Rymkiewicz, Varga, Kuroń
W weekendowej “Wyborczej” trzy teksty godne zestawienia. Pierwszy to mini-felieton Waldemara Kumóra o dyskusji toczącej się od dwóch tygodni na łamach Newsweeka. Rozpoczął ją poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, stwierdzając w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, iż:
“S” to była wielka rzecz. Ale dla naszego samoczpoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie znaki hańby, lecz pomniki chwały.
Na te odważne słowa Rymkiewicza tydzień później odpowiada Krzysztof Siemieński – drukarz podziemnej NOW. Kiedy studiował filozofię na UJ, wspólnie z kolegami wpadli na pomysł “likwidacji” Wojciecha Jaruzelskiego. Projekt był na zaawansowanym etapie realizacji. Na szczęście znalazł się ktoś, kto przekonał narwanych studentów, że – po pierwsze – oznacza to wyrok śmierci, nawet w przypadku niepowodzenia, a – po drugie – władze właśnie na takich szaleńców oczekują. Pomysły Rymkiewicza Siemieński kwituje następująco:
…w Polsce nigdy nie brakowało narwanych idiotów, którym sam byłem.
Kilka stron dalej, Marek Radziwon prezentuje zgłoszoną do nagrody Nike książkę Krzysztofa Vargi “Gulasz z turula”. Ta gorzka i ironiczna książka napisana przez Vargę, zakochanego w Węgrzech, okazuje się w takim samym stopniu książką o Polakach.
Opowieść o kompleksach małego kraju, o imperialnych pretensjach, które obracają się w groteskę, o hurrapatriotycznych pretensjach, o pamięci krwawych klęsk, które urastają do rangi najwspanialszych symboli narodowej historii, to także – jak w lustrze – opowieść o Polsce i naszych wysokich, a czasem po prostu śmiesznych wyobrażeniach o sobie samych
Czytałem tę książkę Vargi i mogę potwierdzić spostrzeżenia Radziwona. Książka Vargi jest książką tak samo o Węgrzech, jak i o Polsce. Niedawna rocznica wyborów kontraktowych ‘89 roku przez jednych obchodzona jest jako zwycięstwo, inni zaś z poobną fetą i gatunkową ciężkością traktują ten moment jako kolejną, po Powstaniu, Czerwcu’56, Grudniach’70 i ‘81 “piękną porażkę”. Żal tylko – jak mówi Rymkiewicz – że Klęska’89 nie przyniosła krwi na ulicach i męczenników za wolność. Byłoby kogo czcić… A może za takich męczenników uznać uczestników spotkań w Magdalence, cierpiących na “syndrom dnia następnego“?
Trzecim ważnym tekstem w dzisiejszej GW jest wywiad-wspomnienie z Karolem Modzelewskim o zmarłym 5 lat temu Jacku Kuroniu. Moja sympatia do Kuronia nie wynikała nigdy ze wspólnoty poglądów czy wartości, ale z pewnej meta-postawy, którą miał wobec siebie i innych ludzi. Modzelewski pięknie opowiada o wewnętrznym konflikcie, jaki zachodził w Kuroniu, kiedy uczestniczył w rządzie Mazowieckiego jako minister pracy. Choć potem odstąpił od tego stanowiska, to mam wrażenie, że miał rację, mówiąc, iż aby zbudować socjaldemokrację, należy najpierw zbudować kapitalizm. Z tym stanowiskiem zgodziliby się zarówno liberałowie, jak i socjaliści. Pierwsi mieliby oczywiście wątpliwości, czy jest sens trwonić zgromadzone bogactwo, drudzy rzekliby – po co tworzyć bogactwo, skoro możemy zrobić deficyt budżetowy? W każdym razie, myśl ta świetnie wyraża to meta-nastawienie Kuronia: konsyliacyjne, otwarte i ugodowe. Uważam, że na początku lat 90. tacy ludzie byli Polsce bardzo potrzebni, nawet jeśli w rezultacie ponieśli porażkę.
Wracając zaś do nawoływań Rymkiewicza o potrzebie krwi, wydaje się, że nieco innego rodzaju ofiar potrzebuje to społeczeństwo. Od butelek z benzyną, palonych opon i ran ciętych, kłutych i postrzałowych, potrzeba nam jednej z trzech rzeczy, o kórych mówił kilkadziesiąt lat temu Churchill. Nie krwi nam potrzeba, ani łez – potrzeba nam natomiast dużo potu, toczonego ciężką, codzienną pracą. To jest zresztą ofiara, którą składają codziennie miliony ludzi w Polsce. Niektórzy wyśmiewają się pracujących od 8 do 20 pracowników korporacji, pojawiają się wręcz pomysły, aby zakazać zbyt długiej pracy nawet tym, którzy się na to dobrowolnie godzą. Jednak, jeśli popatrzeć bez uprzedzeń, to właśnie ci wszyscy pracownicy sklepów całodobowych, uczestnicy tzw. “wyścigu szczurów” z wielkich korporacji, studenci ślęczący nad książkami całe noce, wszyscy ci, dla których dzień zaczyna się o 6 a kończy o 2 nad ranem, oddają temu społeczeństwu największą ofiarę, czyli pracę.
Grodno
1.
Z końcem maja byłem w Grodnie, na konferencji “Phenomenon of City in Central Eastern Europe: Living Space and Cultural Narration” zorganizowanym przez tamtejszy Uniwersytet Janka Kupały. Na Białorusi już raz byłem, poprzedniego roku w Mińsku. Ta podróż – choć bliższa – była jednak o wiele bardziej ekscytująca. Od dłuższego czasu chciałem zobaczyć Grodno – miasto oddalone o około 70 kilometrów od Białegostoku, a jednak trudno dostępne, bo oddzielone pilnie strzeżoną granicą. Jedną z ostatnich prawdziwych granic w Europie: z wizami, kontrolą osobistą, drutami kolczastymi, odprawą celną itd.
W Grodnie wygłosiłem krótki speech pod tytułem “Województwo podlaskie i jego miasta w świetle Diagnozy Społecznej 2007″. Referat nie wzbudził dyskusji ani większego zainteresowania uczestników imprezy, pewnie dlatego, że wyróżniał się dużą ilością empirycznych treści, czego zdaje się nie oczekiwano. Upieram się, że temat jest ciekawy, mam nadzieję, że gdzieś – może tu – doczeka się poważnego potraktowania. Na razie – w formie zachęty – umieszczam tu materiały graficzne, które przygotowałem i pokazałem na konferencji.
Tutaj jednak , zgodnie z konwencją tego miejsca, pierwsze miejsce mają nie dane statystyczne, ale wrażenia, ślady w pamięci, smaki, zapachy i widoki. Pojechałem do Grodna ze swoim szefem i kolegą z katedry, imiennikiem Radkiem.
2.
Świty na dworcach dają impuls do życia. Pobudka o 3 nawet dla rannych ptaków jest torturą, ale najlepsze połączenie z Grodnem rozpoczyna bieg o 5 w Białymstoku. Dworce umożliwiają pobudkę, bo tam są już o 4 rano dziesiątki podróżnych czekających na pociągi na Zachód i Wschód.
Nowoczesny pociąg zbudowany za pieniądze z Unii okazuje się zepsuty, podstawiają zwykły, stary i trzeszczący. W Sokółce pojawiają się już pierwsze biało-czarno-niebiesko-czerwone przepastne torby i ich właścicielki z podkrążonymi oczami, przesadnym makijażem i dwuletnią trwałą, zaczesaną do góry. Nie ma ich jednak wiele. W ogóle niczego nie ma zbyt wiele. Przesada jest cechą miast Wschodu. Tutaj – na prowincji – króluje niedostatek i ma się jak dotąd całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że tutejsi również go jakoś tam lubią, a jeśli nie, to na pewno akceptują jako pewną niezbywalną cechę tego świata.
Na przejściu w Kuźnicy nie ma więc zbyt wielu podróżnych. Nie ma też zbyt wielu przemytników. Albo po prostu moje oko nie jest w stanie dostrzec tego, co widzą młodzi pogranicznicy przechadzający się po peronie. Piętnaście minut po siódmej pociąg rusza. Ma kilka kilometrów do granicy. Tam wsiądą białoruscy celnicy w wielkich zielonych czapach i będą pilnować, aby żadna śrubka nie odpadła od składu aż do samego Grodna.
Tymczasem patrzę na okolice Grodzieńszczyzny. Jest zielona, mocno zalesiona. Dużo sosen na piaskowych glebach.
3.
Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu zamykają nas w dużej sali uniwersytetu, każą słuchać i głosić referaty. Co 45 minut korytarze uniwersytetu rozbrzmiewają donośnym dźwiękiem dzwonka. Z innych rozmów dowiaduję się, że system szkolnictwa wyższego jest tutaj zorganizowany na wzór naszego szkolnictwa licealnego lub wręcz gimnazjalnego. O partnerskiej relacji mistrz-uczeń można tu zapomnieć. Przechadzający się po korytarzach studenci do złudzenia przypominają naszych licealistów. Ubrani skromniej niż ich polscy odpowiednicy, ale – szczególnie dziewczęta – z o wiele większą starannością. Ma się wrażenie, że grodzieńskie studentki poświęcają kilka godzin przed wyjściem z domu na odpowiedni dobór stroju, makijaż, paznokcie itd. Na ich tle polskie dziewczyny mogą wyglądać na ubrane niedbale, co nie znaczy, że gorzej. Obowiązkowymi elementami stroju tych dziewcząt są krótkie spódniczki i obuwie na obcasach, spotykane tam na skalę wręcz masową. Podobnie jest na Ukrainie, z tym jednak różnicą, że u Ukrainek kobiecy strój jest tylko dodatkiem do ich dumnych i odważnych gestów, mowy ciała i spojrzeń. W Grodnie miałem wrażenie, że strój tamtejszych kobiet – jakże charakterystyczny i egzotyczny – jest niejako wymuszony pewną konwencją, stanowi fasadę, którą po prostu należy przyjąć. To oczywiście ogromne uproszczenia i ogólnienia.
4.
Wieczorem wybieramy się z Radkiem na przechadzkę po mieście. Przechodzimy przez most na Niemnie i schodzimy w dół, na podmiejskie bulwary. Są wręcz oblężone przez setki młodych ludzi. Wystrojeni chłopcy i dziewczęta siedzą na murkach i schodach. Niektórzy poprzywozili swoje dziewczyny samochodami, z których dobiega polski (!) pop. Jakaś Kasia Kowalska czy Reni Jusis. Wszyscy bez żadnych ogródek piją piwo z butelek i puszek. Po raz pierwszy widzę litrową puszkę Calsberga. Skojarzenia z katastrofą Czernobylską są trudne do przezwyciężenia, kedy się widzi powiększony dwukrotnie w stosunku do znanego kształt podobno najlepszego piwa na świecie.
Kiedy zaglądamy jeszcze na główny plac miasta, a potem na plac Lenina, wszędzie widzimy tłumy młodzieży. Pomimo, że jest już około północy. Pomimo, że jest poniedziałek. Pomimo, że nie ma żadnego święta… Myślę, jak wygląda w tym momencie rynek w Białymstoku…W straganie przy parku kupuję suszone ryby i rozkoszuję się nimi aż do miejsca naszego zakwaterowania.
5.
Drugi dzień przeznaczamy już w całości na szwędanie się po mieście i zakupy. Moja cholerna indolencja językowa nie pozwala na wchłonięcie takiej wiedzy o mieście, jak bym chciał. Polecam w związku z tym zdjęcia, które zrobiłem podczas wyjazdu. Jeśli nie da się językiem, to można próbować obrazem. Ale kiedyś na pewno poopisuję te zjęcia po konsultacjach z większymi znawcami Grodna ode mnie.
Może kiedyś uda mi się pojechać tam jeszcze raz i znaleźć tylko swoje grodzieńskie szlaki.
Miasto jest piękne. Przede wszystkim będąc w Grodnie czuje się wielkomiejskość. Szerokie arterie komunikacyjne, trolejbusy, miejski gwar, życie na ulicy przez całą prawie dobę. Sporo śladów polskiej obecności w mieście, takich jak katedra widziana na zdjęciu. Według spisów, około 20% mieszkańców miasta jest Polakami, jednak próżno nasłuchiwać polskiego na ulicach. W większości są to Polacy zasymilowani. Pomimo tego język polski jest tu powszechnie rozumiany i traktowany z dużą życzliwością.
Taksówkarz, który za równowartość 8 złotych przewoził nas z blokowiska gdzie spaliśmy, do centrum, powiedział, że dla nich Białystok to nie zagranica. Jeszcze 20 lat temu te słowa mogłyby Polaka urazić. Dzisiaj wywołują wręcz odwrotne. Oto paradoks relacji białostocko-grodzieńskich. Białorusini jeżdżą do nas na po prostu po zakupy. Dla nas wyjazd o Grodna to prawie jak wycieczka za Ural, doprawiona strachem przez rzekomymi białoruskimi bandytami, łukaszenkowską bezpieką, brudem, biedą i zacofaniem. Okazuje się, że jest odwrotnie. To dla mieszkańców Grodna nie ma granic i to oni żyją w wielkim mieście z większością cech wielkomiejskości. Szkoda, że brakuje tego często mieszkańcom Białegostoku.
6.
Ostatni, szósty punkt, rezerwuję sobie na potem, kiedy natchnienie dramaturgiczne będzie większe. Najciekawsze, co mnie spotkało podczas tej wyprawy, wydarzyło się w pociągu relacji Grodno-Białystok. Ale o tym innym razem.
Po Czeremsze – wpisy i fałszowanie
Po niezwyłych przeżyciach na ubiegłorocznym koncercie Kroke w Czeremsze, postanowiłem i w tym roku wybrać się do tej przygranicznej miejscowości, na kolejne spotkania z cyklu pod beznadziejną nazwą “Z wiejskiego podwórza”. Beznadziejną, bowiem spotkania mają ze wsią tyle wspólnego, co (prawie) nic. Owszem, muzykę tam grają folkową, ale rozpiętość stylów, różnice aranżacyjne, międzynarodowy charakter imprezy, a przede wszystkim publiczność dają poczucie przebywania na prowincjonalnym miejsko-wiejskim festynie, gdzie lokalna młodzież miesza się z przybyszami z Warszawy i Białegostoku.
Festyn trwał dwa dni. Pierwszego dnia największe wrażenie zrobiła karkówka z kuchni polowej, z musztardą i chlebem oraz ukraiński zespół “Hulajhorod”. Pięciu przebranych za prawdziwych kozaków jegomości, każdy z wyższym wykształceniem muzycznym, śpiewało – najpierw a-capella, a potem z akompaniamentem – tradycyjne ukraińskie pieśni, ludowe i kozackie. Choć wyglądali groźnie i trochę cierpła skóra na myśl o “rezaniu”, to w rzeczywistości dał o sobie znać ten pozytywny wymiar ukraińskiej żywiołowości i panowie porwali całą Czeremchę do tańca.
Drugi dzień był słabszy muzycznie. Strasznie lało, więc jedyne, co można było robić, to ogrzewać się mate, bigosem i boczkiem z grilla i obserwować spod parasoli mniejszy niż poprzedniego dnia tłum pod sceną. Opłacało się jednak czekać do końca. Gdzieś około północy na scenę wyszła lokalna gwiazda: zespół Czeremszyna. Warszawiacy już odjechali spłoszeni deszczem, a lokalne panny i kawalerowie wprost oszaleli tańcząc do rytmu tej raczej prostej i ludycznej, acz nie pozbawionej uroku muzyki.
Więc dwa razy jeździłem tego weekendu aż po białoruską granicę i z powrotem, nocą, przez Bielsk Podlaski i Zabłudów.
W tak zwanym międzyczasie czytam prace studentów pierwszego roku socjologii. Tego roku jest to wyjątkowo przyjemne zajęcie. Prawie wszystkie eseje na bardzo wysokim poziomie. Jestem wyjątkowo zadowolony z tych zakończonych właśnie zajęć, choć nad wieloma rzeczami muszę jeszcze popracować.
Najmniej przyjemne jest oczywiście wystawianie ocen, z czym nieołącznie wiąże się problem “sprawiedliwości”. Nikt, kto tego nie robił, zapewnie nie wie, jak trudno jest wyrazić pewien złożony proces trwający pół roku, liczbą w skali od 2 do 5. Unikam więc za wszelką cenę brania na siebie pełnej odpowiedzialności za tę decyzję, zrzucając choć część tego ciężaru na studentów.
Jeden z nich, autor jednego z najlepszych esejów na roku, już po wystawieniu oceny, ma do mnie prośbę. Czy mógłby Pan – mówi – informować mnie najpierw o swoim zdaniu na temat mojego śpiewania? Chwila dezorientacji i przelatująca przez głowę myśl: “o co mu chodzi?”. Powoli jednak kojarzę fakty. Pan ten napisał pracę o graniu na ulicy i wyciągnął z tych doświadczeń metodologiczne wnioski o obserwacji uczestniczącej jako metodzie socjologicznych dociekań. Podczas jednych z zajęć, pod nieobecność owego studenta, kpię złośliwie w swoim stylu, z umiejętności wokalnych tego pana. Czynię to jednak z sympatią, a reakcja sali to raczej potwierdza. Wieść o moich kpinach dociera jednak do studenta, czym jest wyraźnie zbulwersowany. W pierwszej chwili zastanawiam się, czy słusznie i czy rzeczywiście nie zrobiłem czegoś niestosownego i czy nie powinienem go serdecznie za to przeprosić.
Każdy, kto decyduje się na aktywność publiczną, niezależnie od tego, czy jest nauczycielem, dziennikarzem, muzykiem (choćby i ulicznym), politykiem, modelką czy modelem, sportowcem, kimkolwiek, powinien zdawać sobie sprawę, że będzie się o nim dyskutować, oceniać go i mówić o nim. I nigdy nie jest tak, że osoba taka ma całkowity wpływ na to, co się będzie mówić, jakie będzie się wystawiać oceny. Często te oceny są niesprawiedliwe i krzywdzące, ale jest to nieodłączny koszt związany z wejściem na agorę.
Mówię to temu Panu w mniej więcej takich słowach. I właściwie jestem mu wdzięczny, bo swoją pretensją pomógł mi zrozumieć swoje własne zmagania z pogrążania się w problemie “co oni sobie o mnie tak naprawdę myślą”. Jakiś czas temu zrozumiałem, że nie jestem w stanie nad tym procesem panować. Oczywiście, wiele zależy ode mnie, ale równie wiele jest poza mną.
Więc, na prośbę studenta, któremu nie w smak było, że ktoś komentuje jego występy odpowiedziałem, że z radością spełnię jego prośbę, o ile on zagwarantuje mi to samo: że zarówno on sam, jak i jego koledzy, będą konsultować ze mną każdą opinię na mój temat, zarówno złą, jak i dobrą.
Absurd? Owszem. Nawet w skali: pracownik akademicki w prowincjonalnym, trzystutysięcznym mieście, prywatność jest fikcją, a publiczny wizerunek jest tworzony publicznie, z niewielkim wpływem osoby, której on dotyczy.
Najśmieszniejsze w tej całej historii jest to, że od zawsze miałem słabość do muzycznych amatorów, a już szczególnie do tych fałszujących. Do sepleniącego, pozbawionego głosu i słuchu Staszczyka, jak w tym, zresztą pięknie nakręconym teledysku do “Wychowania”.
Kolejnym moim bohaterem, który nigdy nie potrafił grać na harmonijce ustnej (a grał), możliwości gitary wykorzystywał dosyć oględnie, a którego głos przypominał beczenie zarzynanej kozy, jest Wielki Bob Dylan. Poniżej jedno z moich ulubionych wykonań “Don’t Think Twice, It’s All Right”, gdzie Dylan wspina się na wyżyny fałszu i wirtuozerii w jednym.
Ostatni przykład to koncerowe wykonanie “Smile” Lilly Allen, gdzie ta niepozbawiona uroku gwiazdka pop jakie lubię, w przypominającej komunijną zbyt długiej sukience, lekko podchmielona bawi się śpiewając. Oczywiście rzadko kiedy trafia w tonację, można to zresztą zobaczyć poniżej. (umieszczanie filmów na stronach zostało wyłączone na żądanie, ale wystarczy kliknąć na ten czarny prostokąt dwa razy, a otworzy się film z fałszującą Lilly)
Aha, jeszcze jedno. Sam gram i śpiewam dla znajomych przy ognisku. Pomimo, że nie potrafię nastroić gitary i fałszuję jak z nut. Niech potwierdzą ci, co słyszeli!
Po tamtej stronie – Tykocin
Po załatwianiu ubezpieczeń i nalepek zastępczych w miejskich urzędach, gdzie urzędniczki nie są miłe, chociaż biją się o tytuł Uprzejmej Pieczątki 2009, po jak zwykle sympatycznych (co tego roku jest raczej regułą i przyjemnym zaskoczeniem) zajęciach ze studentami, nocne szwędanie się samochodem po już czerwcowych, więc prawie letnich, białostockich dalszych i bliższych suburbiach.
W końcu, już raczej bliżej niż dalej północy, ląduję w ulubionym Tykocinie. Małoszlachecko-zaściankowi lokalni “chuligani” na rynku obok pomnika Czarneckiego oglądają się podejrzliwie za każdym przejeżdżającym samochodem, jakby mieli jakieś sprawy do ukrycia, ale tak naprawdę to ich podejrzliwe oglądanie się jest trochę jak obwąchiwanie swojego terenu w obawie przed obcym.
Całe miasto już śpi, szczególnie na Kaczorowie, za rzeką, kiedy minąwszy synagogę po prawej, wjeżdża się w starą żydowską dzielnicę. Tylko psy wściekle ujadają, a po brukowanej ulicy przemykają się w te i we wte czarne kocury. A po tej wąskiej, otoczonej bujną zielenią drodze do Białegostoku, przez Siekierki i Złotorię, przechadzają się jeże, przeskakują zające i co rusz jakieś oczy świecą w oddali w trawie.
Można zminimalizować ryzyko morderstwa i jechać samym środkiem, bo mało kto o tej porze jeździ tą drogą. Można otworzyć okna na oścież, aby do środka dostawał się zapach tych wszystkich traw, liści, krzewów i zbóż, bo przecież to jedna z pierwszych czerwcowych nocy. Można zapalić radio i włączyć je naprawdę głośno, bo nikt nie słyszy. Kiedy wjeżdżałem do Tykocina, grał akurat David Gray.
Notatki z Estremadury
5 maja 2009 r. Cáceres
Od kilku godzin jestem w Hiszpanii. Lecąc samolotem linii Iberia, patrzyłem przez okno i próbowałem w myślach zgadywać, kiedy opuściliśmy już Polskę, kiedy jesteśmy nad Niemcami, kiedy to już Francja i kiedy – Hiszpania. Niebo było bezchmurne, dlatego widziałem najpierw rozdrobnione, podzielone w wąskie paski, zielone pola polskiej wsi. Rozpoznałem też Niemcy po zacierających się granicach miast i miasteczek i gęstej sieci dróg i autostrad. Zgubiłem gdzieś Francję, za to Hiszpania nie mogła mi umknąć. Z wysokości lecącego samolotu Hiszpania wygląda jak jej narodowa flaga. Ni stąd, ni zowąd pojawiają się kolory, do których nie jesteś przyzwyczajony, szczególnie wiosną. Pojawia się żółć, czerń i czerwień spalonej ziemi.
6 maja 2009 r. gdzieś po drodze
Wracamy z Méridy. Przemierzamy krajobraz, który pod względem melancholii i przewidywalności przypomina Podlasie. Ten region Hiszpanii jest z jednej strony egzotyczny, a z drugiej strony – w jakiś szczególny sposób bliski. Być może dlatego, że Podlasie również jest krainą egzotyczną?
Po obu strony autostrady po sam horyzont widzę drzewka oliwkowe. Wywierają taki sam efekt, jak uprawy winorośli: wprowadzają element wielowiekowej kultury. Ktoś tu nawet powiedział, że tutejsze sady oliwne mogą mieć nawet 2 tysiące lat! Lekko górzysty teren, w którym jedynym zielonym elementem są te drzewka oliwkowe, rosnące na spłowiałej, rdzawo, żółtej ziemi. Tu i ówdzie wyrastają potężna piaskowce. Gdzieniegdzie zamki lub ich ruiny, pamiętające czasy Cesarstwa.
Tutejsza ludność przyjmuje zachodnioeuropejskie wzorce dystansu, obyczajów i konwenansów. Unia Europejska pełną parą, szczególnie w miastach. Widać jednak jeszcze oznaki prawdziwej estramadurskiej obyczajowości, iberyjskiego temperamentu.
Tutejsi ludzie posiadają ogromne umiejętności interpersonalne. Patrzenie na to, jak sobie radzą występując publicznie, budzi ogromny respekt. Widać, że mówienie do ludzi i słuchanie innych, jest tutaj umiejętnością nabytą bardzo wcześnie. W tej kulturze człowiek rodzi się we wspólnocie i nie zrywa z nią aż do śmierci, gdzie rozmowa jest naturalną czynnością społeczną, a sztuka dojścia do głosu w wielodzietnej rodzinie jest tym, co umiejętność wiązania sznurowadeł.
kilka tygodni po powrocie, już w Białymstoku
Długie zbieranie się, aby coś o tym wyjeździe napisać. Pewnie dlatego, że z jednej strony okoliczności instytucjonalne wyjazdu sprawiły, że nie polegało ono na tym, co najbardziej lubię: bezcelowym szwędaniu się z miejsca na miejsce, oglądaniu tych samych skwerów, placów i ulic z różnych stron o różnych porach dnia, próbowaniu obserwacji uczestniczącej w straszących przybyszów barach i knajpach. Perspektywa była nieco bardziej skomplikowana, bowiem na tle gorącej, pomarańczowo-zielono-popierto-czarnej Hiszpanii miałem kwiat podlaskiego samorządu. Więc dwa w jednym. To drugie równie ciekawe co pierwsze, wymagające odrębnego potraktowania, przy innej okazji. Tutaj ma być o Hiszpanii.
Cudownie nudne i przewidywalne krajobrazy, kiedy jedzie się autostradą z miasta i miasta. Pagórki, po horyzont spalona, sucha ziemia i drzewa oliwkowe. Setki, tysiące bocianów na starożytnych zamkach i warowniach. Miasta o wiele bardziej przyjazne: zielone, wilgotne, przyjazne. Cáceres to niewielkie, dziewięćdziesięciotysięczne starożytne miasto, założone na 30 lat po śmierci Chrystusa. Miasto z pięknym zamkiem i starym miastem, ogromnym parkiem biegnącym z centrum do samych granic.. Na głównym pasażu biegnącym do zamku, kiedy się idzie tamtędy w nocy, do głowy uderza gorący i ciężki zapach roślin.
Ostatniego dnia wybieram się na Stare Miasto robić zdjęcia. Choć jest dopiero popołudnie, na głównym placu są już setki młodych ludzi. Piją wino z colą i lodem z plastikowych kubków, siedząc na schodach grają na bębnach i gitarach. Przed nimi roznegliżowany facet tańczy jakiś trudny do określenia taniec, taniec, którego nie da się nazwać, ale w którym jest bardzo dużo zaangażowania i namiętności. Kiedy siadam w pobliżu na schodach, ze swoją porcją tego wina z lodem i colą, natychmiast pojawiają się ludzie, gotowi rozmawiać o tym, skąd jestem, co tu robię i czy będę na koncercie wieczorem.
Wieczorem jest koncert, na który urywam się z uroczystej kolacji w najlepszej ponoć knajpie w mieście, kilka kroków od tego placu. Tłum faluje, na scenie jakaś afrykańska ekipa śpiewa interaktywne piosenki reggae. Wszyscy, bez wyjątku, powtarzają gesty młodej czarnoskórej, bosej dziewczyny w kolorowej spódnicy. Wracamy mijając rozentuzjazmowany tłum. Jest w pół do drugiej w nocy. Kiedy wyjeżdżamy następnego dnia o 4 rano na lotnisko w Madrycie, zabawa trwa na dobre.
Tutaj znajdują się zdjęcia, które zrobiłem podczas tego wyjazdu.
6 czerwca 2009 r. Do całej gamy pozytywności wywiezionych z Estremadury zapomniałem dodać jeszcze jeden sukces wręcz ogromny. Zabrałem tam ze sobą wiersze Lorki, raczej z poczucia jakiejś wewnętrznej powinności, niż dlatego, iżbym wierzył, że uda mi się go zrozumieć i złapać rytm tych wierszy. Jakże byłem zaskoczony gdy okazało się, że w tamtym gorącym kraju czyta się Lorkę z niesłychanym wręcz rozumieniem!
Koper, żmija i półcień
Ślad, aromat i trzcina.
Ziemia, wiatr i samotność.
(O niebo wsparta drabina)
Tak brzmi po polsku “Nokturn schematyczny”, a tak, w oryginale “Nocturno esquemático”
Hinojo, serpiente y junco.
Aroma, rastro y penumbra.
Aire, tierra y soledad.(La escala llega a la luna.)
Do Ełku i z powrotem
Po raz pierwszy w życiu rozmawiałem dzisiaj z człowiekiem, którego zawodem jest rozpalanie ognisk. Działo się to w Centrum Edukacji Ekologicznej w Ełku, gdzie przyglądałem się zakończeniu drugiej tury projektu Szansa na Sukces. Ten projekt realizowany jest przez prawdziwych lokalnych społeczników, dla których te wszystkie głupio z pozoru brzmiące hasła jak “walka z wykluczeniem społecznym”, “reintegracja zawodowa” i tym podobne są naprawdę ważne. Tobyło naprawdę miłe zobaczyć grupę dwudziestu osób, wśród których były takie, które nie mają pracy nawet od 16 lat, z głowami pełnymi pomysłów, chęci i zapału. Jak gdyby w ciągu dwóch i pół miesięcy to, co socjologowie nazywają “pogrążaniem się w wyuczonej bezradności”, zostało w tej grupie kompletnie zniwelowane.
A że problem bezrobocia strukturalnego, szczególnie wśród kobiet po czterdziestce w tym regionie istnieje, przekonałem się podczas podróży powrotnej. Wracałem moją ulubioną trasą, niezwykle rzadko uczęszczaną, przez Regielnicę, Kałęczyn, Wiśniowo i Czarną Wieś. Choć to granice Suwalszczyzny (czy to przypadek, że łacińska nazwa Suwalszczyzny – Sudovia, jest taka sama, jak łacińska nazwa Krainy Jadźwingów?), to mamy tam kończący się na linii Grajewo-Augustów prawdziwy raj wzgórz i pagórków, wśród których rozlewają się jeziora Regielnickie i Rajgrodzkie. Żółć kwitnącego rzepaku aż kłuje w oczy. Dominują żółć i zieleń. W głośnikach Amelia Rodriguez.
Pagórkowy raj kończy się za Czarną Wsią, gdzie trzeba dotrzeć do Grajewa zatłoczoną przez tiry trasą Warszawa-Augustów. Tam podwożę dwie panie, które pracują za 10-20 złotych dziennie (sic!) przy sortowaniu pieczarek w jednej z podgrajewskich przetwórni. Gryzę się w język, kiedy to słyszę, bo chwilę później narzekam w rozmowie z nimi na swoje zarobki. Cenię sobie takie spotkania, bo odkrywają przede mną światy, o których w innym wypadku bym się nie dowiedział.
Było gorąco, podróż stawała się nużąca. Zatrzymuję się więc jeszcze w Osowcu, gdzie przy trakcji kolejowej, niedaleko mostu, leżą pozostałości rosyjskiej twierdzy obronnej z drugiej połowy XIX wieku. Z przypadkowo napotkanym turystą przyglądamy się gigantycznym jaszczurkom wygrzewających się na kamieniach pod mostem. Mają prawie 30 centymetrów.
Przeciągam powrót do miasta, nagrzanego i smolitgo jakby była połowa sierpnia.
Proste czynności domowe

Kiedy świat za oknem przestaje być nieprzyjazny i nie trzeba nerwowo liczyć, jak niewiele godzin zostało do zapadnięcia zmroku, można, a czasami nawet należy, oddać się prostym domowym czynnościom. Należy potraktować je instrumentalnie, jako sposób na przywrócenie życiu odpowiedniego tempa. Do takich czynności należą: obieranie ziemniaków (ten cholerny import młodych kartofli z Południa zatarł metafizyczny coroczny kamień milowy: pierwsze gotowanie młodych ziemniaków w mundurkach), przekopywanie i odchwaszczanie ogródka, przycinanie gałęzi starej jabłoni. To ostatnie zajęcie wymaga powtórki z dzieciństwa: wspinania się po konarach drzewa, zadrapywania sobie kolan i dłoni, ubrudzenia żywicą. Poodcinane ręczną piłą albo siekierą konary już po zapadnięciu zmroku będą służyły jako opał na ognisko. Uparte liściaste drzewo nie chce się palić, trzeba iście harcerskich umiejętności, aby rozbłysło zjadane przez ogień. A rano obudzą cię ptaki za oknem, gdzieś w pobliżu bociania rodzina rozpocznie na łące codzienne poszukiwania gadów i płazów. Kiedy otworzysz okno, powita cię wiosenny festiwal zapachów i barw. Wszystko zacznie się od nowa, wrócisz do swoich prostych i ważnych czynności domowych. W przekopanym ogródku zasiejesz rzodkiewkę, szpinak, marchewkę i pietruszkę.
Wierszalin
Minęło już z górą siedemdziesiąt lat od czasu, kiedy kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Krynek, w niewielkiej dolinie pośrodku puszczy, nieopodal wioski Grzybowszczyzna, gdzieś obok niewielkiej rzeczki Nietupa, prawosławny prorok Ilija założył nową Stolicę Świata. W czasach, kiedy o pierwszej wojnie światowej wszyscy jeszcze pamiętali, a drugą przeczuwali. W czasach, kiedy wszystko stało pod znakiem zapytania, w czasach realizacji wielkich projektów i rewolucji, kiedy wszystko, co stałe i niezmienne przestawało takie być, prawosławny Ilja ze swoją sektą oczekiwał końca świata.
Dzisiaj z wierszalinowej stolicy świata pozostał dom proroka i stodoła. Dwieście metrów dalej mieszka jeszcze pustelnik Borys Wołoszyn, syn Pawła Wołoszyna, jednego z liderów sekty. Stary Wołoszyn konstruował pojazdy, elektrownie i maszyny rolnicze według własnych pomysłów.
Kiedy dzisiaj się tam zagląda, nie ma już nic z atmosfery lat trzydziestych, kiedy w Wierszalinie mieszkało kilkadziesiąt osób. Codziennie z bliższej i dalszej okolicy odwiedzali Wierszalin pielgrzymi. Ilija spowiadał i błogosławił. I zapowiadał wielokrotnie koniec świata. Zniecierpliwieni sekciarze postanowili, idąc z duchem czasu, wziąć historię we własne ręce i ukrzyżować Iliję. Liczyli, że z martwych wstanie i zbawi świat. Udało mu się zbiec szykującym krzyż i trzy dni spędził w komórce z ziemniakami. Resztę życia spędził gdzieś w Rosji i jeszcze w latach pięćdziesiątych pisał do oczekujących go w Wierszalinie Marii, Józefów, Janów i Marków.
Końca świata nie było, wierszalińska polana opustoszała, a drzewa wyrosły. Pozostały cisza i spokój. I drewniana chata, w której można nagrzać, a potem usiąść przy oknie, patrzeć na padający śnieg bez pośpiechu oczekiwać końca.
Kumka Olik
Oto wkracza do gry pokolenie urodzone po dziewięćdziesiątym ósmym. Przypominam, że około 20 lat po wojnie mieliśmy marzec’68. Czytam właśnie biografię Adama Michnika, który jako osiemnastoletni gówniarz wyjechał w sześćdziesiątym czwartym na Zachód. Jego dezynwoltura ujęła Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Jerzego Gierdoycia, oburzyła zaś obserwującą tę wyprawę z daleka polską opozycję. Po powrocie do kraju Michnik poszedł studiować historię. Jego wrodzona bezczelność została nieźle wykorzystana w wewnątrzpartyjnych walkach. Michnika relegowano, Gomułkę odsunięto. Nastał Gierek, a późniejszy naczelny Wyborczej wykorzystał wolny czas w więzieniu na lekturę. Polski marzec, data graniczna dla pokolenia urodzonego tuż po wojnie, został sprowokowany przez bezczelnego, dwudziestoletnigo gówniarza.
A teraz mamy dwadzieścia lat po 1989 roku i pierwsze pokolenie nie skażone PRL-em. Wkraczają do gry ze znaną dezywnwolturą i bezpretensjonalnością. Brak polityki jest też bardzo polityczny, o czym świadczy bezideologiczne, a jednocześnie rewolucyjne w sensie społecznym brzmienie zespołu Kumka Olik. Są z Mogilna (Bóg raczy wiedzieć, gdzie to jest), wiedzą, czego chcą, są do bólu szczerzy, wrzaskliwi i świerzy. Śpiewają o mieście, dziewczynach i poniedziałkowych autobusach. Tutaj piosenka o tych ostatnich:
A poniżej wyjątkowo niedobrze przyjęta interpretacja “Białej Flagi” zespołu Republika. Świętość ma niewiele wspólnego ze świetnością.
Esej eklektyczny i nieukończony – O wstydzie i lekkości: jeżozwierze, Okrągły Stół i cywilizacja „Przekroju”
Postanowiłem umieścić tutaj esej, który miał być w tym roku wygłoszony na Otrycie. Niestety, dotarłem tam za późno, kiedy było już po wszystkim. Nie znalazłem w sobie jak do tej pory siły, aby go skończyć, dopracować, ulepszyć. W sensie przenośnym i dosłownym, pozostawiam go w związku z tym w formie eklektycznej i nieukończonej.
„Największy wstyd gdy go nie ma”
Tytułowy wstyd związany jest z postacią, której dwóchsetlecie przyjścia na świat właśnie obchodzimy. 12 lutego 1809 roku w angielskim mieście Shrewsbury przychodzi na świat Karol Darwin. Po zakończeniu trwającej pięć lat podróży dookoła świata na słynnym okręcie Beagle (1831-1836), w 1944 roku wykrystalizować się miały ostatecznie poglądy Darwina na rozwój i zróżnicowanie świata przyrody, znane obecnie pod nazwą teorii ewolucji. Choć sama ogólna teoria ewolucji nie została nigdy ostatecznie potwierdzona (nie uzasadniono empirycznie wielu międzygatunkowych ogniw pośrednich), to potwierdzeń podstawowego dla niej mechanizmu doboru naturalnego mamy bez liku.
Znamy zatem mechanizm kierujący zmianą wewnątrz dowolnej żywej populacji – jest nim mechanizm selekcji naturalnej, eliminujący osobniki o skrajnych intensywnościach cech w celu osiągnięcia przez system stabilizacji.
Trudno określić jednoznacznie związki pomiędzy Arturem Schopenhauerem a teorią ewolucji. Na pewno znał się natomiast autor „Świata jako woli i przedstawienia” na jeżozwierzach. A stąd już blisko do wstydu. W tomie pierwszym ostatniego dzieła Schopenhauera „W poszukiwaniu mądrości życia” zatytułowanego „Parerga i Paralipomena” znajdujemy błyskotliwe spostrzeżenia z życia ssaków z rodziny Hystricidae.
Pewna rodzina jeżozwierzy skupiła się w zimowy dzień możliwie blisko siebie, aby wzajemnym ciepłem uchronić się przed zamarznięciem. Wkrótce jednak odczuły nawzajem swoje igły, co je znowu od siebie oddaliło. Kiedy potrzeba ogrzania się zbliżyła je znowu, powtórzyło się to drugie zło, tak że szarpało je między sobą jedno i drugie cierpienie, póki nie odnalazły umiarkowanej odległości, w której najlepiej mogły znieść jedno i drugie.
…. a dalej Schopenhauer przenosi te spostrzeżenia na świat ludzki, pisząc:
W ten sam sposób potrzeba towarzystwa, wyrastająca z pustki i monotonii własnego wnętrza, spędza ludzi razem, a ich liczne odstręczające właściwości i nieznośne wady znowu ich od siebie odpychają. Średnią odległością, jaką w końcu odnajdują i przy której może istnieć współżycie, są uprzejmość i dobre obyczaje.
To dobrze, że dostajemy od Schopenhauera tak płynną korespondencję pomiędzy światem zwierząt i ludzi. To go na pewno łączy z Darwinem. W prostym modelu opartym na zjawisku zbliżania i oddalania mamy wyjaśnienie wielu różnych zachowań sensu stricte ludzkich: przyjaźni, wspólnotowości i indywidualizmu, wreszcie dobrych obyczajów i kultury.
Jestem głupi, co oni sobie o mnie pomyślą, mówi ten, u którego występuje zespół zarówno somatycznych reakcji organizmu, takich jak na przykład rumieniec, jak i zespołem działań, takich jak ucieczka lub ukrycie. Zespół ten nazywamy wstydem i odpowiada on momentowi, w którym jeżozwierze dochodzą do wniosku, że igły pozostałych są niebezpiecznie blisko i postanawiają się oddalić.
Wstyd jeżozwierza polega na tym, że jednocześnie: a) obawia się, że igły innych jeżozwierzy mogą go zranić; b) obawia się, że jego własne igły mogą zranić inne jeżozwierze.
Jednocześnie jeżozwierz nie jest w stanie zrozumieć, że powód jego wstydu, te nieszczęsne igły, są powodem wstydu pozostałych jeżozwierzy. Dlatego się cofa, dlatego też cofają się pozostałe jeżozwierze.
Człowiek nie jest wiele mądrzejszy od tych sympatycznych gryzoni. Wstydzimy się nagości, niekompetencji, opinii innych, obawiając się, że nasza nagość, głupota i inne ułomności sprawią innym krzywdę. Pozostali uważają podobnie, oddalamy się więc od siebie na tyle, by sobie wzajemnie nie wadzić.
Na poziomie wspólnoty wygląda to bardzo podobnie. Codziennie dokonujemy setek trudnych decyzji opierających się na klasycznym dylemacie więźnia, który jest odpowiednikiem dylematu jeżozwierza tym się tylko różniącym, że zmiana, której dokonuje więzień ma charakter skokowy, zerojedynkowy, zaś działanie jeżozwierza jest pozbawione dyskretności.
Jednak powtarzana wielokrotnie decyzja: egoizm czy kooperacja?, czy też, innymi słowy, indywidualizm czy wspólnota? staje się w końcu ewolucyjnym mechanizmem opartym na darwinowskim prawie selekcji naturalnej. Skrajne postawy są eliminowane. Ci, którzy dźgają innych swoimi kolcami (wspólnotowcy) są niepożądani tak samo, jak i ci, którzy nie kwapią się do podzielenia się swoim ciepłem z grupą (egoiści). Poruszaniem się w jednym lub drugim kierunku rządzi zarysowana powyżej zasada wstydu.
Okrągły Stół
O wstydzie pomyślałem w związku z inną ważną rocznicą, która obecnie obchodzimy. Dwadzieścia lat temu, 6 lutego 1989 roku, rozpoczęły się w Polsce obrady Okrągłego Stołu. Kilka miesięcy wcześniej, we wrześniu 1988 roku zorganizowano w podwarszawskiej Magdalence nieoficjalne rozmowy mające na celu przygotowanie przyszłych obrad opozycji i strony rządowej. Rozmowy te toczyły się równolegle z oficjalnymi okrągłostołowymi obradami.
Dwudziestą rocznicę obrad Okrągłego Stołu poprzedziły długotrwałe debaty nad jednym z jego najważniejszych uczestników. 23 czerwca ukazuje się książka „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. Autorzy dowodzą, że pod koniec grudnia 1970 roku młody gdański robotnik Lech Wałęsa podejmuje współpracę z bezpieką, którą przerywa po sześciu latach. W tym okresie udokumentowano kilkadziesiąt donosów agenta o pseudonimie Bolek, najczęściej dotyczących spraw o drugorzędnym znaczeniu.
Teza autorów książki jest dobrze udokumentowana. Nawet najwięksi obrońcy Lecha Wałęsy, na czele z samym zainteresowanym, nie negują jej wprost, podnosząc w zamian górnolotnie brzmiące argumenty o wielkiej pozytywnej roli, jaką przywódca Solidarności odegrał w wyzwoleniu Polski spod komunizmu. Atmosfera jest napięta, pełna wewnętrznego napięcia, ciężka. Najwyraźniej Polacy nie są w stanie poradzić sobie ze skazą na życiorysie bohatera.
A przecież można inaczej. 12 października 2008 roku czeski dziennik “Respekt” w artykule Adama Hradilka i Petra Třešňáka pod tytułem „Udání Milana Kundery” zarzucił Milanowi Kunderze, że w 1950 r. wydał komunistycznej bezpiece przyjaciela swojej koleżanki, którego skazano potem na 22 lata ciężkich robót. Pisarz zaprzecza.
Porównajmy oba przypadki pod względem ich ciężaru gatunkowego. Wałęsa podpisuje cyrograf po to, aby mieć święty spokój. Jest rok 1970, kończy się era Gomułki, rozpoczyna – liberalna i wspominana do dziś przez wielu Polaków z rozrzewnieniem – epoka Gierka. Lech Wałęsa zdaje mało znaczące sprawozdania z nastrojów załogi Stoczni Gdańskiej. Nikt z tego powodu nie idzie do więzienia, nikt nie cierpi. Po kilku latach zrywa współpracę, by następnie stanąć na czele wielkiego społecznego ruchu, przyczyniając się wybitnie do rozbicia Bloku Sowieckiego. Zwolennicy tezy, iż Wałęsa był Bolkiem, za wszelką cenę chcą dowieść, że epizod ten jest niezmywalną plamą na życiorysie późniejszego prezydenta. Z kolei obrońcy Wałęsy, z uporem godnym większej sprawy, w obliczu trudność z zaprzeczeniem tezy o agenturalnej przeszłości tegoż, odmawiają historykom mówienia o tej sprawie, jak gdyby badania historyków mogły w jakiś sposób uchybić wielkości Lecha Wałęsy.
Jest więc dla Polaków Wałęsa bądź to podłym agentem, którego należy potępić, bądź nieskalaną postacią, której należy się cześć niezależnie od głupot, które w przeszłości powiedział lub zrobił, niezależnie od posiadanych przez niego słabostek.
Jak natomiast poradzili sobie z podobnym problemem Czesi? Wszak Milan Kundera to również żyjąca legenda, postać rozpoznawalna i poważana na całym świecie w stopniu podobnym do Wałęsy. Oddajmy głos ostatniemu prezydentowi Czechosłowacji i pierwszemu prezydentowi Republiki Czeskiej Wáclavowi Hawlowi. Ze sceptyzmem podchodzi on do doniesień o donosie Kundery na kolegę, przez który spędził on 22 lata na ciężkich robotach, a dalej pisze:
To wszystko mówię na wypadek, że się stało to, co młodzi historycy przypuszczają. Ja sam mam od początku dość dowodów do przypuszczeń, że Milan Kundera nie poszedł na posterunek bezpieki i nie opowiedział, że ktoś mu powiedział, że temu komuś ktoś coś tam powiedział, że tam a tam przyjdzie szpieg odebrać paczkę. Myślę, że tak głupio to się nie zdarzyło i zdarzyć nie mogło
Na koniec Hável daje historykom oraz Kunderze po radzie:
1. Młodzi historycy, proszę, bądźcie przy ocenie działań ludzkich bardzo ostrożni. Inaczej w dobrej wierze uczynicie więcej szkody niż pożytku. (…) 2. Milanie, bądź ponad to. Człowieka na jego drodze spotykają gorsze rzeczy w życiu.
Nie doszukujmy się w jednej czy drugiej sprawie tak zwanej prawdy historycznej. Z punktu widzenia aktualnych spraw, najważniejsze jest, by zwrócić uwagę na fundamentalną różnicę, z jaką potraktowano obie sprawy. Mroczną, stalinowską historię zakończoną wieloletnimi cierpieniami potrafili Czesi potraktować z lekkością, żartem i wyrozumiałością. Dzięki temu potrafią w ogóle o tym mówić.
W przeciwieństwie do Polaków. Rocznica Okrągłego Stołu, którą właśnie w kraju obchodzimy, jest tego wspaniałym dowodem. Jedni uważają, że porozumienie okrągłostołowe było ewidentną zdradą, a picie wódki z komunistami w Magdalence czymś absolutnie niedopuszczalnym i gorszącym. Z kolei dla tych, którzy uważają Okrągły Stół za wielki historyczny kompromis, dzięki któremu uniknęliśmy długotrwałej stagnacji gospodarczej kraju bądź rozlewu polskiej krwi, ktokolwiek doszukujący się drzazg w Okrągłym Stole jest bądź to szaleńcem, obsesyjnym poszukiwaczem teorii spiskowych, bądź zwykłym niewdzięcznikiem.
Środowisko Krytyki Politycznej, ustami Macieja Gduli zwracające niedawno uwagę na trudny do podważenia fakt, iż środowiska solidarnościowe były ruchem z natury robotniczym, mogą się czuć zawiedzione ustrojem, który zbudowano w Polsce po roku 1989, spotkały się z gwałtowną i wrogą reakcją przedstawicieli sił, które wynegocjowały okrągłostołowe porozumienia. Okazuje się więc, że nawet liberałowie są czasami skłonni do zawężania obszaru publicznej debaty i tematów, o których można mówić, a o którym należy się nabożne milczenie.
Takimi ciężkostrawnymi tematami są w Polsce Lech Wałęsa i Okrągły Stół. Zbliżenie się do nich w publicznej debacie, ale również w codziennych dyskusjach, grozi gwałtownym rozjątrzeniem i popsuciem atmosfery. Grozi tą kłopotliwą polską ciężkością.
Czy potrafimy się unieść?
Kategorie lekkości i ciężkości mogą służyć jako bardzo uniwersalne narzędzia poznawcze na wielu poziomach historycznej, psychologicznej czy socjologicznej analizy. Na osi lekkość-ciężkość zbudowana jest nie tylko psychologiczna konstrukcja jeżozwierza i człowieka, ale również tworzenie się i trwanie wszelkiej wspólnoty.
Nie jest to odkrywanie Ameryki. Wspomniany tutaj Milan Kundera na oparł na tej dychotomii swoją najsłynniejszą powieść „Nieznośna lekkość bytu”. Kundera uważa za nieprzezwyciężalne napięcie związane z niemożliwym do pogodzenia problemem wyboru między naporem ciężkości a niepokojącą beztroską lekkości.
Dla celów niniejszego wywodu spróbujmy jednak zrezygnować z ciężaru jako jednego z skrajów owej dychotomii. W przeciwieństwie do Kundery, i nieco wbrew naturalistycznemu rozumieniu tych pojęć, proponuję zastanowić się nad samą lekkością jako kategorią psycho społeczną. Ciężkość rozpatrywać można po prostu jako brak lekkości, choć fizycy widzieliby to zapewne na odwrót.
Uznajmy ową lekkość bytu, o której pisał Kundera nie jako nieznośną, lecz pożądaną. Bo Polakom właśnie jej najbardziej teraz brakuje.
Czym jest więc lekkość w tym rozumieniu? Można się tu posłużyć przykładem, który związany jest z moimi wielokrotnymi wyprawami na Otryt. Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego po wejściu na Górę czuję się o wiele bardziej wypoczęty i lekki, niż po zejściu z góry i powrocie od Białegostoku. W pierwszym i drugim przypadku mam za sobą długotrwałą podróż, z tym jednak wyjątkiem, że podróż tutaj jest okupiona wejściem na szczyt z pełnym plecakiem. Nie o fizyczną lekkość więc tu chodzi.
Przykłady ze świata sugerowałyby, że lekkość utożsamiać można z taką lub inną opcją światopoglądową. Tym również lekkość nie jest. Jest to kategoria usytuowana ponad ideologicznymi opozycjami. Mówiąc wprost, postawy lekkości znaleźć można i po lewej i po prawej stronie sceny politycznej, i u konserwatystów, i u liberałów. Choć, oczywiście, polityczna poprawność, przejawiająca się ostatnio w Polsce społecznym naciskiem na piętnowanie kaczyzmu połączonym z nadawaniem wszystkiemu, co na prawo od Gazety Wyborczej stygmatu niepoczytalności, sprawia, że zdrowy rozsądek każe poszukiwać jej po stronie politycznego liberalizmu i lewicy. Świetnie zjawisko to uosabia postać pana Wiesława z powieści Marcina Świetlickiego pod tytułem 11. Chyba właśnie za tę postać mało rozgarniętego, ale za to bardzo wyzwolonego i postępowego chłoptasia o gejowskiej powierzchowności, Krytyka Polityczna oskarżyła Świetlickiego o filisterstwo. Z drugiej strony, prawicowy piosenkarz Schmaletz z żalem głosie śpiewa, iż „nie ma fajnych lasek na prawicy”.
Cywilizacja „Przekroju”
O tym, że lekkość jest kategorią wyższą od politycznych podziałów i ustrojów, może świadczyć historia tygodnika „Przekrój”, opisana w książce „Cywilizacja <Przekroju>. Misja obyczajowa w magazynie ilustrowanym”. Choć nie jest to główną tezą autorki, to między wierszami widać wyraźnie paradoksalną sytuację periodyku w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, nie związanego oficjalną ideologią, potrafiącego, dzięki wyjątkowo „lekkiej” postaci ówczesnego redaktora naczelnego Mariana Elegio. Tygodnika, który w skrajnie upolitycznionych czasach, nie mógł być uznany za propozycję polityczną, jednocześnie pełniącego ważną misję. Misję nie polityczną, ale kulturową lub, jak chce Jaworska, cywilizacyjną.
Łatwo Przekrojowi, zarówno ówczesnemu, jak i obecnemu, zarzucić powierzchowność, popularny charakter, brak powagi. Ale czy tygodnik musi być poważny? Czy owa powierzchowność, owa lekkość, nie może stanowić wartości?
Przyjacielem obecnego redaktora naczelnego Przekroju, Piotra Najsztuba, jest równie znakomity dziennikarz Jacek Żakowski. Obaj prowadzili długo jedne z pierwszych w polskiej telewizji telewizyjne show. Nietrudno zauważyć, że podstawową różnicą dzielącą tych dwóch panów jest właśnie owa lekkość. Obaj mają podobne poglądy polityczne, wywodzą się z podobnych środowisk. U Żakowskiego widać jednak ów polski ciężar, jak gdyby problemy, o których pisze, chciał on lub musiał nosić na własnych plecach. U Najsztuba tego nie widać.
…na tym udało mi się skończyć. Końcówka, podsumowanie i wnioski miały przyjść podczas podróży. Nieoczekiwanie, więcej myślałem podczas podróży powrotnej. Smutnej, pomimo pięknych krajobrazów. Traktuję te swoje rozważania o lekkości jako asumpt do dalszych myśli. Ze wszystkiego, co nas spotyka, należy starać się wydobywać to, co może ubogacić. Chociaż strata i smutek są wielkie jak świat i nigdy się nie skończą.
