Suszenie dzikiej róży metodą profesora Mrożewskiego

DSC04275.jpg

Jako chłopaka wychowanego w mieście i dojrzewającego w mieście w latach dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, dzika róża kojarzyła się mi się zawsze z Kylie Minogue, która łkała w rękawy marynarki Nicka Cave’a, że wszyscy nazywają ją nie wiadomo dlaczego Dzika Róża, podczas gdy w rzeczywistości ona nazywa się przecież Elisa Day.

Nick Cave opowiadał po latach, że przez sześć lat miał obsesję na punkcie Kylie Minogue i przez cały ten czas próbował bezskutecznie napisać piosenkę specjalnie dla niej. W końcu wymyślił piosenkę – rozmowę między seryjnym zabójcą i jego ofiarą. Wysłał do Kylie prototyp tego utworu, gdzie partie kobiece śpiewa niejaki Brixa Bargeld. Kylie odpowiedziała natychmiast i oto powstała najpiękniejsza piosenka o dzikiej róży – dialog mordowanej, niewinnej dziewczyny oczarowanej szorstkością i okrucieństwem okrutnego mężczyzny, dialog pełen mrocznej fascynacji śmiercią, ale też pełen miłości. Mroczny Nick Cave i hollywoodzka Kylie Minogue tworzą kontrast doskonały.

Wino z dzikiej róży nazbieranej niedawno w Narwi już sobie pięknie pracuje, a z rurki fermentacyjnej wydobywa się żywe bulgotanie i przepiękny, słodki zapach. Z przebierania owoców zostało mi dużo listków, łodyżek, ogonków i mniejszych owoców i pomyślałem, że szkoda mi będzie wyrzucić części tak szlachetnej rośliny. Przecież już w starotestamentowej Księdze Mądrości czytamy „uwijmy sobie wieniec z róż, zanim zwiędną” (Mdr 2,8). W Starym Testamencie jest niewiele mądrych rzeczy, ale akurat ten ktoś, kto to zdanie napisał, miał rację. Szkoda nie skorzystać z tej pięknej i szlachetnej rośliny i zebrać jej owoce. Najlepiej tuż po pierwszych przymrozkach, gdy zmrożona woda rozbije owoce od środka i uwolni pełnię ich dobroci, ale też nie za późno, bo mrożenie, podobni jak przegrzanie, zabiera nam sporo korzyści z owoców.

Dawni Słowianie dobrze znali dziką różę. Nazywano ją niegdyś „szypszucha”, a w Małopolsce mówią o niej po prostu głóg. Z tych trzech nazw najbardziej podoba mi się starosłowiańska „szypszucha”. Rośnie najczęściej przy drogach i nie potrzebuje wiele do tego, aby kwitnąć i dawać owoce. Z dzieciństwa pamiętam gęste krzaki dzikiej róży w Poddębiu, gdzie spędzałem całe wakacje na obozach harcerskich. Za obozową kuchnią było miejsce, gdzie kucharki wylewały resztki zup i sosów, pomyje i resztki jedzenia. W tych krzakach robiliśmy sobie kryjówki. Do dzisiaj pamiętam zapach tych krzaków dzikiej róży, tak intensywny późnym latem, kiedy czerwone owoce już dojrzewały.

Postanowiłem, że nie będę wyrzucał resztek z surowca na wino, tylko je ususzę na sympatyczną jesienno-zimową herbatkę. Krzaki, z których zbierałem owoce, nie rosły przy uczęszczanej drodze, więc zrezygnowałem z mycia.

Największym wyzwaniem przy suszeniu owoców jest zatrzymanie w nich jak największej ilości witamin. To, co w dzikiej róży najważniejsze – witamina C – ucieka w temperaturach powyżej 90 stopni. Z drugiej strony, aby suszenie owoców zakończyło się sukcesem, trzeba z nich jakoś wyciągnąć jak najwięcej wody. Jak to zrobić? Najpierw cofnijmy się kilkadziesiąt lat wstecz.

Niedobór wartościowego pożywienia w czasie wojny oznaczał między innymi epidemię chorób związanych z niedoborem kwasu askorbinowego, nazywanego potocznie „witaminą C”. To, na przykład szkorbut – choroba marynarzy. Człowiek jest zwierzęciem, który na drodze ewolucji stracił umiejętność samodzielnej produkcji przez organizm tej substancji, niezbędnej między innymi do wzrostu i regeneracji kości.

Po wojnie władze PRL przypomniały sobie o dzikiej róży, bo gospodarka wiecznego niedoboru ciężko radziła sobie z dostarczaniem obywatelom cytrusów i problem niedoboru kwasu askorbinowego wrócił. Jak mówi anegdota, Władysław Gomułka długo sprzeciwiał się twardo importowi cytryny twierdząc, że tyle samo witaminy C ma kiszona kapusta. Podobno zmienił zdanie po tym, jak małżonka podała mu herbatę z cukrem i kiszoną kapustą.

Z pomocą przyszedł w końcu profesor Stefan Mrożewski Zakładu Technologii Owoców i Warzyw ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Okazało się, że rosnąca pospolicie w Polsce dzika róża ma 30-razy więcej witaminy C, niż cytryna! Problem w tym, że witamina ta wytrąca się pod wpływem niskich i wysokich temperatur.

Profesor Mrożewski opracował metodę suszenia dzikiej róży w piekarniku, która może wręcz zwiększyć ilość witaminy C w owocach poddawanych temu procesowi. Polega ona na wstępnym, bardzo krótkim, poddaniu owoców temperaturze pomad 90 stopni Celsjusza. Dzięki temu natychmiastowej eksterminacji ulegają enzymy rozkładające witaminę C. Następnie należy stopniowo, co około 10 minut, zmniejszać temperaturę o 10 stopni, aż do całkowitego ostudzenia. Owoce róży suszone tą metodę mają w 100 gramach ponad 2400 do ok. 4000 mg witaminy C. Gdy je suszono metodą tradycyjną, tj zaczynając od 50 stopni C a kończąc na 90 stopniach, zawierały zaledwie 300 mg witaminy.

W moim przypadku suszyłem zarówno niewydrylowanie owoce, jak i gałązki oraz liście. Nie wiem, ile witaminy zachowało się w mojej róży, ale wychodzi z tego znakomity, rozgrzewający napar pachnący trochę miodem i bardzo mocno latem, przypominający mi harcerskie czasy w obozie nad morzem.

Reklamy

Wietnamski cwaniak, czyli o salcesonie

DSC03973.jpg

Słowo „salceson” pochodzi od włoskiego „salsiccione” albo francuskiego „saucisson” i oznacza po prostu kiełbasę. No, ale – przepraszam – salceson to nie jest zwykła kiełbasa! Prawie każda kuchnia na świecie ma w swoim repertuarze jakąś odmianę gotowanych podrobów ściśniętych w roladę połączonych w całość rozpuszczonym kolagenem z kości i chrząstek. I to nie jest zwykła kiełbasa… 

Do Polski salceson przyjechał z Włoch około XV-XVII wieku i szybko stał się stałym gościem stołów zarówno chłopskich domostw, jak i bogatych dworów. Przygotowywano go najczęściej od razu po świniobiciu i szybko zjadano, nie tylko dlatego, że długo nie mógł poleżeć, ale przede wszystkim decydowało to, że był on przysmakiem cenionym przez dzieci, młodzież, dorosłych i starców.

Przysmakiem nie tylko polskim. Szkoci na przykład od wieków wkładają posiekane baranie serca, płuca, wątrobę i nerki plus kaszę do jagnięcego żołądka, przyprawiają to ziołami i cebulą, a następnie gotują. Nazywa się to „haggis” i jest to ich odpowiednik naszego salcesonu.  Prawdopodobnie przywieźli ten pomysł Szkotom do Albionu Wikingowie, bo słowo „haggis” w języku staroskandynawskim oznaczało „siekać”.

bigosowaćTu dygresja i ciekawostka zarazem: polska nazwa „bigos” ma podobne pochodzenie. Słownik Doroszewskiego mówi, że „bigosować” znaczyło kiedyś „siekać”, „rąbać”, „ćwiartować”. Chodziło oczywiście o to, co wyczyniali polscy żołnierze z nieprzyjacielem. Dawny „bigos” oznaczał pierwotnie po prostu posiekane na drobno, smażone i duszone mięso z przyprawami. Posiekaną na drobno kapustę zaczęto do bigosu dodawać później, bo okazało się, że dzięki niej można zrobić więcej jedzenia, bez wielkich strat na smaku. W ten sposób bigos, z dania mięsnego stał się daniem kapuścianym, z gościnnym udziałem mięsa lub w ogóle bez jego obecności.

Wróćmy do naszego bohatera. W salcesonie wspaniałe jest to, może znaleźć się w nim w zasadzie wszystko. Zazwyczaj rezygnuje się jedynie z mózgu i oczu, pewnie dlatego, że ich wodna konsystencja mogłaby skomplikować wiązanie się kiełbasy w całość. Nie ma poza tym bodaj żadnej innej części zwierzęcia, która nie mogłaby stać się dumną częścią salcesonu, w zależności od upodobań i lokalnych zakazów religijnych. Najczęściej są to oczywiście „podroby”, czyli – powiedzmy szczerze – szybko psujące się odpady po zabitym zwierzęciu, z którymi nie da się zrobić nic bardziej rozsądnego od salcesonu.

Amerykanie i pozostali anglojęzyczni (poza Szkotami) różne odmiany salcesonu nazywają „head cheese”, czyli w dosłownym tłumaczeniu „ser z głowy”. Może dlatego, że może znaleźć się w nim wszystko, co przyjdzie autorowi salcesonu na myśl w jego kulinarnych fantazjowaniach? Chyba bardziej prawdopodobna jest wersja według której head cheese („ser z głowy”, salceson) opiera się na idei, by z samej głowy zabitej świni wykorzystać ile się tylko da i zrobić z tego kiełbasę. Dlaczego „ser”? Bo tężenie salcesonu odbywa się w podobny sposób, jak tradycyjny wyrób sera, przy wykorzystaniu magicznej siły grawitacji (ale o tym za moment).

Klasyczny polski salceson robi się oczywiście z tego wszystkiego, co zostało po świni w dniu jej pożegnania ze światem, a co nie zakwalifikowało się do pierwszej drużyny składu z tłuszczem i mięśniami w roli kapitanów. Salceson to jakby rezerwy w tym towarzystwie. A tym, co stanowi o sile rezerw, nie jest jakość i umiejętności zawodników, ale zgranie, drużyna, jak mawia trener Strejlau – „kolektyw”. 

W salcesonie powinny się znaleźć sprężyste, chude, krwistobrązowe mięśnie języka i serca. Dobrze wygotowane uszy są niezastąpionym źródłem kolagenu, a pokrojone w cienkie, trzymilimetrowe paski, pięknie wkomponowują się swoją twardą fakturą w pozostałe mięsne składniki. No i wreszcie świńska głowa, która nigdy nie mieści mi się do największego nawet gara i muszę ją rozłupywać siekierą. Trzymaną przez godzinę we wrzątku, a potem opłukaną w lodowatej wodzie głowiznę najłatwiej ściąga się z kości palcami. To różne skrawki ryjka, policzków, grdyki, szyi i czoła – esencja salcesonu! Do salcesonu można też oczywiście dodać posiekaną drobno, wygotowaną i oczyszczoną z włosia skórę, która jest kolejnym składnikiem urozmaicającym nasze wrażenia smakowe. No i oczywiście krew dodająca tym razem urozmaiceń kolorystyczne Tym, co decyduje o wyjątkowości salcesonu jest właśnie ta różnorodność i rozmaitość struktur i faktur przemieszanego mięsa rozmaitej proweniencji i innych ziół, przypraw i dodatków w kolagenowej galarecie.

Mój autorski salceson nazywa się „wietnamski cwaniak”. Robię go 2-3 razy do roku, za każdym razem trochę modyfikując pierwotna wersję znalezioną dawno temu na tym blogu. Znalazłem tam przepis na salceson po wietnamsku z pięknym wstępem wyrażającym wszystkie moje przeczucia co do powodów cudowności tego wyrobu. Na Dalekim Wschodzie uwielbia się rozmaitość konsystencji potraw i nie marnuje żadnej części zabitego zwierzęcia. Obie te cechy wschodniej kuchni budzą we mnie najwyższy szacunek.

Dlaczego „cwaniak”? Bo tak przyjęło się nazywać salceson w PRL-u. Na niektórych etapach spektakularnego rozwoju i kolejnych sukcesów Polski Ludowej salceson był jedynym produktem mięsnym na sklepowych półkach. Jednocześnie Polska oddawała za bezcen mięso naszego bydła sojusznikom ze Związku Radzieckiego. Mówiło się o nich wtedy „oni nas kochają zażarcie, a my ich zawzięcie”. I choć ówczesne szacunki Solidarności o masowych transportach mięsa z Polski na Wschód okazały się potem przesadzone, to może dziwić fakt, że mimo pracujących pełną parą PGR-ów i milionów obór w gospodarstwach indywidualnych, limit ilości mięsa reglamentowanych w tzw. „kartkach”, wynosił wówczas 2 kg na głowę. Łatwo policzyć, że dziennie na jedną osobę przypadały… 64 gramy mięsa do kupienia w sklepie.

W sklepach, w których często jedynym wyrobem mięsnym był wtedy tylko salceson. Marnej wówczas jakości, co stworzyło stereotyp wyrobu „śmieciowego”, o niskiej wartości i jakości. Przeciętny obywatel PRL-u, w pierwszej połowie lat 80-tych, mógł sobie pozwolić na około 3 (słownie: trzy) plasterki salcesonu dziennie. I to by było na tyle, jeśli chodzi o mięso w tych strasznych czasach.

Do problemów z zaopatrzeniem podchodziło się wtedy z dystansem i humorem, bo prawie każdy miał jakąś rodzinę na wsi, która uzupełniała przejściowe problemy z dostawą mięsa do sklepów. Z takich właśnie drwin z władz komunistycznych wzięło się nazywanie salcesonu „cwaniakiem” albo „szynką z przeszkodami”. 

„- Dlaczego salceson to cwaniak?
– Bo się nie dał wywieźć do Ruskich”

Taki żarcik krążył w wielogodzinnych kolejkach w Samach w całym kraju. O równie powszechnej i zajadanej do znudzenia – z braku czegokolwiek innego – pasztetowej mówiło się „szpachlówka”, a o kaszance „żużel”.

Moja wersja salcesonu nazywa się „wietnamski cwaniak”, bo jest w gruncie rzeczy oszczędną, wysokopodrobową, peerelowską wariacją na temat salcesonu wietnamskiego.

SONY DSC

Przepis na wietnamskiego cwaniaka.

  • pół świńskiej głowy
  • dwa świńskie języki
  • dwoje świńskich uszu
  • kilka listków laurowych, kilka ziaren ziela angielskiego, kawałek kory cynamonowej, kawałek imbiru, gwiazdka anyżu, kilka goździków
  • 3 łyżeczki sosu rybnego (ewentualnie grzybowego albo sojowego)
  • 2-3 zwykłe cebule
  • 4 ząbki czosnku
  • 2 łyżeczki przyprawy „Pięć Smaków”
  • 1 łyżeczka cukru
  • 3 łyżeczki grubo mielonego pieprzu
  • opakowanie najtańszych suszonych azjatyckich, ciemnych grzybów
  • olej sezamowy (ewentualnie zwykły słonecznikowy albo rzepakowy)
  • sól

Języki wkładam do dużego garnka. Zalewam je wodą i wrzucam wszystkie przyprawy poza solą, pieprzem i przyprawą „Pięć Smaków”. Po około godzinie dorzucam do jęzorów głowę oraz uszy i gotuję wszystko kolejną godzinę. W tym czasie wszystko powinno być miękkie. Najważniejsze, by uszy dały się cienko kroić, ale nie rozgotowały. Następnie wsadzam całe to mięso pod zimną wodę i studzę.

Uszy kroję na jak najcieńsze paseczki. Pozostałe mięso siekam jak popadnie. Biorę woka (jak nie macie, to weźcie jak największą patelnię albo rondel) i na rozgrzanej odrobinie oleju podsmażam cebulę i czosnek do przezroczystości. Następnie wrzucam pokrojone mięso i grzybki, które wcześniej moczę we wrzątku przez około 10 minut i kroję w paseczki. Dodaje do tego wszystkiego sos rybny, cukier, przyprawę „Pięć Smaków” rozpuszczoną w pół szklanki wody, pieprz zmielony w moździerzu i sól do smaku. Wszystko to trzeba przez cały czas mieszać, aż uszy i głowizna zaczną oddawać kolagen. Poznasz to po tym, że mięso zacznie się błyszczeć i robić kleiste. Powinno to trwać nie dłużej niż 10-15 minut od momentu wrzucenia do woka.

Aby mój salceson miał piękny, okrągły kształt i zwartą formę, biorę wysoki, cylindryczny plastikowy pojemnik (taki jak do makaronu) i wkładam do niego foliową torebkę. Do środka upycham mięsną, kleistą, błyszczącą i pachnącą jak ósmy cud świata salcesonową masę. Ważne, aby wypełniła dokładnie każdy zakamarek. Mocno wciskam tyle surowca, ile się da, upychając go jakąś szklanką albo dnem słoika. Przykrywam wszystko wierzchem foliowej torebki, a na górze kładę coś ciężkiego dla obciążenia. Taki pojemnik wystawiam na noc na balkon albo do lodówki. Rano salceson powinien być zwarty i gotowy do konsumpcji.

Taki salceson Wietnamczycy jedzą z okazji Nowego Roku, jako zakąskę do wódki. Moim osobistym zdaniem, wietnamski cwaniak najlepiej sprawdza się na chlebie wiejskim z Kraski posmarowanym masłem roślinnym, a na górze lekko muśnięty musztardą kaszubską „Ostri Mozdrech Kaszebsczi” z Dagomy – mojej aktualnej faworytki jeśli chodzi o zagadnienie musztard dostępnych w polskich asortymentach.

Smacznego.

SONY DSC

Najstarszy szewc w moim mieście ma 96 lat

20180927_100730.jpg

Byłem dzisiaj u szewca.

– Dzień dobry panu, przyniosłem buty mojej mamy. Wymieni pan fleki?
– A owszem, kierowniku, a owszem, piętnaście złotych przy odbiorze będzie się należało – mówi, siedząc na starym krzesełku, z igłą szewską i jakimś pantoflem w rękach.
– Myślałem, że już Pan dawno nie pracuje. Z dziesięć lat temu u pana ostatnio byłem.
– A pracuje się, pracuje, kierowniku. Ludzie buty przynoszą, kierowniku. Się pracuje. – spuszcza wzrok.
– To pana świadectwo zawodowe? – pytam, pokazując wielki, przedwojenny dyplom oprawiony w ramę na ścianie, nad wielką szafą pełną starych butów.
– A moje, kierowniku.
– To ile lat pan już robi w zawodzie?
– To już z osiemdziesiąt będzie, kierowniku. W rok przed wojną zacząłem…
– Wypisze mi pan jakiś papier na te buty?
– A po co, kierowniku? Osiemdziesiąt lat jednego sznurowadła nie zgubiłem.

Pan Tadeusz Trypuz urodził się w roku 1922 w Kruszewie. Swój zakład prowadzi od lat 90-tych w pawilonie przy ulicy Bema 11 w Białymstoku, jedynym takim miejscu w całym Białymstoku, przechowalni umierających zawodów: szewców, kaletników, krawcowych, zegarmistrzów i gorseciarek.

Jak by nie liczyć, pan Tadeusz ma już tylko cztery lata do setki i nadal pracuje. Podupadł od naszego poprzedniego spotkania. Skurczył się, zmarniał. Słabo widzi i słyszy, ale dzielnie pracuje. Próbował napisać ołówkiem moje nazwisko na podeszwie buta do oflekowania, ale odwiodłem go od tego pomysłu.

– Proszę nie podpisywać, przecież osiemdziesiąt lat niczego pan nie zgubił.
– No tak, kierowniku, no tak.

Mimo pięknych lat i nieuniknionych z racji wieku ułomności, pan Tadeusz Trypuz jest solidnym fachowcem, a o tych coraz trudniej. Kilka razy robił mi buty i zawsze byłem zadowolony. Dlatego, jeśli będziecie chcieli poczuć zapach setek porozrzucanych w chaosie skórzanych butów z ośmiu dekad, piękne maszyny Singera, a przede wszystkim tego wspaniałego, skromnego człowieka (i chcieli dać mu zarobić parę groszy), koniecznie odwiedźcie ten zakład, póki nie jest za późno. Bema 11 lokal 33, Białystok.

20180927_101038

Marcowe migdały

„Marcowe migdały” to dla mnie najpiękniej opowiedziana historia marca 1968 r. Dzisiaj mija pięćdziesiąt lat od słynnej manifestacji na dziedzińcu UW z Bugajem, Królem, Staniszkis, Toruńczyk i zomowcami w rolach głównych. Jednak Piwowarski pokazał Marzec z ciekawszej strony.

Nikt z polskich reżyserów nie potrafił tak pięknie pokazać polskiej prowincji, jak Radosław Piwowarski. „Yesterday”, „Pociąg do Hollywood” i „Marcowe Migdały” to dla mnie trzy bardzo ważne filmy o dojrzewaniu, które poznałem, gdy miałem kilkanaście lat, które są dla mnie do dzisiaj bardzo ważne i które za każdym razem wzruszają.

W „Marcowych migdałach” ideologia i antysemityzm są jakby obok bohaterów, którzy wiodą normalne życie licealistów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Prywatki, tanie wina, pierwsze pocałunki, szkolne akademie, mokre sny o nauczycielce polskiego, szczęśliwe i nieszczęśliwe miłości

W szczęśliwe życie w ponurej, smutnej rzeczywistości jakiegoś miasteczka przy czechosłowackiej granicy polityka wkracza z siłą buldożera i niszczy wszystko to, co ważne w życiu osiemnastolatka.

Twój najlepszy przyjaciel okazuje się być „Żydem”, ale ani twój przyjaciel „Żyd”, ani ty nie macie pojęcia, o co w tym żydostwie chodzi. I nagle okazuje się, że twój najbliższy przyjaciel jest zdrajcą, a jego ojciec – złodziejem, który musi stracić dyrektorskie stanowisko. Twój przyjaciel musi w ciągu kilku dni wyjechać z kraju, więc daje ci na pamiątkę wszystkie swoje płyty Beatlesów. Ty robisz pożegnalną prywatkę, ale przez cały czas nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi.

O tym, jak nie znalazłem Wierszalina

SONY DSC

Stolica nie musi być największa. Stolica musi być spektakularna. Warszawa to miasto wielkie powierzchnią i liczbą ludności, ale małe duchem i pod żadnym względem niespektakularne.

Dla mnie osobiście, stolicą Polski mogłyby być Krynki.

Mogłyby dlatego, że są spektakularne. Spróbujcie wjechać do Krynek od dowolnej strony. Czy to od Supraśla, czy od Jurowlan, czy też jadąc z Grodna albo z Kruszynian, a także piaszczystym leśnym traktem z Gródka przez katolicką dzielnicę, obok kościoła i cmentarza.

Z którejkolwiek strony nie wjeżdżalibyście do Krynek, powita Was zapierający dech w piersi skyline miasta. Szeroka perspektywa, w której znajdą się mniejsze i większe domy, kościoły, cerkwie, istniejące i nieistniejące synagogi. Jadąc do Krynek z Supraśla zobaczycie po prawej zabudowania dawnej dzielnicy fabrycznej, gdzie kiedyś dziesiątki garbarni uczyniły to miasto europejskim potentatem w branży. Jeszcze bliżej zobaczycie pozostałości zespołu pałacowego, po którym pozostał już tylko park i kilka cegieł. W tle, za nim, pozostawiony nieco na uboczu – neogotycki kościół katolicki i cmentarz. W samym centrum widać cerkiew i zieloną plamę największego rynku w tej części Europy. Na wzgórzu, jeszcze przed granicą, jest wzgórze z żydowskim cmentarzem, za którym jest prawosławny cmentarz. A już skrajnie po lewej – krynieńskie blokowisko przy drodze na Jurowlany.

SONY DSC

Kiedy się wjeżdża do Krynek, panorama tego miasta daje wyobrażenie, że oto wjeżdżamy do miasta z wielowiekową tradycją. Żadne tam Marki czy inne, zdychające od smogu i dymu Piaseczna, przez które przejeżdża się jak sardynka w wielokilometrowych korkach. Krynki witają przyjezdnych z daleka piękną, szeroką i dumną panoramą. To wielkie miasto. I z każdej strony wygląda ono spektakularnie.

Jak się jest w Krynkach i ma się trochę czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę czasu, koniecznie trzeba napełnić butelki wodą mineralną, która tutaj płynie z ogólnie dostępnego ujęcia, a także zjeść kawałek kiszki w gospodzie „Pod Modrzewiem”, położonej przy trzecim z jedenastu zjazdów z monumentalnego krynieckiego ronda. A jak się ma trochę więcej czasu, a w Krynkach zawsze ma się trochę więcej czasu, trzeba pojechać do Wierszalina.

Od kiedy przyjechałem tu którejś zimy, podążając za Polonezem takiego jednego popieprzonego pozytywnie doktora, zawsze wracałem do Wierszalina na wyczucie. Na żadnej nawigacji nie ma ani Wierszalina, ani Kolonii Leszczany, ponoć oficjalnej nazwy tego miejsca. Teraz, kiedy siedzę przed ekranem, oczywiście znalazłem tę małą plamkę wśród lasów, ale dzisiaj krążyłem po tych lasach i za nic nie mogłem znaleźć tej leśniczówki przy drodze na Leszczany, gdzie trzeba skręcić i dalej jechać kawałek przez las, by po lewej stronie znaleźć tę polanę. Stoi tam jeden dom i stodoła. W tym domu miał ponoć miejszkać Ilija ze swoimi dwudziestoma kochankami, a na tej stodole miał być ponoć powieszony na krzyżu, aby ponowne przyjście Mejsasza stało się ciałem. Nie stało, bo prorok, usłyszawszy, że jego wyznawcy chcą go przybić do krzyża, najpierw schował się w ziemiance na kartofle, a potem uciekł do Związku Sowieckiego, pozostawiając tysiące swoich wyznawców w oczekiwaniu na ponowne przyjście

Bo wcześniej Ilia był zwykłym chłopem, który zdobył uznanie lokalnej społeczności tym, że zatłukł drewnianym kołkiem okolicznego bandytę szerzącego strach wśród ludzi. Postanowił, że wykorzysta moment sławy i ogłosił się Mesjaszem. Umożliwiło mu to sławę sięgającą miejscowości odległych nawet o sto kilometrów, co w czasach bez, radia i telewizji oznaczało fejm spektakularny. Były lata 30-te XX wieku. Ilja głosił, że koniec świata się zbliża nieubłaganie, a w tym miejscu, którego wczoraj po raz pierwszy nie znalazłem, będzie nowa stolica świata – Wierszalin. Kazał oddawać ludziom pieniądze na budowę świątyni, a co ładniejszym kobietom nakazał mieszkać w swoim domu.

– Te jego kobiety mają niebieskie wstążki – powiedziała stara kobieta sprzątająca grób na cmentarzu w środku lasu, gdzie Ilja zbudował cerkiew dla swojego kościoła – a ten Bazyl, co tutaj leży, tak pięknie śpiewał, mama mi opowiadała.

Rzeczywiście, kilka nagrobków na cmentarzu w lesie opodal Grzybowszczyzny ma niebieskie wstążki. To kobiety, które w latach 30-tych XX wieku miały 20-25 lat. Cmentarz jest zadbany, trawa przystrzyżona, a zbudowana przez Eljasza cerkiew służy teraz prawosławnym, choć skonfliktowany z kościołem ortodoksyjnym prorok przekazał ją w złośliwości katolikom.

SONY DSC

To wszystko, o czym piszę i gdzie wczoraj byłem, odbywało się w wielkim lesie, otulającym Krynki od południa i zachodu. Nie ma tam asfaltowych ani brukowanych dróg. Jeździ się po piasku, błocie albo śniegu. Patrząc nań z góry widać wielkie plamy zieloności, w których gdzieniegdzie chowają się ludzkie osady, w których żyją ludzie utrzymujący się ze zbierania runa leśnego.

W Grzybowszczyźnie mieszkają jeszcze wnuczki tych kobiet, które mieszkały z Ilją. Niewykluczone, że któreś z nich to również jego wnuczki. Wyznają potajemnie kult swojego dziadka, a podczas nabożeństw stoją w ostatnim rzędzie, bo kult Ilji został oficjalnie potępiony.

Latem do domu Ilji przyjeżdżają młode kobiety z Warszawy. Miejscowi chłopi, mówiąc żonom, że idą na grzyby, podchodzą pod tę polanę i z krzaków podglądają, jak dziewczęta ze stolicy biegają nago po  łące, która miała być centrum świata.

 

Rodzinny obiad, czyli pieczone kacze nogi z kiszoną gruszką i ziemniakami z piekarnika, ale przedtem rosół z prawdziwej kury

Jeśli którykolwiek z filistersko-mieszczańskich obyczajów wzbudza we mnie tęsknotę, to jest nim rodzinny obiad.

Kiedy byłem jeszcze dzieckiem, rodzinną tradycją były niedzielne obiady u rodziców mojego ojca na Antoniuku. To nie było duże mieszkanie, ale jakoś się mieściliśmy. W największym, przechodnim pokoju, między kuchnią a sypialnią, dziadek rozstawiał duży stół, a babcia kładła obrus i stawiała niedzielną zastawę, z której największe wrażenie robiła zawsze na mnie porcelanowa waza z gorącym rosołem. W dni powszednie babcia gotowała zupy, a w niedzielę nie było zupy – w niedzielę był rosół. Bo rosół to nie zupa. Rosół to rosół.

image.png

Rodzinny obiad to nie tylko jedzenie. Jedzenie w trakcie tych obiadów jest tylko pretekstem, by się co siedem dni spotkać i porozmawiać. Kiedyś były takie czasy, że rozmawiano dużo o polityce, bo komuniści ledwo już dyszeli i wszyscy czekali na to, że w końcu coś się zmieni. Mój ojciec czekał na to z entuzjazmem, moi dziadkowie – z obawami, a moja mama wykazywała szlachetną splendid isolation.

Po zjedzeniu drugiego dania rzadko był jakiś deser, a już prawie zawsze była rodzinna kłótnia o politykę. Żadna awantura – raczej rytualna wymiana zdań utwierdzająca każdą osobę w jej poglądach. Czasami na te obiady przychodziła starsza siostra dziadka – ciotka Irka. Wtedy dziadek wyjmował z „baryku” pół litra i wszystkie niesnaski pacyfikowały ukraińskie piosenki śpiewane przez ciotkę Irkę, których nauczył ją mój pradziadek Michał, urodzony pod Lwowem.

Potem, kiedy mieszkałem już tylko z ojcem, tradycja rodzinnych, niedzielnych obiadów jakoś się wykorzeniła. Jedzenie dla dwóch facetów mieszkających pod jednym dachem stało się bardziej czynnością fizjologiczną, niż fajnym, społecznym obyczajem. Nie zmienia to faktu, że mimo niedbalstwa, braku precyzji i dezynwoltury, z jaką mój ojciec Henryk podchodził do gotowania, niektóre rzeczy wychodziły mu świetnie. Przede wszystkim zupy, w których osiągnął poziom mistrzowski. Może właśnie dlatego, że sztuka gotowania zup nie polega na ścisłym trzymaniu się przepisów, ale na twórczej anarchii i improwizacji trzymanej w ryzach przez kilka żelaznych reguł.

Kiedy obiadki u dziadków się skończyły, a podstawę mojej diety stanowiły zupy gotowane przez ojca i przygotowywane naprędce kanapki, aby się zapchać, straciłem też szacunek do rytuału rodzinnych obiadów. Co więcej, straciłem również potrzeby utrzymywania z rodziną kontaktów bliższych niż te wynikające z pewnych wyuczonych obowiązków. Zmieniło się to, gdy umarł nagle mój dziadek (ten, który składał stół i wyjmował z baryku pół litra, żeby ciotka Irka zaśpiewała jakąś dumkę), potem drugi dziadek z Bociek, ojciec i w końcu w momencie, kiedy urodził mi się syn. Zrozumiałem wtedy, że ci wszyscy bliscy mi ludzie odchodzą, a ja tak mało o nich wiem. Pomyślałem, że jak mój syn dorośnie, to nie będę mu w stanie powiedzieć o tych wszystkich osobach, dzięki którym jest na świecie…

W międzyczasie jeździłem regularnie pociągiem albo autem przez kilka lat do dziewczyny mieszkającej w Wielkopolsce. Tam zawsze czekała na mnie nie tylko ona, ale również stół i obiad, który przygotowywała jej mama. Jedliśmy te obiady we trójkę w małej, skromnej kawalerce w bloku, ale wtedy po raz kolejny poczułem atmosferę tych rodzinnych obiadów, które pamiętam z dzieciństwa. Podczas wizyt w Kaliszu, mama mojej ówczesnej dziewczyny nauczyła mnie dwóch rzeczy. Rzeczy, których nie nauczył mnie mój ojciec (nie mam oczywiście do niego żalu za to!). Tego, że precyzja i cierpliwość są czasami w kuchni bardzo ważne, oraz tego, że rodzinny obiad nie może się obyć bez ciasta. Tego pierwszego staram się pilnować, zachowując zdrową równowagę między podlaską spontanicznością mojego taty a aptekarską, wielkopolską drobiazgowością i precyzją pani Zosi.

Ciast jednak nie potrafię piec, tak jak nie potrafią/nie potrafili tego moi rodzice. Nie ustaję w próbach i mam wielki entuzjazm ku robieniu słodkości.

Jak się ma osiemnaście lat, rodzinne obiady są czymś przeraźliwie nudnym i żenującym. Jak się ma tych lat dwa razy więcej, stają się przeraźliwie potrzebne i ważne. Niestety, nie za bardzo mam dla kogo gotować dwudaniowe posiłki. Jednak od czasu do czasu, kiedy przyjeżdża do miasta moja siostra z rodziną, albo tak po prostu z mamą, kiedy czas na to pozwala, przychodzę do niej i gotujemy dwudaniowy obiad, który jest czymś więcej, niż zapełnieniem żołądka treścią pokarmową.

Ostatnio ugotowałem rosół z kury, którą moja mama dostała od kuzynów ze wsi oraz upiekłem w piekarniku kacze nogi z ziemniakami i jabłkami, które podałem z kiszoną gruszką. Wyszło podobno nieźle. W każdym razie zjedliśmy wszystko. Ciasta nie było, nie chciałem popsuć wrażenia z kaczki jakimś zakalcem.

Rosół z kury

Co będzie potrzebne?

  • Żywa kura (najlepsza będzie kura tłusta)
  • 1 średnia cebula
  • 2 marchewki
  • Kawałek selera
  • Kawałek pora
  • Kawałek korzenia pietruszki + natka
  • Kilka ziaren ziela angielskiego
  • 2-3 liście laurowe
  • Pieprz
  • Sól

Kurę zabijam siekierą (jak ktoś nie lubi albo nie potrafi, może poprosić wujka), zanurzam w gorącej wodzie, wyrywam dokładnie pierze. Następnie opalam nad palnikiem gazowym, co wywołuje ogromny smród utrzymujący się w mieszkaniu przez kilka dni. Potem kurę pozbawiam wnętrzności. Jak ktoś nie potrafi, może poprosić babcię. Ja robiłem to tylko raz w życiu, więc jako początkujący nie czuję się upoważniony do dawania rad. Jak zabiję i oprawię z pięć kur – wtedy to co innego.

SONY DSCJest jeszcze możliwość, aby kupić gotową, oprawioną i zamrożoną kurę w sklepie. Rosół nie wyjdzie wtedy jak powinien, ale podejrzewam, że też da się zjeść.

Zabitą i oprawioną kurę wkładam do największego garnka, jaki jest w kuchni i zalewam wodą tak, aby ptactwo nie wystawało ponad powierzchnię. Wrzucam liście laurowe i ziele angielskie. Nie sypię na razie soli ani pieprzu!

Kiedy woda się zagotuje, zbieram łyżką powstały szum. Wrzucam umyte i pokrojone marchewki, seler, por i korzeń pietruszki. Cebulę obieram. Za pomocą widelca lub innego szpikulca opiekam ją w całości nad palnikiem, aż zacznie się przypalać. Taką wrzucam w do wywaru. Wszystko trzymam przykryte na małym ogniu co najmniej dwie, a najlepiej trzy godziny. Potem wyłączam ogień, ostudzam i wyławiam rozgotowane seler, por, pietruszkę i cebulę oraz oczywiście usuwam kurę. Jeśli się rozleciała w trakcie gotowania, może być konieczne odcedzenie. Plasterki marchewki zostawiam. Można też rozdrobnić chude, rozgotowane mięso z kury i wrzucić do rosołu.

Dopiero wtedy sprawdzam smak tak przygotowanego płynu i doprawiam go solą oraz pieprzem. Jeśli garnek był dostatecznie duży, rosołu powinno nie tylko starczyć na rodzinny obiad, ale można resztę poprzelewać do mniejszych pojemników i zamrozić jako bazę do innych zup przygotowywanych wtedy, kiedy dostęp do żywych kur ze wsi będzie utrudniony.

Rosół można podać z makaronem lub bez. Można też posypać go natką pietruszki. Mój ojciec sypał na gorący rosół rozlany do talerzy starty żółty ser, który przyjemnie rozpływał się w tłustym wrzątki, parzył podniebienie, ale świetnie smakował.

Kiszona gruszka

Co będzie potrzebne?

  • 3-4 średnio twarde gruszki
  • Zwitek kory cynamonu
  • 2 gwiazdki anyżu
  • 2 łyżeczki goździków
  • Ew. miód
  • Sól

Biorę duży słój. Ma pomieścić bez uciskania gruszki i mieć w miarę szeroki otwór tak, aby nie uszkodzić ukiszonych owoców przy wyławianiu. Wkładam ostrożnie gruszki do słoika, aby nie naruszyć skórki. Do tego wrzucam anyż, cynamon i goździki. Przygotowuję standardową zalewę do kiszonki – na jeden litr ugotowanej wody daję jedną płaską łyżkę soli (moim zdaniem rodzaj soli nie ma znaczenia, ale niektórzy uważają, że musi być niejodowana). W każdym litrze solanki rozpuszczam też pół łyżki miodu (opcjonalnie). Zalewam gruszki  tak, aby nie wystawały ponad powierzchnię zalewy, nakrywam szmatką i przewiązuję sznurkiem lub gumką recepturką. Zostawiam w słonecznym i ciepłym miejscu na 3-4 dni.

SONY DSC

Największy problem jest z anyżem, który namoczony lubi wypływać na powierzchnię i podobno szybko na tej powierzchni pleśnieje. Trzeba więc zręcznie schować łyżką lub widelcem gwiazdki anyżu pod którąś z gruszek, aby nie wypływały.

Jeśli natomiast gruszki wypływają ponad lustro solankowego jeziora, wtedy wystarczy je obciążyć szklanką, a z góry docisnąć szmatką przewiązaną gumką albo sznurkiem.

Tak ukiszone gruszki są świetnym dodatkiem do wątróbek albo drobiu, takiego jak gęsi, indyki albo kaczki. Tym razem wpadły mi w oko kacze nogi. Postanowiłem je upiec z ziemniaczkami.

Pieczone kacze nogi

Co będzie potrzebne?

  • Cztery kacze nogi
  • Pół kilograma małych ziemniaków
  • Cztery jabłka
  • Główka czosnku
  • Goździki
  • Tymianek
  • Sól
  • Pieprz
  • Smalec

Dzień przed obiadem myję kacze nogi, wycieram ręcznikiem papierowym, wkładam do pojemnika, do którego wlewam trochę oliwy. Wsypuję na wyczucie garść soli i pieprzu oraz tymianek. Ostrym nożem robię w kaczce nakłucia, w które wciskam pokrojone na połówki ząbki czosnku w ilości odpowiadającej sympatii do czosnku. Całość nacieram przyprawami w oliwie, zawijam w folię spożywczą i wkładam na noc do lodówki.

Na godzinę, dwie przed obiadem wyjmuję kacze nogi z lodówki i obsmażam krótko (ok. 10 minut) z obu stron na patelni z rozgrzanym smalcem. Dzięki temu kaczka nie odda tyle wody w piekarniku i będzie soczysta. Rozgrzewam piekarnik do 180 stopni, wkładam kacze nogi do brytfanki i przelewam do niej tłuszcz z patelni. Od tego momentu kaczka będzie potrzebowała około godziny, by stać się smaczna.

W tym czasie obieram ziemniaki i przez 10 minut obgotowuję je w osolonej wodzie z gałęzią kopru. Kiedy widelec już w nie z trudem, ale wchodzi, odcedzam, posypuję pieprzem, ewentualnie słodką papryką i dokładam do ud w brytfance.

Na około 15 minut przed końcem pieczenia, do tego towarzystwa dołączają jabłka, w które wbijam po 2-3 goździki.

SONY DSCMniej więcej w połowie pieczenia można poobracać kaczkę i ziemniaki, a także za pomocą łyżki polać gorącym tłuszczem z dna brytfanki owoce, warzywa i nogi zwierzęcia. Na koniec sprawdzam, czy kaczka łatwo poddaje się krojeniu nożem i czy nie jest krwista w środku. Jedna godzina w piekarniku po obsmażeniu to zazwyczaj idealny czas na to, aby osiągnąć zarówno soczystość, jak i miękkość.

Jeśli rodzina lubi chrupiące skórki kaczki i ziemniaków, na ostatnie 10 minut można włączyć termoobieg, ale wtedy temperatura pieczenia to maksymalnie 150 stopni.

SONY DSCDo tak zrobionych kaczych udek, pieczonych ziemniaków i jabłek świetnie pasuje kiszona gruszka.

Žmogus gali būti laisvas

Zima w Wilnie wygląda zupełnie inaczej. Podobnie jak cała Litwa, a podróż tam jest prawdziwą wyprawą na Wschód. Warto było wstać tym grudniowym świtem, aby to wszystko zobaczyć naprawdę. Lesław z Partii śpiewa o podróży na południe – tam, gdzie nie ma już niczego, jednak prawdziwe wrażenie kontaktu z opróżnionym światem ma się przemierzając zimnym rankiem przepastne i bezludne przestrzenie szerokich szos byłych republik radzieckich.

Więc wyjechaliśmy zimnym grudniowym porankiem i było tak zimno, że w samochodzie zrobiło się naprawdę ciepło dopiero w Augustowie. Robimy zakupy i siku w bardzo fajnym Kauflandzie z asortymentem wprost z niemieckich marketów, choć ja omijam bawarskie bułeczki w drodze po magdalenkową oranżadę „Grecja”.

Przestrzeń między Suwalszczyzną a Białymstokiem już sobie oswoiłem i naprawdę poza domem czuję się po minięciu ostatniego ronda w Augustowie, przejechaniu długiej prostej obok fabryki papierosów i dworca kolejowego i przekroczeniu niestrzeżonego przejazdu kolejowego przy drodze na Sejny. Szczególnie miło jest jechać sosnowym lasem za Przewięzią i potem, za ulubionymi Gibami, aż do granicy w Łoździejach. Minąwszy jezioro Pomorze po prawej, po lewej z nieodległymi Sejnami, bujamy się po pagórkach, mijamy mniejsze i większe, zmarznięte na amen jeziora i jeziorka. Na ostatniej krzyżówce przed granicą, gdzie trzeba zwolnić do pięćdziesięciu i po raz ostatni się zdecydować, czy przypadkiem nie skręcić w lewo i nie zobaczyć sejneńskich synagog, lub też czy jednak nie dać susa w prawo, do Berżnik, dodajemy gazu i jedziemy prosto.

dscf1256Po wejściu do Schengen te wszystkie granice wyglądają smutno. Straż graniczna stojąca tu i ówdzie przypomina nieco stada mrówek, które zdezorientowe rozpierzchły się po okolicach rozgrzebanego przez jakiegoś intruza mrowiska. Pogranicznicy kręcą się tu i ówdzie, jednak sama granica, budki z pootwieranymi szlabanami, symboliczny pas zaoranej ziemi przesłonięty siatką z drutami kolczastymi, strażnice po obu stronach są przerażająco smutne i puste. Nikt cię nie zatrzymuje, kiedy przejeżdżasz przez ten skansen barier, zakazów i kontroli. Nikt cię nie kontroluje, choć wręcz pragniesz, aby jakaś „wyższa instancja” oficjalnie proklamowała przekroczenie przez ciebie tej granicy. Bo jest ona zawsze – czy tego chcemy, czy nie – jakimś punktem zwrotnym, jakąś sytuacją nieodwracalną, jakimś one way ticket. Mam wrażenie, że likwidacją szlabanów granicznych pozbawiliśmy się czegoś istotnego, choć pewnie w ostatecznym bilansie jest lepiej bez nich niż z nimi.

dscf12591Więc Litwa wita nas tym, co zwykle i w tej przewidywalności była jakaś przyjemność. Szerokie, wystawione na wiatr i słońce, asfaltowe drogi, łagodne pagórki, nie pozbawiające podróżującego poczucia samotności w dużej, smutnej, szarej i bezludnej przestrzeni.

Nie dalej niż kilka kilometrów za Olitą przekracza się Niemen. Trzeba było się nad tą piękną rzeką na chwilę zatrzymać, przekraczając kolejną granicę, tym razem nakreśloną nie bezwzględną ręką polityków i wojskowych, ale subtelnym piórem Elizy Orzeszkowej. Rzeka Niemen w tych okolicach jest meandrowata, a po jej tafli pływają kawałki lodu. Kiedy patrzeć na nie z góry, przypominają wielkie płaty pleśni. Zbiegam po wąskiej skarpie i widzę drewniane domostwo stojące praktycznie na poziomie tafli, za jedno-dwumetrowym wałem. Fascynujące, że kilkadziesiąt metrów od ruchliwej autostady, ukryte pod gęstymi drzewami i praktycznie niewidoczne z ogromnego betonowego mostu, znajduje się spokojne, stare i ciche gospodarstwo żyjące w odwiecznej symbiozie z płynącą kilka metrów od okien rzeką. Rzeką, która w rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej niż w nudnych opisach Elizy Nahowskiej z Milkowszczyzny. A przy samym gospodarstwie jest piękny sad z jabłoniami, z których nikt już chyba nie zbiera owoców, skoro na przełomie stycznia i grudnia wiszą, pomarszczone i smutno przypruszone mrozem.

Kilka kilometrów za Trokami wjeżdża się z A16 na A4 i to już jest praktycznie Wilno. Miasto, które z autostrady wygląda jak każde inne duże europejskie miasto. Stacje benzynowe, hipermarkety, magazyny, wjazdy i zjazdy z autostrady, magistrale kolejowe. Znowu wszystko przewidywalne, choć jadąc na Wschód dotarliśmy na Zachód. Do miasta, które nowoczesność połknęła jednym haustem, o czym przekonywałem się podczas poprzednich wizyt. Czy tym razem będzie podobnie?

Na razie dostaliśmy się do centrum, jadąc Geležinio Vilko Gatvė i przed mostem skręcając w Goštauto gatvė. Trzymając się po lewej burcie Wilii, mijamy Plac Katedralny i Muzeum Narodowe, by ulicą Kościuszki dotrzeć pod samą Bazylikę Piotra i Pawła. Koniecznie chciałem tam jeszcze raz pójść. Jednak wtedy szukaliśmy Zarzecza. Więc bazylikę widzimy tylko przez chwilę, skręcamy w Holendernię i już po kilku chwilach krążymy krętą Krivių gatvė (dawna Popowska) w poszukiwaniu Filaretów 17.

dscf14611Przy Filaretów jest sławny na całą Europę hostel, gdzie będziemy mieszkali. Właściwie składa się z trzech budynków, z których każdy mógłby równie dobrze stać na białostockich Bojarach. Pierwszy, najbliższy ulicy, to ogromny drewniany dom z pięknym gankiem. Drugi stoi wzdłuż małego parkingu. Na tyłach działki znajduje się murowany budynek, w którym mieści się biuro hostelu. Tam nas zakwaterowano. Za 15 euro od osoby dostaje się dwuosobowy pokój, bez wygód ale schludny. Natychmiast po wejściu i rzuceniu bagaży na łóżko, po drugiej stronie okna siada na parapecie kot wielkości małej świni i swoimi wielkimi oczami badawczo nam się przypatruje. 

W Wilnie jesteśmy tylko dwie doby. Przyjechaliśmy jeszcze raz poszwędać się po starówce i zobaczyć hucznie zapowiadane uroczystości przywitania Nowego Roku. Na Placu Katedralnym, o północy z 31 grudnia 2008 na 1 stycznia 2009, ma się odbyć spektakularny pokaz typu „światło i dźwięk” widzialny ponoć z kosmosu. Wilno będzie w 2009 roku drugą, obok austriackiego Linzu, Europejską Stolicą Kultury. 

Tymczasem jest jeszcze 30 grudnia i całe przedpołudnie można poświęcić Wilnu. Świetnie, że mieszkamy na Zarzeczu – to wspaniałe miejsce do mieszkania, ciche i przytulne, a jednocześnie położone w samym sąsiedztwie śródmieścia. Ma rację mój internetowy znajomy, porównując Zarzecze do białostockich Bojar.

Przy rozwidleniu Połockiej i Krivių tam, gdzie kiedyś był żydowski targ, a teraz znajduje się niewielki skwerek, warto wejść w jedną z bram. Właśnie gdzieś tam mieści się restauracja Tores. Sama knajpa jest droga, ale każdy może wejść na mieszczący się przy niej taras, skąd rozpościera się piękny widok na wileńską starówkę. Pod nogami wije się Wilejka, a w Parku Bernardyńskim tuż   obok dzieciaki obrzucają się śnieżkami.

Na Zarzeczańskiej spokój jak zwykle. Białoruscy katolicy zdążają na mszę w kościółku św. Bartłomieja, anioł uparcie dmie w róg na placyku u zbiegu Zarzecznej i Młynowej, nie ma już tylko tego hipisa prowadzącego lumpeksa, który podczas pierwszej wizyty w Wilnie siedział znudzony w oknie sklepu i leniwie robił skręta. Gdyby żył osiemdziesiąt lat wcześniej, pewnie odwiedzałby Gałczyńskiego, mieszkającego wtedy przy nieodległej Młynowej. Wystarczyłoby mu przejść parę kroków wzdłuż Wilenki, rzeczki – jak pisał Gałczyński – małej, swarliwej, obok Klasztoru Bernardynek Rzecznych, a bez problemu spotkałby twórcę Teatrzyku Zielona Gęś w jego ulubionej knajpce przy rzece. 

dscf1371Domu Gałczyńskiego na Zarzeczu już nie ma. Stoi za to przez cały czas najsłynniejsza knajpa zarzeczańska przy mostku obok Cerkwi Spasskiej. Jutro przyjdziemy tu wieczorem na grzane wino i kieliszek krupniku. Tymczasem opuszczamy Užupis metalowym mostkiem. Na tych zarzeczańskich mostkach młode pary przyczepiają kłódki ze swoimi inicjałami, mające zapewnić ich związkom trwałość. Są tam imiona litewskie, polskie i rosyjskie. Żartuję, wyobrażając sobie zdesperowane zawiedzione miłości, ludzi po rozwodach, mocujących się z tymi kłódkami, bijących w nie łomami, wyrzucających wreszcie rozbrojone kłódki do spokojnej i dobrodusznej Wilenki, spokojnie sobie szemrzącej tam w dole. I od razu wraca Gałczyński z wierszem „Noc w Wilnie”.

i z takimi na Wilence mostkami,
gdzie samobójstwo to tylko romantyczność,
z dorożkami, płynącymi w mglistość,
z piwiarniami, gdzie piją żandarmi.

Ten dobroduszny, lekko ironiczny, otwarty Gałczyński o wiele bardziej odpowiada duchowi tego miasta niż Adam Mickiewicz, którego ślady widać tutaj na każdym kroku. Szczególnie wylatuje „ponad poziomy” słynny Filareta przy Kościele Bernardyńskim. Tam, wyrzeźbiony przez Giedyminasa Jakubonisa i umieszczony w 1984 roku, wychyla się nienaturalnie do przodu, eksponując mało zrozumiały symboliczny ekspansjonizm polskości? litewskości? czegoś jeszcze?

dscf1372Nie ma sensu tego dłużej rozważać. Lepiej zobaczyć stojący tuż pod bokiem Kościół świętych Bernarda i Franciszka. Naprawdę warto. Poza swojsko pachnącą żywą szopką, przy której wileńskie szkraby piszczą z ekscytacji zupełnie podobnie do polskich, wnętrze świątyni zachwyca surowością. Kościół ma trzy nawy – boczne oddzielone są od siebie filarami, a prezbiterium – arkadą. W głębi wrażenie robi piękny drewniany ołtarz.

Jutro wstąpimy tu na chwilę w drodze na pokaz świateł na Placu Katedralnym. Kilkadziesiąt minut przed północą ksiądz będzie tu odprawiał mszę po litewsku i choć nie będę rozumiał z jego kazania ani słowa, to łatwo się domyślę, że składa wiernym życzenia noworoczne. I bez żadnych wątpliwości, w jego swobodzie mówienia i lekkości gestów dostrzegę otwartość i bezceremonialność, którą od czasu do czasu przydarza mi się widzieć i lubić u domnikanów odprawiających msze w kościele św. Jacka na warszawskim Nowym Mieście.

dscf1334Potem idziemy na obiad do restauracji na Wileńskiej Starówce, przy Pilles Gatvė – czymś w rodzaju krakowskiej Floriańskiej. Obsługuje nas miła dziewczyna, z trudem posługująca się angielskim. Podczas podróży do Wilna zastanawia mnie zawsze ten paradoks, z którym spotkyka się tam Polak. Otóż Litwini świetnie znają języki. W powszechnym użyciu, poza litewskim, jest rosyjski. W Wilnie, gdzie kilkanaście procent mieszkańców stanowią Polacy, rozmawia się też po polsku. Wśród młodych dobrze znany jest angielski i niemiecki. I w tym kosmopolitycznym mieście zawsze kwestie językowe są bardzo delikane i trudne w obsłudze. Jeśli nie znasz litewskiego, możesz spróbować po rosyjsku. Nie wszyscy jednak to lubią i akceptują. Jeszcze gorzej jest rozpocząć rozmowę po polsku, bo nie dość, że dla nastawionych patriotycznie Litwinów może to być również obraźliwe, to dodatkowo stawia Cię w pozycji przypominającej tzw. polskie dzieje miasta. Języki zachodnie są z kolei dla mnie kłopotliwe, bo pomiędzy naszymi narodami jest taka długa i świetna zażyłość, że rozmowa po niemiecku przypominałaby mi trochę rozmowę Czecha ze Słowakiem prowadzoną w języku chińskim. Wszystko to jest tam bardzo subtelne i wymaga, szczególnie ze strony polskiego turysty, wiele delikatności.

dscf14341Na szczęście mają tam fajnie zrobione menu, ze zdjęciami wszystkich potraw. Chciałem oczywiście spróbować sławnych czenakai, które jakiś czas temu jadłem w restauracji przy konsulacie Litwy w Sejnach. Nieźle wyglądała też zajadana przez zblazowanego Azjatę przy stoliku obok zupa w chlebie porządnie oblana śmietaną.   Skończyło się na Cepellinach z grzybowym farszem, zupie i piwie Švyturys. Pamiętam, że gdy kiedyś kupiłem sobie na Litwie butelkę tego napoju, doszedłem do wniosku, że Litwini nie powinni się brać za browarnictwo. Po pewnym czasie zmieniłem zdanie: pszeniczny Švyturys to naprawdę porządne piwo, przypominające nieco ukraiński Obolon.

No i poszliśmy jeszcze na Uniwersytet Wileński. Była już siedemnasta i  z tego powodu możliwość wejścia dała nam mówiąca po polsku strażniczka. Chodzenie skomplikowanymi, na w pół oświetlonymi korytarzami było ekscytujące, jeśli pomyśleć, jak wiele nauki urodziło się w tych murach. Niestety wszystko byo pozamykane, chodziliśmy trochę na ślepo, bez jakiegokolwiek planu. Na dziedziniec Piotra Skargi trafiliśmy zupełnie przypadkiem. Chcieliśmy wejść do Kościoła Świętego Jana. To zadziwiające, że w centralnym punkcie renesansowego campusu uniwersyteckiego stoi poteżna gotycka świątynia. Jest już ciemno, więc postanawiamy, że wrócmy tu jutro.

dscf1321Spotkanie z koleżanką D. na Placu Katedralnym.  Przy kawie rozmawiamy o polskiej i litewskiej literaturze. Okazuje się, że ona czytała Masłowską, zaś dla nas litewska literatura współczesna kończy sie na Tomaszy Venclovie…

Na koniec dnia jeszcze spacer ulicą Giedymina – reprezentacyjną ulicą Wilna. Nie jest to starówka, a jej architekuta ogranicza się praktycznie do XX Wieku. Zmana nazw tej ulic obrazowo pokazuje złożone losy narodu: w okresie zaborów – Świętojerska, w dwudziestoleciu międzywojennym – Adama Mickiewicza, w okresie sowieckim  – Stalina i Lenina… Dopiero 1989 roku uicy nadano imię założyciela miasta – Giedymina.

Ulica jest rozganizowana przez Litwinów jako swoisty kontrapunkt dla przepełnionego polskimi śladami starego miasta. Każdy, kto się na niej znajdzie, bez trudu odczyta drogę, jaką obrała współczesna litwa. Ulica Giedymina do niekończący się ciąg najdroższych butików z cenami podanymi w euro, sklepów mody, restauracji. galerii handlowych sprytnie poumieszczanych w przedwojennych kamienicach. Jest to odpowiednik warszawskiego Nowego Światu, a raczej łódzkiej Piotrkowskiej, chociaż mam wrażenie, że Prospekt Giedymina znacznie przewyższa te dwa ostatnie pod względem eksluzywności i blichtru.

dscf1347Jest trasznie zimno, więc zwiedzamy jedną z kilku wielopoziomych galerii handlowych z ciuchami, na które nas nie stać, wpadamy do Zary (obowiązkowy punkt wypraw zagranicznych) – poświąteczne wyprzedaże robią wrażenie – oraz oczywiście sprawdzamy McDonaldsa. W drodze powrotnej przechodzimy przez obok Katedry, gdzie trwają gorączkowe przygotowania do jutrzejszej imprezy. Na jednym z kilku wielkich telebimów, za pomnikiem Giedymina, kilkanaście zziębniętych młodych osób ogląda mecze piłki nożnej. 

Przy minus dziesięciu stopni jedyną rozsądną rzeczą przed położeniem się spać, jest kieliszek litewskiego krupniku w zarzeczańskiej knajpce. Potem jeszcze drobne zakupy w samoobsługowym sklepie pełnym Polaków, przeglądanie stukilkudziesięciu zdjęć zrobionych w ciągu dnia, i próba zaśnięcia przy akompaniamencie zakwaterowujących się turystów w hostelu przy Filaretów 17.

Sylwestrowy dzień zaczynamy od mocnego postanowienia zdobycia wzgórza Giedymina. Nie wiadomo dlaczego wydaje mi się, że góra jest wyższa i trudniejsza do poskromienia, niż w rzeczywistości. W istocie jest to niewielkie wzgórze, piętaście minut miłego spaceru po brukowanym chodniku. 

dscf1392

Wchodzimy na basztę. W znajdującym się tam muzeum nie ma nic wartego zobaczenia – kilka świadectw litewskości tych ziem, nic poza tym. Natomiast z samego szczytu baszty rozpościera się naprawdę imponujący widok na wielńską starówkę. Ponoć, jak pisze Tomasz Venclowa, o wiele ładniejszy widok jest z Wzgórza Trzech Krzyży, ale nie mamy czasu na tak długie wyprawy. Tym bardziej, że z baszty widać wszystko, co trzeba:  w kierunku południowym cała starówka jak na dłoni: kościoły świętego Jana i Katarzyny najbardziej przykuwające wzrok, na północy wileńskie downtown: kilka naprawdę imponujących drapaczy chmur, na zachodzie ulica Giedymina, zaś na wschód: ulica Kościuszki z moim ulubionym kościołem Piotra i Pawła.

dscf14361Postanawiamy pójść właśnie tam i – nieco okrężną drogą – wrócić do hostelu, bo jest naprawdę zimno. Niestety, tak często jest, że próbując iść na skróty, bardzo często nadrabia się w rzeczywistości drogi. Zbaczamy ze ścieżki i zamiast na ulicy Kościuszki, lądujemy znowu na Zamkowej. W knajpie, gdzie w czerwcu tego roku próbowałem przy pomocy futbolu zrozumieć pogańską duszę Litwinów, próbujemy zjeść obiad. Wyjątkowo niemiła kelnerka długo pozostanie mi w pamięci. Złe wrażenie nie pozwoliło mi nawet zapamiętać, co tam jedliśmy. To się chyba nazywa mechanizm wyparcia. Widocznie nalezy się po prostu przyzwyczaić do poskomunistycznego stylu świadczenia usług w lokalach gastronomicznych. W Polsce przecież często jest podobnie. Być może lepsza jest szczera zła na świat a na klientów w szczególności kelnerka od tej, która co prawda się uśmiecha i życzy ci smacznego, a w rzeczywistości pluje ci do talerza, kiedy nie widzisz…

Sprawdzamy też jeszcze raz wileński uniwersytet. Za dnia krużganki jego dziedzińców wyglądają jeszcze okazalej. Wchodzę do jednej z bram przy ulicy Uniwersyteckiej, gdzie zastaję nie tylko piękny renesansowy plac, ale również widok na okazałe zaplecze Pałacu Prezydenckiego. Zaczyna szarzeć. Czym prędzej zmierzamy więc do kościoła św. Piotra i Pawła.

dscf1445Lubię iść w górę Kościuszki, nawet jak i jest zimno i pada. Lokalizacja tej budowli, jak i jej losy, a przede wszystkim wnętrze, nie mogą nikogo pozostawić obojętnym. W istocie swojej kościół nie jest monumentalny, ale położony u szczytu antokolskiego wzgórza i jednocześnie zwięczeniu ładnej ulicy Kościuszki daje pozór, że wszystkie drogi w mieście do niego prowadzą (co w rzeczywistości nie jest prawdą – leży na uboczu głównych traktów komunikacyjnych). Pierwotnie stała tu drewniana świątynia zbudowana ponoć jeszcze za Jagiełły. Poległa doszczętnie po najeździe moskiewskim w 1655 r. Odbudowę ufundował Michał Kazimierz Pac, hetman wielki litewski, w podzięce za uratowanie się właśnie w tym kościółku przed zbuntowanym wojskiem. Budowę ukończono w 1676 roku. Kiedy wejdzie się do środka i zadrzy głowę, można oszaleć z zachwytu. Mediolańscy rzeźbiarze Pietro Peretti i Giovanni Galle ozdobili wnętrze świątyni około dwoma tysiącami kunsztownych płaskorzeźb.

Wracamy Holendernią i znaną już Krivių. Krótka drzemka przed sylwestrową nocą w hostelu pełnym już turystów, w większości z Polski. Po dwudziestej trzeciej, kiedy wychodzimy, z butelką rosyjskiego szampana za niecałe pięć litów w plecaku, Zarzeczem ciągnął już tłumy w kierunku centrum. W pobliżu pomnika Mickiewicza, idąc środkiem Mariańskiej, słyszymy kilkadziesiąt kilometrów za sobą gromkie Jagiellonia Białystok! Potem spotykamy też sporo kibiców Legii Warszawa. Nie bardzo rozumiem tego zamiłowania do wykrzykiwania stadionowych haseł przy każdej okazji, nawet tych zupełnie nie a propos. Litewskie rodziny z zaciekawieniem przyglądają się kilunastoosobowemu, rozchwianemu pomimo przedpółnocnej pory towarzystwu w żółto-czerwonych barwach, robiącemu sobie zdjęcia na tle pomnika Mickiewicza. I to Jagiellonia Białystok!, które na stadionie przy Słonecznej brzmi tak krzepiąco i dumnie, tutaj, na wileńskiej starówce, stanowi jakiś niepodważalny dowód kompletnego kretynizmu. Tak, jakby ktoś ci powiedział Tak, jestem głupi i nie dał nawet ci szans na krytykę jego stanowiska.

Kiedy dotarliśmy na Plac Katedralny, były już tam prawdziwe tłumy. Stanęliśmy w pobliżu ogromnej choinki, niedaleko dzwonnicy. Wokoło bardzo zróżnicowane towarzystwo: grupki młodzieży, ale również rodziny z dziećmi, emeryci, sporo grup z balów sylwestrowych w okolicy. Minutę przed dwunastą na telebimach  – do tej pory pokazujących bal, prawdopodobnie w Pałacu Prezydenckich – pokazała się głowa państwa. O północy pogasły światła i zaczął się pokaz przygotowany przez niemieckiego artystę Gerta Hofa. Było tam sporo wszystkiego: ludowe „sutartinės”, jak i muzyka nowoczesna, zarówno litewska, jak i zachodnioeuropejska. Światła z reflektorów skierowane na Katedrę opowiadały historię Litwy i Europy. Był wilk z legendy o założeniu Wilna, było miejsce dla Wilejki i innych symboli miasta.

dscf13741Była przede wszystkim niesamowita stateczność. Kiedy wybiła dwunasta, uczestnicy imprezy spokojnie stali, wyczekując na pokaz. Kiedy pokaz się skończył, spokojnie ruszyli na spacer ulicą Giedymina. Żadnych fruwających ponad głową fajerwerków, żadnych strzelających szampanów. Owszem, składano sobie tu i ówdzie życzenia symbolicznym toastem, ale to było nic w porównaniu z dionizyjską atmosferą sylwestrów, jakie przeżyłem we Lwowie albo polskich miastach. Ulicą Giedymina płynął potok ludzi. Na dachu kamienicy z numerem jeden stoi kilkadziesiąt osób, kilka wymachuje litewską flagą narodową. To ważne miejsce dla tutejszej państwowości – siedziba ruchu Sąjūdis, który był dla mieszkańców Litwy czymś podobnym do naszej Solidarności. Tłum zmierzający w dół ulicy Giedymina prawdopodobnie kieruje się pod budynek Sejmu, bohatersko obroniony żywą barykadą przed rosyjskimi czołgami w styczniu 1991 r.

A my idziemy znowu na wileńską starówkę. Dwie dziewczyny tańczą w oknie jednej z kamieniczek ku uciesze licznie zgromadzonej widowni. Szwędamy się jeszcze trochę, zaglądając za szyby licznych sylwestrowych zabaw. Gdzieś w okolicach Subačiaus gatve, Bokšto gatvė. Kiedy wracamy, około drugiej po północy, w hostelu trwa na dobre polski sylwester. Obsługa nic sobie z tego nie robi. Czuję się trochę jak na koloniach. Około czwartej jakaś dziewczyna wchodzi do naszego pokoju i zaprasza do zabawy. Przewracam się na drugi bok.

dscf1599Noworocznego poranka planujemy jeszcze sprawdzić Europos Parkas – muzeum sztuki nowoczesnej pod gołym niebem. Muzeum położone jest kilkanaście kilometrów na północny wschód od miasta. Jedziemy więc opustoszałymi ulicami miasta, które ukazuje nam dotąd nieznane oblicze. Po przekroczeniu rzeki rozpoczyna się Wilno szare, industrialne, socrealistyczne, brudne i złe. Wszystko to rekompensują północne okolice miasta, piękne sosnowe lasy, zamarznięte jeziora i pagórki. Jedziemy bez pewności, czy muzeum będzie w Nowy Rok czynne. Na szczęście w środku lasu, po minięciu pokaźnego kierunkowskazu i przejechaniu kilkudziesięciu mietrów, w miniaturowej budce ze szlabanem widzimy starszą panią. Kupujemy bilety z prawem do fotografowania. W zamian dostajemy mapkę muzeum z zaznaczonymi poszczególnymi obiektami. Miejsce robi bardzo specyficzne wrażenie zimą. Rzeźby rozmieszczone w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie, w dosyć gęstym lesie. Nie znam sztuki nowoczesnej na tyle, aby docenić wartość poszczególnych instalacji, ale sam pomysł takiego muzeum wydaje mi się bardzo awangardowy.

Trochę marzniemy, spacerując po tym lesie i robiąc sobie zdjęcia przy poszczególnych rzeźbach. Kiedy wracamy zziębnięci na parking okazuje się, że pilot otwierający drzwi samochodu odmówił posłuszeństwa. Sytuacja jest dosyć dramatyczna. Środek lasu, w pobliżu tylko starsza pani mówiąca tylko po rosyjsku, do Wilna kilkanaście kilometrów, do Polski – ponad dwieście. Kasjerka okazuje się być jednak niezwykle kochaną osobą. Przez pół godziny obserwuje dyskretnie moje zmagania z zamkiem, po czym postanawia pomóc. Językiem migowym tłumaczymy, o co chodzi. Choć z góry wiem, że to nic nie pomoże, nie powstrzymuję jej przed chuchaniem w zamek mojego samochodu. W międzyczasie obok parkuje para młodych mieszkańców Wilna w terenowym samochodzie. Proponują oblanie zamka spirytusem. Godzę się, choć wiem, że problem leży w systemie elektronicznym i nie ma związku z mrozem. W końcu podejmujemy decyzję o wybiciu szyby i dostaniu się do środka za pomocą radykalnej metody. Kolega z auta obok służy siekierą. Niestety, bez wyłączenia autoalarmu dopływ paliwa do silnika jest odciąty. Jesteśmy więc holowani na przerażająco krótkiej lince do centrum Wilna. Ciągnący nas samochód pędzi prawie osiemdziesiąt na godzinę krętymi podwileńskimi ulicami, a ja czuję serce w przełyku.

W końcy docieramy do okolic dworca. Serdecznie dziękujemy za pomoc i już zastanawiamy się, gdzie przenocować, aby drugiego stycznia szukać pomocy w uruchomieniu auta. Postanawiam, pomimo wszystko, uruchomić samochód i jakoś wrócić do Polski tego samego dnia. Po tym, jak włamuję się do własnego auta teraz, kierując się instrukcjami mojego elektryka, jakimś cudem odnajduję cudowny przełącznik i deaktywuję alarm. Pozostaje wybita szybka. Postanawiamy jednak jechać. Okazuje się, że w aucie nie jest tak zimno, jak by się mogło spodziewać.

Pierwszego dnia roku nie można zacząć od takiego faila. Jako że jest jeszcze wczesne popołudnie, postanawiamy skierować się do Druskiennik i sprawdzić, choć przez chwilę, to legendarne uzdrowisko z przedwojennymi tradycjami. Drogi, jak zwykle na Litwie, są puste, tym bardziej w Nowy Rok. Na miejsce docieramy po dwóch godzinach. Jest już ciemno, więc od razu kierujemy się do znanego tutejszego aqua parku.

Obiekt, choć z zewnątrz wygląda tandetnie, to w środku imponuje przepychem. Obsługa jest doskonale przygotowana na przyjęcie polskich turystów. Nic dziwnego, jesteśmy jakieś dwadzieścia kilometrów od granicy. Wykupujemy dostęp do systemu łaźni, co było – choć dosyć kosztowną – najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy tego dnia. Wchodzimy od razu do tej lepszej strefy, która wita nas dużym basenem w samym środku. W głębi jest bar bezpośrednio przy basenie. Nie trzeba więc z niego wychodzić, aby zamówić coś do picia. Wszelkie opłaty zapisuje się na elektronicznym czipie i płaci przy wyjściu. Najlepsze są jednka sauny. Kilkadziesiąt mniejszych lub większych pomieszczeń, urządzonych w drewnie,  o różnych temperaturach i wilgotności. Najfajniejsza jest parowa sauna, do której można się dostać tylko pod warunkiem wyjścia z basenu i przebiegnięcia kilkunastu metrów po świeżym śniegu. Panuje tam wysoka wilgotność, dziewięćdziesiąt stopni Celsjusza, a kuracjusze nacierają swoje ciała kryształkami soli.

Sprawdzamy większość saun, nagrzewamy się okrutnie i wspólnie dochodzimy do wniosku, że kiedyś trzeba tu przyjechać na cały dzień i zmarnować go na błogie, naprawdę błogie lenistwo. Tymczasem jest już naprawdę późno. Niestety, nie widzimy pięknej, drewnianej zabudowy willowej Druskiennik.

Wracamy przez Lejpudę, Wiejsieje i przejście w Łoździejach. Co za piękne nazwy! Co za udana wycieczka!