Barolo

Po powrocie z Piemontu doszedłem do wniosku, że naród włoski jest nie do zaakceptowania pod prawie żadnym względem, za wyjątkiem rytuałów kulinarnych. Nawet polską sarmacką i anarchistyczną duszę doprowadzają do wściekłej pasji ich spóźnienia, żółwie tempo obsługi kolejek w sklepach i chaos na skrzyżowaniach. Doprawdy, ten naród to prawie że zwierzęta poprzebierane w (dobre!) garnitury.

Wszystko to jestem gotów Włochom wybaczyć, ponieważ podczas krótkiej wizyty w Piemoncie kompletnie uwiedli mnie swoim jedzeniem i piciem. I to nie tyle nawet to, co się tam je i pije, ale bardziej tym, w jaki sposób się to robi. W Cantina Terre del Barolo poczęstowano nas skromnym lunchem i absolutnie nieskromnym winem. Piliśmy dwa rodzaje klasycznego Barolo (jeden z nich to na pewno ten) i deserowe, lekko musujące Langhe Chardonnay. Posiłek spędziłem w towarzystwie producentów, więc wykorzystałem tę okazję do rozmowy o winie. Uważam, że klasyczne wina włoskie, francuskie czy reńskie są przeraźliwie nudne w porównaniu z tym, co się wyprawia za oceanem, ale i w tak zwanej Europie Środkowo-Wschodniej, ale nie chwaliłem się tymi poglądami, bo dla moich rozmówców to ich bardzo klasyczne poważne i długie Barolo to absolutna świętość. Świętość codzienna, więc obchodzą się z nią jak Dionizos przykazał: bez umiarkowania, w gwarze rozmowy, zapachu serów spożywanych bez pomocy zbędnych sztućców.