Codziennik jedenasty – przygotowania

DSC03903.jpg

Za każdym razem, kiedy idę do lasu i oglądam drzewa, kolekcjonuję liście, obserwuję wzrastanie mchu i grzybów, nasłuchuję ptactwa, badam tropy zwierząt, robię zdjęcia a potem – już w domu – czytam wszystko, co mi się nawinie pod rękę o roślinach, analizuję zdjęcia, robię notatki – myślę tylko o tym, że gdy następnego lata będziemy już mogli normalnie i w spokoju pójść wędrówkę do puszczy, to na pytanie:

– Tato, co to takiego?

Nie będę musiał odpowiedzieć:

– To tam? To jest drzewo, synku.

Reklamy

Codziennik dziesiąty – o kocie-żebraku

SONY DSC

Przyszło Babie Lato. Zawiozłem dziś mamę na grzyby. Nie mogę teraz zbyt wiele chodzić. Zabrania mi tego noga wchodząca od trzech miesięcy w stan gorączkowy i wylewająca swe żale całymi dniami czymś, co muszę cierpliwie tamować bandażami, opatrunkami, plastrami, a i tak codziennie do prania idą prześcieradło i dwie pary dżinsów. Więc zamiast chodzić po lesie, zadowalam się kąpielami w ostatnich ciepłych promieniach słońca, lekturą na łonie natury, ulubioną a kawą mojego Syna ze starodawnego termosu i wafelkami Prince-Polo.

Na szczęście noga – choć siąpi – to nie boli, więc wywózki mamy na te jej ukochane grzyby wykorzystuję na cieszenie się Babim Latem i na studia w plenerze. Ostatnio połykam wszystko, co do tej pory napisano o neandertalczykach. Sięgnąłem nawet po zalegającą latami na regale dużego pokoju przy Palmowej pięknie wydaną jak na koniec lat 70. „Skąd pochodzisz, Adamie” Józefa Kleiba. Więc czytam, notuję, rozmyślam, bo wczoraj dostałem zamówienie na tekst o tych małpoludach.

No i dzisiaj, kiedy rozłożyłem się ze swoim notesikiem Moleskine i ołówkiem o ulubionej miękkości B3, kiedy już zjadłem pierwszy batonik Prince Polo, popity kawką zbożową Anatol, którą mój Syn tak bardzo lubi,  kiedy już rozsiadłem się wygodnie na drewnianej ławie przy „Barze na Składnicy”, i kiedy złożył mi już kurtuazyjną wizytę wielki, długowłosy bernardyn pilnujący tamtejszego dobytku, kiedy rozpocząłem lekturę z przygotowanym na wszelkie okoliczności, zatemperowanym starannie żyletką w domu, ołóweczkiem B3, wtedy wlazł mi na stół on….

Biały kot – żebrak. Przedmiot irytacji wszystkich gości Baru na Składnicy. Czekający, aż klienci dostaną zamówione jedzenie. Podchodzący na tyle blisko, by wzbudzać litość i na tyle daleko, by nie pozwolić dać się wypędzić kopniakiem w podbrzusze. Miałczący tak przeraźliwie, jak dziecko, któremu odmówiono świeżaka w Biedronce. Patrzący tymi rumuńskimi oczami na Bogu ducha winnych ludzi zajadających te średniej jakości pożywienie serwowane w tym dziwnym miejscu. Zło wcielone jednym słowem.

Biały kot – żebrak – tym razem nie żebrał, bo nie miał o co. Obszedł dwa razy ostrożnie mój stolik, po czym bezceremonialnie wpieprzył się między otwartą książkę o małpoludach a opakowanie po Prince-Polo. Obwąchał to wszystko, popatrzył na faceta, który siedział lekko zdezorientowany, przestraszony tą obcesowością, po czym wlazł mu na kolana, wymościł mi wytarte dżinsy, położył się i po chwili, drapany pod uchem i po brzuchu, zapadł w sen.

SONY DSC

Trochę poczytałem, a potem kot-żebrak się obudził. Resztę oczekiwania na mamę spędziłem na zabawach z wrednym kotem żebrakiem. Tego przedpołudnia, pierwszego przedpołudnia w Babie Lato 2018 nie dowiedziałem się niczego nowego o neandertalczykach.

Codziennik ósmy – intuicja

DSC_2058.jpg

Byłem wczoraj znowu w lesie. W środku Puszczy Knyszyńskiej mam takie swoje miejsce. Odkryłem je przypadkiem i chodzę tam, kiedy potrzebuję wyciszenia. Postanowiłem, że kiedyś pokażę je mojemu synowi i nikomu innemu. Jak los pozwoli. Chciałbym, bo jest tam pięknie.

Jednym z dopływów niewielkiej rzeki Czarna jest leśny strumień, przerobiony przez pracowite bobry w kilkukilometrowe rozlewisko z całym systemem tam, żeremi, jeziorek, małych wodospadów i bagienek. To właśnie przy tym strumieniu bobry położyły wielką jodłę tak genialnie, że z pozostałego pieńka zrobiło się wygodne siedzenie, a powalona reszta robi za oparcie. Lubię tam po prostu siedzieć i słuchać szumu wody przetaczającej się przez bobrzą tamę ukrytą gdzieś za sitowiem. Czasami zabieram tam ze sobą coś do czytania.

Byłem tam wczoraj. Łapiąc ostatnie promienie letniego słońca i popijając kawę zbożową Anatol z termosu (ulubiony napój Małego), przeczytałem tam wczoraj znakomity, popularnonaukowy artykuł Tomasza Stawiszyńskiego o intuicji. Wydrukowali to w jesiennym Przekroju pod tytułem „Użyj mocy, Luke”. Skąd tytuł? Bo w kluczowym momencie pierwszych „Gwiezdnych Wojen” młody Skywalker, lecąc w stronę Gwiazdy Śmierci, wyłącza urządzenia nawigacyjne, monitory i decyduje się „zaufać intuicji”.

O tych nieświadomych mechanizmach ludzkiego umysłu, działających bez udziału namysłu i głębokiej refleksji, podejmujących decyzje niejako „zamiast nas”, wiedziano od dawna, ale do dzisiaj nie zgłębiono ich całkowicie. Natomiast świat stawia przed nami tysiące różnych wyborów na minutę i tylko niewielka ich część jest podejmowana świadomie, refleksyjnie, analitycznie. To, w jakim kierunku postawimy nogę szukając w lesie grzybów, na którą półkę spojrzymy kupując w sklepie ser na kanapki, jaką stację telewizyjną zdecydujemy się oglądać wciskając z nudów przycisk pilota, wszystkie te decyzje są podejmowane w zasadzie „automatycznie”.

Freud twierdził, że ta nieszczęsna „nieświadomość” jest czymś w rodzaju naszego alter ego, złośliwie podpowiadającego nam rzeczy i decyzje, których świadomie nie mielibyśmy odwagi ze wstydu podjąć. Wydaje mi się, że więcej racji mają neurobiolodzy i współcześni psychologowie, według których nieświadomość nie jest złośliwym przeszkadzaczem-zboczuszkiem, ale pomocnikiem, wykonującym ogromną pracę bez naszego udziału i pomagającym nam podjąć właściwe decyzje.

No właśnie – czy zawsze właściwe? Oczywiście nie zawsze. Nieświadomość podejmuje decyzje i podpowiada nam w oparciu o zebrane wcześniej przez nasze mózgi informacje. Dlatego doświadczeni fachowcy w różnych dziedzinach są w stanie podejmować właściwe decyzje, często nie potrafiąc ich racjonalnie uzasadnić.

Oczywiście, czasami nawet fachowcy się mylą. Mylą się dlatego, że umysł jest tworem ewolucji, a więc działa w interesie przeżycia i reprodukcji. Stąd wiele przykładów tego, jak intuicja wprowadza nas w błąd, dlatego, że celem nieświadomści jest przetrwanie, a nie „prawda” jako taka. Dlatego boimy się pająków, jazdy windą, a dzieci nie następują na przerwy w kostce chodnikowej. To nawyki ewolucyjne, które na wszelki wypadek warto podtrzymywać. A nuż pająk nas ugryzie (choć wiadomo, że w Polsce nie ma trujących pająków), winda się zerwie (choć racjonalność podpowiada, że to niemożliwe), a chodnik się zapadnie, jak skała w dżungli przed wiekami.

Na koniec anegdotka Barrego Schwartza odnosząca się do powszechnej opinii o tym, że kobiety mają lepszą intuicję od mężczyzn. Jest to poniekąd prawda, bo rzeczywiście kobiety ogółem lepiej rozpoznają niewerbalne gesty, aluzje i mają lepszą zdolność zapamiętywania relacji społecznych.

Schwartz powiedział kiedyś, że jako mężczyzna, większości wyborów dokonuje w sposób bezwiedny (intuicyjny). Kiedy na przykład idzie do sklepu po spodnie, szuka odpowiedniego rozmiaru, rzuca okiem mniej więcej na rodzaj tkaniny i krój i bierze z półki pierwszą lepszą parę. I nigdy tego później nie żałuje!

Mam tak samo. Kiedy zaś widzę, jak kobiety decydują się na zakup, dajmy na to, spodni, wówczas proces ten wygląda zgoła inaczej. Dziewczyny najpierw obserwują ulicę i najnowsze trendy. Potem robią research internetowy. Po wyborze określonej marki i modelu, sprawdzają, czy aby któraś z ich znajomych nie ma już takich samych. I nawet jeśli już wiedzą, jakich dokładnie spodni potrzebują, i tak spędzają w sklepie długie godziny, nie potrafiąc podjąć decyzji. A potem, nawet jak już kupią te nieszczęsne spodnie, całymi tygodniami chodzą niepewne słuszności swojego wyboru.

„Jak dobrze mają te bobry, które śpią sobie teraz smacznie w tych żeremiach kilkanaście metrów od mojej samotni. Jak dobrze byłoby być takim bobrem, od którego nie wymaga się tej racjonalności, nie analizuje się i nie ocenia jego decyzji. Bo wszystkie mają na celu przetrwanie, interes jego najbliższy, spokój od ludzi i stawik pełen ryb” – pomyślałem, spakowałem termos oraz „Przekrój” do plecaka i wróciłem do miasta. Podejmować kolejne trudne decyzje.

Przepis na gołąbki (leśne)

20180924_133712.jpg

Gołąbki są dla mnie absolutnie największym odkryciem tegorocznego sezonu grzybowego. Moja mama mówi, że są to grzyby dla starych ludzi i to by się zgadzało, bo ona nie weźmie ich do ust (uważa, że są trujące), a ja zostałem tej jesieni ich bezwarunkowym wielbicielem i konsumentem w ilościach masowych.

Pojawia się pytanie: czy mama ma zawsze rację?

Podobno moja babcia i prababcia od strony Terki uwielbiały te grzyby, ale wprzypadku pierwszej nie mogłem, a w drugim nie zdążyłem ich o to dopytać.

Teraz nikt chyba nie zbiera gołąbków, więc jest ich w lasach mnóstwo!

Jeśli zastanawiacie się, jak smakuje gołąbek, wystarczy, że przypomnicie sobie smak rydza. Ten grzyb jest w istocie jedną z odmian gołąbków („mleczaj rydz” to jego fachowa nazwa). Odmianą szlachetną i prawdopodobnie najsmaczniejszą ze wszystkich gołąbków, ale inne też dają radę. Na przykład mleczaj jodłowy.

Jestem dupa jeśli chodzi o grzybiarstwo (nie to, co Ola!), dlatego bardzo proszę o nie sugerowanie się tym, co piszę i w razie ochoty spróbowania gołąbków proszę o poradzenie się rad doświadczonych grzybiarzy. Mam dość liberalne i śmiałe podejście do grzybów, które samemu sobie przyrządzam, bo lubię eksperymenty kulinarne, ale nie czuję się w żadnym stopniu fachowcem w tych sprawach!

A już w żadnym wypadku nie częstujcie grzybami dzieci! Żadnymi! W razie pomyłki strujecie je wielokrotnie silniej, niż siebie, a grzyby, poza walorami smakowymi, nie mają prawie w ogóle wartości odżywczych i są ciężkostrawne. Pozwólcie waszym dzieciom poczekać do dorosłości na czerpanie kulinarnych rozkoszy z grzybów.

W tym roku zbierałem tylko gołąbki z brązowym kapeluszem (te na zdjęciu), które fachowo nazywa się mleczajami jodłowymi. Jak sama nazwa wskazuje, rosną stadnie najczęściej pod jodłami. Mają charakterystyczne dla gołąbków – wklęsłe kapelusze. Są to grzyby twarde, nie poddające się robakom, po przekrojeniu trzonu wypuszczające – dokładnie tak jak rydze – delikatny, przezroczysty sok.

Wśród gołąbków występujących w Europie nie ma gatunków silnie trujących. Można po nich co najwyżej dostać sraczki lub niestrawności żołądkowej. Aby się przed tym uchronić, wystarczy zrobić test smaku na surowo. Jeśli grzyb jest delikatny w smaku, znaczy to, że można go jeść. Test smaku dotyczy to wyłącznie gołąbków!

Wybieram duże, ale nie przerośnięte mleczaje. Co kilka dni robię gołąbkową ucztę. Bez kombinowania – tak samo jak z rydzami – ucinam trzony, kapelusze myję dokładnie, a w tym czasie rozgrzewam na patelni masło. Smażę z dwóch stron na rumiano, dopieprzam i bym dosolił, jednak dla siebie w domu od kilku miesięcy nie solę niczego. Dlaczego warto zrezygnować z dodatkowego dosalania potraw – o tym kiedyś napiszę.

No i zajadam. Smacznego, jeśli się przekonaliście. Robicie to na własne ryzyko. A jak mawia Eugeniusz Kapelusz z Topilca „kto nie ryzykuje, ten nie ryzykuje”.

Co można wynieść z lasu?

DSC_2184

Co można wynieść z lasu? Na pewno kilka kleszczy dreptających w ciepłe i wilgotne rejony twojego ciała. Na pewno kilka uroczych pająków kwaterujących się w plecaku i rozciągających tam swoje sieci, jakby nie wiedziały, że w plecaku trzymasz książkę, gazetę i aparat fotograficzny, a nie muchy. Na pewno można z lasu przynieść spokój i poukładać różne sprawy w głowie. Na pewno można przywieźć dziesiątki obrazów utrwalonych na zdjęciach i wiele pytań, na które potem znajduje się odpowiedzi w Wikipedii.

O tej porze roku wynoszę z lasu grzyby, owoce derenia, dzikie jeżyny, koralowe kaliny, głogi, jarzębiny, bubki jałowca, późne maliny, dzikie róże i śliwy.

Teraz jest ten czas, gdy mech, kora drzew, gałęzie i całe to szalone życie, które się pod nim toczy, zaczynają podmakać i gnić, a dookoła tej wilgotnej zapowiedzi zimnych miesięcy, pojawiają się bezczelnie grzyby z tą jedyną w swoim rodzaju wonią. Dlatego las pachnie teraz obłędnie. I pamięć o tym zapachu to jest kolejna rzecz, którą można bezkarnie wynieść z lasu.

Poza tymi wszystkimi nagrodami, jakie oferuje las, w swoich zeszłorocznych i tegorocznych spacerach po Puszczy Knyszyńskiej, wynoszę też z lasu szkło. Wielu sympatyków grzybiarstwa znajduje upodobanie w umilaniu sobie tych poszukiwań kilkoma łykami czegoś mocniejszego dla poprawienia percepcji albo złagodzenia frustracji z nieudanych poszukiwań. Dlatego polskie lasy pozawalane są butelkami po stugramowych „małpkach”, ćwiartkami po czystej, zielonymi butelkami po dojlidzkim Herbowym i tysiącami butelek różnorodnych kształtów, których etykiety i zawartość już dawno spłukały i wypłukały dziesiątki leśnych ulew.

DSC_2073

Szkło się nie rozkłada. Dlatego te butelki leżą w tych mchach dziesiątkami lat, przenoszone z miejsca na miejsce przez zaciekawione obcą dla lasu materią przez dziki, sarny i lisy. Niektóre tkwią na poły wetknięte w mech, jakby znalazły już miejsce swojego wiecznego bytowania.

Więc z lasu przywożę butelki i słoiki, które po dokładnym wyczyszczeniu i odparzeniu przydają się przy rozlewaniu kolejnych przetworów, nalewek, soków i syropów. Znajdywałem już w pobliskich lasach szkła przedwojenne, dużo butelek z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych – każda innego kształtu i pojemności. W lesie się nigdy nie rozłożą. Jako że są wypełnione powietrzem, trudno im będzie pójść szybko pod powierzchnię. Leżąc w lesie będą tylko zagrożeniem dla zwierząt, ryzykiem pożaru i brzydkim symbolem pogardy człowieka dla tej całej przyrody, która go żywi, pozwala oddychać, budować schronienia i drukować nawet najgorszą literaturę, w tym książki Katarzyny Bondy.

Codziennik drugi – bobry

DSC_2021

Wybrałem się dziś znowu do lasu. Nigdy się jakoś szczególnie nie interesowałem przyrodą dopóki, dopóty nie zwróciłem uwagi jak Ola, a potem mój syn, przeżywają i chłoną te wszystkie rodzenia się, wzrastania i umierania roślin i zwierząt, by potem na nowo, z dziecięcą euforią podziwiać, odradzanie się. Dziecko jest częścią przyrody bardziej niż każdy dorosły i najbardziej chce się z przyrodą zaprzyjaźniać. Nie udało mi się niestety przekonać kogo trzeba, aby Mały chodził do Leśnego Przedszkola. Szkoda. Widziałem parę razy, jak te brzdące w pelerynach maszerują przez las, taplają się w kałużach, dłubią palcem w sosnowej żywicy, poznają gatunki leśnych zwierząt i roślin. Widok absolutnie fenomenalny, a przedszkola leśne to świetny pomysł.

Więc dzisiaj pojechałem do lasu. Oficjalnie po grzyby, bo wysypały, ale w rzeczywistości pojechałem po wyciszenie. Mój perypatetyczny umysł myśli tylko wtedy, gdy pracują nogi albo silnik samochodu. Nogi mam słabe, ale chciałem zobaczyć dokładnie jedno miejsce w Puszczy Knyszyńskiej, które kilka razy omijałem.

Znajduje się ono kawałek drogi od szosy łączącej Białystok z Augustowem. Najpierw odkryłem dwa mostki w środku lasu, pod którymi przepływa niepozorny strumyk. Przepływa nie prostym nurtem, ale meandruje, zamienia się co chwila w bagno, potem w małe bajorko, nagle znika pod ziemią, by wypłynąć na powierzchnię kilka metrów dalej. Co chwilę na strumyku leży powalone drzewo, gdzieniegdzie widać przejrzystą toń wody, a za chwilę – samo błoto.

Wokół tych bagien i tego strumyka moja mama zbiera od wielu lat grzyby, a ja jej czasami towarzyszę. Wczoraj zobaczyłem metrową tamę, zbudowaną przez bobry, której tam nie było poprzedniej jesieni.

Cały wczorajszy wolny wieczór spędziłem na czytaniu o bobrach. To niezwykle inteligentne, pracowite i wytrwałe zwierzęta. Budują te swoje często kilkusetmetrowe systemy tam i żeremi z fachowością przewyższającą najlepszych techników melioracji. Zabezpieczają się przed niespodziewanymi spadkami lub wzrostami poziomu wody. Potrafią budować systemu tam o przewyższeniach nawet kilkumetrowych. I najważniejsze – w razie, gdy człowiek lub inny naturalny wróg im ten system zniszczy, potrafią w ekspresowym tempie, pieczołowicie go odbudować. Bobry to wspaniałe zwierzęta.

Chłonę i uczę się takich rzeczy, aby zabrać  kiedyś mojego Małego na długą wycieczkę po tym lesie i opowiadać mu o bobrach. Pokazywać mu te tamy i żeremie, które dzisiaj oglądałem, tłumaczyć wszystko na tyle, na ile będę potrafił mu to wszystko wytłumaczyć. Zobaczyć bobra, połazić po tych kałużach w gumowych butach, pozbierać szyszki, dotykać dłońmi miękkiego mchu, zjeść wspólnie soljankę albo grochową w pobliskim barze prowadzonym przez opryskliwą Rosjankę, liczyć tiry śmigające po szosie i notować nazwy ich marek. Tyle fajnych rzeczy można by porobić.

Schabowy dla ubogich i rosyjska ruletka w jednym, czyli czubajka kania

SONY DSC

Zbierane ze skrajów pól i z lasów, kanie są największym leśnym przysmakiem granicznego czasu między latem a jesienią. Nie są to grzyby, które kamuflują się udając liście, jak podgrzybki. Nie są to grzyby, które wstydliwie ukrywają swoją obecność chowając się pod mchem, jak te bezwstydnie żółte kurki. Kanie wyrastają dumnie i bezczelnie na wzniesieniach i polanach, odbijają swoimi wielkimi brązowawymi kapeluszami promienie słońca, zapraszając do swoistej rosyjskiej ruletki.

Wybierz prawidłową odpowiedź:

a. Jestem przepyszną kanią. Smakuję, jak schabowy. Zjedz mnie w piątek, a przechytrzysz Post.

b. Jestem przepysznym muchomorem sromotnikowym. Zjedz mnie, a do niedzieli Twoja wątroba będzie jak zmywak do naczyń po półrocznym użytkowaniu, a najpóźniej do następnej niedzieli umrzesz w nieprawdopodobnych męczarniach.

Jeśli prawidłowa okaże się odpowiedź A, czeka nas prawdziwa, bezpretensjonalna i pożywna uczta nie wymagająca wiele zachodu. Kanie mają to do siebie, że – choć niektórzy je suszą – najlepiej zjeść je od razu po przyniesieniu z grzybobrania. Oszczędza to przy okazji wątpliwości, czy aby prawdziwa nie była odpowiedź B. Zakładając, że jednak trafiliśmy na kanię, przynieśmy ją do domu, umyjmy pod bieżącą wodą i wysuszmy. Następnie wystarczy grzyba przyprawić solą, obtoczyć w rozbełtanym jajku i bułce tartej, a następnie smażyć na patelni z rozgrzanym olejem roślinnym 2-3 minuty z każdej strony. Powstaje w rezultacie coś, co przypomina w smaku kotlet schabowy o miękkim, soczystym mięsie z długimi, białymi włóknami o smaku późnego lata.

Jeśli prawidłowa okaże się odpowiedź B, czeka nas również podobno całkiem smaczna uczta. Sromotnika przygotowuje się najczęściej dokładnie tak samo, jak kanię, bo mało kto zjada sromotnika nie będąc przekonanym, że zjada czubajkę kanię. Z szybko spisywanych relacji nieszczęśników, na godziny przed śmiercią, wynika, że sromotnikowy schabowy jest nieco słodszy od kani, ale również smaczny.

Życzę Państwu, aby zawsze w swoich życiowych wyborach nie pomylili Państwo metaforycznej czubajki kani z metaforycznym muchomorem sromotnikowym.