Radek Oryszczyszyn

Moja strona domowa – Teksty, materiały, bardziej osobiste sprawy, szwędactwa

Uspokoić się, poukładać, zasnąć

Skomentuj »

Wieczór w Labalbal w otoczeniu znajomych. To ważne, aby mieć takie miejsce, w którym się czujemy bezpiecznie i przewidywalnie. Wieczór dedykowany pestkom słonecznikowym i ich łuskaniu. Fenomen Wschodu, o czym mówi Doktor na tym wspaniałym filmie. Ważna, integrująca, kompulsywna czynność, jak rozgniatanie tych torebek złożonych z dziesiątek małych pojemników z powietrzem. Cała podłoga obrzucona łupinami po tych pestkach, a my rozmawiamy o grach komputerowych w latach 80-tych, napojach z warzywniaka pakowanych w foliowe torebki, gumach Turbo i plakatach z Sabriną. W ciągu ostatniego półrocza wszystko gwałtownie przyspieszyło: przeprowadzka, rozstanie i spotkanie. Wszystko ważne i mocne na tyle, by rozregulować, rozproszyć, sprawić, że dużo rzeczy zostało zaniedbanych, dużo zawalonych, dużo zwyczajnie spieprzonych. Ale z drugiej strony – to, co bliskie i intymne, to co naprawdę ważne, to, co będzie najważniejsze nawet jak wszystko inne się załamie, jest pielęgnowane i pilnowane z uwagą. Pół roku chodzenia po krawędzi dobiegło końca. Jest spokój i bezpieczeństwo. I wszystko się układa. Tylko jeszcze trzeba to przyjąć do wiadomości i zasnąć ze spokojem. In my baby’s arms najlepiej.

Written by Radek Oryszczyszyn

środa, 25 Styczeń 2012 at 0:55

Jeszcze goździki poproszę

z jednym komentarzem

No więc jesień równa się goździki. Nie pamiętam, kto mi sprzedał ten patent z goździkami. Kiedy robi się zimno, kupujesz w spożywczym całe opakowanie. I wkładasz do bocznej kieszeni kurtki, torby, czegokolwiek. I jak wychodzisz z domu, a wiatr zaczyna przeszywać twoje ciało, wkładasz jedno takie maleństwo pod język. Po kilku chwilach staje się miękkie, a po buzi rozlewa się rozkoszny, słodko-gorzki smak. Smak, który działa antyseptycznie, przeciwbólowo, odświeżająco. Ale przede wszystkim sprawia, że zaczynasz ogarniać tę jesień wszystkimi zmysłami. I już rozumiesz, jak ponuro i jednocześnie uroczo polska jest to pora roku. „A u was nuda i bieda, myszy, deszcz i Polska”, czytasz u Gałczyńskiego. A potem przypominasz sobie te wszystkie gorzkie lektury, tego Hłaskę i Świetlickiego, te naiwne polskie zespoły rockowe, te teksty nasuwające się na usta przy każdej okazji, każdym nieodebranym telefonie, niejednoznacznym esemesie, nieobecności wśród aktywnych na Facebooku, przy każdej kawie pitej w knajpie. Czujesz zapach tych słów w grzanym winie w Lalkach, w woni orzechówki, kiedy niedługo przed północą zamawiasz pięćdziesiątkę tylko po to, aby ją powąchać, zarzucić płaszcz, wcisnąć w uszy słuchawki i wyjść w ogarnięte mgłą miasto. I wreszcie to coś pomiędzy infantylnością, szczerością i głębokim strachem przed rozczarowaniem przestaje ci przeszkadzać, bo wiesz, że rodząc się w tym kraju zostałeś skazany na te wielomiesięczne, smutne miesiące słoty i marazmu, kiedy jedyną pociechą są te drobne, krótkotrwałe przyjemności. Te kilkanaście minut spędzonych razem w samochodzie, ten zapach wódki orzechowej, to grzane wino w Lalkach, ten smak goździka pod językiem.

Written by Radek Oryszczyszyn

czwartek, 27 Październik 2011 at 20:29

Zróbmy tego lata cokolwiek

Skomentuj »

O tych kilku wakacyjnych zajęciach, które sprawiają bezinteresowną, niczym racjonalnym nie uzasadnioną przyjemność. Po pierwsze, kiedy na pytanie, „co robimy?”, odpowiadasz „cokolwiek” i ten brak planów, zamierzeń, ewentualnych długo- lub krótkoterminowych skutków działa jak miękki narkotyk. Po drugie, jazda samochodem na południe Europy, przez Słowację, Węgry, Rumunię, z „New Slang” The Shins w głośnikach na prawie pełną głośność, na piątym biegu, z dłonią głaszczącą kolana współpasażerki, z otwartymi na oścież oknami. I zatrzymywanie się na stacjach benzynowych i kupowanie na nich wszystkiego, co niezdrowe i z konserwantami. Po trzecie, głaskanie dłonią zimnego górskiego potoku, kucając na kamieniach, z trudem utrzymując równowagę. Po piąte, kąpiel bez ubrań nocą w ciepłym, parującym jeziorze po szybkiej, spontanicznej decyzji, że jest to najlepsza rzecz, którą można zrobić tej nocy.

Written by Radek Oryszczyszyn

wtorek, 2 Sierpień 2011 at 0:01

Dziewczyny tańczące w parach

Skomentuj »

Takie gorące noce jak ta, przypominają mi o filmach Piwowarskiego. O „Marcowych migdałach„, o „Pociągu do Hollywood„, o „Yesterday„. Znaleźć się gdzieś na zapomnianej polskiej prowincji… Zwiedziłem ostatnio sporo takich miejsc. Brodnica, Tuchola, Górzno, Żuromin. Przestrzenie jak surogat polskości. Z nieudolnie, ale starannie ubranymi uczennicami i uczniami prowincjonalnych liceów. Z uczniami marzącymi o Warszawie, Płocku, Toruniu. Ze szkolnymi potańcówkami, gdzie dziewczęta w plisowanych spódnicach tańczą w parach, a chłopcy w białych koszulach podpierają ściany. Gdzie w toaletach i szkolnych zakamarkach rodzą się pierwsze pocałunki, a odkrywcy nowego zbierają swoje pierwsze niewinne doświadczenia. Gdzie siedemnastolatki po raz pierwszy albo drugi  upijają się słodkim winem czerpiąc z tego nigdy już taką samą euforię.

Ten tekst miał być o piosence „I saw her standing there„, która brzmi mi w uszach od pięciu dni, ale ze względu na „szeroką” publiczność winien jestem uogólnienia. Więc oto zapomniani Piotr Siwkiewicz i Ania Kaźmierczak gdzieś o świcie, pod budynkiem liceum, tańczą „Love me do„.

Written by Radek Oryszczyszyn

wtorek, 19 Lipiec 2011 at 1:01

Skomentuj »

Duszne majowo-czerwcowe powietrze. W nozdrzach bzowe perfumy. W powietrzu pyłki wszystkich kwiatów. Zapowiadali burzę, ale nic z tego – jak zwykle – nie będzie. Na pewno jest duszność niby jeszcze niedojrzałej, ale już świadomej swojej siły wiosny. Z hangaru zakładu mechanicznego mieszczącego się w okolicach torów, pełnego dźwięków świerszczy i bzykania komarów wydobywa się dudnienie bębnów, basów i gitar. Wszędzie dookoła jest ciemno, tylko siedzący w oddali w krzakach ukryty obserwator widzi sylwetki dziewczyny za perkusją i dziewczyny przy gitarze basowej.

Written by Radek Oryszczyszyn

piątek, 3 Czerwiec 2011 at 0:35

Napisane w muzyka

Tagi:

Droga do Tykocina

Skomentuj »

Kiedy zjeżdżam  w Złotorii z hałaśliwej warszawskiej szosy pełnej międzynarodowej zgrai tirów, kiedy zjeżdżam na szosę prowadzącą do Tykocina, wtedy otwieram na oścież wszystkie okna, podkręcam gałkę radia i wrzucam piąty bieg. Bardzo sobie cenię tę trasę. Jest wąska i kręta, a wiosną, tak jak teraz, bujnie otoczona roślinnością, z której co rusz widać nocą świecące się ślepia drobnych zwierząt. Można się ścigać z małoletnimi w volkswagenach golfach albo dawać się dostojnie wyprzedzać. Ostatnio wybieram to ostatnie.

Nie wiem, czy przypadkiem trasa do Tykocina nie jest mi bliższa niż sam Tykocin: miasto niezmiennie zaspane. Puste o każdej porze roku. Latem tylko dzieciaki łuszczące pestki przy pomniku Czarnieckiego na tym w przerysowany sposób gigantycznym rynku. Wiem, że nigdy bym nie wysiadł w tym Tykocinie w środku nocy – nie z powodu strachu, ale z obawy przez zaburzeniem tego niepokojącego spokoju i pustki, które zawładnęły tym miastem.

Więc wjeżdżam od strony wschodniej, mijam barokowy kościół, patrzę na łuszczących pestki – oni śledzą wzrokiem każde przejeżdżające auto i po kocich brukach przejeżdżam na Kaczorowo, obok synagogi. Jadę przez cały czas prosto, aż do rozjazdu z kapliczką Matki Boskiej. Tam zawracam. Zawsze przed autem przebiegnie jakiś czarny kot. No i wracam – tą samą drogą, w ten sam sposób, z tym samym spokojem.

Najważniejsze składniki tego sosu to: wiosenne albo letnie powietrze, pyłki traw, wilgoć ziemi dopiero co oblanej deszczem, trochę benzyny i co najmniej 90 na liczniku. No i muzyka.

Written by Radek Oryszczyszyn

piątek, 20 Maj 2011 at 22:17

Dzieci, żony i raty

z 11 uwagami

Niektóre zdjęcia, tak jak niektóre wieczory, pamięta się lepiej niż inne. To należy właśnie do tych niektórych. Rok 2004, 22 listopada, trzy sekundy po godzinie 23.03. I trzy osoby na zdjęciu. Zapomniana, dziś podupadająca knajpa przy Teatrze Lalek, w której spędzaliśmy popołudnia, wieczory, a czasami nawet poranki. Zawsze zadymiona i ciemna. Knajpa z wielkim oknem wychodzącym na park przy ulicy Kalinowskiego. Tego wieczora na dworze było już bardzo zimno i z rozgrzanego gwarem rozmów, popijanej wodą z cytryną góralskiej watry, patrzyliśmy na ten zziębnięty park.

No i gadaliśmy. W moim towarzystwie w ogóle się wtedy dużo gadało. Najwięcej o książkach i o muzyce. Nie gadaliśmy jeszcze o polityce, bo wtedy były sprawy ważniejsze od polityki. Obok fundamentalnych pytań filozoficznych zajmowały nas w tych rozmowach koleżanki z roku. I oddawaliśmy się tym rozmowom z takim zapałem, z jakim gotowi byliśmy się oddać tym koleżankom z roku.

Lubię to zdjęcie, bo na nim jest wszystko: ulubione miejsce, spotkanie i ludzie. Kiedy przedwczoraj wracałem po północy z wieczoru kawalerskiego jednego z bohaterów tego zdjęcia i kiedy poodwoziłem ich do domów, nie mogłem oprzeć się pokusie pojechania na Kalinowskiego, pod Teatr Lalek o tej jedynej w swoim rodzaju trzeciej po północy/nad ranem. Przejechałem szybko, bez zatrzymywania czy zwalniania, ale z daleka widziałem, że Lalki są już puste. No i pomyślałem, że chociaż teraz jesteśmy już bardziej poważni, niż wtedy (niektórzy mają dzieci, inni żony, jeszcze inni raty do spłacenia), to tamte spotkania były jednak bardziej poważne i wtedy braliśmy wszystko bardziej na serio, niż teraz. Ciekawe, co chcemy poukrywać za tą ironią i śmiechem? Nasze dzieci, żony czy raty do spłacenia?

Written by Radek Oryszczyszyn

poniedziałek, 20 Wrzesień 2010 at 23:38

Do Rowów 0,4 km

z 2 uwagami

Nadmorskie kurorty najlepsze są po sezonie. Wtedy, gdy nie ma tam już prawie w ogóle turystów, pensjonaty i smażalnie są pozamykane na cztery spusty, a znad morza wieje jak diabli. Trzeba się będzie wybrać na Hel tego października albo listopada, marca albo kwietnia. Tymczasem, korzystając z najgorętszego w historii pomiarów temperatury lata, wyjeżdżamy tłumnie nad Morze Bałtyckie. Tłumnie – smażąc się, dusząc i gotując w niekończącym się, stukilometrowym korku od Elbląga do Wejherowa, kurzu robót drogowych i setek świateł Małego Trójmiasta. Rumi, Redy, Wejherowa – niekończących się suburbi jak z amerykańskiego filmu o przedmieściach.

Przed wyrzeźbionym w drewnie kierunkowskazem „Do Rowów 0,4 km” ktoś elokwentnie dopisał: „komuniści oraz żydzi”. Kogo jednak obchodzi polityka w tym trzydziestopięciostopniowym upale? W piasku, po którym idziemy na plażę, można by usmażyć jajecznicę. Niestrudzeni chłopcy targający na plecach z ogromne plecako-lodówki sprzedają zimne napoje, gotowaną kukurydzę i popcorn. Przebywanie na plaży odbywa się według rytmu: smażenie, płukanie, smażenie, płukanie itd.

Pomimo wszystko, letnie nadmorskie kurorty takie jak te Rowy mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Wieczorem, kiedy jest trochę chłodniej, całe turnusy, już przezornie w swetrach, wychodzą jeszcze raz na plażę, aby fotografować zachód słońca. Niektórzy siadają na piasku z wędzonym łososiem, serem i butelką kadarki. Dzieciaki rzucają frisbee, bliżej wydm ktoś gra na gitarze, nieliczni zażywają ostatniej tego dnia kąpieli. Potem wszyscy się rozchodzą po dziesiątkach barów i restauracji. Rodzice próbują usypiać swoje dzieci w namiotach i przyczepach kempingowych, aby – chociaż to już po północy – wyskoczyć na jeszcze jednego ze znajomymi.

Pomimo zgiełku, nieuporządkowania i pstrokacizny dziesiątek bud z kebabami, lodami włoskimi i z automatu, parawanami, dmuchanymi kaczkami, wyrobami z bursztynu i tatuażami z henny, takie miejsca mają w sobie sporo krótkotrwałego uroku. Poddając się urlopowemu szaleństwu, odurzony jodem, z morskim piaskiem między palcami stóp i we wszystkich kieszeniach spodni oraz koszul, daję się obrabować na wadze dorsza w obfitej panierce, uśmiecham się stratowany przez barbarzyńców na rowerach po 2 zł za godzinę, pozwalam się wyprzedzać w kolejce po ziemniaczane czipsy na patyku, smakujące jak przeterminowany papier.

Written by Radek Oryszczyszyn

wtorek, 27 Lipiec 2010 at 23:00

W Zakopanem

z 2 uwagami

W Zakopanem euforia po sukcesach słowackich futbolistów w Południowej Afryce jest powszechna. Sprzedawczynie oscypków pod Gubałówką spod lady handlują zagraniczną śliwowicą. Miasto jest z roku na rok coraz bardziej jarmarczne. Mam wrażenie, że do sprzedania jest wszystko. Na Kasprowym Wierchu działa pizzeria ogólnopolskiej sieci. Za trzydzieści złotych można wjechać kolejką w to mleko i napić się piwa za dychę albo więcej.

Przypominam sobie dziennik Malinowskiego za każdym razem, kiedy tam jeżdżę. W osobowych z Krakowa myślę o przedwojennym Zakopanem i planuję spacery na Nosal, wędrówki śladami Witkacego, nieuchronnie jednak wolnorynkowa grawitacja wciąga mnie w ten przeklęty szlak między Gubałówką a Kuźnicami, pełen szybkiego jedzenia, nagabujących wściekle  sprzedawczyń śmierdzących serów i zapachu tłuszczu skapującego po rożnie.

Zatłoczoną Zakopianką jadę do Krakowa. Jeśli będę miał godzinę lub dwie do pociągu, na pewno odwiedzę znowu te same trzy miejsca, które uratowały niedawny stres okrągłej rocznicy urodzin.  Ksiądz na Stolarskiej, Dym albo Pies.

Written by Radek Oryszczyszyn

sobota, 26 Czerwiec 2010 at 10:46

Samosy, gulab jamun, dahi bhat

z jednym komentarzem

Samosy

Za pomocą całkowicie amatorskiej, nie wspartej żadnym naukowym czy filozoficznym backgroundem klasyfikacji dzielę ludzi na dwie grupy. Tych, którzy przykładają wagę do jedzenia i całej otoczki z nim związanej i ci, którzy jedzenie traktują wyłącznie jako czynność fizjologiczną, przykry, ale konieczny warunek trwania. Sam oczywiście zaliczam się do pierwszej grupy i staram się otaczać osobami, które jedzenie traktują z należną mu powagą.

Gulab Jamun

Sam nie potrafię gotować, ale mam szczęście do kilku znajomych, którzy tę piękną i pożyteczną sztukę opanowali w stopniu mistrzowskim. U M. próbowałem ostatnio trzech przysmaków kuchni indyjskiej. Samosy ceniłem i znałem z nieodżałowanego, zlikwidowanego  Gopalu na tyłach Surażskiej. Jest to danie bardzo pracochłonne. Do prostego ciasta z mąki, wody, masła i soli nakłada się ostro przyprawione warzywa z kminkiem, zawija w pierogi wielkości małej pięści i smaży na głębokim tłuszczu. Do samos podano dahi bhat, czyli ryż z mlekiem, jogurtem i papryką, wszystko równie ostre, jak samosy. Prawdziwym przebojem był jednak gulab jamun. Jest to coś w rodzaju naszych pączków (kulek z ciasta opartego na mleku i mące), pływających w supersłodkim syropie przyprawionym kardamonem. Prawdziwa słodycz i bomba kaloryczna, a jednocześnie czysta przyjemność miękkiej substancji rozpływającej się po podniebieniu.

Written by Radek Oryszczyszyn

sobota, 8 Maj 2010 at 17:16

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 1 335 other followers