Ciemność podmiejska

Lubię jeździć samochodem w te pierwsze naprawdę chłodne wieczory. Lubię jeździć późnym październikiem po nieoświetlonych ulicach i wyłapywać te wszystkie światła, które jesienna wilgoć odbija i zwielokratnia. Ledwie widoczne cienie przechodniów na poboczach, przebiegające koty i psy, rowerzyści uprawiający miejski survival, których jedynym zabezpieczeniem są czerwone, ledowe lampki migające w różnych sekwencjach.

Zza uchylonego na kilka centymetrów okna wlatuje zimne powietrze, w którym zapach palonych śmieci miesza się z zapachem drewna, spalin i chłodu. Liście. Liście wszędzie. Na masce samochodu, pod kołami, znajduję je pod pedałami, wciskają się do wszystkich szpar i szczelin auta.

Przedwczoraj w Klepaczach, takiej właśne podmiejskiej ciemności z dziurawą nawierzchnią, bez chodników, zasnutej dymem spalanych śmieci, przez którą prują we wszystkich kierunkach małe i duże auta, ktoś potrącił dużego owczarka.

Z obu stron ustał ruch, w samym centrum, oświetlony dziesiątkami reflektorów, ten biedny pies miotał się powłócząc po asfalcie tylnymi łapami. Miał wielkie, zapłakane oczy i pianę na ustach. Próbował gdzieś uciec, ale nie wiedział, gdzie. W ciepłych samochodach z klimatyzacją i wieczornymi dyskusjami w radio patrzyliśmy na tę jesienną niezgodę na umieranie.

Reklamy

Hotel Katowice

Śląsk jest brudny. Oblepiony tonami kurzu, pyłu, ciemnych mazi, szarych chmur wiszących gdzieś bardzo nisko, tam na wysokości gardła. Blokuje dopływ powietrza, przytłacza, dusi, zamyka w jednokierunkowej, ciemnej drodze bez wyjścia. Kilkanaście kilometrów od centrum tego zlepka ponakładanych na siebie miast, miasteczek, suburbii, dzielnic i osiedli można jeszcze zobaczyć kawałek przestrzeni bez domów z czerwonej cegły, bez placów i magazynów, bez kominów. A potem wjeżdżasz w tę czarną maź i poruszasz w jej wnętrzu jak paproch wciśnięty przypadkowo w tłoki szesnastocylindrowego silnika smarowanego syntetycznym 15w40.

Katowicki dworzec kolejowy. Przez lata najbardziej przerażające miejsce na podróżniczej mapie Polski. Dom heroinistów, schizofreników, butapreniarzy, gdzie potykając się o zbrązowiałe strzykawki za każdym razem przeżywało się najbardziej ponurą przygodę życia. Dworzec zburzono i odbudowano, ale przejście podziemne łączące dwie podzielone torami częsci miasta pozostało takie samo. Zawsze widzę tam ubranych na czarno metalowców, wypiercingowanych punków zbierających na wino i jakiegoś uciekiniera z wczesnych dziewięćdziesiątych, grającego na rozstrojonym ponad wszystko pudle „Wehikuł czasu”.

W stolicy mojego kraju, w samym jej centrum pachnącym dobrą wodą toaletową, w centrum ze stali i szkła, mieszkają ludzie brudni od wewnątrz. Śląsk jest obrzydliwie brudny i zimny, ale jego mieszkańcy są ciepli i piękni. Wszyscy mają na bladych i szarych twarzach pryszcze, a na ustach zajady. Ubierają się niedbale, buty mają utytłane w błocie, nienawidzą Zagłębia, ale ich serca są zawsze na zewnątrz. Nigdzie w Polsce nie spotkałem tak miłych ekspedientek i kelnerek, nigdzie nie wskazywano mi drogi z takim zaangażowaniem, nigdzie przypadkowy kontakt z przypadkowym człowiekiem na przypadkowej ulicy nie był tak intensywny.

Po mokrych od topniejącego śniegu chodnikach na Kościuszki biegają watahy kajtków w różnym wieku. Rzucają szarymi śnieżkami, podszczypują się nawzajem, zaglądają w witryny sklepów, opuszczone bramy kamienic, prowokują śmiałymi zaczepkami ludzi wracających z pracy. Biednie ubrane, z archaicznymi, sztywnymi tornistrami na plecach, przemoczonymi podróbkami adidasów i dżinsów za trzydzieści złotych od pary.

Przy samym wejściu do Bistro „Parkowa” siedzą od lat ci sami, sześćdziesięcioletni emeryci. Grają w karty, piją piwo i kłócą – od lat o to samo. Bez żadnych pomysłów, co zrobić z tłustą górniczą emeryturą, przeznaczają ją na męskie rozrywki w męskim gronie. Ci sarkastyczni, zmęczeni życiem, ale uśmiechnięci panowie z wąsem, to nie tylko koledzy od kieliszka, ale prawdziwi przyjaciele. Patrzyłem na nich znad golonki z kapustą i pyrami, siedząc godzinami w głębi tego bistro w kształcie długiej, ciemnej rury.

Spróbuj wyjść z dworca i podejść kawałek w kierunku Spodka, by zgwałcił cię estetycznie obrzydliwy, sowiecki, szary gmach Hotelu Katowice. Ten Śląsk się nie zmienił i chyba nigdy nie zmieni. Chyba dlatego, choć wszystkie zmysły krzyczą, bym stamtąd uciekał, zupełnie bez jakichkolwiek podstaw czekam, aż znowu idąc Aleją Korfantego, zobaczę ten okropny Hotel Katowice i wreszcie wrócę na Śląsk.