Psy pilnujące cmentarza

SONY DSC

Od kiedy pamiętam, na krynieński kirkut wchodziłem od wschodu. Przy cmentarzu prawosławnym trzeba było skręcić w lewo i podjechać trochę pod górę. Za osamotnionym gospodarstwem idzie już pod górę mur cmentarza żydowskiego, wzdłuż którego należało iść. Dzisiaj tego wejścia pilnowały trzy agresywne psy. Zrezygnowaliśmy.

Potem przedzieraliśmy się na przełaj, przez chaszcze pełne pokrzyw, ostów, dzikich malin i krzewów najeżonych kolcami. W pewnym momencie doszliśmy do wniosku, że to nie ma sensu. Zrezygnowaliśmy.

SONY DSC

W końcu odkryliśmy ‚oficjalne’ wejście na żydowski cmentarz w Krynkach. Informowała o nim wyblakła tablica, na której nic nie można było odczytać, ale było wiadomo, że coś tam jest. Szło się tam już łatwiej, szeroką ścieżką pod górę. W dole było widać dachy krynieńskich domów i kościołów. Tam, gdzie w murze była pierwsza dziura, ktoś na ścieżce palił kilka dni temu ognisko, a przy macewie po drugiej stronie zapalił wielki, tandetny, srebrny znicz.

SONY DSC

Potem ścieżka skręcała już w głąb cmentarza i znowu trzeba było błądzić ślepymi uliczkami ścieżek w wysokiej trawie, pozagradzanych gałęziami pokrzywy sięgającymi ramion. Prawdziwe chaszcze, wśród których co rusz natykałem się na leżący lub pochylony kamień. Bez inskrypcji, bez niczego, tylko kształtem przypominający nagrobek.

SONY DSC

W końcu dotarliśmy do tej części, która kilka lat temu została poprawiona, w której postawiono macewy, w której jeszcze dwa lata temu ktoś skosił trawę, w której na wyczyszczonych i postawionych macewach ludzie kładli kamienie. Ale tam było tak samo, jak wszędzie.

SONY DSC

Niedostępny, pusty cmentarz, a właściwie wzgórze porośnięte chwastami, górujące nad żywym miastem. A może cmentarze powinny być właśnie takie – nieprzystępne, pilnowane przez wściekłe psy, obce. Opisane w obcym języku, którego nikt już nie potrafi przeczytać? Kim był, co zrobił, kiedy umarł? Czy to ważne?

Reklamy

Allium i Dianthus

dscf09831W takiej porze, jak ta i w takim miejscu naprawdę ryzykowne jest zbyt długie przesiadywanie nocą przy książce, filmie czy komputerze. Dzień jest naprawdę bardzo krótki, a jeśli się budzisz po dwunastej, zostają ci tylko trzy godziny słońca. Na taką porę roku zaleca się dużo spacerów, mało ciężkiego jedzenia i picia i minimum stresów. Goździki pod język i dużo czosnku w każdej postaci. Ten pierwszy znakomicie odświeża oddech, a drugi najlepiej smakuje spożywany na dwa sposoby: albo na kanapce z chlebem i masłem, koniecznie posypanej solą, albo – a to już prawdziwa uczta – w liczbie trzech ząbków wciśniętych do greckiego, ciężkiego i gęstego jogurtu, rozrzedzonego dobrą oliwą z oliwek. W nocy przetrawiony czosnek ucieka wszystkimi porami w skórze, ale to pora dobra na przetaczanie czosnku przez pory. Podobne, antyseptyczne działanie mają żute bez pośpiechu suszone pączki goździkowca korzennego. Czosnek i goździk to bardzo jesienne smaki i zapachy.

dscf09981Jak pisze Poeta, „potwierdziły się plotki o nadejściu jesieni„, dlatego warto te trzy godziny promieni słonecznych dziennie kierować na ładne i ciekawe miejsca. Spacer nad rzekę jest świetnym pomysłem, jeśli niepokoi Was odchodzące w przeszłość lato. Wtedy najlepiej założyć na uszy słuchawki i zapętlić najważniejszą jesienną piosenkę, jaka powstała:

dscf0953A jeśli niepokoi Was trochę bardziej odległa przeszłość i jako starsi bracia w wierze macie się nieźle na białostockich uczelniach wyższych, prasie, telewizji i muzeach, konieczne odwieźcie jeszcze tej jesieni żydowski cmentarz na ulicy Wschodniej w Białymstoku. Cmentarze żydowskie na Podlasiu mają to do siebie, że nie są złowrogie i niepokojące. Tak jak nie sposób nie chodzić obojętnie po żydowskich kwartałach Tykocina czy Krynek, tak cmentarze w tych miastach, tak jak cmentarz w Białymstoku, pozostawiają gościa całkowicie obojętnym. Dlaczego? Być może dlatego, że ci na cmentarzach umarli w spokoju i spełnieniu, natomiast ostatni żydowscy mieszkańcy miasta nie mają swoich mogił przykrytych kamieniem. Dlatego może wydaje się, że krążą nad miastem i dlatego na cmentarzu jest dużo spokojniej niż w krynieckim Zaułku Szkolnym czy na tykocińskiej Koziej.

Czeremcha

O tak, zgubiliśmy się maksymalnie i że aż wstyd, jadąc na koncert Kroke w Czeremsze. Dojechaliśmy prawie do Częstochowy prawosławia, świętej góry Grabarki. Musieliśmy wrócić do Milejczyc i stamtąd, zasięgając rad zamieszkałej tam ludności, jechać przez Rogacze, zapadłe Miedwieżyki, szutrem przez las, aż do samej Czeremchy. Jadąc już przez wieś i poszukując miejsca, gdzie odbywał się koncert, mijaliśmy stada zdrowo już wciętej młodzieży.

Na niewielkiej scenie, przy Gminnym Ośrodku Kultury, grał zespół NHS z Białorusi. Z zachwytem obserwowałem atmosferę wiejskiego festynu. W strefie dozwolonego alkoholu trwała zażarta konsumpcja. Dla wielu była to jedna z niewielu w roku okazji, aby się bez wyrzutów sumienia i obawy o społeczny ostracyzm mocno napić. Korzystali z tego bez skrupułów. Podczas gdy na scenie całkowicie charyzmatyczna i obdarzona wielkim głosem młoda dziewczyna absolutnie uroczo śpiewała piosenki przy akompaniamencie bardzo niewyraźnych młodzieńców, na terenie festynu trwał pokaz mody. Grupki panien i kawalerów przemieszczały się z miejsca na miejsce przekonując mnie ostatecznie, że nie ma nic wspanialszego jak taki wiejski lans. Jest coś genialnego w tych wiejskich podchodach, w tym skomplikowanym ceremoniale odmów i spojrzeń, w tych grupowych przemarszach to w jedną, a to w drugą stronę. Dziewczęta spacerują zazwyczaj parami. Chłopcy tworzą większe stada, a gdy stężenie alkoholu we krwi już na to pozwala, dochodzi do dłuższych spojrzeń, w najlepszym wypadku – wspólnych tańców.

Z rozkoszą obserwowałem te tańczenia podczas występu grupy Czerwie. Czekałem jednak oczywiście na Kroke. Kiedy czterech schludnie ubranych mężczyzn zaczęło grać, płynnie przechodząc od zwyczajowej rozgrzewki do regularnego koncertu, rozbawiona i roztańczona publiczność na długo zamilkła. Jeśli wierzę w jakiekolwiek duchy, to Kroke musi być tym medium, które je wywołuje. Boję się zawsze, że tak przejmujące manifestacje żydostwa, jakimi jest muzyka krakowskich artystów grożą wypadkami agresji. Tym razem tak nie było. Publiczność się cofnęła, artyści sprawiali wrażenie zawstydzonych. Pod sceną, jako jedna z nielicznych, dziewczyna o delikatnych rysach i wystających kościach policzkowych, w skórzanej kurtce, dżinsach i trampkach, z rękami w kieszeniach, patrzyła ze skupieniem na muzyków. W pewnym momencie wydawało mi się, że cała publiczność ucieka wzrokiem od sceny, poza tą dziewczyną. I że nad Czeremchę przylatują duchy nieżyjących, żydowskich mieszkańców tej miejscowości i pobliskiej Orli. A muzyka, bardzo przestrzenna, transowa, ani nie wesoła, ani nie smutna, ale na pewno bardzo dramatyczna,  zawiązawszy z tą dziewczyną jakiś tajemny pakt, zachęcała te duchy do odwiedzin tego piwnego festynu, kilkanaście kilometrów od ruskiej granicy.

Publiczność tańczyła, muzycy grali, ale najbliżej sceny stała przez cały czas tylko ta dziewczyna w skórzanej kurtce, z rękami w kieszeniach. Wydawało mi się, że musiała się tam znaleźć i jest najdoskonalszym elementem tej całej sytuacji, jakimś niezwykle ważnym ogniwem łączącym muzykę Krokę z tym festynowym tłumem, z tym miejscem i z tą całą sytuacją.

Gospoda „Pod Modrzewiem”

W Krynkach, liczącym ponad dwa i pół tysięcy mieszkańców zapadłym podlaskim miasteczku bez praw miejskich, jest tylko jedno miejsce, gdzie można coś zjeść. Gospoda „Pod Modrzewiem” mieści się przy jednej z dwunastu uliczek odchodzących od monumentalnego biorąc pod uwagę wielkość miejscowości rynku.

To przestarzały peerelowski pawilon, z wylanymi betonem schodami i dużymi oknami wychodzącymi na porosły drzewami rynek. Wnętrze stanowi duża, remizowa sala, na której stoi kilka szerokich ław i stołów. W głębi ustawiono wysłużony stół bilardowy. Bar, widać że niedawno odnowiony, próbuje nawiązywać do stylu wiejskich dyskotek polsko-białoruskiego pogranicza. Dużo luster i srebra, przy ladzie krzesła barowe obite skóropodobną skają.

Duży „Żubr” z nalewaka kosztuje tu dwa sześćdziesiąt. Frytki – niecałe złoty pięćdziesiąt, a porcja ruskich pierogów – około trzech. Można zamówić obiad z piwem za niecałe dziesięć złotych i obserwować życie mieszkańców tego pożydowskiego miasteczka. Przy jednym ze stolików trzech mężczyzn przy pół litrze „Starogardzkiej” i śledziach w oleju opowiada o przygodach ze służbą celną. Jesteśmy jakieś dwa kilometry od białoruskiej granicy. Ekspedientka, przysłuchująca się rozmowie, stanowczo protestuje słysząc utyskiwania na „ruskich”. My tu ze sobą żyjemy i musimy się kochać, nie nienawidzić – mówi zdecydowanym głosem. Mężczyźni śmieją się z pobłażaniem i po chwili chwiejnym krokiem opuszczają gospodę.

W głębi sali trzech młodych mężczyzn gra w bilard. Nie wiadomo dlaczego, nagle jeden z nich zaczyna śpiewać: Ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy, na wieczny czas. Na sali rozlega się śmiech. A mnie przypomina się scena z „Listy Schindlera„, gdzie to ponure i straceńcze tango śpiewa Jacek Wójcicki.

Piosenka o rozstaniu na zawsze. Skomponowana przez Jerzego Petersburskiego, kompozytora pochodzącego ze starej klezmerskiej rodziny Melodystów, piosenka, do której tekst napisał Zenon Friedwald, a którą wykonywał Mieczysław Fogg, odznaczony tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Piosenka, określana mianem „tanga samobójców”, była przecież jednocześnie antycypacją żydowskich artystów tego, co wydarzyło się temu narodowi kilka lat później. Piosenka ta została zaśpiewana przy stole bilardowym w centrum miasta, które przed wojną było lokalnym centrum handlowo-kulturalnym Żydów całego regionu. Kryniecka gmina żydowska była większa od gminy białostockiej. Wszystkich mieszkających w Krynkach Żydów wywieziono do Treblinki w 1943 roku.

Ta ostatnia niedziela zabrzmiała złowrogo. Ale o tym pomyślałem dopiero, gdy wyszedłem na mroźny kryniecki rynek. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że nieświadomość, ciężar niektórych słów, sprawiły, że lekki, niezobowiązujący swojskością nastrój prowincjonalnego baru z piwem za dwa sześćdziesiąt nagle prysł. Sprawiły to tysiące nieobecnych żydowskich dusz unoszących się nad tym miastem i gospodą „Pod Modrzewiem”.