Codziennik 166 – Lewickie Stacja

FIMO_1589901180846

Te wszystkie martwe stacje kolejowe, na których nie zatrzymuje się żaden pociąg, wzbudzają we mnie uczucie głębokiego smutku i zachwytu. Odnawiane co dziesięć lat, przez dziesiątki lat pozostają puste i smutne. Zardzewiałe torowiska odbijają czerwienie i brązy. Zmurszałe rampy, podziurawione chodniki, hałdy piachu, pozostawione na zniszczenie pojazdy niewiadomego przeznaczenia, przypominają mi postsowiecki krajobraz sprzed czterdziestu lat, gdy brzydota, rozpad i degradacja określały całą przestrzeń, w której dorastałem. Tory kolejowe, pociągi towarowe, pośpieszne i osobowe, lokomotywy spalinowe, onieśmielały swoją monumentalnością, a ich szorstka, zardzewiała brutalności, wzbudzała zachwyt. Zachwycaliśmy się tym, co brzydkie, hałaśliwe i zardzewiałe. Teraz się nad tym smucimy i ten smutek, jak Harrego Hallera, jakoś nas zachwyca.

 

Robert Brylewski

Słucham starych nagrań Izraela. Niedługo miną dwa lata od śmierci Roberta Brylewskiego. Nigdy nie byłem jednym z jego wyznawców, ale uważam, że był twórcą jednych z najlepszych riffów w polskiej muzyce. Przede wszystkim „Niezwycieżony” Armii to jest motyw na poziomie, jakiego nie powstydzili by się najwięksi gitarzyści światowi. Jak również cała płyta Falarka z otwierającą ją rockendrolowym pierdolnięciem zatytułowanym Freex. A dzisiaj słucham chyba jedynego zespołu polskiego grającego poprawnie reggae. W 1994 miałem tylko 14 lat i poszedłem na koncercie Izraela w klubie ACK. Pamiętam, jakie wielkie wrażenie zrobiła na mnie ta kupa ludzi na scenie, piękna Vivian Quarcoo, czarnoskóra żona Brylewskiego i wszechobecny zapach marihuany, o której nie wiedziałem wtedy prawie nic.

Codziennik 123 – Stan wojenny

DSC04592 (1).jpg

Nie pamiętam, czy był Teleranek, czy nie było, ale pamiętam, że dziadek Jurek poszedł w grudniu 1981 r. do Parku Zwierzynieckiego, ukradł z niego świerk i mimo godziny milicyjnej przytachał go między patrolami wojska na Bema, bo „moje wnuki muszą mieć choinkę”.

Też mam bohaterów w rodzinie.

Na zdjęciu dziadek z moim ojcem, około roku 1960.

 

Codziennik 121 – Z zapisków

10 grudnia 2017 r.:

Zrobiłem dziś Małemu i mojej siostrzenicy indyjską halawę. Nie wygląda to jakoś super, ale mieszanka prażonej kaszy manny, banana, soku z cytryny, rodzynek, kurkumy i cynamonu to coś, co Małemu smakowało bardzo. Oprócz tego zrobiłem mu focaccię na słodko i mus pomelowo-mandarynkowo-bananowy. Z tych trzech propozycji zdecydowanie halawa smakowała mu najbardziej. Musu nie tknął z powodów, które pominę milczeniem.

Ale wcześniej nie mogłem powstrzymać się przed dumą z Oli, mojej siostrzenicy, która będąc akurat w Białymstoku postanowiła, że przygotuje dla mojego syna mapkę Miasta Gapko – miejsca, gdzie spędzamy większość naszego czasu podczas spotkań. Mapa namalowana kredkami i farbami przez Olę jest naprawdę imponująca, mój Mały docenił trud swojej siostry ciotecznej Do floty miasta GapKo dołączyła kolejna straż pożarna, samochód sprzątający od Oli i samochód Kibelek od babci Terki. Dodatkowo, jutro Ola idzie z klasą na pocztę. Mając do wyboru jedną osobę, której wyśle życzenia świąteczne, wybrała mojego syna. To nic, że kartka do niego na 100% nie dotrze, liczy się fakt.

Resztę z litości pominę tradycyjnym milczeniem.

Codziennik 104 – Las Zwierzyniecki

Poszedłem dzisiaj sprawdzić, czy ławka, na której mieliśmy nasz pierwszy pocałunek z taką jedną Dominiką, jeszcze stoi. Jest, stoi, ale inna, bez oparcia. Teraz dziewczęta widocznie się nie opierają. Sam ten las domaga się nieodmiennie co najmniej jakiegoś wiersza.