Bez
Nieustanne poruszanie się w zamkniętym mikroświecie ograniczonym ulicami Waszyngtona, Wesołą, Wołodyjowskiego, Skłodowskiej, przerywane kuśtykanymi spacerami do lasu za budynkiem Radio Białystok, podróżami do Szpitalu Uniwersyteckiego, wyjazdami do matki na zmiany opatrunków. Jestem jak ci osiemdziesięcioletni emeryci, treptający do Społem na Wesołej po twaróg, chleb i pasztetową. Dwie niezwykle istotne korzyści przychodzą do głowy podczas tych kuśtykań: to jest jak durszlak – na górze zostają wszyscy ci, którzy wyciągnęli do mnie dłoń z chęcią pomocy (chciałbym mieć okazję i wszystkim za to jeszcze raz podziękować), a na dole, przez małość tych sitek, popłynęła małość całej reszty. Ale o tym należy milczeć.
Doskonały koncert Julii Marcell, na który wybrałem się z równie, a raczej jeszcze doskonalszą K. Zwierzę sceniczne, zwierzę muzyczne. Oczywiście, można przebijać się przez warstwy konwenansów i kulturowych obudówek i gdzieś tam na dnie szukać przejawów naturalizmu i na pewno satysfakcja z odnalezienia źdźbła naturalizmu jest wtedy ogromna. Tym bardziej cieszą emanacje zwierzęcości oczywistej, prostej, nieskrępowanej, a jednocześnie ujmująco subtelnej i przewrotnej. Nie podam nazwisk ani adresów. Zgadnij sam.
To ważny moment. Wóz albo przewóz.
Lato w Tajlandii
Kiedy ludzie spotykają się, na domowych obiadach, w knajpach i restauracjach, dworcach autobusowych, sklepowych kolejkach, pod lekarskimi gabinetami lub salami egzaminacyjnymi, na ławce w parku czy przystanku pekaesu, zazwyczaj rozmawiają o przeszłości. Opowiadają o starych przyjaźniach, dobrych i złych przygodach, sukcesach i porażkach. Mówienie o przeszłości jest łatwiejsze, bo choć zabija ją ułomna ludzka pamięć, skrzywiają emocje, rozmywa czas, poddaje się ludzkiej potrzebie porządkowania, ulega narracji opowieści.
Piszę tutaj o tym, co było, bo tak jest łatwiej. Zebrać wokół siebie zdjęcia z podróży, stare bilety, rachunki z restauracji, stare euforyczne bądź traumatyczne smsy wysyłane stamtąd. Usiąść na dupie z kieliszkiem wina, powspominać i napisać.
Żeby myśleć o przyszłości, potrzebny jest porządek w głowie. Nie mam tu na myśli ramowego planu przyszłości rozpisanego na dwadzieścia lat do przodu, ale o spokój o tu i teraz. Przyszłość nigdy nie podda się planowaniu i bądźmy jej za to wdzięczni. Wydaje mi się, że tak jak nie da się zmienić tego, co było, tak trudno jest decydować i przewidywać to, co będzie.
Więc trzeba poddać się tej wiośnie i latu z ufnością i miłością. Trzeba pomyśleć o tym, co będzie jak Shane McGowan w piosence o lecie w Tajlandii.
(pomyślane wczoraj, kiedy naprawdę zacząłem wierzyć, że to będzie najpiękniejsze lato mojego życia)
Co jest? Kocham Cię
Znowu rozmawialiśmy o samochodach. Brzydzę się metafizyką, ale przywiązanie do aut rozumiem, akceptuję, podzielam. Plątanina blach, kabli, drutów, plastików, dostarczająca tak wielu chwil wspomnień, wrażeń nie do uchwycenia słowem pisanym i mową. To niemożliwe, aby w tym złożonym układzie nie istniał jakiś nieredukowalny do tej materii wyższy stan. Lubię samochody, lubię zapach benzyny i smak hot dogów na stacjach benzynowych (najlepsze są na Orlenie na Ciołkowskiego), lubię porządek ruchu ulicznego oscylujący między literą kodeksu a nieskrępowanym chaosem obyczaju. Lubię drzeć się na innych uczestników ruchu i nadużywać klaksonu. Kiedy jadę samochodem gdzieś po Polsce, patrzę na kierowców i widzę ojczyznę w soczewce. Jej piękne rozwarstwienia, jej chamów i romantyków, jej zło i jej dobro.
Są też chwile tego szczególnego porozumienia towarzyszy podróży. Ja kieruję, Ty siedzisz na fotelu pasażera. Patrzymy na przemykającą podwójną ciągłą. Jest wczesne popołudnie, jedziemy odpocząć. Koniecznie późne lato. Trzymamy dłonie na swoich kolanach i nie mówimy nic. Zabieramy autostopowiczów, by z nimi rozkosznie milczeć, bo już nauczyliśmy się, aby nasze wspólne milczenie coś znaczyło i było ważne. Pojedziemy tam, popatrzymy, dotkniemy, powąchamy. Zrobimy zdjęcia, a potem zatankujemy do pełna i przed końcem lata wrócimy do domu.
Uspokoić się, poukładać, zasnąć
Wieczór w Labalbal w otoczeniu znajomych. To ważne, aby mieć takie miejsce, w którym się czujemy bezpiecznie i przewidywalnie. Wieczór dedykowany pestkom słonecznikowym i ich łuskaniu. Fenomen Wschodu, o czym mówi Doktor na tym wspaniałym filmie. Ważna, integrująca, kompulsywna czynność, jak rozgniatanie tych torebek złożonych z dziesiątek małych pojemników z powietrzem. Cała podłoga obrzucona łupinami po tych pestkach, a my rozmawiamy o grach komputerowych w latach 80-tych, napojach z warzywniaka pakowanych w foliowe torebki, gumach Turbo i plakatach z Sabriną. W ciągu ostatniego półrocza wszystko gwałtownie przyspieszyło: przeprowadzka, rozstanie i spotkanie. Wszystko ważne i mocne na tyle, by rozregulować, rozproszyć, sprawić, że dużo rzeczy zostało zaniedbanych, dużo zawalonych, dużo zwyczajnie spieprzonych. Ale z drugiej strony – to, co bliskie i intymne, to co naprawdę ważne, to, co będzie najważniejsze nawet jak wszystko inne się załamie, jest pielęgnowane i pilnowane z uwagą. Pół roku chodzenia po krawędzi dobiegło końca. Jest spokój i bezpieczeństwo. I wszystko się układa. Tylko jeszcze trzeba to przyjąć do wiadomości i zasnąć ze spokojem. In my baby’s arms najlepiej.
Jeszcze goździki poproszę
No więc jesień równa się goździki. Nie pamiętam, kto mi sprzedał ten patent z goździkami. Kiedy robi się zimno, kupujesz w spożywczym całe opakowanie. I wkładasz do bocznej kieszeni kurtki, torby, czegokolwiek. I jak wychodzisz z domu, a wiatr zaczyna przeszywać twoje ciało, wkładasz jedno takie maleństwo pod język. Po kilku chwilach staje się miękkie, a po buzi rozlewa się rozkoszny, słodko-gorzki smak. Smak, który działa antyseptycznie, przeciwbólowo, odświeżająco. Ale przede wszystkim sprawia, że zaczynasz ogarniać tę jesień wszystkimi zmysłami. I już rozumiesz, jak ponuro i jednocześnie uroczo polska jest to pora roku. “A u was nuda i bieda, myszy, deszcz i Polska”, czytasz u Gałczyńskiego. A potem przypominasz sobie te wszystkie gorzkie lektury, tego Hłaskę i Świetlickiego, te naiwne polskie zespoły rockowe, te teksty nasuwające się na usta przy każdej okazji, każdym nieodebranym telefonie, niejednoznacznym esemesie, nieobecności wśród aktywnych na Facebooku, przy każdej kawie pitej w knajpie. Czujesz zapach tych słów w grzanym winie w Lalkach, w woni orzechówki, kiedy niedługo przed północą zamawiasz pięćdziesiątkę tylko po to, aby ją powąchać, zarzucić płaszcz, wcisnąć w uszy słuchawki i wyjść w ogarnięte mgłą miasto. I wreszcie to coś pomiędzy infantylnością, szczerością i głębokim strachem przed rozczarowaniem przestaje ci przeszkadzać, bo wiesz, że rodząc się w tym kraju zostałeś skazany na te wielomiesięczne, smutne miesiące słoty i marazmu, kiedy jedyną pociechą są te drobne, krótkotrwałe przyjemności. Te kilkanaście minut spędzonych razem w samochodzie, ten zapach wódki orzechowej, to grzane wino w Lalkach, ten smak goździka pod językiem.
Zróbmy tego lata cokolwiek
O tych kilku wakacyjnych zajęciach, które sprawiają bezinteresowną, niczym racjonalnym nie uzasadnioną przyjemność. Po pierwsze, kiedy na pytanie, “co robimy?”, odpowiadasz “cokolwiek” i ten brak planów, zamierzeń, ewentualnych długo- lub krótkoterminowych skutków działa jak miękki narkotyk. Po drugie, jazda samochodem na południe Europy, przez Słowację, Węgry, Rumunię, z “New Slang” The Shins w głośnikach na prawie pełną głośność, na piątym biegu, z dłonią głaszczącą kolana współpasażerki, z otwartymi na oścież oknami. I zatrzymywanie się na stacjach benzynowych i kupowanie na nich wszystkiego, co niezdrowe i z konserwantami. Po trzecie, głaskanie dłonią zimnego górskiego potoku, kucając na kamieniach, z trudem utrzymując równowagę. Po piąte, kąpiel bez ubrań nocą w ciepłym, parującym jeziorze po szybkiej, spontanicznej decyzji, że jest to najlepsza rzecz, którą można zrobić tej nocy.
Dziewczyny tańczące w parach
Takie gorące noce jak ta, przypominają mi o filmach Piwowarskiego. O “Marcowych migdałach“, o “Pociągu do Hollywood“, o “Yesterday“. Znaleźć się gdzieś na zapomnianej polskiej prowincji… Zwiedziłem ostatnio sporo takich miejsc. Brodnica, Tuchola, Górzno, Żuromin. Przestrzenie jak surogat polskości. Z nieudolnie, ale starannie ubranymi uczennicami i uczniami prowincjonalnych liceów. Z uczniami marzącymi o Warszawie, Płocku, Toruniu. Ze szkolnymi potańcówkami, gdzie dziewczęta w plisowanych spódnicach tańczą w parach, a chłopcy w białych koszulach podpierają ściany. Gdzie w toaletach i szkolnych zakamarkach rodzą się pierwsze pocałunki, a odkrywcy nowego zbierają swoje pierwsze niewinne doświadczenia. Gdzie siedemnastolatki po raz pierwszy albo drugi upijają się słodkim winem czerpiąc z tego nigdy już taką samą euforię.
Ten tekst miał być o piosence “I saw her standing there“, która brzmi mi w uszach od pięciu dni, ale ze względu na “szeroką” publiczność winien jestem uogólnienia. Więc oto zapomniani Piotr Siwkiewicz i Ania Kaźmierczak gdzieś o świcie, pod budynkiem liceum, tańczą “Love me do“.
Duszne majowo-czerwcowe powietrze. W nozdrzach bzowe perfumy. W powietrzu pyłki wszystkich kwiatów. Zapowiadali burzę, ale nic z tego – jak zwykle – nie będzie. Na pewno jest duszność niby jeszcze niedojrzałej, ale już świadomej swojej siły wiosny. Z hangaru zakładu mechanicznego mieszczącego się w okolicach torów, pełnego dźwięków świerszczy i bzykania komarów wydobywa się dudnienie bębnów, basów i gitar. Wszędzie dookoła jest ciemno, tylko siedzący w oddali w krzakach ukryty obserwator widzi sylwetki dziewczyny za perkusją i dziewczyny przy gitarze basowej.
Droga do Tykocina
Kiedy zjeżdżam w Złotorii z hałaśliwej warszawskiej szosy pełnej międzynarodowej zgrai tirów, kiedy zjeżdżam na szosę prowadzącą do Tykocina, wtedy otwieram na oścież wszystkie okna, podkręcam gałkę radia i wrzucam piąty bieg. Bardzo sobie cenię tę trasę. Jest wąska i kręta, a wiosną, tak jak teraz, bujnie otoczona roślinnością, z której co rusz widać nocą świecące się ślepia drobnych zwierząt. Można się ścigać z małoletnimi w volkswagenach golfach albo dawać się dostojnie wyprzedzać. Ostatnio wybieram to ostatnie.
Nie wiem, czy przypadkiem trasa do Tykocina nie jest mi bliższa niż sam Tykocin: miasto niezmiennie zaspane. Puste o każdej porze roku. Latem tylko dzieciaki łuszczące pestki przy pomniku Czarnieckiego na tym w przerysowany sposób gigantycznym rynku. Wiem, że nigdy bym nie wysiadł w tym Tykocinie w środku nocy – nie z powodu strachu, ale z obawy przez zaburzeniem tego niepokojącego spokoju i pustki, które zawładnęły tym miastem.
Więc wjeżdżam od strony wschodniej, mijam barokowy kościół, patrzę na łuszczących pestki – oni śledzą wzrokiem każde przejeżdżające auto i po kocich brukach przejeżdżam na Kaczorowo, obok synagogi. Jadę przez cały czas prosto, aż do rozjazdu z kapliczką Matki Boskiej. Tam zawracam. Zawsze przed autem przebiegnie jakiś czarny kot. No i wracam – tą samą drogą, w ten sam sposób, z tym samym spokojem.
Najważniejsze składniki tego sosu to: wiosenne albo letnie powietrze, pyłki traw, wilgoć ziemi dopiero co oblanej deszczem, trochę benzyny i co najmniej 90 na liczniku. No i muzyka.
Dzieci, żony i raty
Niektóre zdjęcia, tak jak niektóre wieczory, pamięta się lepiej niż inne. To należy właśnie do tych niektórych. Rok 2004, 22 listopada, trzy sekundy po godzinie 23.03. I trzy osoby na zdjęciu. Zapomniana, dziś podupadająca knajpa przy Teatrze Lalek, w której spędzaliśmy popołudnia, wieczory, a czasami nawet poranki. Zawsze zadymiona i ciemna. Knajpa z wielkim oknem wychodzącym na park przy ulicy Kalinowskiego. Tego wieczora na dworze było już bardzo zimno i z rozgrzanego gwarem rozmów, popijanej wodą z cytryną góralskiej watry, patrzyliśmy na ten zziębnięty park.
No i gadaliśmy. W moim towarzystwie w ogóle się wtedy dużo gadało. Najwięcej o książkach i o muzyce. Nie gadaliśmy jeszcze o polityce, bo wtedy były sprawy ważniejsze od polityki. Obok fundamentalnych pytań filozoficznych zajmowały nas w tych rozmowach koleżanki z roku. I oddawaliśmy się tym rozmowom z takim zapałem, z jakim gotowi byliśmy się oddać tym koleżankom z roku.
Lubię to zdjęcie, bo na nim jest wszystko: ulubione miejsce, spotkanie i ludzie. Kiedy przedwczoraj wracałem po północy z wieczoru kawalerskiego jednego z bohaterów tego zdjęcia i kiedy poodwoziłem ich do domów, nie mogłem oprzeć się pokusie pojechania na Kalinowskiego, pod Teatr Lalek o tej jedynej w swoim rodzaju trzeciej po północy/nad ranem. Przejechałem szybko, bez zatrzymywania czy zwalniania, ale z daleka widziałem, że Lalki są już puste. No i pomyślałem, że chociaż teraz jesteśmy już bardziej poważni, niż wtedy (niektórzy mają dzieci, inni żony, jeszcze inni raty do spłacenia), to tamte spotkania były jednak bardziej poważne i wtedy braliśmy wszystko bardziej na serio, niż teraz. Ciekawe, co chcemy poukrywać za tą ironią i śmiechem? Nasze dzieci, żony czy raty do spłacenia?
