Radek Oryszczyszyn

Moja strona domowa – Teksty, materiały, bardziej osobiste sprawy, szwędactwa

Fuck Forever, czyli osiemnastoletnim Volkswagenem Golfem w podróż po Europie

Skomentuj »

Ta opowieść powinna się kończyć tak, jak zaczyna się teledysk. Smutna, mokra, pieprzona jesień. Obskurne kino – bardziej Krosno niż Londyn. Ciemne i siwe od dymu przestrzenie. Gdzieś w kącie, przy stoliku, otoczona fanami siedzi była gwiazda podkarpackiego rock’n'rolla, której sława docierała nawet do Rzeszowa. Twarz ma spuchniętą od wódki, ale mówi składnie. Opowiada o koncercie w Lesku, w osiemdziesiątym siódmym, kiedy do klubu Zenit wpadli milicjanci ze skinheadami. Bijatyka, jakiej Bieszczady wcześniej, ani później nie widziały.

Od tego stolika wstaje w tym momencie młody mężczyzna. Kamera podąża przed nim. Robi kilka kroków, z nieobecnym spojrzeniem idzie w kierunku małej, okratowanej dziury w ścianie. Po drugiej stronie siedzi ona. Ma pewnie dwadzieścia, dwadzieścia trzy lata, ondulowane włosy do ramion, zbyt czerwoną szminkę i mało niebieskie oczy. Pyta go, w czym może pomóc. On mówi, że nie wie.

Tak naprawdę się znają. Przed miesiącem wrócili ze wspólnej wyprawy po Europie. Kupionym za trzy tysiące volkswagenem golfem przejechali cały kontynent. Spali na stacjach benzynowych, jedli w barach szybkiej obsługi i makdonaldach, kochali się, pili albańskie wina i portugalskie rumy. Nie odbierali telefonów ani nie sprawdzali poczty.

Na hiszpańskiej autostradzie, gdzieś między Grenadą a Caceres, w suchości lata i czerdziestostopniowym upale, 21 sierpnia 2006 roku stało się to, co rozpoczyna tę opowieść. A śmierdzące kino w Sanoku i nieobecne oczy tego chłopaka są na samym końcu.

Written by Radek Oryszczyszyn

sobota, 7 listopad 2009 at 21:52

Błazny i złodzieje

z jednym komentarzem

  • Siedem godzin oczekiwania w przedziale pociągu pośpiesznego relacji Olsztyn-Kraków nie ma w sobie nic z Zen podróży. Jesteśmy w Piasecznie. Siedzący naprzeciw starzec-inwalida I grupy, niedowidzący i z niedowładem stanowczo żąda dalszej jazdy. – Na trakcję spadło drzewo, była wichura – ze spokojem tłumaczy drobna brunetka-konduktorka po ćwiczeniach z asertywności i trudnego klienta. – Nic mnie to nie obchodzi, jako inwalida pierwszej grupy domagam się natychmiastowej jazdy! Ten niedowidzący, siwy pan z irytacją co chwila wciska przycisk swojego telefonu, informujący go, że od ostatniej minuty minęły tylko jedna minuta. Pani obok obawia się o swoją palmę, która już na pewno zmarzła z powodu niedomkniętego balkonu, gdzieś w Jędrzejowie, cholera. Pali papieros za papierosem. Za moimi plecami jest kibel, a za kiblem ostatnie drzwi tego nieruchomego pociągu. Trwa tam Loża Narzekaczy na Polskie Koleje Państwowe. Przy papierosie i zaciśnietych ustach. Piaseczno pełną parą, jak wszystkie te podwarszawskie miejscowości: Skierniewice, Grodzisk, Tłuszcz, Rembertów, pełne są ludzi o zmęczonych twarzach, nieufnych spojrzeniach, pełnych złości i parcia po swoje. Jednodniowi, cykliczni warszawscy emigranci: noc w Warce, dzień w Warszawie, od świtu do nocy, pociągi i puszki z Żubrem. Żeby zasnąć, dotrzeć do domu, położyć się spać i wstać gdzieś o czwartej. Ci ludzie do zajmowania miejsc w kolejce używają łokci, nie chcą się przyznać do “dzień dobry” i “dziękuję”. To dokładnie ci ludzie, którzy już nie raz trącali cię po łydkach koszami na zakupy, kiedy stałeś w kolejce w supermarkecie, a kiedy się odwracałeś, udawali, że nic się nie stało.
  • Kraków między drugą a trzecią nad ranem w środku tygodnia w najbardziej obrzydliwej porze roku. Cała Polska jest teraz pogrążona w mroku, wilgoci i nieświeżym oddechu trawionych przez sen czterech piw Tatra Mocne. A Kraków jest takim niesamowitym mikroświatem. Też mokrym i wilgotnym, ale jednak żywym. Ulubiona krakowska zapiekanka z dziury w ścianie jakiejś kamienicy przy Kanonickiej była spożywana w towarzystwie  mało świadomych tego, co się dzieje wokół nich młodzieńców. Pochodziłem trochę w okolicach Sławkowskiej, św. Tomasza i Stolarskiej. A potem wsiadłem w osobowy do Krosna (4.07), z którego zobaczyłem małopolski świt.
  • W drodze powrotnej z Egeru (moja wycieczka do tego miejsca miała po raz pierwszy charakter zorganizowany, narodowy, imperialistyczno-polski i przez to była – bez przesady – liminalnym doświadczeniem) wysiadam w środku nocy na krośnieńskiej obwodnicy. Nocnych żeglarzy halsujących po ulicach miasta pytam o drogę do dworca. W taki październikowy świt jedynym elementem żywym na takich dworcach są nieliczni taksówkarze, którzy niczym hieny czają się na zmęczonych podróżą turystów, aby zaproponować im nieakceptowalne stawki. O piątej trzydzieści otwierają poczekalnię i knajpę w budynku dworca. Knajpa ma więcej klientów. W ponurych, ciemnych wnętrzach zszarzałych dymem papierosowym ci klienci – dwudziestotletni robotnicy na pierwszą zmianę – zamawiają dwie setki i piwo. A ich twarze wyglądają co najmniej na czterdzieści lat. Pierwszą setkę wypijają jeszcze przy barze, kiedy kelnerka leje piwo i drugie sto. Biorą jedno w jedną rękę, drugie w drugą i dosiadają się do codziennych towarzyszy. Piją w milczeniu, co chwila ze znudzeniem zerkając na zawieszony pod sufitem telewizor. Ożywiają się tylko, kiedy dziennikarz mówi o brakach prądu na Podkrapaciu i wsiach odciętych od świata.
  • Wysiąść na samym początku Lutowisk, przy ośrodku zdrowia. Dostać znowu po twarzy tym samym otryckim wiatrem. Popatrzeć przez chwilę na grzbiet pasma, zasłonięty przedpołudniową mgłą. W sklepie zrobić zakupy, osłonić kalosze torebkami firmowymi Delikatesów Centrum, przejść obok szkoły, przystanku i starego cmentarza. Tam rozpocząć marsz pod górę wąską asfaltówką. Przy ostatnich zabudowaniach skręcić w prawo. Wejść w śnieg. Po kilkuset metrach brnięcia po pas poddać się i zawrócić.
  • Otryt o tej porze roku to widok osobliwy. W końcu decyduję się podjechać na drugą stronę, do Dwernika, i spróbować wejść stamtąd. Wejście przetartę przez bohaterską dziesięcioosobową grupę, która tej nocy wdrapywała się prawie na przełaj. Więc duża improwizacja na temat niebieskiego szlaku, wiodącego normalnie na górę. Idę po ich śladach, które czasami odbijają od szlaku nawet na kilkadziesiąt metrów. Droga pozawalana jest konarami drzew. Widok przerażający dla każdego, kto wchodził tam kiedykolwiek o dobrych warunkach. Idzie się wąskim korytarzem śniegu sięgającym chwilami nawet do piersi. Idzie się ciężko, bo śnieg jest mokry. Zwały białych brył leżą na niekiedy jeszcze zielonych liściach drzew i co chwila spadają razem z gałęziami to tu, to tam.
  • W Chacie przewidywalnie i jak zwykle. I dobrze, bo tego “jak zwykle” było mi potrzeba. W lutym znienawidziłem to miejsce i obiecałem sobie, że nigdy tu nie wrócę. Wróciłem szybko i bałem się tego powrotu. A jednak, było wspaniale, choć to jedna z takich rzeczy, których nie da się w dwóch zdaniach opisać ani zrozumieć. To jest chyba to miejsce z pierwszych wersów “All Along the Watchtower”. gdzie spotykają się wszyscy błaźni i złodzieje, którzy nie potrafią nigdzie zaznać ukojenia. Uciekają z zamieszania na dole, bo nie ma tam niczego, czym warto się podniecać. Życie nie jest żartem, ale o tym wie tylko księżniczka na wieży, otoczonej ciemnością. Kiedy siedziałem na werandzie i grałem tę piosenkę do nocy, byłem przekonany, że ta wieża jest właśnie tam.

Tak jak nie da się zrozumieć i opisać tego, co bardzo dobre, podobnie, trudno zrozumieć i opisać to, co straszne i tragiczne. Tą drogą poszedł wtedy Jarek.

Written by Radek Oryszczyszyn

czwartek, 22 październik 2009 at 16:37

Ściany w brokacie

Skomentuj »

Kiedy szliśmy dzisiaj w Jarocinie ulicą Wrocławską w stronę centrum i kiedy zobaczyliśmy w końcu barokowy ratusz w rynku tak bardzo przypominający ten dukielski, pomyślałem, że takich ziejących chłodem i pustką małomiasteczkowych rynków jednak bardzo nam potrzeba. Jeszcze dwa lata temu, w podobny czwartkowy wieczór, rynek mojego miasta był o tej ósmej czy dziewiątej wieczorem całkowicie pusty. Brak w nim było ludzi, jeśli nie liczyć przekomarzających się podniesionym głosem bezdomnych, toczących debaty o wysokim stopniu emocjonalnego zaangażowania. Świadczył o tym głos niosący się od Fary do Ratusza, od Surażskiej do Spółdzielczej i jeszcze dalej. Te rynki się przechodziło albo obchodziło z dala, bo nic przyjaznego nie mogło cię na nich spotkać. O tych miejscach mówiło się “rynki”, choć rynkami nie były od dawna.

No więc taki był dzisiaj rynek w Jarocinie. A może – nie tyle był jakiś, co nie był taki, jak dziesiątki podobnych miejsc w Polsce. Nie tyle cokolwiek na nim zobaczyłem, co wiele nie udało mi się zobaczyć. Nie widziałem ogródków piwnych z barbie przy kawie (jak u Staszewskiego),  filii banków i Romów o smutnych oczach, nie poczułem zapachu perfum i chłopców na motorach. Nie zobaczyłem tam niczego, co spodziewałem się zobaczyć.

W jarocińskim rynku usłyszałem tych białostockich kloszardów sprzed dwóch lat. Poczułem ten sam wiatr, który prześwistywał od bramy przy Delikatesach do wlotu Spółdzielczej, przefruwając przy okazji przed te krzaki, w których owi kloszardzi pomieszkiwali. Siedząc w jedynej otwartej knajpie, próbując jeść coś, co stanowiło połączenie hamburgera, hot-doga i kebaba i patrząc na ścianę przyozdobioną brokatem, na której wisiał telewizor nadający VIVA Polska i niemieckie teledyski z podpisami po polsku, pomyślałem, że te prowincjonalne miasta, które nie są miastami i te rynki, które nie są rynkami, są jednak na wskroś polskie i dobre. Polskie, bo dobre. Dobre, bo polskie.

Written by Radek Oryszczyszyn

piątek, 2 październik 2009 at 0:02

Rumunia – podróż do cywilizacji kawy i wina

Skomentuj »

Wyprawa na Południe rozpoczęła się od… wyprawy na Północ. W środę, 19 sierpnia musiałem jeszcze wziąć udział w konferencji kończącej projekt “Szansa na Sukces” dla osób długotrwale bezrobotnych z Ełku i okolic. Dlatego dzień był wyjątkowo napięty. Przed szesnastą jestem z powrotem w Białymstoku, wydobywam się ze służbowego stroju, ostatecznie się pakuję i ruszam na najważniejszą tego lata – jak do tej pory – wyprawę. Cel podróży: Rumunia.

Jedziemy więc z M. znaną mi całkiem nieźle “dziewiętnastką”. Zmierzch dopada nas w lubelskim McDonaldzie, więc ulubione Podkarpacie przejeżdżamy po ciemku. Trochę po północy jesteśmy już w Barwinku, gdzie w barze dla kierowców ciężarówek kupuję euro, piję żurek i herbatę podaną w szklance. To ostatnie stanowi symboliczne pożegnanie z kulturą sowiecką na najbliższe cztery dni. Za kilka godzin kultura czaju i wódki zostanie zastąpiona kulturą kawy i wina.

Przez całą Słowację prowadzi M. Mijamy nieświadomie piękny zalew Veľká Domaša, o którego obecności świadczy tylko wilgotne powietrze docierające przez okna samochodu.

Na Węgry wjeżdżamy o świcie, gdzieś w okolicach 4 nad ranem. Wzgórza tokajskie rozpościerające się po prawej stronie szosy wyglądają w tym porannym świetle przepięknie. Wyjeżdżaliśmy z Polski, która była ciężka, wilgotna i ciemnozielona, a teraz – przejechawszy linię Karpat – wjeżdżamy do świata w zupełnie innych kolorach.Ciemną i mokrą zieleń zastapiły odcienie żółci i fioletu. Przez cały czas jest zielono, ale jest to zieleń o wiele bardziej delikatna, lekka i mniej wyrazista.

Węgry to już zachodnia Europa. Co chwilę mijają nas świetne i szybkie auta mknące po równiótkich, pomalowanych nienagannie szosach. Ten kraj widziany z okien auta wygląda na prawie tak nudny, jak Szwajcaria lub Niemcy. Pocieszam się myślą, że w rzeczywistości jest przecież zupełnie inaczej, wystarczy tylko zjechać gdzieś w boczną drogę. Przekonujemy się o tym, gubiąc się – z mojej winy – przed samą granicą rumuńską. Przez przypadek przejeżdżamy przez Nagygéc, niewielką wioskę nieopodal granicy, w której świat się zatrzymał przed co najmniej pięćdziesięcioma laty. To takie trochę Stasiukowe Badabag z tą tylko różnicą, że w Nagygéc ani świat, ani droga się nie kończą i tłukąc się wytrwale po nieutwardzonej drodze, wśród pól kukurydzy, możemy dotrzeć do drogi z Csengersimy do Satu Mare.

Prawie dokładnie pomiędzy Csengersimą a Satu Mare znajduje się granica państwowa, której jeszcze nie zlikwidowano. Odprawa jest formalnością, ale granica wcale nie jest symboliczna. Po przejechaniu szlabanu czeka nas jeszcze obowiązkowe wykupienie winiety umożliwiającej poruszanie się po rumuńskich drogach i wymiana euro na rumuńskie leje. Kurs jest nieco złodziejski, ale nie wiemy jeszcze, po ile kupuje się leje w głębi kraju.

Pierwszy kontakt z Rumunią jest oszałamiający. Granica pomiędzy ulicą a poboczem jest tutaj bardzo umowna. Asfalt raz jest tak wąski, że dwa auta ledwie się na nim mieszczą, by po chwili rozlewać się prawie jak autostrada. Mieszkańcy wiosek w drodze z Satu Mare do Baia Mare toczą swoje życie na poboczach. Jedni idą lub jadą rowerami w różnych kierunkach, czasem na poboczu, czasami na środku jezdni. Inni załatwiają przy drodze różne sprawy. Jeszcze inni po prostu stoją i patrzą na przelewające się potoki aut o prestiżu tak zróżnicowanym, że trudno to wyrazić słowami. Obok zdezelowanych daczi i wartburgów przejeżdżają luksusowe SUV-y. Obok wielkich ciężarówek przesuwają się poboczem drabiniaste wozy napchane ludźmi, sianem, żelastwem i czym tam jeszcze chcesz. Do tego wszystkiego plączą się co chwila bezpańskie psy ras wszelkich. Cały ten potok ludzi, zwierząt i maszyn spowity jest chmurą pyłu. Przepisy drogowe jakby nie istniały, a jednak ta rzeka jakoś płynie bez przeszkód. Dźwięk klaksonu zastępuje kierunkowskaz, ale nikt nie ma z tego powodu pretensji do kogokolwiek. Wręcz przeciwnie – choć na pierwszy rzut oka wydaje się, że to wszystko musi się za chwilę skończyć jakimś karambolem, wypadkiem, kontuzją człowieka, zwierzęcia lub maszyny, to cała ta spontanicznie regulowana maszyna działa bardzo sprawnie. Pomimo chaosu, już po chwili uczestnik ruchu staje się jego częścią i – poddając się jego porządkowi – spokojnie i bez stresu płynie w pożądanym kierunku. Bez uważania na znaki i przepisy, w zgodzie ze spontanicznym porządkiem grupy.

DSC01629-1

W Baia Mare zatrzymujemy się tylko na chwilę. Będziemy tu jeszcze podczas podróży powrotnej. W położonej w “nowym” centrum miasta knajpie zamawiam “cibora de burta” – rumuńską odmianę flaków. Od naszych różni się tym, że czasami dodaje się do niej gicz cielęcą. Poza tym jest lżejsza, zaprawiona octem winnym i cytryną. Dodatkowo zamawiamy po omlecie. W Rumunii podaje się omlety na wszystkie możliwe do wyobrażenia sposoby z setką różnych dodatków do wyboru. Jedzenie w knajpach jest sporo tańsze niż w Polsce, więc można sobie pozwolić na zamówienie czegoś “na ciemno”, po to tylko, żeby spróbować. Naprawdę syty obiad z dwoma daniami i piciem można tu bez problemu zjeść za 10-12 złotych.

Wyjeżdżając niebawem z Baia Mare do Sygietu, przejeżdża się przez przedziwnie zaprojektowane rondo obok dużego targu. Trwał na nim żywiołowy handel i miałem wrażenie, że przejeżdżam obok wielkiego, kipiącego popołudniowym skwarem tygla. Auta stały zaparkowane na prawie samym środku drogi, ludzie przechodzili przez szosę bez żadnej obawy, a zza murów targu wylewał się i wlewał potok ludzi objuczonych zakupionymi bądź przeznaczonymi do sprzedania towarami: papryką, mlekiem w plastikowych butelkach, arbuzami i co tam jeszcze da się pomyśleć. Obiecujemy sobie, że wrócimy tu jeszcze na duże zakupy.

Tymczasem wyjeżdżamy z Baia Mare i wspinamy się nieskończonymi serpentynami ku górom Muramaresz. Auto ledwo zipie, więc postanawiamy, że gdzieś tutaj, w górach, zrobimy pierwszy przystanek. Jest co prawda wcześnie, chyba pierwsza lub druga po południu, ale zmęczenie całonocną podróżą daje znać o sobie. Mijamy zjeżdżającego beznogiego (!) rowerzystę. Podwozimy jeszcze miejscowego robotnika kawałek i w końcu znajdujemy polanę otoczoną z jednej strony drogą, a z drugiej – potokiem. Pomimo wysokości jest naprawdę gorąco, a ja jestem tak zmęczony, że nie mam siły pomóc M. w rozkładaniu namiotu. Całe popołudnie w tych górach pamiętam jak przez mgłę, równie słabo, jak i noc. Pamiętam tylko, że po zmierzchu ta bardzo kręta droga staje się prawie zupełnie pusta i odżywa dopiero nad ranem.

DSC01593-1

W nocy nie odwiedza nas żaden niedźwiedź ani wilk, choć te tereny to w Europie najchętniej zamieszkane przez te zwierzęta obszary. Okazuje się, że powszechny i legalny w Rumunii obyczaj nocowania “na dziko”, gdzie się chce, jest nie tylko tanim, ale i bezpiecznym sposobem na wakacje w tym kraju. Tym bardziej, że pomimo sporej wysokości noc była całkiem ciepła. Nad ranem zeszła mgła, która dawała złudne wrażenie chłodu w trakcie dnia. Że będzie gorąco, przekonaliśmy się już w pobliskiej wiosce Mare i kolejnej, gdzie zatrzymujemy się na zakupy. W tym kraju każda, nawet najmniejsza wioska, posiada własny sklep spożywczy i często Cafe Bar, gdzie można wypić – zawsze zapażoną w prawdzimy ekspresie – pożądną kawę. Te sklepy i te bary są często mikroskopijne, ale zawsze są.

Drugi dzień wyprawy do przede wszystkim Sygiet Marmaroski - niespełna pięćdziesięciotysięczne górskie miasteczko, które od granicy z Ukrainą odgranicza tylko Cisa. Zapominamy o zwiedzeniu słynnego więzienia politycznego, w którym przetrzymywano i męczono przeciwników reżymu Ceauşescu. Spod pomnika żydowskich mieszkańców miasta zgładzonych podczas II wojny światowej, położonego na miejscu dawnej synagogi, dochodzimy do ocalałej świątyni żydowskiej. Oprowadza nas po niej starszy pan inzynier, lider lokalnej społeczności żydowskiej, szacowanej na około 200 osób. Świątynia działa, obok jest chajder – szkoła religijna dla dzieci w wieku 5-9 lat. Facet poświęca nam dobrą godzinę i nie oczekuje w zamian żadnej zapłaty. Można dyskretnie wrzucić datek do skrzynki, ale nikt cię do tego nie zmusza. To robi duże wrażenie, bo jestem przyzwyczajony do wyciagania z turystów pieniędzy jak tylko się da. Jak się jeszcze przekonam, w Rumunii z turystów nie zdziera się forsy. Wręcz przeciwnie, rumuńska gościnność jest gościnnością prawdziwą i – przede wszystkim – bezinteresowną, o czym zdążyliśmy się jeszcze kilka razy przekonać.

DSC01732-1

W Sygiecie Marmaroskim zupełnym przypadkiem trafiamy jeszcze na urokliwy targ w samym centrum miasta. Rolnicy wprost z chodnika sprzedawali mleko z plastikowych butelek po coca coli i palinkę. Pół litra tego sześćdziesięcioprocentowego alkoholu kosztowało nas 8 lei. Na tym targu można było kupić praktycznie wszystko: paprykę w dziesiątkach odmian, piekne wielkie ziemniaki, arbuzy po 90 bani za kilogram, morele i śliwki, gruszki, winogrona i czego jeszcze dusza zapragnie. W zadaszonej części, z aluminiowych blatów, sprzedawano ser. Kiedy podchodziliśmy zaciekawieni do sprzedawców, on sami zachęcali do spróbowania.

Z Sygietu podróżujemy grzbietem Gór Muramaresz na wschód, w kierunku Borszy. Przez Rona de Sus i Rona de Sos, na obiad zatrzymujemy się, zdaje się, w Petrovej. W małej knajpce próbuję kolejnej rumuńskiej specjalności: sarmali. To danie podobne do naszych gołąbków. Mielone mięso (chyba baranina i słonina) jest zawijane w liście winorośli. Te sarmale są mniejsze od naszych gołąbków i o wiele bardziej tłuste.

W końcu, przed zmierzchem, docieramy do Borszy. To dziwne górskie miasteczko, przypominające trochę klimatem jakąś prowinicjonalną mieścinę na pograniczu amierykańsko-meksykańskim. Chaos szyldów warsztatów samochodowych, myjni, barów i moteli. Chaos ruchu ulicznego. Hałas klaksonów w popołudniowym kurzu. Wszystko to położone wzdłuż głównej drogi przebiegającej przez centrum. Tam- całodobowy kiosk spożywczo-monopolowy i grupy ludzi w różnym wieku czekających na nie wiadomo co.

DSC01743

Przy wylocie z miasta drewiany mega-motel z dziesiątkami jakby skleconych naprędce przybudówek. Nieco dalej znajdujemy znak informujący, że kilkaset metrów w prawo znajduje się pole kempingowe. Wjeżdżamy nierówną i kamienistą, wąską drogą pnącą się ostro w górę, między jednorodzinnymi domkami. Co chwila trzeba kombinować z mijaniem, bo okazuje się, że droga jest dosyć ruchliwa. Kluczymy skomplikowanym labiryntem uliczek. Pytamy o kemping, jednak – pomimo znaku – nikt o kempingu nie słyszał. W końcu, zrezygnowani, rozbijamy się na przypadkowo wybranej działce młodego małżeństwa, na pagórku, z którego rozpościera się przepiękny widok na najwyższy szczyt Gór RodniańskichPietrosul.

Wieczorem odbywam jeszcze spacer do Borszy. Po drodze mijam jedno z setek (nie przesadzam) rumuńskich ślubów, które mieliśmy okazję widzieć. Pan młody w  białym garniturze, w towarzystwie matki, małej orkiestry dętej i najbliższej rodziny, schodził z gór do miasta, a do tego barwnego tłumu przyłączali się co chwila sąsiedzi (obowiązkowo z kolorowo ozdobioną butelką palinki). Po zejściu do centrum miasta czekałem na ten już wtedy ogromny tłum wystojonych gości weselnych, z młodą parą na czele. Towarzyszyło im czterech pijanych facetów siedzących wierzchem na koniach. Wierzgające zwierzęta zatrzymały ruch na głównym skrzyżowaniu, dzięki czemu chyba połowa Borszy mogła przejść do miejsca, gdzie odbywało się wesele.

Kiedy wracałem, było już po zmroku. Ta kręta, błotnista i kamienista droga, którą szedłem do namiotu, była bardzo słabo oświetlona. Mimo to toczyło się na niej życie. Co kilkadziesiąt metrów z mroku wydobywało się światło baro-knajpo-sklepów i gwar zgromadzonych tam klientów. Siedzieli przed tymi sklepami i zywo dyskutowali w języku będącym pomieszaniem rumuńskiego z włoskim czy węgierskiego z ukraińskim. Na górze pogadaliśmy jeszcze z M. o Stasiuku, a w szczególności o tym, czy jadąc do Babadag Stasiuk się nie pomylił, czy w swoim obsesyjnym poszukiwaniu rozpadu i końca nie zinterpretował Rumunii fałszywie. Zgadzam się z M., który twierdzi, że Rumunia to nie jest kraniec Europy i jej upadek, ale wręcz przeciwnie: centrum i jej ekstrakt. Do takich entuzjastycznych wniosków dochodzimy przy pewnych ilościach palinki, która trochę nas tego wieczoru poniewiera.

O palinkowym sponiewieraniu szybko zapominamy następnego ranka, po szybkiej kąpieli w górskim potoku. Z góry spogląda na nas Pietrosul. Rezygnujemy jednak ze zdobycia tego szczytu i postanawiamy pojechać jeszcze bardziej na wschód. Zjeżdżając do drogi głównej samochód zaczyna nieco kaprysić. Znajdujemy zakład mechaniczny położony przy okrutnie zdewastowanej przez człowieka rzece. To ta “druga” twarz Rumunii, spuścizna komunizmu, którą jeszcze zdążymy nieco poznać. Awaria okazuje się niewielka (właściwie to kwestia kabla, który na rumuńskich wybojach po prostu wypadł z gniazda), jednak młody mechanik nie tylko usuwa usterkę, ale kilkoma partyzanckimi sposobami zapobiega ewentualnym kłopotom w przyszłości. W Polsce za taką usługę zapłaciłbym pewnie przynajmniej 50 zł. Tutaj nie chcieli żadnych pieniędzy, nie mówiąc o drobnym upominku. Człowiek, który poświęcił ponad pół godziny naszemu pojazdowi, omal się nie obraził, kiedy chcieliśmy mu zapłacić za pracę. Życzył nam tylko szerokiej drogi i serdecznie pożegnał. Kiedy wyjeżdżaliśmy z zakładu, przed dobre kilka chwil nie wiedzieliśmy, jak to skomentować. Zresztą, przykładów takiej ludzkiej życzliwości i specjalnego traktowania turystów w Rumunii doświadczyliśmy więcej.

Z Borszy jedziemy dalej na południowy wschód. Piękną trasą zjeżdżamy z Gór  Mamamuresz, najpierw mijając przydrożnych sprzedawców mleka, bimbru i miodu, potem podwożąc dwóch tubylców, z których jeden – zasuszony staruszek – żegna się z nami czystym ukraińskim. Pierwszym bardziej nizinnym miastem, które odwiedzamy tego dnia, jest Bystrzyca – osiemdziesieciotysięczna miejscowość. Zapamiętałem z tej Bystrzycy ospały nastrój niedzielnej siesty – główny miejski deptak był prawie pusty, podobnie jak całe centrum. Wypiliśmy – jak zwykle świetną – kawę w jednym z kawiarnianych ogródków i ruszyliśmy w kierunku największego miasta Transylwanii – Kluż Napoki.

Jak tylko zjedzie się z gór, Rumunia wygląda zupełnie inaczej. Z Bystrzycy do Kluż Napoki jedzie się wygodną, szeroką drogą ekspresową. Co prawda nie ma na niej wytyczonych pasów ruchu i poboczy, nie przeszkadza to jej użytkownikom osiągać prędkości autostradowych. Do celu podróży docieramy więc dość szybko. Miast przejeżdżamy o zmierzchu. Planujemy rozbić się przy Somesul Cald – wielkiej elektrowni wodnej zbudowanej przy trzech zbiornikach retencyjnych. Jadąc E60, przegapiamy Gilau, gdzie trzeba skręcić w lewo. Z pomocą przychodzi średniego wieku jegomość, który całkkiem poprawną polszczyzną tłumaczy nam drogę. Okazuje się, że pracował na Stadionie Dziesięciolecia przez 3 lata i dzięki temu zna i lubi nasz kraj.

Długo błądzimy wzdłuż tych zapór, nie mogąc znaleźć miejsca na kemping. Trafiamy między innymi do włoskiego pensjonatu w dosyć dziwnym i nie pasującym do niego miejscu. W drewnianych wnętrzach przechadza się oswojona sarenka ze złotą obrożą, a przy stole siedzi włoska Familia. Żądają wygórowanej zdecydowanie ceny za możliwość rozbicia namiotu, więc w końcu trafiamy na polanę przy samym zalewie, gdzie ognisko pali para młodych ludzi. Pytamy, czy możemy rozbić się obok. Kolejną noc spędzamy nocując “na dziko”.

W Kluż Napoce jesteśmy wczesnym przepołudniem, a i tak jest już cholernie gorąco. Zwiedzanie zaczynamy od Placu Avrama Iancu, gdzie stoi imponujący Sobór Prawosławny Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny, zbudowany w okresie międzywojennym.  To największa świątynia prawosławna w mieście. Stamtąd idziemy ulicą Uliu Maniu w kierunku katolickiej bazyliki Św. Michała. Tak jak w świątyni prawosławnej dało się słyszeć język rumuński, tak tutaj – w kościele i jego okolicach – dominuje węgierski. Przy samych murach bazyliki mijamy grupę kilkunastu turystów, którzy urzadzili tam sobie nocleg. Drzemią jeszcze na swoich karimatach, gdy dosłownie nad ich głowami wierni zmierzają na mszę. Po bazyliką spotykamy jeszcze starszego człowieka, który – usłyszawszy, że jesteśmy z Polski – opowiada o polskich miasta, w których był. Co prawda Polska zlewa mu się trochę z Czechami, ale to kolejny przejaw ogromnej życzliwości. jakiej tam doświadczyliśmy.

Spacerujemy jeszcze trochę starym miastem, znajdującym się na północ od bazyliki, po przeciwnej stronie Bulwaru 21 Grudnia, nazwanego tak na pamiątkę obalenia reżymu w 1989 roku. Rodzielamy się i ja przechodzę aż do ulicy Avrama Iancu, w kierunku cmentarza miejskiego, który jest kolejnym świadectwem węgierskiej przeszłości miasta. Idąc dalej, a potem skręcając w lewo, w ulicę Republiki, dochodzę do przepięknego ogrodu botanicznego. Ogród jest fajny, ponieważ jest zaprojektowany nie tylko jako atrakcja turystyczna, ale również ma funkcje dokumentacyjne. W drodze powrotnej odwiedzam jeszcze imponujący gmach uniwersytetu.

Kluż Napoka była fajna, ale w Rumunii najfajniejsze są góry. Wracamy więc szeroką autostradą w kierunku Baia Mare. W miarę zbliżania się do celu, droga robi się coraz węższa, ale widoki – coraz bardziej przyjazne. W Baia Mare zatrzymujemy się na obiad. Pogoda robi się mało przyjazna, w związku z czym decydujemy się na nocleg w nieco bardziej cywilizowanych warunkach. Całkowicie przypadkowo trafiamy do małego pensjonatu, kilkaset metrów za Baia Spire. Za 50 leji od osoby dostajemy ogromny dwuosobowy pokój, z pięknym widokiem na góry, ładnie i bogato urządzony. Oczywiście z bezprzewodowym internetem i śniadaniem. Pierwszy od trzech dni prawdziwy prysznic jest naprawdę czymś wspaniałym, choć toalecie w górskim potoku też nie można niczego narzucić. Wieczorem wybieramy się jeszcze do Baia Spire na piwo. Znajdujemy tam przydrożną restauracyjkę prowadzoną przez węgierską rodzinę. Choć mieli już zamykać, specjalnie ze względu na nas czekają, aż skończymy.

Ostatni dzień wycieczki to kolejna wizyta w Baia Mare, tym razem na miejskim targu. Robimy tam zakupy: papryka, arbuzy, sery różnego rodzaju itp. Nielegalnie, choć w majestacie prawa, czyli przy czujnej acz życzliwej dla tego procederu obserwacji stróżów prawa, kupujemy zapas rumuńskiego bimbru. Choć taki targ w Rumunii to w stereotypowym przekonaniu miejsce niebezpieczne dla turystów, ani przez moment nie da się tam czuć niebezpiecznie. Po pierwsze dlatego, że osoba z apoaratem fotografciznym nie budzi tu jakiegokolwiek zainteresowania. Po drugie zaś dlatego, że miałem wrażenie, iż turysta jest traktowany w Rumunii jak ktoś wyjątkowo pożądany i ktoś, komu nie może stać się krzywda. Wręcz przeciwnie, podróżnik w tym kraju powinien się poczuć wyjątkowo i gościnnie przyjęty. Dlatego kiedy prosisz tam o kilogram papryki (za 1,5-2 zł), to dostajesz za tę samą cenę półtora kilograma tylko dlatego, że jesteś turystą.

Wracamy więc pełni dobrych wrażeń przez przygraniczne miasto Satu Mare. Tam wydaję resztę lei na gazowaną wodę, która przypomina w smaku wody białoruskie i ukraińskie (wysoko zmineralizowana i piekielnie mocno nasycona dwutlenkiem węgla). Z Rumunii wyjeżdżamy z ogromną satysfakcją i obietnicą powrotu. Szczególnie, kiedy widzimy ogromny kontrast pomiędzy tym krajem a Węgrami, które z roku na rok coraz bardziej przypominają Węgry. Po drodze zatrzymujemy się na dłużej już tylko w Tokaju. W przydrożnej winiarni kupujemy trochę młodego wina i jedziemy dalej na północ. Do Białegostoku docieramy po drugiej nad ranem.

Tutaj znajduje się więcej zdjęć z tej podróży.

Pieśni, które zamieściłem na blogu, wykonuje rumuńska śpiewaczka Romica Puceanu

Rymkiewicz, Varga, Kuroń

z jednym komentarzem

W weekendowej “Wyborczej” trzy teksty godne zestawienia. Pierwszy to mini-felieton Waldemara Kumóra o dyskusji toczącej się od dwóch tygodni na łamach Newsweeka. Rozpoczął ją poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, stwierdzając w rozmowie z Mariuszem Cieślikiem, iż:

“S” to była wielka rzecz. Ale dla naszego samoczpoczucia może byłoby lepiej, gdyby w stanie wojennym ówczesne podziemie miało też bardziej radykalne skrzydło. Gdyby rzucono parę bomb, spalono komitet. Pewnie byłyby potem wyroki śmierci, nawet szubienice na stokach cytadeli. Ale przecież nasze narodowe szubienice to nie znaki hańby, lecz pomniki chwały.

Na te odważne słowa Rymkiewicza tydzień później odpowiada Krzysztof Siemieński – drukarz podziemnej NOW. Kiedy studiował filozofię na UJ, wspólnie z kolegami wpadli na pomysł “likwidacji” Wojciecha Jaruzelskiego. Projekt był na zaawansowanym etapie realizacji. Na szczęście znalazł się ktoś, kto przekonał narwanych studentów, że – po pierwsze – oznacza to wyrok śmierci, nawet w przypadku niepowodzenia, a – po drugie – władze właśnie na takich szaleńców oczekują. Pomysły Rymkiewicza Siemieński kwituje następująco:

…w Polsce nigdy nie brakowało narwanych idiotów, którym sam byłem.

Kilka stron dalej, Marek Radziwon prezentuje zgłoszoną do nagrody Nike książkę Krzysztofa Vargi “Gulasz z turula”. Ta gorzka i ironiczna książka napisana przez Vargę, zakochanego w Węgrzech, okazuje się w takim samym stopniu książką o Polakach.

Opowieść o kompleksach małego kraju, o imperialnych pretensjach, które obracają się w groteskę, o hurrapatriotycznych pretensjach, o pamięci krwawych klęsk, które urastają do rangi najwspanialszych symboli narodowej historii, to także – jak w lustrze – opowieść o Polsce i naszych wysokich, a czasem po prostu śmiesznych wyobrażeniach o sobie samych

Czytałem tę książkę Vargi i mogę potwierdzić spostrzeżenia Radziwona. Książka Vargi jest książką tak samo o Węgrzech, jak i o Polsce. Niedawna rocznica wyborów kontraktowych ‘89 roku przez jednych obchodzona jest jako zwycięstwo, inni zaś z poobną fetą i gatunkową ciężkością traktują ten moment jako kolejną, po Powstaniu, Czerwcu’56, Grudniach’70 i ‘81 “piękną porażkę”. Żal tylko – jak mówi Rymkiewicz – że Klęska’89 nie przyniosła krwi na ulicach i męczenników za wolność. Byłoby kogo czcić… A może za takich męczenników uznać uczestników spotkań w Magdalence, cierpiących na “syndrom dnia następnego“?

Trzecim ważnym tekstem w dzisiejszej GW jest wywiad-wspomnienie z Karolem Modzelewskim o zmarłym 5 lat temu Jacku Kuroniu. Moja sympatia do Kuronia nie wynikała nigdy ze wspólnoty poglądów czy wartości, ale z pewnej meta-postawy, którą miał wobec siebie i innych ludzi. Modzelewski pięknie opowiada o wewnętrznym konflikcie, jaki zachodził w Kuroniu, kiedy uczestniczył w rządzie Mazowieckiego jako minister pracy. Choć potem odstąpił od tego stanowiska, to mam wrażenie, że miał rację, mówiąc, iż aby zbudować socjaldemokrację, należy najpierw zbudować kapitalizm. Z tym stanowiskiem zgodziliby się zarówno liberałowie, jak i socjaliści. Pierwsi mieliby oczywiście wątpliwości, czy jest sens trwonić zgromadzone bogactwo, drudzy rzekliby – po co tworzyć bogactwo, skoro możemy zrobić deficyt budżetowy? W każdym razie, myśl ta świetnie wyraża to meta-nastawienie Kuronia: konsyliacyjne, otwarte i ugodowe. Uważam, że na początku lat 90. tacy ludzie byli Polsce bardzo potrzebni, nawet jeśli w rezultacie ponieśli porażkę.

Wracając zaś do nawoływań Rymkiewicza o potrzebie krwi, wydaje się, że nieco innego rodzaju ofiar potrzebuje to społeczeństwo. Od butelek z benzyną, palonych opon i ran ciętych, kłutych i postrzałowych, potrzeba nam jednej z trzech rzeczy, o kórych mówił kilkadziesiąt lat temu Churchill. Nie krwi nam potrzeba, ani łez – potrzeba nam natomiast dużo potu, toczonego ciężką, codzienną pracą. To jest zresztą ofiara, którą składają codziennie miliony ludzi w Polsce. Niektórzy wyśmiewają się pracujących od 8 do 20 pracowników korporacji, pojawiają się wręcz pomysły, aby zakazać zbyt długiej pracy nawet tym, którzy się na to dobrowolnie godzą. Jednak, jeśli popatrzeć bez uprzedzeń, to właśnie ci wszyscy pracownicy sklepów całodobowych, uczestnicy tzw. “wyścigu szczurów” z wielkich korporacji, studenci ślęczący nad książkami całe noce, wszyscy ci, dla których dzień zaczyna się o 6 a kończy o 2 nad ranem, oddają temu społeczeństwu największą ofiarę, czyli pracę.

Grodno

z 3 komentarzami

1.

Z końcem maja byłem w Grodnie, na konferencji “Phenomenon of City in Central Eastern Europe: Living Space and Cultural Narration” zorganizowanym przez tamtejszy Uniwersytet Janka Kupały. Na Białorusi już raz byłem, poprzedniego roku w Mińsku. Ta podróż – choć bliższa – była jednak o wiele bardziej ekscytująca. Od dłuższego czasu chciałem zobaczyć Grodno – miasto oddalone o około 70 kilometrów od Białegostoku, a jednak trudno dostępne, bo oddzielone pilnie strzeżoną granicą. Jedną z ostatnich prawdziwych granic w Europie: z wizami, kontrolą osobistą, drutami kolczastymi, odprawą celną itd.

W Grodnie wygłosiłem krótki speech pod tytułem “Województwo podlaskie i jego miasta w świetle Diagnozy Społecznej 2007″. Referat nie wzbudził dyskusji ani większego zainteresowania uczestników imprezy, pewnie dlatego, że wyróżniał się dużą ilością empirycznych treści, czego zdaje się nie oczekiwano. Upieram się, że temat jest ciekawy, mam nadzieję, że gdzieś – może tu – doczeka się poważnego potraktowania. Na razie – w formie zachęty – umieszczam tu materiały graficzne, które przygotowałem i pokazałem na konferencji.

Tutaj jednak , zgodnie z konwencją tego miejsca, pierwsze miejsce mają nie dane statystyczne, ale wrażenia, ślady w pamięci, smaki, zapachy i widoki. Pojechałem do Grodna ze swoim szefem i kolegą z katedry, imiennikiem Radkiem.

2.

Świty na dworcach dają impuls do życia. Pobudka o 3 nawet dla rannych ptaków jest torturą, ale najlepsze połączenie z Grodnem rozpoczyna bieg o 5 w Białymstoku. Dworce umożliwiają pobudkę, bo tam są już o 4 rano dziesiątki podróżnych czekających na pociągi na Zachód i Wschód.

Nowoczesny pociąg zbudowany za pieniądze z Unii okazuje się zepsuty, podstawiają zwykły, stary i trzeszczący. W Sokółce pojawiają się już pierwsze biało-czarno-niebiesko-czerwone przepastne torby i ich właścicielki z podkrążonymi oczami, przesadnym makijażem i dwuletnią trwałą, zaczesaną do góry. Nie ma ich jednak wiele. W ogóle niczego nie ma zbyt wiele. Przesada jest cechą miast Wschodu. Tutaj – na prowincji – króluje niedostatek i ma się jak dotąd całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że tutejsi również go jakoś tam lubią, a jeśli nie, to na pewno akceptują jako pewną niezbywalną cechę tego świata.

Na przejściu w Kuźnicy nie ma więc zbyt wielu podróżnych. Nie ma też zbyt wielu przemytników. Albo po prostu moje oko nie jest w stanie dostrzec tego, co widzą młodzi pogranicznicy przechadzający się po peronie. Piętnaście minut po siódmej pociąg rusza. Ma kilka kilometrów do granicy. Tam wsiądą białoruscy celnicy w wielkich zielonych czapach i będą pilnować, aby żadna śrubka nie odpadła od składu aż do samego Grodna.

Tymczasem patrzę na okolice Grodzieńszczyzny. Jest zielona, mocno zalesiona. Dużo sosen na piaskowych glebach.

3.

DSCF3443Od razu po przyjeździe i zakwaterowaniu zamykają nas w dużej sali uniwersytetu, każą słuchać i głosić referaty. Co 45 minut korytarze uniwersytetu rozbrzmiewają donośnym dźwiękiem dzwonka. Z innych rozmów dowiaduję się, że system szkolnictwa wyższego jest tutaj zorganizowany na wzór naszego szkolnictwa licealnego lub wręcz gimnazjalnego. O partnerskiej relacji mistrz-uczeń można tu zapomnieć. Przechadzający się po korytarzach studenci do złudzenia przypominają naszych licealistów.  Ubrani skromniej niż ich polscy odpowiednicy, ale – szczególnie dziewczęta – z o wiele większą starannością. Ma się wrażenie, że grodzieńskie studentki poświęcają kilka godzin przed wyjściem z domu na odpowiedni dobór stroju, makijaż, paznokcie itd. Na ich tle polskie dziewczyny mogą wyglądać na ubrane niedbale, co nie znaczy, że gorzej. Obowiązkowymi elementami stroju tych dziewcząt są krótkie spódniczki i obuwie na obcasach, spotykane tam na skalę wręcz masową. Podobnie jest na Ukrainie, z tym jednak różnicą, że u Ukrainek kobiecy strój jest tylko dodatkiem do ich dumnych i odważnych gestów, mowy ciała i spojrzeń. W Grodnie miałem wrażenie, że strój tamtejszych kobiet – jakże charakterystyczny i egzotyczny – jest niejako wymuszony pewną konwencją, stanowi fasadę, którą po prostu należy przyjąć. To oczywiście ogromne uproszczenia i ogólnienia.

4.

Wieczorem wybieramy się z Radkiem na przechadzkę po mieście. Przechodzimy przez most na Niemnie i schodzimy w dół, na podmiejskie bulwary. Są wręcz oblężone przez setki młodych ludzi. Wystrojeni chłopcy i dziewczęta siedzą na murkach i schodach. Niektórzy poprzywozili swoje dziewczyny samochodami, z których dobiega polski (!) pop. Jakaś Kasia Kowalska czy Reni Jusis. Wszyscy bez żadnych ogródek piją piwo z butelek i puszek. Po raz pierwszy widzę litrową puszkę Calsberga. Skojarzenia z katastrofą Czernobylską są trudne do przezwyciężenia, kedy się widzi powiększony dwukrotnie w stosunku do znanego kształt podobno najlepszego piwa na świecie.

Kiedy zaglądamy jeszcze na główny plac miasta, a potem na plac Lenina, wszędzie widzimy tłumy młodzieży. Pomimo, że jest już około północy. Pomimo, że jest poniedziałek. Pomimo, że nie ma żadnego święta… Myślę, jak wygląda w tym momencie rynek w Białymstoku…W straganie przy parku kupuję suszone ryby i rozkoszuję się nimi aż do miejsca naszego zakwaterowania.

5.

DSCF3411Drugi dzień przeznaczamy już w całości na szwędanie się po mieście i zakupy. Moja cholerna indolencja językowa nie pozwala na wchłonięcie takiej wiedzy o mieście, jak bym chciał. Polecam w związku z tym zdjęcia, które zrobiłem podczas wyjazdu. Jeśli nie da się językiem, to można próbować obrazem. Ale kiedyś na pewno poopisuję te zjęcia po konsultacjach z większymi znawcami Grodna ode mnie.

Może kiedyś uda mi się pojechać tam jeszcze raz i znaleźć tylko swoje grodzieńskie szlaki.

Miasto jest piękne. Przede wszystkim będąc w Grodnie czuje się wielkomiejskość. Szerokie arterie komunikacyjne, trolejbusy, miejski gwar, życie na ulicy przez całą prawie dobę. Sporo śladów polskiej obecności w mieście, takich jak katedra widziana na zdjęciu. Według spisów, około 20% mieszkańców miasta jest Polakami, jednak próżno nasłuchiwać polskiego na ulicach. W większości są to Polacy zasymilowani. Pomimo tego język polski jest tu powszechnie rozumiany i traktowany z dużą życzliwością.

Taksówkarz, który za równowartość 8 złotych przewoził nas z blokowiska gdzie spaliśmy, do centrum, powiedział, że dla nich Białystok to nie zagranica. Jeszcze 20 lat temu te słowa mogłyby Polaka urazić. Dzisiaj wywołują wręcz odwrotne. Oto paradoks relacji białostocko-grodzieńskich. Białorusini jeżdżą do nas na po prostu po zakupy. Dla nas wyjazd o Grodna to prawie jak wycieczka za Ural, doprawiona strachem przez rzekomymi białoruskimi bandytami, łukaszenkowską bezpieką, brudem, biedą i zacofaniem. Okazuje się, że jest odwrotnie. To dla mieszkańców Grodna nie ma granic i to oni żyją w wielkim mieście z większością cech wielkomiejskości. Szkoda, że brakuje tego często mieszkańcom Białegostoku.

6.

Ostatni, szósty punkt, rezerwuję sobie na potem, kiedy natchnienie dramaturgiczne będzie większe. Najciekawsze, co mnie spotkało podczas tej wyprawy, wydarzyło się w pociągu relacji Grodno-Białystok. Ale o tym innym razem.

Written by Radek Oryszczyszyn

wtorek, 16 czerwiec 2009 at 21:30

Po Czeremsze – wpisy i fałszowanie

z 3 komentarzami

DSCF3499Po niezwyłych przeżyciach na ubiegłorocznym koncercie Kroke w Czeremsze, postanowiłem i w tym roku wybrać się do tej przygranicznej miejscowości, na kolejne spotkania z cyklu pod beznadziejną nazwą “Z wiejskiego podwórza”. Beznadziejną, bowiem spotkania mają ze wsią tyle wspólnego, co (prawie) nic. Owszem, muzykę tam grają folkową, ale rozpiętość stylów, różnice aranżacyjne, międzynarodowy charakter imprezy, a przede wszystkim publiczność dają poczucie przebywania na prowincjonalnym miejsko-wiejskim festynie, gdzie lokalna młodzież miesza się z przybyszami z Warszawy i Białegostoku.

DSCF3536Festyn trwał dwa dni. Pierwszego dnia największe wrażenie zrobiła karkówka z kuchni polowej, z musztardą i chlebem oraz ukraiński zespół “Hulajhorod”. Pięciu przebranych za prawdziwych kozaków jegomości, każdy z wyższym wykształceniem muzycznym, śpiewało – najpierw a-capella, a potem z akompaniamentem – tradycyjne ukraińskie pieśni, ludowe i kozackie. Choć wyglądali groźnie i trochę cierpła skóra na myśl o “rezaniu”, to w rzeczywistości dał o sobie znać ten pozytywny wymiar ukraińskiej żywiołowości i panowie porwali całą Czeremchę do tańca.

Drugi dzień był słabszy muzycznie. Strasznie lało, więc jedyne, co można było robić, to ogrzewać się mate, bigosem i boczkiem z grilla i obserwować spod parasoli mniejszy niż poprzedniego dnia tłum pod sceną. Opłacało się jednak czekać do końca. Gdzieś około północy na scenę wyszła lokalna gwiazda: zespół Czeremszyna. Warszawiacy już odjechali spłoszeni deszczem, a lokalne panny i kawalerowie wprost oszaleli tańcząc do rytmu tej raczej prostej i ludycznej, acz nie pozbawionej uroku muzyki.

Więc dwa razy jeździłem tego weekendu aż po białoruską granicę i  z powrotem, nocą, przez Bielsk Podlaski i Zabłudów.

W tak zwanym międzyczasie czytam prace studentów pierwszego roku socjologii. Tego roku jest to wyjątkowo przyjemne zajęcie. Prawie wszystkie eseje na bardzo wysokim poziomie. Jestem wyjątkowo zadowolony z tych zakończonych właśnie zajęć, choć nad wieloma rzeczami muszę jeszcze popracować.

Najmniej przyjemne jest oczywiście wystawianie ocen, z czym nieołącznie wiąże się problem “sprawiedliwości”. Nikt, kto tego nie robił, zapewnie nie wie, jak trudno jest wyrazić pewien złożony proces trwający pół roku, liczbą w skali od 2 do 5. Unikam więc za wszelką cenę brania na siebie pełnej odpowiedzialności za tę decyzję, zrzucając choć część tego ciężaru na studentów.

Jeden z nich, autor jednego z najlepszych esejów na roku, już po wystawieniu oceny, ma do mnie prośbę. Czy mógłby Pan – mówi – informować mnie najpierw o swoim zdaniu na temat mojego śpiewania? Chwila dezorientacji i przelatująca przez głowę myśl: “o co mu chodzi?”. Powoli jednak kojarzę fakty. Pan ten napisał pracę o graniu na ulicy i wyciągnął z tych doświadczeń metodologiczne wnioski o obserwacji uczestniczącej jako metodzie socjologicznych dociekań. Podczas jednych z zajęć, pod nieobecność owego studenta, kpię złośliwie w swoim stylu, z umiejętności wokalnych tego pana. Czynię to jednak z sympatią, a reakcja sali to raczej potwierdza. Wieść o moich kpinach dociera jednak do studenta, czym jest wyraźnie zbulwersowany. W pierwszej chwili zastanawiam się, czy słusznie i czy rzeczywiście nie zrobiłem czegoś niestosownego i czy nie powinienem go serdecznie za to przeprosić.

Każdy, kto decyduje się na aktywność publiczną, niezależnie od tego, czy jest nauczycielem, dziennikarzem, muzykiem (choćby i ulicznym), politykiem, modelką czy modelem, sportowcem, kimkolwiek, powinien zdawać sobie sprawę, że będzie się o nim dyskutować, oceniać go i mówić o nim. I nigdy nie jest tak, że osoba taka ma całkowity wpływ na to, co się będzie mówić, jakie będzie się wystawiać oceny. Często te oceny są niesprawiedliwe i krzywdzące, ale jest to nieodłączny koszt związany z wejściem na agorę.

Mówię to temu Panu w mniej więcej takich słowach. I właściwie jestem mu wdzięczny, bo swoją pretensją pomógł mi zrozumieć swoje własne zmagania z pogrążania się w problemie “co oni sobie o mnie tak naprawdę myślą”. Jakiś czas temu zrozumiałem, że nie jestem w stanie nad tym procesem panować. Oczywiście, wiele zależy ode mnie, ale równie wiele jest poza mną.

Więc, na prośbę studenta, któremu nie w smak było, że ktoś komentuje jego występy odpowiedziałem, że z radością spełnię jego prośbę, o ile on zagwarantuje mi to samo: że zarówno on sam, jak i jego koledzy, będą konsultować ze mną każdą opinię na mój temat, zarówno złą, jak i dobrą.

Absurd? Owszem. Nawet w skali: pracownik akademicki w prowincjonalnym, trzystutysięcznym mieście, prywatność jest fikcją, a publiczny wizerunek jest tworzony publicznie, z niewielkim wpływem osoby, której on dotyczy.

Najśmieszniejsze w tej całej historii jest to, że od zawsze miałem słabość do muzycznych amatorów, a już szczególnie do tych fałszujących. Do sepleniącego, pozbawionego głosu i słuchu Staszczyka, jak w tym, zresztą pięknie nakręconym teledysku do “Wychowania”.

Kolejnym moim bohaterem, który nigdy nie potrafił grać na harmonijce ustnej (a grał), możliwości gitary wykorzystywał dosyć oględnie, a którego głos przypominał beczenie zarzynanej kozy, jest Wielki Bob Dylan.  Poniżej jedno z moich ulubionych wykonań “Don’t Think Twice, It’s All Right”, gdzie Dylan wspina się na wyżyny fałszu i wirtuozerii w jednym.

Ostatni przykład to koncerowe wykonanie “Smile” Lilly Allen, gdzie ta niepozbawiona uroku gwiazdka pop jakie lubię, w przypominającej komunijną zbyt długiej sukience, lekko podchmielona bawi się śpiewając. Oczywiście rzadko kiedy trafia w tonację, można to zresztą zobaczyć poniżej. (umieszczanie filmów na stronach zostało wyłączone na żądanie, ale wystarczy kliknąć na ten czarny prostokąt dwa razy, a otworzy się film z fałszującą Lilly)

Aha, jeszcze jedno. Sam gram i śpiewam dla znajomych przy ognisku. Pomimo, że nie potrafię nastroić gitary i fałszuję jak z nut. Niech potwierdzą ci, co słyszeli!

Written by Radek Oryszczyszyn

poniedziałek, 15 czerwiec 2009 at 20:19

Po tamtej stronie – Tykocin

Skomentuj »

Po załatwianiu ubezpieczeń i nalepek zastępczych w miejskich urzędach, gdzie urzędniczki nie są miłe, chociaż biją się o tytuł Uprzejmej Pieczątki 2009, po jak zwykle sympatycznych (co tego roku jest raczej regułą i przyjemnym zaskoczeniem) zajęciach ze studentami, nocne szwędanie się samochodem po już czerwcowych, więc prawie letnich, białostockich dalszych i bliższych suburbiach.

W końcu, już raczej bliżej niż dalej północy, ląduję w ulubionym Tykocinie. Małoszlachecko-zaściankowi lokalni “chuligani” na rynku obok pomnika Czarneckiego oglądają się podejrzliwie za każdym przejeżdżającym samochodem, jakby mieli jakieś sprawy do ukrycia, ale tak naprawdę to ich podejrzliwe oglądanie się jest trochę jak obwąchiwanie swojego terenu w obawie przed obcym.

Całe miasto już śpi, szczególnie na Kaczorowie, za rzeką, kiedy minąwszy synagogę po prawej, wjeżdża się w starą żydowską dzielnicę. Tylko psy wściekle ujadają, a po brukowanej ulicy przemykają się w te i we wte czarne kocury. A po tej wąskiej, otoczonej bujną zielenią drodze do Białegostoku, przez Siekierki i Złotorię, przechadzają się jeże, przeskakują zające i co rusz jakieś oczy świecą w oddali w trawie.

Można zminimalizować ryzyko morderstwa i jechać samym środkiem, bo mało kto o tej porze jeździ tą drogą. Można otworzyć okna na oścież, aby do środka dostawał się zapach tych wszystkich traw, liści, krzewów i zbóż, bo przecież to jedna z pierwszych czerwcowych nocy. Można zapalić radio i włączyć je naprawdę głośno, bo nikt nie słyszy. Kiedy wjeżdżałem do Tykocina, grał akurat David Gray.

Written by Radek Oryszczyszyn

środa, 3 czerwiec 2009 at 0:01

Napisane w Podlasie

Tagged with ,

Notatki z Estremadury

Skomentuj »

5 maja 2009 r. Cáceres

Od kilku godzin jestem w Hiszpanii. Lecąc samolotem linii Iberia, patrzyłem przez okno i próbowałem w myślach zgadywać, kiedy opuściliśmy już Polskę, kiedy jesteśmy nad Niemcami, kiedy to już Francja i kiedy – Hiszpania. Niebo było bezchmurne, dlatego widziałem najpierw rozdrobnione, podzielone w wąskie paski, zielone pola polskiej wsi. Rozpoznałem też Niemcy po zacierających się granicach miast i miasteczek i gęstej sieci dróg i autostrad. Zgubiłem gdzieś Francję, za to Hiszpania nie mogła mi umknąć. Z wysokości lecącego samolotu Hiszpania wygląda jak jej narodowa flaga. Ni stąd, ni zowąd pojawiają się kolory, do których nie jesteś przyzwyczajony, szczególnie wiosną. Pojawia się żółć, czerń i czerwień spalonej ziemi.

6 maja 2009 r. gdzieś po drodze

Wracamy z Méridy. Przemierzamy krajobraz, który pod względem melancholii i przewidywalności przypomina Podlasie. Ten region Hiszpanii jest z jednej strony egzotyczny, a z drugiej strony – w jakiś szczególny sposób bliski. Być może dlatego, że Podlasie również jest krainą egzotyczną?

Po obu strony autostrady po sam horyzont widzę drzewka oliwkowe. Wywierają taki sam efekt, jak uprawy winorośli: wprowadzają element wielowiekowej kultury. Ktoś tu nawet powiedział, że tutejsze sady oliwne mogą mieć nawet 2 tysiące lat! Lekko górzysty teren, w którym jedynym zielonym elementem są te drzewka oliwkowe, rosnące na spłowiałej, rdzawo, żółtej ziemi. Tu i ówdzie wyrastają potężna piaskowce. Gdzieniegdzie zamki lub ich ruiny, pamiętające czasy Cesarstwa.

Tutejsza ludność przyjmuje zachodnioeuropejskie wzorce dystansu, obyczajów i konwenansów. Unia Europejska pełną parą, szczególnie w miastach. Widać jednak jeszcze oznaki prawdziwej estramadurskiej obyczajowości, iberyjskiego temperamentu.

Tutejsi ludzie posiadają ogromne umiejętności interpersonalne. Patrzenie na to, jak sobie radzą występując publicznie, budzi ogromny respekt. Widać, że mówienie do ludzi i słuchanie innych, jest tutaj umiejętnością nabytą bardzo wcześnie. W tej kulturze człowiek rodzi się we wspólnocie i nie zrywa z nią aż do śmierci, gdzie rozmowa jest naturalną czynnością społeczną, a sztuka dojścia do głosu w wielodzietnej rodzinie jest tym, co umiejętność wiązania sznurowadeł.

kilka tygodni po powrocie, już w Białymstoku

Długie zbieranie się, aby coś o tym wyjeździe napisać. Pewnie dlatego, że z jednej strony okoliczności instytucjonalne wyjazdu sprawiły, że nie polegało ono na tym, co najbardziej lubię: bezcelowym szwędaniu się z miejsca na miejsce, oglądaniu tych samych skwerów, placów i ulic z różnych stron o różnych porach dnia, próbowaniu obserwacji uczestniczącej w straszących przybyszów barach i knajpach. Perspektywa była nieco bardziej skomplikowana, bowiem na tle gorącej, pomarańczowo-zielono-popierto-czarnej Hiszpanii miałem kwiat podlaskiego samorządu. Więc dwa w jednym. To drugie równie ciekawe co pierwsze, wymagające odrębnego potraktowania, przy innej okazji. Tutaj ma być o Hiszpanii.

Cudownie nudne i przewidywalne krajobrazy, kiedy jedzie się autostradą z miasta i miasta. Pagórki, po horyzont spalona, sucha ziemia i drzewa oliwkowe. Setki, tysiące bocianów na starożytnych zamkach i warowniach. Miasta o wiele bardziej przyjazne: zielone, wilgotne, przyjazne. Cáceres to niewielkie, dziewięćdziesięciotysięczne starożytne miasto, założone na 30 lat po śmierci Chrystusa. Miasto z pięknym zamkiem i starym miastem, ogromnym parkiem biegnącym z centrum do samych granic.. Na głównym pasażu biegnącym do zamku, kiedy się idzie tamtędy w nocy, do głowy uderza gorący i ciężki zapach roślin.

Ostatniego dnia wybieram się na Stare Miasto robić zdjęcia. Choć jest dopiero popołudnie, na głównym placu są już setki młodych ludzi. Piją wino z colą i lodem z plastikowych kubków, siedząc na schodach grają na bębnach i gitarach. Przed nimi roznegliżowany facet tańczy jakiś trudny do określenia taniec, taniec, którego nie da się nazwać, ale w którym jest bardzo dużo zaangażowania i namiętności. Kiedy siadam w pobliżu na schodach, ze swoją porcją tego wina z lodem i colą, natychmiast pojawiają się ludzie, gotowi rozmawiać o tym, skąd jestem, co tu robię i czy będę na koncercie wieczorem.

Wieczorem jest koncert, na który urywam się z uroczystej kolacji w najlepszej ponoć knajpie w mieście, kilka kroków od tego placu. Tłum faluje, na scenie jakaś afrykańska ekipa śpiewa interaktywne piosenki reggae. Wszyscy, bez wyjątku, powtarzają gesty młodej czarnoskórej, bosej dziewczyny w kolorowej spódnicy. Wracamy mijając rozentuzjazmowany tłum. Jest w pół do drugiej w nocy. Kiedy wyjeżdżamy następnego dnia o 4 rano na lotnisko w Madrycie, zabawa trwa na dobre.

Tutaj znajdują się zdjęcia, które zrobiłem podczas tego wyjazdu.

6 czerwca 2009 r. Do całej gamy pozytywności wywiezionych z Estremadury zapomniałem dodać jeszcze jeden sukces wręcz ogromny. Zabrałem tam ze sobą wiersze Lorki, raczej z poczucia jakiejś wewnętrznej powinności, niż dlatego, iżbym wierzył, że uda mi się go zrozumieć i złapać rytm tych wierszy. Jakże byłem zaskoczony gdy okazało się, że w tamtym gorącym kraju czyta się Lorkę z niesłychanym wręcz rozumieniem!

Koper, żmija i półcień

Ślad, aromat i trzcina.

Ziemia, wiatr i samotność.

(O niebo wsparta drabina)

Tak brzmi po polsku “Nokturn schematyczny”, a tak, w oryginale “Nocturno esquemático”

Hinojo, serpiente y junco.
Aroma, rastro y penumbra.
Aire, tierra y soledad.

(La escala llega a la luna.)

Written by Radek Oryszczyszyn

poniedziałek, 1 czerwiec 2009 at 17:34

Napisane w podróże

Tagged with , ,

Do Ełku i z powrotem

Skomentuj »

DSCF3128Po raz pierwszy w życiu rozmawiałem dzisiaj z człowiekiem, którego zawodem jest rozpalanie ognisk. Działo się to w Centrum Edukacji Ekologicznej w Ełku, gdzie przyglądałem się zakończeniu drugiej tury projektu Szansa na Sukces. Ten projekt realizowany jest przez prawdziwych lokalnych społeczników, dla których te wszystkie głupio z pozoru brzmiące hasła jak “walka z wykluczeniem społecznym”, “reintegracja zawodowa” i tym podobne są naprawdę ważne. Tobyło naprawdę miłe zobaczyć grupę dwudziestu osób, wśród których były takie, które nie mają pracy nawet od 16 lat, z głowami pełnymi pomysłów, chęci i zapału. Jak gdyby w ciągu dwóch i pół miesięcy to, co socjologowie nazywają “pogrążaniem się w wyuczonej bezradności”, zostało w tej grupie kompletnie zniwelowane.

DSCF3164A że problem bezrobocia strukturalnego, szczególnie wśród kobiet po czterdziestce w tym regionie istnieje, przekonałem się podczas podróży powrotnej. Wracałem moją ulubioną trasą, niezwykle rzadko uczęszczaną, przez Regielnicę, Kałęczyn, Wiśniowo i Czarną Wieś. Choć to granice Suwalszczyzny (czy to przypadek, że łacińska nazwa Suwalszczyzny – Sudovia, jest taka sama, jak łacińska nazwa Krainy Jadźwingów?), to mamy tam kończący się na linii Grajewo-Augustów prawdziwy raj wzgórz i pagórków, wśród których rozlewają się jeziora Regielnickie i Rajgrodzkie. Żółć kwitnącego rzepaku aż kłuje w oczy. Dominują żółć i zieleń. W głośnikach Amelia Rodriguez.

Pagórkowy raj kończy się za Czarną Wsią, gdzie trzeba dotrzeć do Grajewa zatłoczoną przez tiry trasą Warszawa-Augustów. Tam podwożę dwie panie, które pracują za 10-20 złotych dziennie (sic!) przy sortowaniu pieczarek w jednej z podgrajewskich przetwórni. Gryzę się w język, kiedy to słyszę, bo chwilę później narzekam w rozmowie z nimi na swoje zarobki. Cenię sobie takie spotkania, bo odkrywają przede mną światy, o których w innym wypadku bym się nie dowiedział.

DSCF3146Było gorąco, podróż stawała się nużąca. Zatrzymuję się więc jeszcze w Osowcu, gdzie przy trakcji kolejowej, niedaleko mostu, leżą pozostałości rosyjskiej twierdzy obronnej z drugiej połowy XIX wieku. Z przypadkowo napotkanym turystą przyglądamy się gigantycznym jaszczurkom wygrzewających się na kamieniach pod mostem. Mają prawie 30 centymetrów.

Przeciągam powrót do miasta, nagrzanego i smolitgo jakby była połowa sierpnia. 

Written by Radek Oryszczyszyn

środa, 20 maj 2009 at 19:35