda mi się pojechać tam jeszcze raz i znaleźć tylko swoje grodzieńskie szlaki.

Miasto jest piękne. Przede wszystkim będąc w Grodnie czuje się wielkomiejskość. Szerokie arterie komunikacyjne, trolejbusy, miejski gwar, życie na ulicy przez całą prawie dobę. Sporo śladów polskiej obecności w mieście, takich jak katedra widziana na zdjęciu. Według spisów, około 20% mieszkańców miasta jest Polakami, jednak próżno nasłuchiwać polskiego na ulicach. W większości są to Polacy zasymilowani. Pomimo tego język polski jest tu powszechnie rozumiany i traktowany z dużą życzliwością.

Taksówkarz, który za równowartość 8 złotych przewoził nas z blokowiska gdzie spaliśmy, do centrum, powiedział, że dla nich Białystok to nie zagranica. Jeszcze 20 lat temu te słowa mogłyby Polaka urazić. Dzisiaj wywołują wręcz odwrotne. Oto paradoks relacji białostocko-grodzieńskich. Białorusini jeżdżą do nas na po prostu po zakupy. Dla nas wyjazd o Grodna to prawie jak wycieczka za Ural, doprawiona strachem przez rzekomymi białoruskimi bandytami, łukaszenkowską bezpieką, brudem, biedą i zacofaniem. Okazuje się, że jest odwrotnie. To dla mieszkańców Grodna nie ma granic i to oni żyją w wielkim mieście z większością cech wielkomiejskości. Szkoda, że brakuje tego często mieszkańcom Białegostoku.

6.

Ostatni, szósty punkt, rezerwuję sobie na potem, kiedy natchnienie dramaturgiczne będzie większe. Najciekawsze, co mnie spotkało podczas tej wyprawy, wydarzyło się w pociągu relacji Grodno-Białystok. Ale o tym innym razem.

Po Czeremsze – wpisy i fałszowanie

DSCF3499Po niezwyłych przeżyciach na ubiegłorocznym koncercie Kroke w Czeremsze, postanowiłem i w tym roku wybrać się do tej przygranicznej miejscowości, na kolejne spotkania z cyklu pod beznadziejną nazwą „Z wiejskiego podwórza”. Beznadziejną, bowiem spotkania mają ze wsią tyle wspólnego, co (prawie) nic. Owszem, muzykę tam grają folkową, ale rozpiętość stylów, różnice aranżacyjne, międzynarodowy charakter imprezy, a przede wszystkim publiczność dają poczucie przebywania na prowincjonalnym miejsko-wiejskim festynie, gdzie lokalna młodzież miesza się z przybyszami z Warszawy i Białegostoku.

DSCF3536Festyn trwał dwa dni. Pierwszego dnia największe wrażenie zrobiła karkówka z kuchni polowej, z musztardą i chlebem oraz ukraiński zespół „Hulajhorod”. Pięciu przebranych za prawdziwych kozaków jegomości, każdy z wyższym wykształceniem muzycznym, śpiewało – najpierw a-capella, a potem z akompaniamentem – tradycyjne ukraińskie pieśni, ludowe i kozackie. Choć wyglądali groźnie i trochę cierpła skóra na myśl o „rezaniu”, to w rzeczywistości dał o sobie znać ten pozytywny wymiar ukraińskiej żywiołowości i panowie porwali całą Czeremchę do tańca.

Drugi dzień był słabszy muzycznie. Strasznie lało, więc jedyne, co można było robić, to ogrzewać się mate, bigosem i boczkiem z grilla i obserwować spod parasoli mniejszy niż poprzedniego dnia tłum pod sceną. Opłacało się jednak czekać do końca. Gdzieś około północy na scenę wyszła lokalna gwiazda: zespół Czeremszyna. Warszawiacy już odjechali spłoszeni deszczem, a lokalne panny i kawalerowie wprost oszaleli tańcząc do rytmu tej raczej prostej i ludycznej, acz nie pozbawionej uroku muzyki.

Więc dwa razy jeździłem tego weekendu aż po białoruską granicę i  z powrotem, nocą, przez Bielsk Podlaski i Zabłudów.

W tak zwanym międzyczasie czytam prace studentów pierwszego roku socjologii. Tego roku jest to wyjątkowo przyjemne zajęcie. Prawie wszystkie eseje na bardzo wysokim poziomie. Jestem wyjątkowo zadowolony z tych zakończonych właśnie zajęć, choć nad wieloma rzeczami muszę jeszcze popracować.

Najmniej przyjemne jest oczywiście wystawianie ocen, z czym nieołącznie wiąże się problem „sprawiedliwości”. Nikt, kto tego nie robił, zapewnie nie wie, jak trudno jest wyrazić pewien złożony proces trwający pół roku, liczbą w skali od 2 do 5. Unikam więc za wszelką cenę brania na siebie pełnej odpowiedzialności za tę decyzję, zrzucając choć część tego ciężaru na studentów.

Jeden z nich, autor jednego z najlepszych esejów na roku, już po wystawieniu oceny, ma do mnie prośbę. Czy mógłby Pan – mówi – informować mnie najpierw o swoim zdaniu na temat mojego śpiewania? Chwila dezorientacji i przelatująca przez głowę myśl: „o co mu chodzi?”. Powoli jednak kojarzę fakty. Pan ten napisał pracę o graniu na ulicy i wyciągnął z tych doświadczeń metodologiczne wnioski o obserwacji uczestniczącej jako metodzie socjologicznych dociekań. Podczas jednych z zajęć, pod nieobecność owego studenta, kpię złośliwie w swoim stylu, z umiejętności wokalnych tego pana. Czynię to jednak z sympatią, a reakcja sali to raczej potwierdza. Wieść o moich kpinach dociera jednak do studenta, czym jest wyraźnie zbulwersowany. W pierwszej chwili zastanawiam się, czy słusznie i czy rzeczywiście nie zrobiłem czegoś niestosownego i czy nie powinienem go serdecznie za to przeprosić.

Każdy, kto decyduje się na aktywność publiczną, niezależnie od tego, czy jest nauczycielem, dziennikarzem, muzykiem (choćby i ulicznym), politykiem, modelką czy modelem, sportowcem, kimkolwiek, powinien zdawać sobie sprawę, że będzie się o nim dyskutować, oceniać go i mówić o nim. I nigdy nie jest tak, że osoba taka ma całkowity wpływ na to, co się będzie mówić, jakie będzie się wystawiać oceny. Często te oceny są niesprawiedliwe i krzywdzące, ale jest to nieodłączny koszt związany z wejściem na agorę.

Mówię to temu Panu w mniej więcej takich słowach. I właściwie jestem mu wdzięczny, bo swoją pretensją pomógł mi zrozumieć swoje własne zmagania z pogrążania się w problemie „co oni sobie o mnie tak naprawdę myślą”. Jakiś czas temu zrozumiałem, że nie jestem w stanie nad tym procesem panować. Oczywiście, wiele zależy ode mnie, ale równie wiele jest poza mną.

Więc, na prośbę studenta, któremu nie w smak było, że ktoś komentuje jego występy odpowiedziałem, że z radością spełnię jego prośbę, o ile on zagwarantuje mi to samo: że zarówno on sam, jak i jego koledzy, będą konsultować ze mną każdą opinię na mój temat, zarówno złą, jak i dobrą.

Absurd? Owszem. Nawet w skali: pracownik akademicki w prowincjonalnym, trzystutysięcznym mieście, prywatność jest fikcją, a publiczny wizerunek jest tworzony publicznie, z niewielkim wpływem osoby, której on dotyczy.

Najśmieszniejsze w tej całej historii jest to, że od zawsze miałem słabość do muzycznych amatorów, a już szczególnie do tych fałszujących. Do sepleniącego, pozbawionego głosu i słuchu Staszczyka, jak w tym, zresztą pięknie nakręconym teledysku do „Wychowania”.

Kolejnym moim bohaterem, który nigdy nie potrafił grać na harmonijce ustnej (a grał), możliwości gitary wykorzystywał dosyć oględnie, a którego głos przypominał beczenie zarzynanej kozy, jest Wielki Bob Dylan.  Poniżej jedno z moich ulubionych wykonań „Don’t Think Twice, It’s All Right”, gdzie Dylan wspina się na wyżyny fałszu i wirtuozerii w jednym.

Ostatni przykład to koncerowe wykonanie „Smile” Lilly Allen, gdzie ta niepozbawiona uroku gwiazdka pop jakie lubię, w przypominającej komunijną zbyt długiej sukience, lekko podchmielona bawi się śpiewając. Oczywiście rzadko kiedy trafia w tonację, można to zresztą zobaczyć poniżej. (umieszczanie filmów na stronach zostało wyłączone na żądanie, ale wystarczy kliknąć na ten czarny prostokąt dwa razy, a otworzy się film z fałszującą Lilly)

Aha, jeszcze jedno. Sam gram i śpiewam dla znajomych przy ognisku. Pomimo, że nie potrafię nastroić gitary i fałszuję jak z nut. Niech potwierdzą ci, co słyszeli!

Po tamtej stronie – Tykocin

Po załatwianiu ubezpieczeń i nalepek zastępczych w miejskich urzędach, gdzie urzędniczki nie są miłe, chociaż biją się o tytuł Uprzejmej Pieczątki 2009, po jak zwykle sympatycznych (co tego roku jest raczej regułą i przyjemnym zaskoczeniem) zajęciach ze studentami, nocne szwędanie się samochodem po już czerwcowych, więc prawie letnich, białostockich dalszych i bliższych suburbiach.

W końcu, już raczej bliżej niż dalej północy, ląduję w ulubionym Tykocinie. Małoszlachecko-zaściankowi lokalni „chuligani” na rynku obok pomnika Czarneckiego oglądają się podejrzliwie za każdym przejeżdżającym samochodem, jakby mieli jakieś sprawy do ukrycia, ale tak naprawdę to ich podejrzliwe oglądanie się jest trochę jak obwąchiwanie swojego terenu w obawie przed obcym.

Całe miasto już śpi, szczególnie na Kaczorowie, za rzeką, kiedy minąwszy synagogę po prawej, wjeżdża się w starą żydowską dzielnicę. Tylko psy wściekle ujadają, a po brukowanej ulicy przemykają się w te i we wte czarne kocury. A po tej wąskiej, otoczonej bujną zielenią drodze do Białegostoku, przez Siekierki i Złotorię, przechadzają się jeże, przeskakują zające i co rusz jakieś oczy świecą w oddali w trawie.

Można zminimalizować ryzyko morderstwa i jechać samym środkiem, bo mało kto o tej porze jeździ tą drogą. Można otworzyć okna na oścież, aby do środka dostawał się zapach tych wszystkich traw, liści, krzewów i zbóż, bo przecież to jedna z pierwszych czerwcowych nocy. Można zapalić radio i włączyć je naprawdę głośno, bo nikt nie słyszy. Kiedy wjeżdżałem do Tykocina, grał akurat David Gray.

Notatki z Estremadury

5 maja 2009 r. Cáceres

Od kilku godzin jestem w Hiszpanii. Lecąc samolotem linii Iberia, patrzyłem przez okno i próbowałem w myślach zgadywać, kiedy opuściliśmy już Polskę, kiedy jesteśmy nad Niemcami, kiedy to już Francja i kiedy – Hiszpania. Niebo było bezchmurne, dlatego widziałem najpierw rozdrobnione, podzielone w wąskie paski, zielone pola polskiej wsi. Rozpoznałem też Niemcy po zacierających się granicach miast i miasteczek i gęstej sieci dróg i autostrad. Zgubiłem gdzieś Francję, za to Hiszpania nie mogła mi umknąć. Z wysokości lecącego samolotu Hiszpania wygląda jak jej narodowa flaga. Ni stąd, ni zowąd pojawiają się kolory, do których nie jesteś przyzwyczajony, szczególnie wiosną. Pojawia się żółć, czerń i czerwień spalonej ziemi.

6 maja 2009 r. gdzieś po drodze

Wracamy z Méridy. Przemierzamy krajobraz, który pod względem melancholii i przewidywalności przypomina Podlasie. Ten region Hiszpanii jest z jednej strony egzotyczny, a z drugiej strony – w jakiś szczególny sposób bliski. Być może dlatego, że Podlasie również jest krainą egzotyczną?

Po obu strony autostrady po sam horyzont widzę drzewka oliwkowe. Wywierają taki sam efekt, jak uprawy winorośli: wprowadzają element wielowiekowej kultury. Ktoś tu nawet powiedział, że tutejsze sady oliwne mogą mieć nawet 2 tysiące lat! Lekko górzysty teren, w którym jedynym zielonym elementem są te drzewka oliwkowe, rosnące na spłowiałej, rdzawo, żółtej ziemi. Tu i ówdzie wyrastają potężna piaskowce. Gdzieniegdzie zamki lub ich ruiny, pamiętające czasy Cesarstwa.

Tutejsza ludność przyjmuje zachodnioeuropejskie wzorce dystansu, obyczajów i konwenansów. Unia Europejska pełną parą, szczególnie w miastach. Widać jednak jeszcze oznaki prawdziwej estramadurskiej obyczajowości, iberyjskiego temperamentu.

Tutejsi ludzie posiadają ogromne umiejętności interpersonalne. Patrzenie na to, jak sobie radzą występując publicznie, budzi ogromny respekt. Widać, że mówienie do ludzi i słuchanie innych, jest tutaj umiejętnością nabytą bardzo wcześnie. W tej kulturze człowiek rodzi się we wspólnocie i nie zrywa z nią aż do śmierci, gdzie rozmowa jest naturalną czynnością społeczną, a sztuka dojścia do głosu w wielodzietnej rodzinie jest tym, co umiejętność wiązania sznurowadeł.

kilka tygodni po powrocie, już w Białymstoku

Długie zbieranie się, aby coś o tym wyjeździe napisać. Pewnie dlatego, że z jednej strony okoliczności instytucjonalne wyjazdu sprawiły, że nie polegało ono na tym, co najbardziej lubię: bezcelowym szwędaniu się z miejsca na miejsce, oglądaniu tych samych skwerów, placów i ulic z różnych stron o różnych porach dnia, próbowaniu obserwacji uczestniczącej w straszących przybyszów barach i knajpach. Perspektywa była nieco bardziej skomplikowana, bowiem na tle gorącej, pomarańczowo-zielono-popierto-czarnej Hiszpanii miałem kwiat podlaskiego samorządu. Więc dwa w jednym. To drugie równie ciekawe co pierwsze, wymagające odrębnego potraktowania, przy innej okazji. Tutaj ma być o Hiszpanii.

Cudownie nudne i przewidywalne krajobrazy, kiedy jedzie się autostradą z miasta i miasta. Pagórki, po horyzont spalona, sucha ziemia i drzewa oliwkowe. Setki, tysiące bocianów na starożytnych zamkach i warowniach. Miasta o wiele bardziej przyjazne: zielone, wilgotne, przyjazne. Cáceres to niewielkie, dziewięćdziesięciotysięczne starożytne miasto, założone na 30 lat po śmierci Chrystusa. Miasto z pięknym zamkiem i starym miastem, ogromnym parkiem biegnącym z centrum do samych granic.. Na głównym pasażu biegnącym do zamku, kiedy się idzie tamtędy w nocy, do głowy uderza gorący i ciężki zapach roślin.

Ostatniego dnia wybieram się na Stare Miasto robić zdjęcia. Choć jest dopiero popołudnie, na głównym placu są już setki młodych ludzi. Piją wino z colą i lodem z plastikowych kubków, siedząc na schodach grają na bębnach i gitarach. Przed nimi roznegliżowany facet tańczy jakiś trudny do określenia taniec, taniec, którego nie da się nazwać, ale w którym jest bardzo dużo zaangażowania i namiętności. Kiedy siadam w pobliżu na schodach, ze swoją porcją tego wina z lodem i colą, natychmiast pojawiają się ludzie, gotowi rozmawiać o tym, skąd jestem, co tu robię i czy będę na koncercie wieczorem.

Wieczorem jest koncert, na który urywam się z uroczystej kolacji w najlepszej ponoć knajpie w mieście, kilka kroków od tego placu. Tłum faluje, na scenie jakaś afrykańska ekipa śpiewa interaktywne piosenki reggae. Wszyscy, bez wyjątku, powtarzają gesty młodej czarnoskórej, bosej dziewczyny w kolorowej spódnicy. Wracamy mijając rozentuzjazmowany tłum. Jest w pół do drugiej w nocy. Kiedy wyjeżdżamy następnego dnia o 4 rano na lotnisko w Madrycie, zabawa trwa na dobre.

Tutaj znajdują się zdjęcia, które zrobiłem podczas tego wyjazdu.

6 czerwca 2009 r. Do całej gamy pozytywności wywiezionych z Estremadury zapomniałem dodać jeszcze jeden sukces wręcz ogromny. Zabrałem tam ze sobą wiersze Lorki, raczej z poczucia jakiejś wewnętrznej powinności, niż dlatego, iżbym wierzył, że uda mi się go zrozumieć i złapać rytm tych wierszy. Jakże byłem zaskoczony gdy okazało się, że w tamtym gorącym kraju czyta się Lorkę z niesłychanym wręcz rozumieniem!

Koper, żmija i półcień

Ślad, aromat i trzcina.

Ziemia, wiatr i samotność.

(O niebo wsparta drabina)

Tak brzmi po polsku „Nokturn schematyczny”, a tak, w oryginale „Nocturno esquemático”

Hinojo, serpiente y junco.
Aroma, rastro y penumbra.
Aire, tierra y soledad.

(La escala llega a la luna.)