Kiszenie jako zagadnienie egzystencjalne i kulinarne

SONY DSCKiszenie okazało się ważną częścią mojego tegorocznego lata i jesieni. Nie mogąc oddać się nie z mojej przyczyny w pełni ojcowskim obowiązków, zająłem się poddawaniem cukrów roślinnych rozkładaniu na kwas mlekowy. Jakkolwiek mało higienicznie to brzmi, proces ten daje możliwość długotrwałego przechowywania warzyw i owoców bez utraty ich wartości odżywczych, a nawet z korzyścią dla owych.

Pod wpływem kiszenia produkty nie tracą na wartości, a wręcz zyskują – w ukiszonych warzywach przybywa między innymi witaminy K i C. Kiszenie nie wymaga też poddawaniu warzyw czy owoców wysokim temperaturom, które dużo dobra w nich zabijają. Kiszenie wydobywa wreszcie w ogórkach, pomidorach, rzodkiewkach czy kalafiorach nowe smaki. Poza przyjemnościami podniebienia jest to sam w sobie proces fascynujący w sensie takim na poły „egzystencjalnym”.

Dlaczego narobiłem w tym roku pewnie około setki różnych słoików? Bo istotą kiszenia czy marynowania jest czekanie i odkładanie przyjemności na przyszłość, na lepsze czasy, w których będzie można się raczyć przyjemnościami niedostępnymi dzisiaj. Nie mogę gotować dla mojego syna, choć się do tego palę, więc robię rzeczy, które za jakiś czas będą rekompensatą dzisiejszego, męczącego czekania na niego.

SONY DSC

W kiszeniu fajne jest również to, że w przypadku wszystkich warzyw opiera się na jednej prostej zasadzie, która musi być zachowana.

Wszystko poza tym zależy od naszej fantazji.

Tą zasadą, którą stosuję zawsze, jest 1 łyżka soli na litr wody. To cała tajemnica kiszenia. W przypadku kapusty, której nie zalewa się wodą, robię analogicznie – 1 łyżka soli na kilogram kapusty.

Po co w kiszeniu sól – jedyny składnik kiszonek, który niekoniecznie jest zdrowy? Sól zatrzymuje proces fermentacji cukrów w kwas mlekowy. Słowem – konserwuje kiszonkę. Dzięki soli można cieszyć się tym wielkim wynalazkiem ludzkości całymi miesiącami. Coś za coś.

Żelazna zasada – 1 łyżka soli na litr wody, a poza tym – hulaj dusza. Powszechnymi składnikami kiszonych ogórków, rzodkiewki albo pomidorów są liście laurowe, ziele angielskie, ząbki czosnku, liście porzeczkowe, chrzan, baldachimy kopru i to wszystko w moich letnich kiszonkach się znalazło. Do kalafiorów dodałem po plastrze imbiru. Słoiki zalewam posoloną wodą, czekam 4-5 dni bez zamykania w temperaturze domowej pilnując, aby nic nie pływało na wierzchu, a następnie szczelnie zamykam i odstawiam w chłodne miejsce.

Jedyny wyjątek zrobiłem dla jabłek. Jabłka do kiszenia muszą być dość małe, by weszły do słoika, a także zdrowe. Do 5-litrowego słoika nie wrzucałem wymienionej zieleniny, tylko laskę cynamonu, a całą zalewę wzbogaciłem łyżką miodu. Soli – oczywiście – jedna łyżka na litr i wszystko tak, jak powyżej. Jestem bardzo ciekawy efektu – na razie jabłka czekają na zimowe chłody w piwnicy.

dsc06791.jpg

Gdy przyszła jesień i sezon kapuściany, zrobiłem dla porządku 20-litrową, kamienną beczkę klasycznej kiszonej kapusty. Najpierw przez pół dnia poszatkowałem około 10 średniej wielkości kapust. Nie przejmowałem się tym, że jedne ścinki były większe, a inne mniejsze. Do tego starłem na grubych oczkach kilka marchewek i zmieszałem z resztą. Następnie, z pomocą mojej rodzicielki, wkładaliśmy warstwami (po kilogramie) poszatkowaną kapustę do beczki, dosypywaliśmy po łyżce stołowej soli, posypywaliśmy kminkiem i uciskaliśmy, aż na wierzchu warstwy pojawiała się woda. I tak cierpliwie, warstwa po warstwie, powtarzaliśmy tę czynność. Na koniec przykryłem to wszystko dużymi liśćmi kapusty, dociążyłem kamieniem przywiezionym z lasu i odstawiłem w ciepłe miejsce. Ważne, aby zostawić w beczce u góry trochę miejsca, bo fermentująca kapusta wypuszcza dużo soku i można sobie zamoczyć podłogę. Po 3-4 dniach bierze się jakiś odpowiednio długi i ostry przedmiot i nakłuwa kapustę do dna lekko poruszając. Kapusta miło zasyczy i zabulgoce. W ten sposób usuniemy resztki powietrza, który hamuje kiszenie. W następnych dniach można powtórzyć odpowietrzanie i spróbować zanurzyć kapustę, która wypływa, aby również skisła. Po około 7 dniach od rozpoczęcia można już zacząć oceniać, czy kapusta jest dostatecznie kwaśna (im dłużej, tym kapusta będzie ostrzejsza. Moją kapustę odstawiłem w chłodniejsze miejsce po 9 dniach od rozpoczęcia pracy. Proces kiszenia został w ten sposób zahamowany, lub przynajmniej znacznie spowolniony. Efekt przerósł moje oczekiwania – kapusta jest pyszna.

Tegoroczna produkcja nalewek uwolniła kilka 5-8 litrowych słojów, które postanowiłem przeznaczyć do poeksperymentowania. Główka kapusty to teraz wydatek 2 złotych polskich – zabawa jest tania. Dwa słoje napełniłem samą kapustą, ale zamiast klasycznego kminku, użyłem aromatycznego, korzennego w zapachu, zmielonego kminku indyjskiego. Sam proces jest identyczny do kiszenia w kamiennych beczkach, tyle że – jako że słoik jest mniejszy od beczki – kolejne ugniatane warstwy są odpowiednio mniejsze (no i w związku z tym porcje soli i kminku). Wyszła kiszona kapusta o fajnym, orientalnym aromacie.

W trzecim – większym – słoju, zrobiłem kiszoną kapustę z jabłkiem i papryką. Wziąłem kilka małych dzikich czerwonych jabłek – takich, jakie rosną przy drogach i których nikt nie chce zbierać, a także jedną zdrową antonówkę, poprzekrawałem je na ćwiartki i powkładałem między warstwy kapusty. To samo zrobiłem z pokrojonymi w warstwy paprykami (po jednej czerwonej, żółtej i zielonej i jednej papryczce chili, posiekanej na małe kółeczka). Samo kiszenie przebiega identycznie, jak poprzednio. Z tego eksperymentu wyszła kapusta delikatniejsza od zwykłej, o smaku lekko winnym, zawdzięczającym go jabłkom, które też oddały sok, znakomita do sałatek. Papryka dodała jej odrobinę ostrości. Jestem bardzo zadowolony z efektu końcowego.

DSC_9767

Jutro robię 10 litrową beczkę klasycznej kapusty z marchewką dla babci na zimę, a jak zostanie mi surowiec, spróbuję ukisić samą kapustę na ostro, z większą liczbą papryczek chili. Napiszę, czy eksperyment się udał. A teraz znowu czekam.

PS. Zapomniałem, że w tym roku kisiłem też gruszkę. Przepis znajduje się tutaj.

Reklamy

Prowincjonalny zen, czyli cebula marynowana w occie jabłkowym

SONY DSC

Zawsze czułem się człowiekiem z prowincji i zawsze ciągnęło mnie do miejsc na końcu świata. Chciałbym kiedyś pokazać dla mojego syna (tak, właśnie prowincjonalnie „dla” niego) te wszystkie bliższe i dalsze bezdroża, które odwiedzam wciąż na nowo, gdy czekam na to, by się z nim spotkać. I jeszcze bardziej tęsknię za prowincją, kiedy te spotkania nie są takie, jak bym chciał.

Prowincja to spokój. To pusty rynek w Krynkach albo szosa gdzieś między Kalwarią i Mariampolem, otoczona wzgórzami, maleńkimi cmentarzami i samotnymi domostwami z owocowym sadem i ogrodem pełnym malw. Albo Wielka Pętla Bieszczadzka, która jest wielka tylko z nazwy, bo stamtąd jest już dalej niż bliżej do wszystkiego.

Właśnie dzięki tym szwendactwom buduję powoli taki spokój w sobie, który bardzo się ostatnio przydaje. Spokój przynoszą też te tradycyjne, proste czynności domowe. Szczególnie te, które pozwalają patrzeć na przyszłość ze spokojem. Przez wieki ludzie zabezpieczali się na zimę susząc i soląc mięso, przygotowując przetwory z warzyw i owoców. Spokojnie gromadzili jedzenie na zimę, według sprawdzonych przepisów.

Staram się być prostym człowiekiem. Interesują mnie proste sytuacje, zwykłe historie i normalne, spontaniczne decyzje. Chciałbym móc ot tak, po prostu, sprawiać sobie i mojemu dziecku zwykłe i proste przyjemności.

Czekając na spotkanie z Małym, postanowiłem zrobić coś prostego z czerwoną cebulą, którą dostałem od mamy mojego szwagra, pani Gieni. Zrobiłem więc trzy słoiki cebuli marynowanej w occie jabłkowym.

Ciekawe, że to właśnie ocet z jabłek królował w średniowieczu i był tradycyjnym konserwatorem owoców i warzyw oraz dodatkiem do różnych potraw. Ale do rzeczy, czy też, jak mówiono w średniowieczu, ad rem.

Cebula marynowana w occie jabłkowym

Co będzie potrzebne:

  • ok. 1 kilograma czerwonej cebuli (ja dodałem jeszcze jedną białą, bo nie wiedziałem, co z nią zrobić)
  • liście laurowe
  • ziarna ziela angielskiego
  • 3 ząbki czosnku
  • 3 małe kawałki korzenia chrzanu

Zalewa na 3 litrowe słoiki:

  • 1 litr wody
  • ok. pół litra octu jabłkowego (może być też ocet z wina, odradzam zwykły, spirytusowy)
  • 3 łyżki cukru
  • 3 łyżki soli

Cebulę obrałem i pokroiłem w talarki około 3-4 milimetrowe. Włożyłem do słoików razem z kilkoma ziarnami ziela angielskiego, liściem laurowym, ząbkiem czosnku i kawałkiem chrzanu na słoik. Wcześniej zagotowałem dokładnie wymieszaną zalewę i pozostawiłem do delikatnego ostudzenia.

Cebulę w słoikach zalałem zalewą tak, aby wszystkie składniki były pod powierzchnią wody. Słoiki pozakręcałem, wstawiłem do garnka z wodą i pasteryzowałem 15 minut. Potem trzy piękne słoiczki wylądowały w piwnicy i teraz czekają na dobre czasy.

Cebula ma pod wpływem moczenia w occie delikatny, subtelny smak i świetnie nadaje się jako dodatek do zwykłego obiadu z mielonymi i ziemniakami, gdzieś w środku stycznia, kiedy portfele cierpią świątecznymi i karnawałowymi wydatkami.

Lemoniada i lody własnej roboty

SONY DSCW latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych z okna mojego pokoju w bloku przy ulicy Palmowej 6 w Białymstoku widać było rząd garaży i łąkę, na której pasły się krowy. Jak poszło się dalej i przekroczyło obwodnicę, wtedy były już Zawady. Zwykła podmiejska wieś, gdzie rosły ziemniaki, zboże, gdzie pasły się krowy i owce.

Moi rodzice zawsze starali się, abyśmy nie spędzali całych letnich dni na podwórku pod blokiem. Stąd się wzięły coroczne wyjazdy nad morze, do Poddębia organizowane przez moją mamę, na które jeździliśmy, jak Cyganie, taborem na trzy miesiące. A jak był czerwiec i jeszcze nie było wakacji, a słońce przygrzało, szliśmy albo jechaliśmy na rowerach przez te Zawady do Sielachowskich. Przez Sielachowskie przepływa rzeka Supraśl, a w jednej z tych drewnianych chat, których już tam nie ma, urodziła się sława przedwojennego kina, Nora Ney.

Miałem zawsze takie marzenie, aby ze swoim synem wybrać się nad taką rzekę, rozłożyć na trawie koc, leżeć w skwarze słońca i rozmawiać o męskich sprawach. Narzekać na niewdzięczne kobiety i o tym, ilu fajnych facetów zostało zmarnowanych przez te baby.

Kiedyś zabrałem w to miejsce nad rzeką moją wieloletnią dziewczynę. Chłodziliśmy się wtedy gaspacho, hiszpańskim chłodnikiem z pomidorów, oliwy i ziół.

Teraz straciłem zainteresowanie wywożeniem dziewczyn nad rzekę. Bardziej interesuje mnie spędzenie spokojnie choćby kilku chwil z synem. Zawsze staram się do tego solidnie przygotować. Mój syn uwielbia lemoniadę, którą przygotowuję mu zawsze, kiedy jest upał, a on ma ochotę na plażę w Dojlidach. Ostatnio spróbował też po raz pierwszy w życiu lodów, ale jak zobaczyłem, ile syfu się do nich ładuje, postanowiłem, że zawiozę mu pyszną lemoniadę i sorbet własnej roboty.

Jak zrobić pyszną lemoniadę na upał?

Co jest potrzebne:

  • 1,5 litra wody
  • 1 grejpfrut
  • 1 pomarańcza
  • 1 cytryna
  • Garść świeżej mięty
  • Pół szklanki cukru (ja nie daję, mój syn lubi kwaśne)

Używam takiej najprostszej wyciskarki do cytrusów z Ikei. Przecinam nożem grejpfrut, pomarańczę i cytrynę na połówki i wyciskam z nich sok, pozbywając się nasion.

Moździerzem rozcieram miętę. Biorę dużą butelkę z takim odskakującym kapslem z gumką i wlewam powstały sok z miąższem z pomarańczy i grejpfruta oraz miętę. Dolewam do pełna wodę. Wstawiam do lodówki i czekam, aż lemoniada będzie zimna. Mój Mały lubi kwaśne, więc nie dodaję cukru, ale inni pewnie by dosłodzili do smaku.

SONY DSCJak zrobić pyszny sorbet na upał?

Co będzie potrzebne:

  • Kilka opakowań po serkach Danone lub aluminiowe foremki do muffinek
  • Jednorazowe, plastikowe lub drewniane łyżeczki do mieszania kawy
  • Maliny, poziomki, jagody lub inne leśne owoce
  • Cukier (ja nie daję, syn woli kwaśne od słodkiego)

Owoce z lasu myję i wrzucam do miksera, ewentualnie dosładzam. Powstały mus wlewam do opakowań po Danonkach i wstawiam do zamrażarki. Jak już sorbet trochę stężeje, wkładam doń łyżeczkę, zakrywam folią i pozwalam się zamrozić. Jak mój Mały ma ochotę na lody, po prostu wkładam je na chwilę do ciepłej wody i w ten sposób powstaje przysmak do oblizywania.

SONY DSC

Wilgoć

SONY DSC

Lato jest świętem zapachów. Teraz zapachy są ważniejsze, niż światło, a światło jest przecież najważniejsze. Kiedy lato jest suche,  wtedy jest słomkowym zapachem spłowiałej, rozsypującej się w dłoniach trawy.

Jest zapachem piasku pomieszanego z pyłem opon samochodowych na poboczu drogi krajowej, przy której stoi chłopiec z plecakiem, w kapeluszu i z kartonem z napisem „byle dalej”.

Teraz lato jest mokre, a woda jest już tylko zapachem. Zapach wilgoci przełomu czerwca i lipca ma w sobie delikatną, świeżą wilgotność majowej burzy i ciężkość cuchnącej starą liściastą zgnilizną październikowej, depresyjnej mżawki.

Chodziłem po lesie, kiedy zbierało się na deszcz. Burzę spędziłem w aucie. Potem pojechałem na ogródki działkowe ukraść trochę czereśni, ale tylko patrzyłem na mokre liście i krople, które z nich spadają.

Nazywamy się Szypułki i jesteśmy odpadami po truskawkach

SONY DSC

Wiejskie festyny, małomiejskie biesiady, potańcówki w parkach i na placach mówią największą prawdę o tych mieszkańcach Polski, którzy przez cały tydzień szykują się na tę jedyną w roku imprezę. Rozmawiają o tym od poniedziałku do piątku w fabryce, w sklepie mięsnym, w autobusie. Rozmawiają tam, gdzie są wszyscy i rozmawiają tam, gdzie nikt nie widzi. Chłopcy rozmawiają, jak się dobrze najebać, dziewczęta rozmawiają, jak się dobrze ubrać. Wójt wybiera zawsze złą gwiazdę wieczoru, a sprzedawcy miodu z pasieki biją się o miejsce blisko sceny. Czasy są napięte, sytuacja jest niepewna.

Pojechałem dzisiaj na Święto Truskawki do Korycina, bo lubię te wszystkie festyny z jakimś owocem, miodem, smalcem albo wędliną w roli głównej. Truskawek było mało, a te, które były, przyjechały aż z Zielonej Góry. Były wielkie jak jabłka z Kauflandu i nie miały szypułek, jakby dorastały lewitując nad ziemią za pomocą energii ze słońca. Obok otoczonego niczym zalewu rozstawione były karuzele i roller-coastery o skali niespotykanej na innych odwiedzanych przeze mnie imprez w regionalnej skali. Dalej była scena, na której występował akurat zespół lolitek z gitarami prowadzony przez brodacza z Domu Kultury.

– Jak się nazywacie? – zapytał kruczowłosy konferansjer z mikrofonem, gwiazda podlaskich estrad, rudą grubaskę z warkoczykami i w okularach, lokalnego outcasta, obiekt drwin całego gimnazjum?
– Nazywamy się Szypułki i jesteśmy odpadami po truskawkach, specjalności naszej gminy – odpowiedziała dziewczynka i mocno uderzyła po strunach smutnym e-molem.
– A co nam zaśpiewacie, Agatko?
– Chyba Moniko – odbiła piłeczkę Monika
– Tak już mam, że mylę Moniki z Agatami, heheh – odpowiedział obleśnie zmieszany konferansjer – co nam zagracie?
– Piosenkę spod celi „Chryzantemy złociste” – odpowiedziała Monika, odgarniając z piegowatego, pulchnego czoła rude włoski. Tłum odpowiedział szumem podekscytowania i oczekiwania.

Szypułki rozpoczęły występ, a ja poszedłem w stronę straganów. Tłum falował i nucił znaną wszystkim piosenkę o kurwie, która zdradziła mężczyznę i o chryzantemach, których nikt nie podlewa. Szedłem w stronę stoisk z różnymi rzeczami zrobionymi z cukru. Na wielkim na dwadzieścia metrów straganie rozłożone były kształty na patyku, z których każdy przypominał coś innego. Były tam konie z cukru, wieżowce z cukru, cukrowe buraki i cebule z cukru. Obok leżały zegarki z cukru i Zenek Martyniuk z gitarą, której struny były wysypane cukrem pudrem. Wszystko to pachniało ciężarem tej cukrowej masy, a za ladą stał ogorzały Litwin.

– Czy jest tu coś, co nie jest z cukru? – zapytałem.
– Pan poczeka – odpowiedział Litwin, odwrócił się i zaczął grzebać w kartonach. Na zielonych, materiałowych spodniach, wprost na dupie, miał wielką, mokrą plamę, z której ściekał roztopiony cukier. Jak z bałwana.

Postanowiłem szukać prawdziwych truskawek. Obszedłem stragany z serem korycińskim z przeróżnymi dodatkami, widziałem stoisko szmacianych lalek z głowami przyszytymi do łokcia robionych przez głuchonieme dzieci z jakiegoś ośrodka w lesie. Oglądałem się za lokalnymi dziewczętami, ale one wolały stoiska z kebabem i lokalnych chłopaków. Przechadzając się dumnie między straganami z milionem spinnerów i kostek Rubika, nasuwały co chwila te o dwa numery za małe spódnice ku kolanom, ale starczyło ich tylko na kawałek opalonych nad korycińskim zalewem ud. Co raz to ktoś mnie potrącał, jakieś dziecko pojękiwało tęsknie do zagubionych rodziców, jakiś kot w kagańcu i na smyczy, próbował zlizać tłuszcz z pozostawionych w trawie resztek po kebabie.

Minąłem stoisko z truskawkami, gdzie była największa kolejka. Młodzież, dorośli i starcy chętnie kupowali truskawki z Zielonej Góry wielkości świńskiego kopyta, pozbawione szypułek i autentyczności, jak Radiohead po „OK Computer”. Na samym końcu straganów stał przy starym Passacie, osamotniony facet, uderzająco podobny do mnie, z  wielkim smutkiem w oczach, tak wielkim, że nawet ja się zatrzymałem.

– Skąd te truskawki? – zapytałem.
– O stąd, zza zalewu. – odpowiedział
– Po ile?
– Po tyle, co u nich.
– To dlaczego nikt nie kupuje?
– Bo ja nie sprzedaję na kilogramy, tylko na kobiałki.
– Dlaczego tak? Nie ma pan wagi?
– Mam wagę, ja się po prostu kurwa szanuję.

Do miasta wróciłem spokojny.

Rdza

SONY DSC

Miałem pójść razem z małym. Nie wyszło. Poszedłem sam. Po to, aby zrobić zdjęcia wielkich maszyn. Na wielkie maszyny patrzy z podziwem. Pokazuje palcem miejskie autobusy odpoczywające na zajezdni w Kleosinie. Wzdycha zaaferowany sapaniem betoniarek, kręcących te swoje zabłocone gruszki, kiedy wyjeżdżają z placu budowy Trasy Niepodległości gdzieś za niestrzeżonym przejazdem w Klepaczach. Piszczy z zachwytu nad piskiem pociągu hamującego na dworcu Olsztyn Główny, a ten jego zaaferowany pisk słyszę lepiej niż pisk pociągu, gdy czeka, kiedy wreszcie wyskoczę na peron.

SONY DSC

Miałem pójść razem ze szkrabem. Nie wyszło. Poszedłem sam. Poszedłem, żeby zrobić zdjęcia tych wszystkich pługów spychających śnieg z torów, pociągów naprawczych, elektrycznych drezyn, sypialnych i kuszetek z napisami po francusku, odstawionych na bocznicę. Poszedłem zobaczyć potęgę kolei.

SONY DSC

Ta bocznica, gdzieś między Antoniukiem a Białostoczkiem, leży przy nasypie, którym jeszcze jeżdżą pociągi do Sokółki, do Grodna, do Suwałk i Augustowa. Kiedy mieliśmy 10 lat i spieprzaliśmy z lekcji w Szkole nr 38, szliśmy na te tory wielką łąką. Trawy, osty i pokrzywy raniły nam nogi. Potem szliśmy wężykiem wąską ścieżką między brudną i śmierdzącą rzeką, a ogródkami działkowymi, gdzie wszędzie rósł barszcz Sosnowskiego, ale wtedy nikt nie zwracał na niego uwagi.

SONY DSC

Wspinaliśmy się, wbijając palce w sypki i suchy żwir na ten nasyp, siadaliśmy na skraju mostu, nad tą płytką i brudną jak diabli rzeczką i patrzyliśmy, jak wędkarze łapali w tym zasyfionym cieku robaki na przynętę  Kładliśmy na rozgrzane tory kolejowe kamienie albo monety, jeśli ktoś z nas miał w ogóle jakąś monetę, bo wtedy pieniądze nie były do niczego potrzebne. Potem czekaliśmy niecierpliwie na jakiś osobowy, pospieszny albo towarowy. Nie miało to kompletnie żadnego znaczenia. Kiedy pociąg się zbliżał, przeganiając nas ostrym piskiem syreny ostrzegawczej, uciekaliśmy na skraj skarpy, przykrywaliśmy głowy i z rozkoszą słuchaliśmy dźwięku roztrzaskiwanych przez lokomotywę kamieni latających we wszystkich kierunkach, tuż nad naszymi spalonymi czerwcowym słońcem głowami. Kiedy już pociąg odjechał, szukaliśmy w trawie rozgniecionych monet, z których nie zostawało nic, poza naszą satysfakcją i naszym uwielbieniem dla niewyobrażalnej siły tych wielkich maszyn.

SONY DSC

Więc wtedy byłem taki jak on. Podziwiałem siłę i energię wielkich maszyn i marzyłem, aby kiedyś zasiąść za sterem prawdziwej lokomotywy.

Dzisiaj interesuje mnie już bardziej to, jak to wszystko, więc i kolej, się degraduje, niszczy, rdzewieje i odchodzi w niepamięć. Mogę na to wszystko patrzeć z tego samego miejsca, z jakiego na to patrzyłem 30 lat temu.

Kiedy jeździłem dużo pociągami, najchętniej wystawiałem głowę za okno w te letnie zmierzchy, kiedy pociąg przejeżdżał przez przedmieścia mniejszych i większych miejscowości. To wszystkie te miejsca za garażami, gdzie odbywają się sekretne schadzki młodocianych kochanków, miłośników piwa pitego wprost z puszki albo tych wszystkich, którzy z nudy lubią po prostu patrzeć na przejeżdżające pociągi. Za tymi garażami są zawsze zasyfione i śmierdzące chaszcze z wydeptanymi ścieżkami, otoczonymi milionami opróżnionych butelek, puszek, opakowaniach po papierosach i miejscach po ogniskach.

SONY DSCCzasami warto na to patrzeć z mknącego pociągu, czasami warto na to patrzeć stojąc za tymi garażami.

Nie da się tego opisać, nie da się też złapać zdjęciem tego szczególnego zapachu torów kolejowych, kiedy po gorącym dniu przejeżdża po nim lokomotywa ciągnąca wagony podmiejskie pełne ludzi wracających ze szkoły w Białymstoku do domu w Łapach, odliczających, ile jeszcze dni zostało do wakacji. Jest w tym zapachu kurz, jest pył tych ostrych jak brzytwa kamieni, jest też woń rdzy.

SONY DSC

Rdza jest najważniejszym składnikiem wszystkiego, z czego składa się kolej. Ze rdzy zbudowano lokomotywy, ze rdzy są wagony, tory kolejowe, druty i słupy, na których te druty wiszą. Ze rdzy są przejazdy kolejowe. Ze rdzy są maszyniści i konduktorzy. Ze rdzy są ci zatrudnieni przez rdzawe Polskie Koleje Państwowe pustelnicy przesiadujący w tych małych betonowych budynkach, gdzie w jednym oknie stoi zawsze jedna paproć, która również jest ze rdzy.

Poszedłem zobaczyć potęgę kolei. Wróciłem z rękami całymi we rdzy.

Miałem pójść razem z nim. Nie wyszło. Poszedłem sam.

Najpiękniejszy ogród w mieście

SONY DSC

Taki mój kolega Marcin, co się zawsze myli w sprawach polityki i ideologii, wykazując na tych obszarach radykalną, przerażającą naiwność, na pewno się nie pomylił, nazywając posesję na rogu Kraszewskiego i Sinej na Bojarach „magicznym ogrodem”. Być może po raz pierwszy w życiu, Marcin tym razem się nie pomylił.

Byłem tam dzisiaj.

Jest to w mojej ocenie najpiękniejszy ogród w Białymstoku, choć na pewno wymyka się to miejsce obowiązującym w naszej współczesnej kulturze i estetyce wyobrażeniom o pięknym ogrodzie. Nie uświadczysz tam iglaków, oczek wodnych czy symetrycznie wytyczonych ścieżek wysypanych biało-czarnym grysikiem. Całość, podzielona na dwie części betonową ścieżką wiodącą do murowanego domu, jest chaotyczna, nieuporządkowana, spontaniczna, a jej kształt zależy od aktualnej wizji Gospodyni Magicznego Ogrodu.

SONY DSC

Przechodząc obok płotu, zauważyłem Gospodynię, wyraziłem swoje uznanie dla piękna tego miejsca i już po chwili byłem w środku. Sympatyczna pięćdziesięciolatka w spodniach-dzwonach, hipisowskiej koszuli w kwiaty, okularach i petem w ustach pobieżnie i niedbale wyrywała chwasty i opowiadała o tym, co tam u niej rośnie. A ja robiłem zdjęcia.

Prawdziwy polski ogród – taki jak ten – nie ma wysiewanej, stadionowej, wiecznie zielonej trawy z supermarketu. Rolę trawy pełnią w nim stokrotki, rumianki, mech i spontanicznie rosnącej trawy, której nasiona przyleciały z sąsiedztwa. W takim ogrodzie nie ma iglaków, ale drzewa i krzewy owocowe: antonówki, papierówki, kosztele, renety, żeleźniaki, grusze, agresty, boby… To wszystko jest w Magicznym Ogrodzie na rogu Kraszewskiego i Sinej. Kwiaty i zioła przenikają się wzajemnie, walczą o przestrzeń, a ponad pozostałe wyrastają te najpiękniejsze, zgarniając dla siebie słońce na własność.

SONY DSC

Tak sobie wyobrażam te wszystkie białostockie ogrody, których już nie ma. Pełne pięknego chaosu malw, agrestów, rabarbarów, fiołków, małych poletek kartoflanych, sałat, bobów, pietruszek, kapust, fasoli, buraków, maciejek, komos, bodziszek, chabrów, lilii, maków, piwonii, forsycji, kalin…