Mur

Nieopodal mogiły pierwszej z trzech żon mojego pradziadka, stoi mur oddzielający cmentarz katolików od cmentarza żydów. Ten białostocki kirkut jest jednym z najlepiej zachowanych żydowskich cmentarzy w Polsce. Można wspiąć się na jeden z konarów wyciętych drzew albo na hałdę rzuconych pod ten mur śmieci i popatrzeć sobie na to fatalne miejsce.

Odwiedzając po raz trzeci tej jesieni groby moich pradziadów, cioć, sąsiadów i idoli białostockiej popkultury, nie spotkałem absolutnie nikogo. Nikogo też nie było po drugiej stronie muru, gdzie setki żydowskich macew otoczone są solidnym murem i bramką zamykaną na klucz. Choć na moim cmentarzu nie było nikogo, tam było tego niczego jeszcze mniej.

Niemcy rozwalili nasze miasta i powybijali całe polskie rodziny, ale jeszcze większą szkodę dla narodu polskiego uczynili tym, że powybijali naszych żydowskich sąsiadów. Zostaliśmy sami. Zostaliśmy narodem pozbawionym swojego naturalnego partnera i oponenta. Niemcy pozbawili nas różnorodności. Pozabijali naszych codziennych przeciwników, wzajemnych obiektów żartów, dokazywań, czasami kłótni, a nawet otwartych konfliktów.

To dlatego dzisiaj Polacy nie potrafią się mądrze kłócić – nie mają Żydów. Polskie kłótnie to chocholi taniec, to parodia dyskusji, to żart z debatowania. Żydzi – ci bardziej od nas obrotni, bardziej inteligentni, bardziej dowcipni – stanowili dla nas wyzwanie, a człowiek bez wyzwań porusza się do przodu tak skutecznie, jak człowiek na bieżni w fitness klubie.

Ci niektórzy mieszkańcy Tykocina albo Jedwabnego, którzy patrząc na wyprowadzanych przez hitlerowców z miasta sąsiadów, zapewne się cieszyli uwolnioną powierzchnią mieszkalną, umorzeniem kredytów i zakupów na kreskę. Nie zdawali sobie sprawy, że brak tego odwiecznego sąsiada, za kilkadziesiąt lat odbije się Polsce cuchnącą, głęboką, wydobytą z głębi trzewi, obrzydliwą czkawką.

Panna S.

Jestem tylko kilka miesięcy starszy od Panny S.. Urodziłem się w marcu, a ona urodziła się w sierpniu. Nie rozmawiałem nigdy z rodzicami o roku 1980, ale wyobrażam sobie, co tego upalnego lata działo się w ich głowach. Z jednej strony sierpniowa euforia, nadzieje, że coś się zmieni, z drugiej strony – strach. Bo to łupnięcie rozpoczęte w Gdańsku mogło skończyć się źle.

I skończyło źle – Stanem W., który jest z kolei rówieśnikiem mojej siostry. Generał powił Stana 13-go, a 17-go urodziła się Ania. Siostra urodziła się w ponurych czasach, ja – w czasach radosnych. Dzisiaj ja mam depresję, jestem ponurakiem i zmagam się z alienacją rodzicielską mojego syna, a siostra jest szczęśliwą mamą i żoną z poukładanym życiem. Tak to się przewrotnie ułożyło.

Panna S. odwiedzała nasz dom regularnie. Wiadomo, studenci. Wielogodzinne biesiady, śpiewanie „Murów” Kaczmarskiego w środku nocy, na cały głos, ku wściekłości sąsiadów-milicjantów, przechowywanie jednej z Panien S. – działacza związkowego przerażonego wizją internowania, który strach przed esbecją kompensował kochankami przyprowadzanymi mu w konspiracji do pokoju, który musiałem na ten czas opuścić. 

Moi rodzice nie byli aktywnymi działaczami, pomagali jak mogli tym wszystkim Pannom S., a wiele z tych przyjaźni przetrwało lata. Jedną z ważnych Panien S. był przesympatyczny i przeinteligentny pan Krzysztof, który teraz jest ważnym urzędnikiem w białostockim magistracie. Po otwarciu szaf SB, pan Krzysztof przeczytał teczkę na swój temat i wydał własnym sumptem książeczkę o kolegach, którzy na niego donosili. Podarował jeden egzemplarz mojemu ojcu, z dedykacją: „Heniowi, który zawsze był i będzie moim przyjacielem”.

Chciałem, aby Panna S. była zawsze taką fajną panną. Czasami niefrasobliwą, czasami popełniającą błędy. Zawsze młodzieńczą, szaloną, bezkompromisową i odważną. Uśmiechającą się nawet wtedy, gdy czasy nie sprzyjają uśmiechaniu. Panna S. nie była tego sierpnia 1980 roku związkiem zawodowym. Nie broniła pracowników, bo nie miała ku temu możliwości, ale broniła czegoś znacznie ważniejszego – wartości. Przyjaźni, prawdomówności, lojalności, wspólnoty.

Płaczę nad tym, że S. jest teraz starą, zgryźliwą, agresywną Panią S., która szuka desperacko kogoś, kto zapłaci za jej trwałą ondulację i wykupi recepty na nadciśnienie.

Codziennik 139 – Skąd jestem?

Instynktownie odróżniam rosyjski i białoruski od ukraińskiego. Nie rozumiem żadnego z nich. Odróżniam ukraińską melodię i hardość samogłosek. Czytam o dialekcie lwowskim. Na Wikipedii jest dużo przykładów. Czytam je na głos z uśmiechem. To przedziwne połączenie ukraińskiego, polskiego i niemieckiego. Bez wilneńskiego zaśpiewu, bardziej agresywne. Dźwięki są bardziej ironiczne niż polubowne. Czuję, że urodziłem się z nimi w głowie.

Moja babcia gadała w gwarze ukraińskiej. Mówiła „rychtyg” i „het”. Wszyscy im tam wkładali do głów, że mówią po białorusku i powinni być prawosławni. A babcia i dziadek wbrew temu byli radykalnymi katolikami i mówili w gwarze ukraińskiej, a uważali się za Polaków. A prawosławnymi Białorusinami z należnym szacunkiem pogardzali.

Jakie to ma znaczenie? What difference does it make? Fundamentalną. Ale dopiero w tym momencie życia, kiedy zaczniesz zadawać pytania. Skąd jestem? Kto był przede mną? Kto mnie stworzył? Kto za mną stoi? Kto mi pomoże w potrzebie?

Codziennik 131 – Drzewo genealogiczne

drzewo na urodziny Babci.jpg

Na dziewięćdziesiąte urodziny babci zrobiłem, przy pomocy moich krewnych, drzewo genealogiczne jej i jej męża. Ze zdumieniem odkryłem, że ich potomkowie i ich małżonkowie to ponad pół setki ludzi!

Na urodzinach Anny wręczyli jej to drzewo prawnuczkowie. Wzruszyła się. Miniaturka drzewa – powyżej.

Dzisiaj postanowiłem, że znowu usiądę do My Hernitage i uzupełnię to drzewo dla babci innymi członkami mojej rodziny. Jest to zajęcie fenomenalne i wciągające! Do tej chwili udało mi się wpisać do rekordów 150 osób! Oczywiście nie o wszystkich mam pełne dane, ale wiem już, o co będę pytał krewnych na rodzinnych imprezach.

Pracę ułatwia poszukiwanie przez ten program połączeń z innymi drzewami, przez co wiele gałęzi rośnie bez niczyjego udziału.

Bardzo późno zacząłem się interesować tymi sprawami. Muniek Staszczyk przyznał, że on też miał to w dupie gdzieś do czterdziestki. Od tego wieku człowiek zaczyna się przygotowywać powoli do śmierci. Stąd pytania: „skąd pochodzę?”, „kim byli moi przodkowie?”, „kto po mnie pozostanie?”.

Ale robię to też, choć szykuje się żmudna i długotrwała praca, dla Oli, mojego Syna i wszystkich dzieciaków, które kiedyś zapragną może tego samego, co ja teraz.

Dzisiaj dowiedziałem się, na przykład, że moim dalekim krewnym był niejaki Jakub Vogel, urodzony we Lwowie w 1876. W wieku 43 lat Jakub poślubił 10 lat młodszą Katarzynę, z którą mieli pięcioro dzieci: Józefę Maria Vogel (po ślubie Fegel), Janinę Vogel (po ślubie Wieczorek) – krewną mojej babci Anny Oryszczyszyn (z domu Linkiewicz), Wilhelma Vogla, Joachima Vogla i Karola, też Vogla.

Czy to nie fascynujące?

Kamienica Rejzli Wajnrach

img1575113168365 (1).jpg

Dzisiaj Aleje Józefa Piłsudskiego 20B, lecz dawniej – Częstochowska 11. Kamienica budowana w latach 1913-14, z typowej dla białostockiej architektury przedwojennej, żółto-czerwonej cegły, przez Rejzlę Wajnrach, córkę Szebszela Rabinerzona, właściciela fabryki tytoniu.

Patrzę na ten piękny, dwukondygnacyjny budynek każdego dnia, kiedy wstaję, parzę kawę i przygotowuję śniadanie. Od dwudziestu lat nikt tam już nie mieszka, poza kotami i szczurami. Jego spadzisty dach upodobały sobie gołębie.

Udało mi się raz tam zakraść, mimo, że wszystkie okna i drzwi są szczelnie zabite deskami. Nie pytajcie, jak to zrobiłem. Wchodziłem po wielkich, skrzypiących, drewnianych schodach, podziwiałem ogromne pokoje, w których stoją sypiące się kaflowe piece. Między walającymi się gazetkami porno z lat 90-tych, biegały rozentuzjazmowane obecnością człowieka koty i szczury.

Śmierdziało moczem i historią.

Po zakończeniu budowy w 1914 roku Rejzla Wajnrach wynajmowała pomieszczenia tej kamienicy różnym ludziom. Mieszkała tu między innymi właścicielka sklepu z papierem przy Lipowej 32 Zofia Hurwicz. Zamieszkiwał tu też posiadacz tartaku Izrael Kaczalski, a potem również nauczyciel talmudu Wolf Goldsztejn. Srul Rizer sprzedawał na parterze artykuły chirurgiczne. W latach 30. przyjmowała tu pacjentów słynąca z delikatności dentystka Małka Ginzburg.

Właściciele i mieszkańcy kamienicy przy Częstochowskiej nie przeżyli wojny. W tym miejscu było żydowskie getto, jedno z największych w Polsce.  Po wojnie budynek najpierw przejęło wojsko, a potem go skomunalizowano. Ostatni mieszkańcy wyprowadzili się stąd pod koniec lat 90-tych.

Ilekroć patrzę na ten piękny budynek z okna, staram sobie wyobrazić życie dawnych mieszkańców tego miejsca. Tak niewiele o nich wiem! Jakimi byli ludźmi? Czy żyli ze sobą dobrze? Czy spotykali się na podwórku, na ławkach, i rozmawiali, tak jak robią teraz mieszkańcy mojego bloku? Nigdy znajdę odpowiedzi na te pytania.

Kamienica jest na sprzedaż, ale nikt nie chce jej kupić. Mam nadzieję, że tak pozostanie jak najdłużej.

Korzystałem z tekstu znakomitego znawcy historii białostockich ulic, Wiesława Wróbla.