Pierwsze ujęcie Pani Wiosny

Jeżdżę często ulicą Ciołkowskiego. Między kampusem uniwersyteckim a ulicą Żwirki i Wigury jest duży obszar nieużytków, zamknięty z jednej strony ulicą Żwirki i Wigury, a z drugiej Lasem Zwierzynieckim. Były tam kiedyś ogródki działkowe, po których pozostały już tylko betonowe podmurówki dacz ukryte w trawie, pokryte rdzą pozostałości metalowych płotów, zwały azbestowych dachówek, drewniane obudowy po telewizorach, miejsca po letnich ogniskach, worki ze śmieciami, opony samochodowe, gumowe świadectwa przelotnych znajomości. A poza tym chaszcze, kępy traw, błoto, szarość i smutek. Byłem tam wczoraj na spacerze z aparatem, bo człowiek szuka w desperacji śladów wiosny gdzie się tylko da. Robiłem zdjęcia kroplom deszczu na zbutwiałych gałęziach starych krzewów owocowych i te zdjęcia na wyświetlaczu też wyglądały smutno. Tylko jedno z nich wyłapało jakimś niewyobrażalnym przypadkiem odrobinę koloru, jakiejś niewidzialnej gołym okiem tęczy.

Reklamy

Marcowe migdały

„Marcowe migdały” to dla mnie najpiękniej opowiedziana historia marca 1968 r. Dzisiaj mija pięćdziesiąt lat od słynnej manifestacji na dziedzińcu UW z Bugajem, Królem, Staniszkis, Toruńczyk i zomowcami w rolach głównych. Jednak Piwowarski pokazał Marzec z ciekawszej strony.

Nikt z polskich reżyserów nie potrafił tak pięknie pokazać polskiej prowincji, jak Radosław Piwowarski. „Yesterday”, „Pociąg do Hollywood” i „Marcowe Migdały” to dla mnie trzy bardzo ważne filmy o dojrzewaniu, które poznałem, gdy miałem kilkanaście lat, które są dla mnie do dzisiaj bardzo ważne i które za każdym razem wzruszają.

W „Marcowych migdałach” ideologia i antysemityzm są jakby obok bohaterów, którzy wiodą normalne życie licealistów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Prywatki, tanie wina, pierwsze pocałunki, szkolne akademie, mokre sny o nauczycielce polskiego, szczęśliwe i nieszczęśliwe miłości

W szczęśliwe życie w ponurej, smutnej rzeczywistości jakiegoś miasteczka przy czechosłowackiej granicy polityka wkracza z siłą buldożera i niszczy wszystko to, co ważne w życiu osiemnastolatka.

Twój najlepszy przyjaciel okazuje się być „Żydem”, ale ani twój przyjaciel „Żyd”, ani ty nie macie pojęcia, o co w tym żydostwie chodzi. I nagle okazuje się, że twój najbliższy przyjaciel jest zdrajcą, a jego ojciec – złodziejem, który musi stracić dyrektorskie stanowisko. Twój przyjaciel musi w ciągu kilku dni wyjechać z kraju, więc daje ci na pamiątkę wszystkie swoje płyty Beatlesów. Ty robisz pożegnalną prywatkę, ale przez cały czas nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi.

Szósta rano. Budzi mnie telefon.

20180308_084737

Szósta rano. Budzi mnie telefon. Syn dzwoni. Odbieram

– No co tam synku? – pytam zaspany.

– Cze stary, nie przeszkadzam? Sprawa jest.

– No co tam trzeba?

– Bo dzisiaj jest chyba ten, jak to się nazywa, Dzień tych, no Kobiet.

– No jest, chcesz mi złożyć życzenia?

– Nie, he he. Bo ja uziemiony jestem, mam szlaban w domu, potem przedszkole muszę ogarnąć, ogólnie rozgardiasz. Możesz kupić babci Terce z Białegostoku jakieś kwiatki i życzenia jej byś złożył od wnuka, wiesz jak jest.

– Ok, nie ma sprawy, synu, a jakie kwiaty?

– No nie pamiętam nazwy, te co za twoich czasów, znaczy przed wojną, he he, dawali. I wszystkim babkom, które znasz złóż ode mnie życzenia. Tym, które znasz dobrze, tym, które słabo i tym, których w ogóle. Wszystkim, ogarniasz, cepie?

– No ok.

– Dzięki. Nara.

 

Anna

DSC_6279

Od kiedy pamiętam, moja babcia Anna przekonywała wszystkich, że niedługo umrze.

Od czterdziestu lat słyszałem od niej, że następnych świąt już nie doczeka.

Przez całe życie mieszkała w spartańskich warunkach, przy boku ciepłego, wyrozumiałego, pracowitego i zaradnego mężczyzny. Oszukiwała wszystkich mówiąc, że żyje przede wszystkim dla Boga, ale myliła się. Tak naprawdę żyła dla tego wysokiego, śniadego, pogodnego, przystojnego i silnego mężczyzny, z którym spędziła sześćdziesiąt lat swojego życia.

Dziadek umarł prawie dziesięć lat temu. Nagle. Zimą.

Babcia marzyła o śmierci latem. Chciała mieć piękny pogrzeb, który z każdym szczegółem zaplanowała. Od czasu śmierci dziadka, na rodzinnym nagrobku w Boćkach, uśmiechali się do świata na wspólnej fotografii. A babcia żyła sama i smutna w drewnianym domu blisko cmentarza.

Na dnie szafy miała przygotowane ubranie na swój pogrzeb, od halki po garsonkę i buty. Bluzkę z ręcznie haftowanymi wykończeniami.

Anna dużo mówiła o swoim pogrzebie, ale odważnie broniła się przed śmiercią. Ciekawością świata, pomocą najbliższym, wyzwaniami, jakie przed sobą stawiała.

Jak się wyjdzie za stodołę, w oddali widać ten cmentarz za polem, na którym czekał na Annę jej ukochany mąż.

Czarno-białe zdjęcie. Zdjęcie, jakich wiele. Lata czterdzieste ubiegłego wieku. Fotografia leży teraz na dnie szuflady w pokoju gościnnym, w pustym domu z drewna. Dwie ładne blondynki z ręcznie wyplatanymi torebkami stoją przy płocie jednego z domostw wsi Brzeziny pod Drohiczynem. Po lewej Anna: promiennie uśmiechnięta buzia, blond włosy upięte w niewielki warkocz. Po prawej – trochę niższa – Stasia – jej siostra. Anna wygląda ładniej, dumniej, pogodniej.

Jest słoneczne lato.  W tle są malwy i sztachety wiejskiego płotu. Zdjęcie jest czarno-białe, ale zawsze, gdy sobie o nim przypominam, widzę blond włosy babci i jej siostry, wielobarwne ściegi torebek, czerwone falbanki bluzek zapiętych pod szyjami, błękitne niebo, słońce.

Ile lat ma babcia na tym zdjęciu? Szesnaście? Siedemnaście? Osiemnaście?

Annie wydawało się, że razem z rodziną przetrwali głód, chłód i okropieństwa wojny. I teraz znowu będzie tak jak wcześniej – biednie, ale spokojnie. Wojna przyszła na nowo. Po zdobyciu Berlina, ze Wschodu ciągnęły całe rodziny sowieckich wojskowych i notabli, aby z domów i mieszkań zabitych albo wypędzonych Niemców zabrać wszystko, co cenne.

Było lato 1945 roku. Obok wsi Brzeziny szła kolumna sowieckich ciężarówek z niemieckim dobytkiem. Jakiś oficer z kilkuosobową ochroną i żoną w późnej ciąży. Zatrzymali ich polscy partyzanci. Rozbroili i poprowadzili do Brzezin. Tam, miejscowym mężczyznom kazali kopać dół na środku wsi. Z wyrwanej z jednej ze stodół deski zrobili kładkę, którą położyli wzdłuż dołu.  Kazali ofiarom na nią wchodzić i po kolei strzelali na oślep. Na koniec zostawili ciężarną kobietę. Strzelali jak leciało. Ranna kobieta wpadła do dołu. Poruszała się, albo poruszało się dziecko w jej brzuchu.

Partyzanci kazali mężczyznom zasypać konających Sowietów. Chłopi przysypali ofiary lekką warstwą ziemi z nadzieją, że partyzanci pójdą, a kogoś da się uratować. Żołnierze czekali, aż pełzająca spazmami półżywych ludzi warstwa ziemi będzie dostatecznie gruba. Potem kazali to udeptywać, aż ziemia przestała się ruszać. Potem partyzanci uciekli do lasu.

Anna miała wtedy osiemnaście lat. Opowiadała mi o tym często. Zawsze wtedy płakała.

Kilka dni później. 14 lipca 1945 roku do Brzezin wjeżdżają zastępy Urzędu Bezpieczeństwa i NKWD. Wykopują ciała Sowietów i podpalają wioskę. Dom po domu. Wszystko. Mieszkańcy uciekają do lasu. Stamtąd patrzą i płaczą Z dymem idzie całe ich życie.

Anna Brzezińska zostaje z niczym.

Była bardzo religijną katoliczką. O prawosławnych mówiła „ruscy”, nie podobało się jej, gdy któreś z jej wnucząt wdawało się w katolicko-prawosławne mezalianse, ale nigdy o tej złości nie mówiła wprost. Klęła zawsze na akowców, którzy w jej wspomnieniach ograbiali wioski z jedzenia i nie dawali katolikom żadnej pomocy, kiedy do władzy doszli Sowieci.

Gdy Anna pokazała mi to słoneczne zdjęcie z siostrą Stasią, była już sporo po osiemdziesiątce i właśnie kilka dni wcześniej zmarł jej mąż. Siostra też już nie żyła. Została sama.

dziadek

Siedziałem wtedy tam u niej kilka dni. Starzy i religijni ludzie wierzą w to, że umarli odwiedzają ich we śnie i na jawie. Babcia była przekonana, że Józef przychodzi do niej po śmierci i odwiedza ją po nocach. Chciałem przy niej wtedy przez kilka dni pobyć nie dlatego, że ona bała się jego wizyt. Pragnęła ich. Bardzo te wizyty przeżywała i miała ogromną potrzebę, aby się nimi dzielić.

Dziewięćdziesięciolatkowie czasami trafiają do szpitali, to normalne. Dlatego nie zdziwiłem się, ale tylko trochę zmartwiłem, gdy krótko po nowym roku dostaliśmy wiadomość w Białymstoku i Warszawie, że Anna poczuła się słabo i trafiła na oddział obserwacyjno-zakaźny szpitala w Bielsku Podlaskim. Bywała w szpitalach od czasu do czasu, jednak bardziej traktowała to bywanie jako odskocznię od monotonii samotnego życia w drewnianym domu, okazję na kontakt z ludźmi, na kilka dni bycia otoczonym atencją. Atencją, a nie opieką, bo do końca swojego długiego życia pozostawała samodzielna i nigdy los nie przykuł jej do łóżka.

Leżała w tym szpitalu przez tydzień. Codziennie ktoś ją odwiedzał. Koleżanki z sali jej zazdrościły. A ona była dumna ze swoich dzieci, wnuków i prawnuków, którzy ją odwiedzali.

Na jej dziewięćdziesiąte urodziny policzyliśmy te wszystkie osoby, które są gałęziami, liśćmi i listkami wyrastającymi od konaru drzewa zapoczątkowanego przez nią i przez jej męża. Pięcioro dzieci, jedenaścioro wnucząt i dwadzieścioro prawnucząt, plus ich wszyscy partnerzy i małżonkowie, dla których też była przecież babcią. Pół setki ludzkich istot.

Więc dziesiątego stycznia pojechałem do babci. Ktoś, kto ją odwiedzał dzień wcześniej, powiedział przez telefon, że babcia narzeka na brak kawy zbożowej. Inka zawsze stała u niej na półce i to u niej nauczyłem się pić kawę zbożową. Taki brak to dobry pretekst, żeby odwiedzić babcię.

Wstałem o świcie i naparzyłem w termosie tej kawy zbożowej o zapachu waniliowym. Tej samej, którą uwielbia mój syn. To była pierwsza środa po Święcie Trzech Króli. Nie pojechałem dziewiętnastką – nie lubię wyprzedzać tirów, w ogóle nie lubię ekspresówek, autostrad i krajówek. Pojechałem na Juchnowiec Kościelny. Przez Hryniewicze, w których wiele lat mieszkał mój pradziadek Michał. Miał tam dom z ogrodem i konia z przyczepą. Nie wiem, gdzie stał ten dom.

Koło ósmej w mieście i na jego przedmieściach jest nerwowo. Wszyscy się spieszą, robią się korki, nie jest przyjemnie. Kiedy skręciłem w Juchnowcu w lewo, zrobiło się spokojnie. Jechałem na południowy wschód, dlatego widziałem pięknie rozpoczynający się mroźny dzień – pokryte niewielka warstwą lodu pola i lasy, zza których powoli wynurzało się pomarańczowe niebo.

Most na Narwi w Ploskach. Rzeka rozlewająca się po horyzont mniejszymi lub większymi odnogami, ślepymi rozlewami, bajorkami. Teraz zamarznięta. Którędy płynie główny nurt? Nie wiadomo. Gdzieś kilka centymetrów pod taflą toczy się znowu życie. To miejsce jest przez cały rok piękne i zawsze mam ochotę, żeby zatrzymać się gdzieś na poboczu, na chwilę odejść od szosy i sobie popatrzeć.

Znowu skręcam z głównej na Ploski i jadę przez las w kierunku Nurca. Zatrzymuję się na chwilę w lesie. Wchodzę między drzewa. Jest dziwnie nieprzyjaźnie, przerażająco zimno i smutno. Za chwilę jadę dalej. Potem się dowiem, że stało się to właśnie wtedy, kiedy wszedłem bez celu do tego lasu i stamtąd po chwili uciekałem.

Przyjeżdżam do Bielska kilkanaście minut potem. Z wielkim termosem w rękach szukam oddziału, który mieści się w brzydkim baraku. Okropnie zimny szpitalny korytarz z linoleum na podłodze. Ściana u dołu zielona, u góry biała, zimne światło lampy jarzeniowej. Szukam pokoju numer osiem. Zaglądam do tego pokoju, ale babci tam nie ma. Przy oknie leży jakieś zasuszona, malutka babcinka, podłączona do cewnika. Drugie łóżko – puste. Babcia spod okna spogląda na mnie błędnym wzrokiem.  Idę do salowej upewnić się, czy to pokój numer osiem. Idę tam jeszcze raz z myślą, że to może była babcia. Pytam o Annę Głowacką. Kobieta mówi „przenieśli ją”. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że coś jest nie tak. Wracam do salowej.

Pan poczeka, zawołam lekarkę.
Za chwilę przychodzi wysoka dziewczyna w kitlu i ze stetoskopem na szyi.

– Pana babcia odeszła piętnaście minut temu, przykro mi. Jeszcze pół godziny temu zjadła śniadanie, poprosiła o dodatkową herbatę. Żartowała. Moje wyrazy współczucia.
– Czy ona cierpiała? – pytam.
– Nie, pana babcia po prostu zasnęła.

Godzinę później zabierałem z pokoju pielęgniarek plastikowy worek z ubraniami, różańcem i modlitewnikiem.

SONY DSC

 

Czy ryba przetrwa bez wody? Czy śledź dotrwa do środy?

SONY DSC

Najlepszą świeżą rybę w mieście można dostać w rybnym na giełdzie przy Andersa. To ostatni taki rybny w Białymstoku. Na drzwiach zawieszona jest pleksiglasowa zasłonka przeciw muchom. W środku jest zawsze dużo starych ludzi obsługiwanych przez chamskie sprzedawczynie w utytłanych fartuchach, a nad wszystkim unosi się ten unikalny rybny swądek sklepu z darami mórz, rzek i jezior.

Te trzy rzeczy – zapach ryby, długą kolejkę i opryskliwe, ekspedientki wycierające ręce o brudne fartuchy – pamiętam z okrągłego punktu Centrali Rybnej między blokami przy Gajowej w Białymstoku, kiedy gdzieś pod koniec lat osiemdziesiątych staliśmy z całą rodziną na zmianę, chyba z dziesięć godzin, żeby dostać upragnionego karpia na święta. Wieczorem karp pływał już w wannie i tego dnia wyjątkowo nie było kąpieli przed wieczorynką. Zdobyty z trudem był przez jedną noc piątą osobą w rodzinie, a wanna stałą się akwarium, do którego wrzucałem z siostrą kawałki chleba dla nowego braciszka.

Jiro Ono, tokijczyk uważany za najlepszego twórcę sushi na świecie, twierdzi, że świeża ryba nie ma zapachu. Pewnie ma rację. Teraz w nielicznych rybnych nie śmierdzi tak, jak kiedyś. Większość zresztą pozamykano. W moim mieście przez lata sklep rybny był w najlepszym miejscu na sklep, knajpę, lokal, jakie można sobie wymarzyć – na Lipowej, przy samym ratuszu. Potem, w latach dziewięćdziesiątych, zrobili tam sklep Big Stara z dżinsami, a potem zrobili tam kawiarnię. Jak tamtędy przechodzę, czuję zapach kawy, a kiedyś czułem swąd ryby.

Sklep przy Andersa to jedyne miejsce w Białymstoku, które przypomina tamte Centrale Rybne. Wewnątrz od rana do popołudnia stoi kilkunastoosobowa kolejka starych kobiet i mężczyzn z tymi dziwnymi torbami na kółkach. Giełda jest na peryferiach, więc ci zmęczeni starcy z tymi swoimi jeżdżącymi torbami muszą jechać autobusami, aby w tym małym sklepie odstać swoje piętnaście minut i kupić rybę na piątek.

Nie wierzę w ich metafizyczny sens, ale lubię czasami przestrzegać tych katolickich rytuałów, zakazów i nakazów. To ważna cząstka, świata, w którym się wychowałem. Mój syn wybierze sobie taki światopogląd, jaki mu się spodoba, ale będzie mi zależało, żeby szanował te polskie tradycje. Bo – nawet jeśli nie mają one żadnego głębszego znaczenia – są kawałkiem świata jego rodziców i dziadków.

Dlatego, kiedy tylko robię zakupy w czwartek albo w piątek, zaglądam do tego rybnego na giełdzie. I jak robię obiad, to staram się, aby w piątek była ryba.

Trzy dni temu, jak zwykle, byłem bardzo podekscytowany i zdenerwowany spotkaniem z Synem, a najlepszym sposobem na tę gorączkę są dla mnie jazda autem i spacer po tej giełdzie. Kolejny raz zajrzałem do rybnego. Upatrzyłem sobie kilka płatów świeżego dorsza na obiad. Tymczasem wszyscy starzy ludzie przede mną brali solone śledziowe filety, wylegujące się na środku wielkiego rybiego zgromadzenia, między śledziami w skórze, między błyszczącymi makrelami wędzonymi na ciepło i na zimno, zdekapitowanymi karpiami, karpimi głowami smutno patrzącymi na ludzkość zza porysowanego pleksi, między płaskimi jak kapcie halibutami, wyciętymi równo jak cegły igloo płatami mrożonych mintajów, polędwicami z tuńczyka, między drobnymi sielawami z oleckich i suwalskich jezior, między dumnymi, ociekającymi tłuszczem łososiami, między mikroskopijnymi szprotkami.

SONY DSC

Nie miałem wyboru. Musiałem – tak jak wszyscy – kupić kilka małosolnych filetów wylegujących się na samym środku tej rybnej góry.

Wielbicielem śledzia był Otto von Bismarck, który w swojej celnej uwadze zawarł pewnie nieświadomie nie tylko ideę fix śledzia, ale też przy okazji uniwersalne prawo popytu i podaży, którego uczą się studenci pierwszego roku ekonomii. Wąsaty kanclerz zauważył, że gdyby śledzie nie były tak pospolite, gościłyby jako rarytas na królewskich stołach.

Von Bismarck powiedział to, co ekonomiści nazywają prawem popytu i podaży. Rzeczy, których jest mało, pożądają wszyscy i są gotowi zapłacić za nie wielką cenę. Złoto, trufle, Monica Bellucci, Lamborghini Anniversario z limitowanej edycji. Rzeczy, których jest dużo i są łatwo dostępne, jest tak wiele, że stać na nie każdego. A przecież smak tego pospolitego śledzia, tej tłustej ryby dla biedaków, jest smakiem w świecie ryb tak niepowtarzalnym, że nie sposób go pomylić z żadną inną rybą. Mintaja z tilapią pomylisz. Śledzia nie pomylisz z niczym. Gdyby było go mało, śledź byłby tym, czym jest kawior Beluga z ikry stuletnich białych jesiotrów z Morza Kaspijskiego.

SONY DSC

Starzy ludzie raczej nie są bogaci, nie jedzą kawioru i nie obchodzą karnawału. Ale na pewno obchodzą post. A we tę środę rozpoczyna się najważniejszy post w roku. Tego dnia na głowie jest popiół, a na obiad jest skromny śledź z gotowanymi kartoflami. No to pomyślałem, że zrobię tego śledzia na środę tak, jak najbardziej lubię i najprościej, jak się da.

Do Popielcowej Środy jeszcze dwa dni, a śledzia co raz, to ubywa.

Niżej napisałem, jak go robię, jeśli ktoś jest zainteresowany. A jeśli nie jest zainteresowany, to może poprzestać na wierszyku (autor nieznany).

Czy ryba przetrwa bez wody?

Czy śledź przetrwa do środy?

Śledź w oleju (przepis)

  • Duży słoik albo umyty pojemnik po kawie
  • 1 kg małosolnych śledzi (najlepiej młodych)
  • 2 duże cebule
  • Liście laurowe
  • Gorczyca
  • Pieprz (najlepiej zielony lub czerwony)
  • Olej słonecznikowy

Śledzie przelewam kilka razy zimną wodą, aby oddały sól. Zostawiam je w ostatniej wodzie na około godzinę (ważne, aby nie stały w tej wodzie za długo, bo zmiękną). Kroję je w poprzek na kilkucentymetrowe kawałki. Na dno słoika wrzucam liść laurowy, 2-3 kawałki cebuli pokrojonej w półplasterki, kilka ziaren gorczycy, 2-3 ziarenka pieprzu (zielony jest delikatniejszy od czarnego, a czerwony – słodkawy), a na to 2-3 plastry śledzia. Powtarzam te czynności, dopóki nie skończą mi się śledzie. Warstwy wkładam bez kombinowania i dociskania, aby ryba mi się potem nie porozpadała. Na koniec zalewam to wszystko olejem, zamykam i lekko potrząsam, aby pozbyć się powietrza. Z praktyki wiem, że nie warto kombinować z przesuwaniem zalanych śledzi widelcem ani łyżką, bo tylko się porozpadają. Jeśli między płatami zostają jakieś bąbelki, to od czasu do czasu lekko potrząsam słoikiem. Wstawiam słoik do lodówki i zostawiam na kilka godzin. Śledzie są gotowe do jedzenia.

SONY DSC

Доброго Апетиту!

 

Halawa dla dziecka, czyli o potędze dojrzałego banana.

SONY DSC

Halawa to najlepszy słodki deser dla dziecka, jaki można sobie wyobrazić. Jest, musi być bardzo słodka, jak większość indyjskich deserów, a przy tym można ją przygotować tak, aby w ogóle nie używać cukru ani nawet miodu.

Dzisiejszą halawę przygotowywałem po raz trzeci w życiu, w tym po raz drugi dla mojego Syna. Jako że podobno nie toleruje on mleka, zakres możliwości jeśli chodzi o słodkości mam dosyć ograniczony. Nie używam tych wszystkich nabiałów „bez latozy”, bo nie lubię chodzić na skróty. Dzisiejszą halawę przygotowałem więc bez mleka i bez cukru. Za to z dojrzałymi bananami, które mają w sobie tylko słodyczy, że nie trzeba do tego bardzo słodkiego deseru dodawać ani grama cukru ani miodu. I ze „smalcem kokosowym” – ten olej, który można dostać w Biedronce za jakieś 9 złotych – jest moim zdaniem najbardziej neutralnym roślinnym tłuszczem świetnie zastępującym masło.

Składników nie ma wiele. Nie musiałem chodzić po nic do sklepu – wszystko znalazłem w szafkach i lodówce.

Nie rozumiem tego wielkiego uwielbienia Polaków do zielonych bananów. Często w sklepach spotykam się z sytuacją, że kilogram zielonych, bezsmakowych bananów kosztuje 4-5 złotych za kilogram, a te żółte, dojrzałe, z pojawiającymi się gdzieniegdzie ciemnymi plamami, są przecenione do 2 złotych za kilogram. Ciemnienie skórki banana to objaw ich dojrzałości, pełni smaku i słodyczy. To tak, jakby sprzedawać zielone pomidory dwa razy drożej, niż czerwone. No absurd!

A dojrzały, słodki, kremowy banan, to podstawa sukcesu w przygotowaniu halawy. Daje tak dużo słodyczy, że można zapomnieć o cukrze czy miodzie. Mojemu synowi dzisiaj smakowało, jak poprzednio, dlatego czuję się w prawie podzielić swoją prostą metodą na pyszny deser dla dziecka (myślę, że praktycznie w każdym wieku – takim zupełnym maluchom zrezygnowałbym tylko z rodzynek).

Co będzie potrzebne (przepis na 2 solidne porcje):

  • Pół szklanki kaszy manny
  • 1,5 łyżki smalcu kokosowego
  • 1,5 szklanki wody
  • Jeden duży, dojrzały banan (lub dwa małe, też dojrzałe)
  • Łyżka soku z pigwy (można zastąpić sokiem z cytryny)
  • Garść rodzynek
  • Cynamon, kardamon, mielony anyż (opcjonalnie)

Jak zrobić pyszną halawę dla dziecka?

Rodzynki w przeddzień zalewam wrzątkiem, żeby zmiękły. W garnku zagotowuję wodę z rodzynkami i sokiem z pigwy (lub z cytryny). Jeśli nie mamy bardzo słodkiego banana, do tej wody dobrze jest dać łyżkę miodu, w moim przypadku nie było to konieczne. Na patelni rozpuszczam olej kokosowy, rozgrzewam wsypuję kaszę mannę. Mieszam, aż kasza stanie się złoto-żółta i połączy z tłuszczem. Taką kaszę wrzucam do wody i zagotowuję, ciągle mieszając. Jak kasza wciągnie trochę wody, dodaję banana w niewielkich kawałkach. Wszystko to intensywnie mieszam i gotuję na małym ogniu. Powstała masa powinna być gęsta i odlepiać się swobodnie od dna i brzegów garnka. Kiedy widzę, że halawa jest dostatecznie sucha, wyłączam ogień. Halawę można jeść na ciepło i na zimno. Za każdym razem jest smaczna.

SONY DSC

PS. Jedzenie do mojego Małego wożę, jak widać na zdjęciu, w plastikowych pojemnikach po różnych produktach, które wystarczy po prostu umyć i można ponownie wykorzystać. Polecam.

 

Czy ktoś pamięta jeszcze Grzegorza Filipowskiego?

92oktkpTURBXy9mZjVlMmYwOTQ2NGUwODVkZTFmYTZkNDExZDJkMmU2YS5qcGeSlQMBa80GoM0DupMFzQMgzQHC

Kiedy byłem dzieckiem, byliśmy w totalnej dupie. Urodziłem się dwa lata przed wprowadzeniem stanu wojennego. Pierwszego banana spróbowałem gdzieś w przedszkolu. Papier toaletowy wymieniało się na makulaturę. Kolorowe napoje sprzedawano w foliowych torebkach. Od Visolvitu wolałem Vibovit, które traktowałem – jak wszystkie dzieci – jako przysmak, a nie farmaceutyk. Wysypywało się ten proszek na otwartą dłoń i zlizywało. Proszek rozpuszczał się na języku, szczypał, był kwaśny i słodki.

Przyjemności dziesięciolatka przełomu lat 80. i 90. musiały być proste. W dupie jeszcze mieliśmy politykę i nadzieję ze zmiany ustroju. Bardziej interesował nas sport, mimo, że kraj pogrążony w kryzysie nie osiągał w nim żadnych sukcesów. Miliony dzieciaków biegały po błotnistych boiskach, a reprezentacja Polski przegrywała, co się tylko dało. W grudniu 1990 przegrywamy 0:4 z Egiptem, parę miesięcy później 0:5 ze Szwecją. Przewalamy eliminacje do kolejnych Mistrzostw Świata i Europy.

Jak to wytłumaczyć dziecku?

Mimo wszystko, mimo tych porażek Polski na każdym polu, każdy występ reprezentacji, każde Igrzyska to były święta i spędzało się wtedy obowiązkowo ten czas przed telewizorem. Zimowe oczywiście również. To nic, że od ćwierć wieku żaden Polak na nich nic nie zdobył. Bobsleiści są zazwyczaj ostatni, bo nie mają w kraju gdzie ćwiczyć ani tym bardziej z kim wygrać (poza Jamajką). Zjazdowcy alpejscy, narciarze, hokeiści – podobnie. Jak któremuś z polskich skoczków uda się przejść do drugiej serii, cały naród sra do szczęścia.

Szczególnie perwersyjne było oglądanie występów niejakiego Grzegorza Filipowskiego – łyżwiarza figurowego. Dzisiaj, gdy sobie o nim przypomniałem, widzę, że nie był takim złym sportowcem. Ale wówczas jego występom towarzyszyło w Polsce szczególnego rodzaju podniecenie. Gdy Filipowski wychodził na taflę, wszyscy drżeli. Mężczyźni wypijali kieliszek na uspokojenie, a kobiety i dzieci zasłaniały dłońmi oczy. Grzegorz Filipowski miał taki piękny filmowy uśmiech i entuzjazm w oczach. Entuzjazm, który nie schodził mu twarzy po pierwszym, drugim, trzecim, czwartym upadku. Cały naród polski patrzył z przerażeniem na te kolejne upadki Filipowskiego, na tę jego piękną katastrofę.

W końcu, gdy kolejne nieudane skoki niewiele już miały wspólnego z muzyką, gdy muzyka się kończyła, a Filipowski rozpaczliwie próbował pokazać, że jednak potrafi wykonać tego nędznego podwójnego toeloopa, gdy w końcu Filipowski schodził z lodowiska i oczekiwał z tym swoim entuzjastycznym uśmiechem na wyrok jury, wtedy mężczyźni mówili:

– Pierdolę, mówiłem, że to sport dla pedałów. Wstyd na cały świat.

A wtedy kobiety mówiły.

– Ja tam lubię patrzeć, jak oni tak tak na tym lodzie.

A my, w milczeniu znosiliśmy w naszych sercach kolejną porażkę Filipowskiego, przeżywaliśmy ją jako naszą osobistą porażkę. Byliśmy na tym lodzie z tym Filipowskim, staraliśmy się pomóc mu w kolejnym lądowaniu i na własnych tyłkach czuliśmy ból kości ogonowej, kiedy człowiek, w którym pokładaliśmy nasze wielkie dziecięce nadzieje i marzenia, po raz kolejny je niweczył.