Codziennik pięćdziesiąty pierwszy – Zimny Ogrodnik

20190514_122444.jpg

Z niczym nie należy się przesadnie spieszyć. Mój dziadek zwykł mawiać:

Na zimnego ogrodnika

Taka w mieście jest logika

Rabatki sadzą żony

A chłopy zmieniają opony

Reklamy

Codziennik czterdziesty dziewiąty – kanapki z rzeżuchą

IMG_20190512_072507_265

Rzeżucha. A dokładnie – pieprzyca siewna,  bo pieprzna w smaku. Świeża, zielona, lekka. Wiosenna. Od dwóch tygodni codziennie rano na moim talerzu. Przypomina o tym, że zawsze warto jest zrobić to, co nauczyciele nazywają lettin’ go. Odpuścić, przebaczyć, pójść naprzód. Albo choćby popatrzeć na przyszłość z nadzieją.

Codziennik czterdziesty czwarty – szczypior

DSC05220.jpg

Pierwsze zbiory tegorocznych plonów z mojego parapetu.

Jestem na etapie zasiewu ziół. Żadne zioło się jeszcze nie pokazało.

Natomiast, jak widać, szczypior obfitował w tym roku.

A to, jak wszyscy w okolicy wiedzą doskonale, oznacza niechybnie potężne burze z piorunami nad Płonką Kościelną w pierwszych dniach września.

SONY DSC

Codziennik trzydziesty trzeci – liścienie

SONY DSC

Ponad dwa lata temu, we wrześniu, pojechaliśmy z mamą na Święto Ogórka do Kruszewa nad Narwią. Tego dnia miałem się spotkać z Synem, więc kupiłem dla niego kilka tych słynnych ogórków kiszonych stamtąd. Wtedy uwielbiał wszystko, co kwaśne, więc zajadał je z rozkoszą, aż sok ściekał Mu po brodzie. Patrzył przy tym z zadowoleniem raz to na mnie, raz na pozostałych uczestników spotkania, jakby chciał się pochwalić, że ojciec przyniósł mu coś smacznego. Z tamtej strony były tylko skwaśniałe miny polskich Grażyn, które zjadły za dużo ogórków kiszonych, choć tych, które przywiozłem dla Małego, palcem nie ruszyły. Niektórzy mają to skwaszenie i brak entuzjazmu dla entuzjazmu innych wdrukowane gdzieś głęboko i czasami mam wrażenie, że całe ciała i umysły tych ludzi są skwaszone przez całe ich życia.

Dzisiaj wspominam to jedno z wielu podobnych zdarzeń jako zarazem śmieszne i jednocześnie niezmiernie smutne. Staram się zapamiętać tylko to dobre, ale nie jest to łatwe.

Pamiętam, że moja mama przywiozła z tamtego wyjazdu do Kruszewa małą papryczkę chilli w doniczce. Kilkunastocentymetrowej wysokości krzaczek obsypany małymi owocami. Dotrwał do świąt Bożego Narodzenia i umarł śmiercią naturalną. Zebrałem z pomarszczonych i wyschniętych papryczek nasionka, przechowałem przez zimę i wiosną wyhodowałem kilkanaście podobnych krzaczków, które porozdawałem rodzinie i znajomym. Mama urządziła sobie z nich na parapecie paprykowy gaj.

Teraz rozmnażam kolejną generację papryk chilli. To już wnuczki tej, którą mama kupiła w Kruszewie. Z nasion pozostawionych na wilgotnej wacie, po pewnym czasie zaczynają rozwijać się cienkie, jasne korzonki, a ku górze idzie łodyżka, z której wychodzą dwa liścienie. To jeszcze nie liście, ale zalążki liści, z których potem urodzi się zielona roślina, na której znienacka pojawią się zielone owoce, powoli, dzień po dniu przechodzące w czerwień.

Wczoraj tłumaczyłem z angielskiego piękny taoistyczny tekst o umieraniu. Nie wierzę w jakiekolwiek życie po śmierci. Wydaje mi się, że taoiści też w to nie wierzą. Wiem, że jedyne, co po mnie pozostanie, to wspomnienia – te złe, te neutralne, i może kilka dobrych. W końcu nie pozostaną nawet one, bo wspomnienia również w końcu umierają i jest tylko kwestią czasu i pamięci, jak długo będą przekazywane kolejnym pokoleniom.  Dlatego nie potrafię mówić i myśleć źle o tych, którzy odeszli. Bo po co?

Nie przywiązuję też wagi do tego, co się stanie z moim ciałem po śmierci, choć to właśnie ono – w przeciwieństwie do wspomnień – będzie trwało tak długo, jak długo będzie trwał Wszechświat. Po śmierci zamieni się stertę pyłu i wodę, która wyparuje, by powrócić na ziemię w formie deszczu. Pył zjedzą zwierzęta i wchłoną rośliny, które również w końcu zamienią się w parującą wodę i składnik odżywczej gleby. 

Z tej gleby i wody powstaną nowe istnienia. Powstanie z nich – kolejnej wiosny w mieszkaniu przy Piłsudskiego – kolejne pokolenie papryczek chilli i te pra-, pra-, pra-, pra- wnuczki krzaczka kupionego w Kruszewie na Święcie Ogórka będą przypominały o entuzjastycznym skwaszeniu przystojnej buzi mojego Syna, kiedy jadł ogórasa od ojca.

Dlatego właśnie – jak mawiają taoiści – to materia jest wieczna, a nie żadne tam wspomnienia.

SONY DSC

Codziennik trzydziesty – Wewnętrzny Głos

SONY DSC

Wiosna się zbliża.

Skąd o tym wiem?

Wewnętrzny Głos powiedział mi dzisiaj, gdy leżałem w wannie i grałem w Literaki, abym koniecznie i w trybie pilnym zrobił bigos z reszty kiszonej kapusty stojącej w kamiennej beczce na balkonie.

– Jak nie zrobisz bigosu, zrobi się ciepło i kapusta się zepsuje – powiedział Wewnętrzny Głos.

Takich Wewnętrznych Głosów to ja nigdy nie lekceważę.

Zrobiłem bigos.

SONY DSC

Codziennik dwudziesty siódmy – parapet i pelargonie

pelargonie

W mojej kuchni jest wielki, granitowy parapet. Dziewczyna, która spędziła w tym mieszkaniu dzieciństwo, a potem sprzedała po śmierci babci, opowiadała, że spędziła na tym parapecie całe dzieciństwo, patrząc na przyblokowe życie. Z tego okna widać piękną żydowską kamienicę, w której teraz mieszkają koty. Bliżej, na podziemnym schronie przeciwatomowym, stał drewniany dom państwa Skowrońskich, obok był chlewik i sad, po których pozostała tylko mirabelka, sięgająca swoimi gałęziami prawie drugiego piętra. W kwietniu obsypie się białymi kwiatami i będę miał w kuchni obłędnie.

W kwietniu i maju znowu urosną mi na tym parapecie zioła. Bazylia, mięta, tymianek, cząber, rozmaryn, melisa i co tam jeszcze wymyślę. Znowu mój parapet, przy którym robię jedzenie, stanie się zielony i pełen zapachów życia. Teraz większość ziół pogubiła liście albo umarła. Za mało słońca, niedostateczność mojej opieki z powodu corocznego, długotrwałego przygnębienia spotęgowanego brakiem mojego syna, suche powietrze z żeliwnych kaloryferów, w których nie da się ustawić ogrzewania?

Albo może – po prostu – zwykły cykl naturalnego, cyklicznego umierania i rodzenia się na nowo.

Pierwsze nadzieje tego, że wiosna w końcu nastąpi, że coś się zmieni, że ktoś (ten ktoś wie, o kogo chodzi) w końcu zrozumie, że życie nie polega wyłącznie na niszczeniu i deptaniu tego, co ktoś inny wytrwale, na nowo odbudowuje z deptanych po raz kolejny zgliszczy, to przygotowanie nowej roślinności do domu.

W ubiegłym roku zakochałem się na powrót w pelargoniach i przypomniałem sobie ich niezmienną obecność na parapetach w domach moich dziadków. Przypomniałem sobie ich żywotność, wytrzymałość, a przede wszystkim ten ziemisty zapach pelargoniowych liści.

Zapach, którego większość nienawidzi, a ja kocham.

Więc pierwszą nadzieją wiosny, ciepła i dawno nie widzianego w okolicach Białegostoku dobra, są górne pędy pelargonii, które wiosną przeniosły się na klatkę schodową wprost z balkonu. Sąsiadka z naprzeciwka pomogła mi je fachowo ponacinać, a teraz siedzą sobie w pojemniczkach na parapecie zanurzone w wodzie, nastawiają swoje mechate liście ku pierwszym promieniom ciepłego słońca i czekają, aż w wodzie pojawią się pierwsze zalążki korzeni.

Potem trafią do ziemi, by wciąż na parapecie czekać mniej więcej połowy maja. Wtedy w Polsce kończy się pora mrozów i pelargonie będą mogły trafić na balkon, a widok z tymi pelargoniami będzie dawał nadzieję, że po roku rozłąki syn i ojciec będą się mogli znowu spotkać, źli ludzie spokornieją, głupi ludzie zmądrzeją, a zazdrośni ludzie powstrzymają swoje zazdrości. Choć trochę, choć na chwilę, choć odrobinę. To nam wystarczy.

To nam wystarczy, abym mógł mu pokazać mój dom, widok z mojego okna, mógł go posadzić na granitowym parapecie, aby zza szyby liczył i nazywał zaparkowane pod oknem auta. Abyśmy mogli z balkonu, zza tych pelargonii, wspólnie obserwować ruch uliczny i patrzeć na niebo.

Wyjątkowo niezimny maj

To wyjątkowo niezimny maj. W ten upalny, suchy dzień, wybrałem się dziś z plecakiem na wycieczkę w poszukiwaniu bazy carskich sterowców gdzieś w środku Lasu Pietrasze. Gdzieś w tym lesie cumowały i uzupełniały zapasy wodoru trzy ogromne kilkudziesięciometrowe cepeliny: Astra, Albatros i ten, który swoją piękną nazwą sprawił, że musiałem znaleźć miejsce jego odpoczynku. Zwiastun Burzy zasłynął bombardowaniem pruskiego dworca kolejowego w Ełku, pierwszego lutego 1915 roku. Błądziłem po tym lesie, szukałem śladów po tej bazie w największych ostępach, tam, gdzie mieszkają dziki, ale śladów bazy nie znalazłem. Szkoda, bo w nocy śniły mi się te wielkie cepeliny krążące nad moim miastem w gorące, majowe wieczory. Powracające z misji – największe statki powietrzne stworzone przez człowieka. Nic nie znalazłem.

Znalazłem za to piękne łubiany w swoim rozkwicie. W miejscu, gdzie hitlerowcy zabili kiedyś kilka tysięcy Żydów i trochę Polaków. Wśród łubianu kręcił się odważny trzmiel i nic sobie nie miał z mojego towarzystwa. Znalazłem rumianki, dzikie róże przy nasypie kolejowym.

Znalazłem piękny maj bez mojego syna i znalazłem trochę spokoju.