Lato w Tajlandii

Kiedy ludzie spotykają się, na domowych obiadach, w knajpach i restauracjach, dworcach autobusowych, sklepowych kolejkach, pod lekarskimi gabinetami lub salami egzaminacyjnymi, na ławce w parku czy przystanku pekaesu, zazwyczaj rozmawiają o przeszłości. Opowiadają o starych przyjaźniach, dobrych i złych przygodach, sukcesach i porażkach. Mówienie o przeszłości jest łatwiejsze, bo choć zabija ją ułomna ludzka pamięć, skrzywiają emocje, rozmywa czas, poddaje się ludzkiej potrzebie porządkowania, ulega narracji opowieści.

Piszę tutaj o tym, co było, bo tak jest łatwiej. Zebrać wokół siebie zdjęcia z podróży, stare bilety, rachunki z restauracji, stare euforyczne bądź traumatyczne smsy wysyłane stamtąd. Usiąść na dupie z kieliszkiem wina, powspominać i napisać.

Żeby myśleć o przyszłości, potrzebny jest porządek w głowie. Nie mam tu na myśli ramowego planu przyszłości rozpisanego na dwadzieścia lat do przodu, ale o spokój o tu i teraz. Przyszłość nigdy nie podda się planowaniu i bądźmy jej za to wdzięczni. Wydaje mi się, że tak jak nie da się zmienić tego, co było, tak trudno jest decydować i przewidywać to, co będzie.

Więc trzeba poddać się tej wiośnie i latu z ufnością i miłością. Trzeba pomyśleć o tym, co będzie jak Shane McGowan w piosence o lecie w Tajlandii.

(pomyślane wczoraj, kiedy naprawdę zacząłem wierzyć, że to będzie najpiękniejsze lato mojego życia)

Reklamy

Jurowlany

Najpierw – zbyt szybka jazda nocą, ucieczka przed bardzo nieudanym dniem. Dniem zakończonym dwoma niezwykle miłymi zaproszeniami. Więc pogodna rozmowa, a właściwie wsłuchiwanie się w rozmowę mądrzejszych. Czuję się zaszczycony i onieśmielony, a znieczulenie powoli mija. Więc zbyt szybka jazda nocą przez Supraśl i Krynki. Zwierzęta przebiegające przez jezdnię, slalom między jeżami. Mgła, a w mgle świecące się oczy dzikich zwierząt. Za Jurowlanami piękny stary dom, gospodarstwo. Całkowite odludzie, zupełna cisza. Pijemy herbatę, rozmawiamy o nieudanych dniach. Opieramy plecy o rozgrzany kaflowy piec. Kiedy kładziemy się spać i gasimy światło, dociera do mnie ta niesamowita cisza, której nie spotkałem chyba nigdzie indziej. Nawet zamieszkująca dom kuna nie tupie, umożliwiając absolutną, wszechogarniającą ciszę. Ciszę, która zazwyczaj niepokoi, tym razem jednak przynosi spokój. W nocy budzę się kilka razy: jest mi zimno i jednocześnie jestem cały zlany potem. Trudno mi się zasypia, bo znieczulenie nogi przestało działać i każdy ruch oznacza spory ból. Widocznie coś ważnego się śni, prawie nic nie pamiętam. Budzi mnie zapach konwalii i szałwiowego kadzidła. Jest gorąco, wychodzimy na trawę: koc, słońce, gazeta, rozmowa. Odurzający zapach kaczeńców. Spokój, ulga, gdzieś daleko pojawia się szansa na poukładanie.

Bomba tlenowa

Dopiero teraz, kiedy wychodząc rano z domu czuje się gwałtowne uderzenie bombą tlenową, dopiero teraz zbiegając ze schodów namacalnie czuję, że wszyscy pochodzimy z lasu. Że przyroda wpływa na moje nastroje i wrażenia w stopniu większym, niżby to wynikało z cywilizacyjnego uniezależnienia się od wiatru, śniegu, upałów i przymrozków. Ani grube kurtki, ani antyperspiranty nie są w stanie oddzielić nas od przyrody. Więc wychodząc z pełnego zakurzonego setkami kilogramów papieru mieszkania, zeskakując po schodach klatki schodowej pachnącej kotami i przypaloną patelnią, zakręciło mi się w głowie pod wpływem zbyt dużej ilości tlenu. Niech jeszcze tylko, w ciągu dnia lub dwóch, wybuchnie zielone.