George Sim Johnston „Czy Darwin miał rację? Katolicy a teoria ewolucji”

johnstonMówi się często, że aby skutecznie zwalczać wroga, należy go najpierw dobrze poznać. Od razu zaznaczam, że ten, kto w książce Johnstona chciałbym znaleźć dowody na boskie stworzenie wszechświata, zawiedzie się. Książka „Czy Darwin miał rację?” jest zręcznie przeprowadzonym traktatem antydarwinowskim. Anty- i to wszystko…

Nie traktowałem nigdy antyewolucjonistów za wrogów dopóty, dopóki nie wspinali się w swojej krytyce na pozycje kreacjonistyczne. Chociaż Johnston, jako ortodoksyjny chrześcijanin, zapewne jest zwolennikiem jakiejś formy kreacjonizmu, to w tej książce nie wyraża tego wprost. Skupia się zamiast tego na wytykaniu szeregu nieścisłości w darwinowskiej teorii ewolucji.

Argumentów, które przytacza, jest wiele. Powstrzymam się od komentowania tych, których oceny nie mogę się podjąć z racji swojej ignorancji w tej problematyce. Teoria ewolucji zakłada na przykład „niedyskretne”, mówiąc językiem matematyki, wyłanianie się poszczególnych gatunków fauny i flory. Wszystko pięknie, pisze Johnston, ale dlaczego darwiniści nie dostarczyli, jak do tej pory, dowodów na istnienie tych gatunków pośrednich, na przykład między gadami a płazami? W teorii Darwina nowe gatunki „pojawiają się” ni stąd, ni zowąd, i niejako post factum tłumaczy się ich pochodzenie od gatunków niższych. Tymczasem dobór naturalny postępuje liniowo, niedyskretnie. To problem, z którym teoria Darwina, zdaniem autora książki, sobie nie radzi.

Podobny problem pojawia się, kiedy chcemy racjonalnie udowodnić, odwołując się do teorii Darwina, ewolucję zjawisk takich jak szyja żyrafy. Według darwinistów, powinna ona, tak jak inne organy zwierząt i roślin, ukształtować się drogą przystosowania organizmów  do środowiska. Nie jest to jednak – według Johnstona – możliwe, ponieważ szyja żyrafy stanowi tak skomplikowany system tkanek oraz czujników ciśnienia, że nie jest prawdopodobne, aby mógł on wyewoluować w długim czasie.

Trudno mi polemizować z biologicznymi argumentami przytaczanymi przez Johnstona. Przekonują mnie natomiast opisywane przez niego mechanizmy przejmowania przez darwinizm językowej i paradygmatycznej władzy nad wyjaśnieniem tajemnicy życia i przyrody. Autor pokazuje to, na co często sam zwracam uwagę: każda wiedza, również ta naukowa, oparta jest na szeregu twierdzeń przyjmowanym na mocy wiary lub autorytetu. Nie ma w tym nic dziwnego – taki mechanizm umożliwia funkcjonowanie nauki. W przypadku darwinizmu mamy do czynienia z „wylaniem” się tej wiary z obszaru naukowych założeń, na wszystkie konsekwencje, obserwacje empiryczne, przewidywania i jeszcze dalej. Słowem, darwinizm zastąpił religijne sposoby objaśniania świata przyrody nie tylko na obszarze faktów (uznajemy inną rzeczywistość za realną), ale również przejął mechanizmy uzasadniania tej, no właśnie, wiary. Dochodzimy więc w ostateczności do smutnej sytuacji, w której odmawia się wierzącym i nie tylko przyjmowania teorii doboru naturalnego (zaakceptowanej przez Kościół), przy odrzucenie teorii darwinizmu.

Bierz wszystko, albo nic, zdają się twierdzić darwiniści. Krytyka takiego bezkrytycznego przyjmowania darwinizmu jako jedynej alternatywy wobec obskuranckiego kreacjonizmu, jest istotną zaletą książki Johnstona. Powinni po nią sięgnąć przede wszystkim zwolennicy darwinizmu, nie po to, aby od razu zmienić swoje stanowisko, ale by lektura podziałała jak kubeł zimniej wody albo mała szklaneczka szkockiej whiskey, po których bezrozumna, nadgorliwa wiara zostaje zastąpiona dojrzałym, zrównoważnonym krytycyzmem i poznawczą powściągliwością.

Dla zainteresowanych, pod tym linkiem, znajduje się ciekawy artykuł Kazimierza Jodkowskiego „Reguły rozumowania darwinizmu”, poruszający w sposób naukowy te kwestie.

Jadwiga Staniszkis „Ja. Próba rekonstrukcji”

staniszkisNie wiem, jak to jest, ale socjologowie posiadają wyjątkową umiejętność introspekcji i potrzebę samozrozumienia. Najgłębszym, najszczerszym, pozbawionym autokreacji dziennikiem, jaki czytałem, są opublikowane niedawno, obszerne zapiski Bronisława Malinowskiego. Jadwiga Staniszkis jest osobowością na tyle oryginalną, głęboką i – co najciekawsze – podobną do Malinowskiego, że jej bardzo osobiste refleksje opatrzone tytułem „Ja. Próba rekonstrukcji” porażają głęboką samoświadomością i autorefleksyjnością.

Książka składa się z pięciu rozdziałów. Każdy z nich poświęcony jest innej sferze życia wybitnej socjolożki. Poszczególne części różnią się znacznie. W pierwszym Staniszkis wymienia osoby, z którymi łączy je związek intelektualnego pokrewieństwa i obcości. Intelektualnymi „braćmi” autorki są japoński pisarz Yukio Mishima, Malcolm Lowry, Zofia Nałkowska oraz Jack Kerouac. Staniszkis rozpatruje to pokrewieństwo na bardzo głębokim i subtelnym poziomie, na którym wspólnota intelektualna zlewa się z emocjami i duchowym współodczuwaniem. Podobnie analizowane są związki, lub ich brak z tymi, którzy pod tymi względami są Staniszkis „obcy”: z Jarosławem Iwaszkiewiczem, Adamem Michnikiem, oraz Janem Grossem. Duże wrażenie na czytelniku robi umiejętność autorki godzenia odwagi wydawania zdecydowanych sądów połączona z subtelnością i wyważeniem argumentów.

W rozdziale drugim Jadwiga Staniszkis pisze o swoich podróżach. Tutaj w największym stopniu daje o sobie znać syntetyczny umysł autorki (ponoć wynikający z łagodnego autyzmu). Perypatetycka umysłowość, która – według tego, co wiemy o Arystotelesie – powinna cechować się zmysłem analitycznym i redukcjonistycznym – u Staniszkis wytwarza zdecydowanie syntetyczne i teoretyczne koncepcje. Zdumiewa umiejętność, jak wielkim polem abstrakcyjnych rozważań może być wspomnienie jednego widoku, ujrzanego podczas którejś z wielu podróży autorki.

Dzięki obecnemu mężowi Staniszkis miała okazję poznać dokładnie Daleki Wschód, szczególnie zaś filozofię taoistyczną. W rozdziale trzecim otrzymujemy – w formie szkicu – błyskotliwą intepretację współczesnej Unii Europejskiej z punktu widzenia tej dalekowschodniej filozofii. Staniszkis twierdzi, że obecne zmiany oznaczają autonomię formy, czyli porzucenie autonomii aktora (państwa, przedsiębiorstwa, jednostki) na rzecz autonomii formy (procedury, zasady, reguły). Zmienia się również rozumienie konfliktu, który – według autorki – przestaje być traktowany dyskursywnie i konfrontacyjnie, a staje się niejako narzędziem tworzenia – w tym przypadku tworzenia nowej wiedzy.

Nawet w formie ogólnych szkiców, rozważania Staniszkis o Europie i postkomunizmie wzbudzają szacunek przenilkiwością i świeżością spojrzenia. Jeszcze bardziej frapuje zdolność do płynnego przechodzenia z płaszczyzny socjologicznej, czy też politologiczny, na poziom spraw bardzo osobistych. Staniszkis wypracowała bardzo uniwersalną metodę interpretacji rzeczywistości, która sprawdza się równie dobrze, kiedy mówi o Traktacie Lizbońskim, jak i wtedy, kiedy wspomina swoich poprzednich mężów. Techniczność języka tylko w pierwszym momencie razi, wystarczy go przyswoić i zrozumieć, wówczas lektura staje się przyjemnością.

Szczerość Staniszkis, choć zupełnie inna niż Malinowskiego, który swoich dzienników nie pisał w celu publikacji, jest równie frapująca. Szczególnie wtedy, gdy ze swobodą pisze o swoim narcyźmie, obojętności na sprawy innych, egoizm i introwertyczność. Widać, że książka pisana była w pośpiechu (wiele wklejonych metodą Ctrl-C, Ctrl-V tekstów wcześniej opublikowanych w Dzienniku), co nie zmienia faktu, że jest to bardzo ważna pozycja, nie tylko dla osób zajmujących się zawodowo socjologią.

Pod tym linkiem znajdują się moje notatki, które robiłem podczas lektury książki.

Allium i Dianthus

dscf09831W takiej porze, jak ta i w takim miejscu naprawdę ryzykowne jest zbyt długie przesiadywanie nocą przy książce, filmie czy komputerze. Dzień jest naprawdę bardzo krótki, a jeśli się budzisz po dwunastej, zostają ci tylko trzy godziny słońca. Na taką porę roku zaleca się dużo spacerów, mało ciężkiego jedzenia i picia i minimum stresów. Goździki pod język i dużo czosnku w każdej postaci. Ten pierwszy znakomicie odświeża oddech, a drugi najlepiej smakuje spożywany na dwa sposoby: albo na kanapce z chlebem i masłem, koniecznie posypanej solą, albo – a to już prawdziwa uczta – w liczbie trzech ząbków wciśniętych do greckiego, ciężkiego i gęstego jogurtu, rozrzedzonego dobrą oliwą z oliwek. W nocy przetrawiony czosnek ucieka wszystkimi porami w skórze, ale to pora dobra na przetaczanie czosnku przez pory. Podobne, antyseptyczne działanie mają żute bez pośpiechu suszone pączki goździkowca korzennego. Czosnek i goździk to bardzo jesienne smaki i zapachy.

dscf09981Jak pisze Poeta, „potwierdziły się plotki o nadejściu jesieni„, dlatego warto te trzy godziny promieni słonecznych dziennie kierować na ładne i ciekawe miejsca. Spacer nad rzekę jest świetnym pomysłem, jeśli niepokoi Was odchodzące w przeszłość lato. Wtedy najlepiej założyć na uszy słuchawki i zapętlić najważniejszą jesienną piosenkę, jaka powstała:

dscf0953A jeśli niepokoi Was trochę bardziej odległa przeszłość i jako starsi bracia w wierze macie się nieźle na białostockich uczelniach wyższych, prasie, telewizji i muzeach, konieczne odwieźcie jeszcze tej jesieni żydowski cmentarz na ulicy Wschodniej w Białymstoku. Cmentarze żydowskie na Podlasiu mają to do siebie, że nie są złowrogie i niepokojące. Tak jak nie sposób nie chodzić obojętnie po żydowskich kwartałach Tykocina czy Krynek, tak cmentarze w tych miastach, tak jak cmentarz w Białymstoku, pozostawiają gościa całkowicie obojętnym. Dlaczego? Być może dlatego, że ci na cmentarzach umarli w spokoju i spełnieniu, natomiast ostatni żydowscy mieszkańcy miasta nie mają swoich mogił przykrytych kamieniem. Dlatego może wydaje się, że krążą nad miastem i dlatego na cmentarzu jest dużo spokojniej niż w krynieckim Zaułku Szkolnym czy na tykocińskiej Koziej.

Henryk Dasko „Dworzec Gdański. Historia niedokończona”

daskoAutobiografia Henryka Daski jest kolejnym, obok wspomnień Stefana Mellera, świadectwem pokolenia, którego losy określił marzec’68 roku. Obie postaci – Mellera i Daskę – łączy zresztą więcej. Obu łączyła przyjaźń z Michałem Komarem, obu w ostatnich latach tragicznie zmarli zwyciężeni przez chorobę nowotworową.

Nie sposób takich książek czytać wyłącznie z perspektywy socjologicznej bądź historycznej, traktując ją wyłącznie jako dokument określonych czasów. W autobiografii Daski odnajdujemy wielki ładunek emocji związanych z trudnością w określeniu własnej tożsamości. Tak jak Meller, również Dasko zmaga się z wątpliwościami co do własnej przynależności narodowej. Jego rodzice są Żydami, ale wywodzących swoje żydostwo z bardzo różnych korzeni. Matka jest bardzo przywiązana do tradycji żydowskiej, języka, historii, religii. Ojciec – przeciwnie – przez całe życie czuje się bardziej komunistą niż przedstawicielem jakiegokolwiek narodu. Sam Dasko, poza rodowodem krwi, nie potrafi nazwać siebie inaczej, niż jako Polaka pochodzenia żydowskiego.

Henryk Dasko nie jest genialnym naratorem, ale pisanie nigdy nie było jego głównym zajęciem. Kluczowym momentem opowieści jest oczywiście marzec 1968 roku i wyjazd Henryka na przymusową emigrację. Głębokie rozdarcie i tragizm wyboru Daski uwidocznione są w sposobie opowiadania. Życie przed marcem jest barwne, niepozbawione humoru, często beztroskie. Emigracja i próby ułożenia sobie życia na Zachodzie, choć pełne sukcesów zawodowych i osobistych, opowiadane są dużo bardziej gorzko i zimno. Oba etapy życia, włącznie z opisem tragiczne zakończonej choroby nowotworowej, relacjonowane są z głębokim poczuciem odpowiedzialności za słowo, skromności i szczerości. Ta dosyć powściągliwa, skromna szczerość, jest być może największą wartością książki.

Lektura dwutomowego wywiadu z Mellerem pozostawiła mnie z poczuciem, że oto zmarł ktoś, kogo bez wątpienia mogę nazwać wielką i ważną postacią. O Henryku Dasko nie da się tak powiedzieć, co nie zmienia faktu, że ta autobiografia ma wartość równie wielką. Jej wartością jest świadectwo wielkiej zaradności, skromności i przyzwoitości człowieka, którego życie określiła polityka i historia.

Podlaskie Bieszczady

Pewien związek pomiędzy podlaskim i podkrarpackim końcem świata poczułem już wtedy, gdy wyjeżdżałem z miasta na północ, szosą ełcką. Właśnie robi się powoli ta zimna, nieprzyjazna jesień. Lekko dżdży, powiewa zimny wiatr, na polach leżą mgły i jeszcze tylko gdzieniegdzie skrzeczy jaskrawość jesiennych liści.  Skulone sylwetki przy zdewastowanych przystankach PKS, otulone w jesionki, z zimowo-jesiennymi okryciami na głowach, uchylają się przed wiatrem. Nie da się słuchać niczego innego poza The Cure, kiedy szczęśliwie jedzie się w ciepłym samochodzie i ogląda te obrazki zza skropionej deszczem szyby. Takie podlaskie krajobrazy bardzo przypominają mi Bieszczady. Myślę, że teraz Ustrzyki są bardzo podobne do Moniek, a wjazd do Knyszyna jest taki sam, jak panorama Lutowisk. W tychże Mońkach, nieopodal przejazdu kolejowego, wypatrzyłem oddział Bieszczadzkiego Banku Spółdzielczego i poczułem się jeszcze bardziej tam. Z tygodnia na tydzień odkładam ten wyjazd i coraz bardziej mam na tę wyprawę ochotę, coraz bardziej czuję, że jest mi bardzo potrzebna.