Lwów

DSCF2538To był luty. Dotarliśmy do Lwowa dopiero wczesnym wieczorem. Jechaliśmy z Bieszczadów. Chciałem przekroczyć granicę w Krościenku i pojechać przez Homel, ale przejście było zamknięte. Dosłownie. Biało-czerwony szlaban i nikogo, kto mógłby cokolwiek powiedzieć.

Pojechaliśmy więc w stronę Przemyśla, przez Birczę. Za miastem, na szosie nr 28 w stronę Medyki widać już było samych przemytników. Wlekące się z trudem passaty kombi z przerobionymi zbiornikami i śmigające między nimi skutery, którymi gówniarze przewożą przez granicę po 4 paczki fajek, kilkanaście razy dziennie.

Nie staliśmy tam długo, a potem wjechaliśmy na Ukrainę. Były tam dziesiątki, setki pstrokatych szyldów reklamujących sklepy z papierosami i asfalt tak dziurawy, że przechodziło to wszelkie pojęcie.

I patrol drogówki, który nas zatrzymał gdzieś kawałek za Mościskami. Machnęli brudnym lizakiem. Zatrzymałem się. Obejrzeli dokumenty. Kazali otworzyć bagażnik. Największy z nich podszedł do mnie i powiedział, że należy się 10 dolarów podatku. – Jakiego podatku? – Klimatycznego. – Nie ma żadnych podatków klimatycznych. – Pokaż, czy masz gaśnicę. – Pokaż apteczkę. Bieżnik w oponach w jakim stanie?

Powiedziałem mu, że może sobie sprawdzać, ile chce. Auto jest w porządku, a my chcemy jechać do Lwowa. Postał jeszcze chwilę i zirytowany oddał mi papiery. Pojechaliśmy dalej.

No i wjechaliśmy do Lwowa. Człowiek, który miał nas przenocować, powiedział przez telefon, abyśmy czekali na niego przy operze. To sam środek miasta. Z trudem znalazłem miejsce do zaparkowania. Po chwili podszedł do auta mężczyzna w grubym mudurze i wielkiej sowieckiej czapie. Z jego ust wydobywały się obłoki pary. Mówi, że należy się opłata za parkowanie. Płacę 15 hrywien, a on daje mi jakiś druczek wypisany cyrylicą.

Czekamy na pana Stanisława. W końcu przyjechał. Pokazałem mu ten druczek do parkowania, a on się tylko zaśmiał. Przebieraniec w mundurze wyłudził ode mnie hrywny i w zamian dał mi druk z pralni.

Jechaliśmy zatłoczonymi ulicami Lwowa, gdzie ruch uliczny regulują nie przepisy kodeksu, ale refleks i odwaga. Mijanie się na centymetry, bezustanne używanie klaksonów, wpychanie się z podporządkowanej. Wszystko to podobało mi się coraz bardziej. Jeszcze bardziej podobało mi się, kiedy pan Stanisław polecił mi, żeby wjechał ostrzej z podporządkowanej, bo “jak zobaczą, że Lach jedzie, to za Chiny Ludowe nie wpuszczą”.

Zakochałem się wtedy we Lwowie po raz kolejny. Miasto, w którym nigdy nie wiesz, co ci się przydarzy. W którym ludzie handlują czym popadnie, a jedzenie sprzedawane jest wprost z ulicy. Pierożki, zapiekanki, langosze, hot-dogi. Kawa lub czaj pite z plastikowych kubków, które pod wpływem wrzątku rozpuszały się w rękach, a gorący płyn parzył w dłonie.

Byliśmy tam dwa dni, a potem musieliśmy wracać. Nie mieliśmy nic ze sobą, ale perspektywa drobiazgowej kontroli nie nastrajała nas optymistycznie. Przed granicą w Hrebennem kupiliśmy od babuszki prażone pestki. Ukraiński pograniczki strasznie mnie zbluzgał za to, że wyszedłem z auta. Myślałem, że za chwilę będzie źle. Po chwili podszedł celnik, zerknął na tylne siedzenie Toyoty, zobaczył gitarę w pokrowcu, powiedział: “a, studienty” i kazał jechać dalej. Już dawno nie byłem wtedy żadnym studentem.

Wjechaliśmy do Polski. Za chwilę był Tomaszów Lubelski i Zamość. W tamtejszym pięknym rynku jedliśmy pizzę w czystej i ładnie urządzonej restauracji, a mnie się zachciało pierożków ze stalowej budy obok lwowskiego dworca.

Hotel Katowice

Śląsk jest brudny. Oblepiony tonami kurzu, pyłu, ciemnych mazi, szarych chmur wiszących gdzieś bardzo nisko, tam na wysokości gardła. Blokuje dopływ powietrza, przytłacza, dusi, zamyka w jednokierunkowej, ciemnej drodze bez wyjścia. Kilkanaście kilometrów od centrum tego zlepka ponakładanych na siebie miast, miasteczek, suburbii, dzielnic i osiedli można jeszcze zobaczyć kawałek przestrzeni bez domów z czerwonej cegły, bez placów i magazynów, bez kominów. A potem wjeżdżasz w tę czarną maź i poruszasz w jej wnętrzu jak paproch wciśnięty przypadkowo w tłoki szesnastocylindrowego silnika smarowanego syntetycznym 15w40.

Katowicki dworzec kolejowy. Przez lata najbardziej przerażające miejsce na podróżniczej mapie Polski. Dom heroinistów, schizofreników, butapreniarzy, gdzie potykając się o zbrązowiałe strzykawki za każdym razem przeżywało się najbardziej ponurą przygodę życia. Dworzec zburzono i odbudowano, ale przejście podziemne łączące dwie podzielone torami częsci miasta pozostało takie samo. Zawsze widzę tam ubranych na czarno metalowców, wypiercingowanych punków zbierających na wino i jakiegoś uciekiniera z wczesnych dziewięćdziesiątych, grającego na rozstrojonym ponad wszystko pudle „Wehikuł czasu”.

W stolicy mojego kraju, w samym jej centrum pachnącym dobrą wodą toaletową, w centrum ze stali i szkła, mieszkają ludzie brudni od wewnątrz. Śląsk jest obrzydliwie brudny i zimny, ale jego mieszkańcy są ciepli i piękni. Wszyscy mają na bladych i szarych twarzach pryszcze, a na ustach zajady. Ubierają się niedbale, buty mają utytłane w błocie, nienawidzą Zagłębia, ale ich serca są zawsze na zewnątrz. Nigdzie w Polsce nie spotkałem tak miłych ekspedientek i kelnerek, nigdzie nie wskazywano mi drogi z takim zaangażowaniem, nigdzie przypadkowy kontakt z przypadkowym człowiekiem na przypadkowej ulicy nie był tak intensywny.

Po mokrych od topniejącego śniegu chodnikach na Kościuszki biegają watahy kajtków w różnym wieku. Rzucają szarymi śnieżkami, podszczypują się nawzajem, zaglądają w witryny sklepów, opuszczone bramy kamienic, prowokują śmiałymi zaczepkami ludzi wracających z pracy. Biednie ubrane, z archaicznymi, sztywnymi tornistrami na plecach, przemoczonymi podróbkami adidasów i dżinsów za trzydzieści złotych od pary.

Przy samym wejściu do Bistro „Parkowa” siedzą od lat ci sami, sześćdziesięcioletni emeryci. Grają w karty, piją piwo i kłócą – od lat o to samo. Bez żadnych pomysłów, co zrobić z tłustą górniczą emeryturą, przeznaczają ją na męskie rozrywki w męskim gronie. Ci sarkastyczni, zmęczeni życiem, ale uśmiechnięci panowie z wąsem, to nie tylko koledzy od kieliszka, ale prawdziwi przyjaciele. Patrzyłem na nich znad golonki z kapustą i pyrami, siedząc godzinami w głębi tego bistro w kształcie długiej, ciemnej rury.

Spróbuj wyjść z dworca i podejść kawałek w kierunku Spodka, by zgwałcił cię estetycznie obrzydliwy, sowiecki, szary gmach Hotelu Katowice. Ten Śląsk się nie zmienił i chyba nigdy nie zmieni. Chyba dlatego, choć wszystkie zmysły krzyczą, bym stamtąd uciekał, zupełnie bez jakichkolwiek podstaw czekam, aż znowu idąc Aleją Korfantego, zobaczę ten okropny Hotel Katowice i wreszcie wrócę na Śląsk.

Dom jako miejsce gromadzenia zdjęć z podróży – relacja z wyprawy na Otryt

1.

Miły zbieg okoliczności sprawił, że przeczytałem „Into the Wild” Jona Krakauera niedługo po powrocie z Otrytu. Dobrze, że się tak stało, bo przestrzeń niedopowiedzenia i niepokoju w opowieści o tragicznej wędrówce Chrisa McCandlessa okazała się klamrą spinającą nie dość jeszcze uporządkowane refleksje z Warsztatów.

„Into the Wild” to rekonstrukcja podróży życia i śmierci dwudziestokilkuletniego młodzieńca, który pewnego dnia postanawia opuścić swój dom i wyruszyć „w dzicz” (into the wild). Zafascynowany postawą moralną Lwa Tołstoja i awanturniczym życiem Jacka Londona, przemierza Amerykę – najpierw samochodem, porzuca na rzecz autostopu, kolei i pieszej wędrówki.

Stacją Astopowo Chrisa McCandlessa jest opuszczony, zdezelowany autobus nr 142 z Fairbanks, stojący w głębi alaskańskiej tundry. Mieszka tam około 100 dni, w całkowitym osamotnieniu, by na przełomie lipca i sierpnia 1992 roku umrzeć śmiercią głodową.

Historia McCandlessa jest na wskroś niepokojąca, tajemnicza i niejednoznaczna. Interpretować ją można albo trywialnie, albo bardzo głęboko – wszelkie interpretacje pośrednie nie są możliwe. Jednocześnie, im bardziej autor opowieści próbuje ją zracjonalizować i wytłumaczyć, tym większa tworzy się przestrzeń głębi. W ten sposób pozostajemy z wrażeniem, o czym słusznie napisał mój kolega Mirek, że najważniejsze w tej historii jest to, co nie zostało powiedziane, że jest jakaś wielka otchłań, która bez wątpienia jest, lecz o której należy milczeć. Zupełnie jak u Wittgensteina, który przecież podobnie jak McCandless zaczytywał się Tołstojem, a następnie pisał w Traktacie Logiczno-Filozoficznym: O czym nie da się powiedzieć jasno, o tym trzeba milczeć.

Podobnie jak ludzie gór, nomadzi i wagabundowie nie potrzebują metafizyki, by żyć głęboko i „metafizycznie”, podobnie ludzkie historie potrzebują przestrzeni milczenia, niewiedzy. Przestrzenie te są trochę jak bańki mydlane – ulatują, gdy tylko próbujemy ich dotknąć. Jedyną metafizyką jest dla nich milczenie o metafizyce.

2.

Gra z Naturą, wymiana społeczna, jednia ideologiczna, klarowność relacji społecznych, zbyteczność metafizyki: oto najważniejsze słowa-klucze tegorocznego wyjazdu na Otryt. Wyjazd był przejrzysty pod wieloma względami i z tego punktu widzenia przypominał przejrzystość otryckiego nieba, która towarzyszyła nam do ostatniego dnia pobytu.

Pierwszym wrażeniem, które wraca, jest melancholia porannych podlaskich i lubelskich krajobrazów. Andrzej kończy audycję w radio o piątej, a już godzinę później odbieramy go z Radkiem i kierujemy się na południową wylotówkę miasta. Znam te okolice dobrze, ale rzadko zdarza mi się przemierzać je o brzasku, kiedy spowite mgłą wydają się być nieruchome. Mgła robi się coraz bardziej gęsta i ciężka w miarę zbliżania się do Lublina. Wtedy po raz pierwszy dostaję lekkiego krwotoku z nosa. Będzie się to powtarzać codziennie.

Za Lublinem zaczyna się robić pagórkowato i galicyjsko. W Nisku, na miejskim rynku, umawiamy się z Bartkiem. Jest słonecznie, powietrze pachnie wiosną. Andrzej przesiada się do Bartka i już na dwa auta jedziemy w kierunku Rzeszowa, by tam zjeść jakiś obiad.

Rzeszowski rynek jest z roku na rok coraz piękniejszy. Rosnąca różnica cywilizacyjna pomiędzy tym miastem a Białymstokiem jest bardzo widoczna. Duże miasta w Polsce przypominają ostatnimi laty place budowy. Niestety, Białystok jest pod tym względem w dalekim ogonie. W Rzeszowie, żartując, przechodzimy przez rynek i wchodzimy do jednego z wielu lokali gastronomicznych. Zamawiamy dwie duże pizze, które okazują się naprawdę ogromne. Nasze żarty dotyczące techniki śpiewu wokalisty zespołu Feel nie znajdują uznania osób przy sąsiednich stolikach, w związku z czym opuszczamy pośpiesznie lokal.

Podróż mija bardzo miło, jest słonecznie i wiosennie. Mijamy galicyjskie wsie i miasteczka: Tyczyn i Dynów. Jednak dopiero po przejechaniu Sanoka czuje się, że to już Bieszczady. Krótki postój w Sanoku, gdzie szukamy ulubionego supermarketu Bartka. Ostatecznie zakupy robimy w kultowym Haliczu, w Ustrzykach Dolnych. Piękna, malownicza droga 896, łącząca Ustrzyki Dolne z Górnymi kręci się w prawo i lewo, idzie raz w górę, raz w dół. Zbliża się wieczór, ale po prawej stronie doskonale widać mroczny, ponury i smutny grzbiet Otrytu.

Do Dwernika dojeżdżamy o zmierzchu. Samochody parkujemy u pani Ciomborowej, która wita nas bardzo serdecznie. Niebawem przychodzi Piotr, który załatwia w Dwerniku sprawy związane z zakupem ziemi. Postanowili razem z dziewczyną zbudować dom nad Sanem i zamieszkać tam na stałe. W celu odpowiedniego „zakorzenienia” niezbędne jest opicie faktu nowego sąsiada z miejscowymi, stąd częste zejścia Piotra na dół.

Zmieniamy buty, zakładamy plecaki i ruszamy w górę. Z każdym krokiem czuje się coraz wyraźniej, że Otryt jest naszym „miejscem mocy”, że w tym miejscu jest coś ważnego, „innego”. Podejście jest błotniste, dopiero za drugą ławką zaczyna się śnieg. Trudy całodziennej podróży gdzieś ulatują, jest bardzo wesoło i entuzjastycznie. Zostaję nieco z tyłu, aby w skupieniu celebrować wchodzenie. Dopiero przy trzeciej ławce wyprzedzam grupę i do Chaty wchodzę jako pierwszy.

Na Górze są już studenci, rolę Gospodarza pełni pod nieobecność Piotra Jarek, co jest szczególnie miłe, bo oznacza, że uznaje się już nas za „zasłużonych” Otrytczyków. Zajmuję moje ulubione miejsce na górnej pryczy przy kominie. Oczywiście o spaniu nie może być mowy. Schodzimy na dół, skąd słychać już dźwięk gitary i podniesione głosy. Jest dobrze, jak zwykle. Okazuje się, że w Chacie są znajomi z ubiegłorocznego wyjazdu, przede wszystkim Paweł i Stasiek.

Pierwszego wieczora zmęczenie podróżą nie pozwoliło na zbyt długie biesiadowanie. Rano po raz pierwszy w tym roku widzę bieszczadzkie połoniny. Nie zastanawiając się zbyt długo, po umyciu się i małym śniadaniu, wyruszamy z Bartkiem i Radkiem na spacer do Lutowisk. Po drodze spieramy się o Fragmenty. Próbuję – może niepotrzebnie za wszelką cenę – godzić pokłócone towarzystwo. Na dole jak zwykle wieje. W tym sezonie „U Biesa i Czada” jest zamknięte. Idziemy więc do „Rysia”, na drugim krańcu Lutowisk, przy Ośrodku Informacji i Edukacji Turystycznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Cywilizacja: czysty kibel, telewizja, piwo z nalewaka…. Wracamy tuż przed zmierzchem.

3.

Drugiego wieczoru zaczynamy referaty. Pierwszy jest Jarek, który dowodzi konieczności religii, reprezentując coś w rodzaju „naturalizmu metafizycznego”. Religia jest ludzką potrzebą, która być może powinna znajdować się na jednym z najwyższych szczebli drabiny potrzeb Maslowa. Jarek próbuje pokazać, że religijność jest postawą obecną praktycznie we wszystkich przejawach ludzkiej aktywności. Moje pytanie o osoby, które w sposób zdecydowany odmawiają sobie tej „przyjemności”, nie otrzymuję satysfakcjonującej odpowiedzi. Mam wrażenie, że potrzeby religijne są w większości z nas zakorzenione o wiele mocniej w sferze kulturowej, niż w indywidualnych, osobistych doświadczeniach. Dlatego konkluzją tej dyskusji pozostaje bardzo kompromisowy wniosek, iż wierzący i niewierzący poruszają się w „niekompatybilnych” wobec siebie dyskursach i jakiekolwiek porozumienie nie jest możliwe. Zgadzam się z tym stanowiskiem pod warunkiem przyjęcia, że dyskurs wierzących powinien być oparty na milczeniu. Skoro bowiem i język i rozum nie są w stanie wyrazić precyzyjnie treści religijnych, to nie należy ich do tego celu używać. Niestety, pomimo nieustannych klęsk na tym polu, podejmowane są nieustanne próby mówienia o Bogu, a także – o zgrozo – dowodzenia jego istnienia. Przypomina to próby wyznawania miłości językiem logiki formalnej….

Drugi referat, wygłoszony przez Bartka Kuźniarza, dotyczył utopii, ale tak naprawdę obracał się wokół Popperowskiego dylematu: czy tworzyć i realizować projekty społeczne? Zdaniem Bartka, niepotrzebnie odrzuciliśmy utopie, kojarząc je z dwudziestowiecznymi totalitaryzmami. W rzeczywistości związku takiego nie da się – jego zdaniem – wykazać, a za faszyzmem i komunizmem stoi raczej wściekły kapitalizm, industrializacja i urbanizacja. Szlachetne, niewinne wizje Morusa, Rousseau i innych, nie mają z tym nic wspólnego. Klęska utopii polega dzisiaj – według Bartka – na nieufności, jaką darzymy odważne wizje zmiany społecznej.

Na referat Bartka patrzyłem z perspektywy obserwatora przemian i transformacji polskiej lewicy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Z takiej pozycji widać wyraźnie, że lewica jest najprościej w świecie obrażona na swój dawny elektorat za to, że zdradził ją z populistami i PiS-em. Izoluje się od świata, uciekając w świat filozofii, siatek pojęciowych i intelektualnych dysput. W ten sposób Marksowski postulat społecznego aktywizmu jest – świadomie lub nie – zanegowany przez tych, którzy sami siebie nazywają marksistami!

Pierwszy dzień i referaty Jarka oraz Bartka były więc wspaniałym oczyszczeniem przestrzeni pod program pozytywny. Porażka dyskursów religijnych, klęska metafizyki rozumianej jako gałąź filozofii, pochwała milczenia w sprawach niedyskursywnych. Niepowodzenie utopii i lewicowy foch na proletariat. To wnioski, z którymi należało się porządnie przespać.

4.

Zejście z Otrytu do Chmiela nie należy do uczęszczanych. Drugiego dnia postanowiłem samotnie zejść tą drogą, tym bardziej, że śniegu było naprawdę niewiele. Było słonecznie i ciepło. Szlak idzie wzdłuż dawnych pól uprawnych osady bojkowskiej, która mieściła się w miejscu, gdzie teraz jest Chata. To zejście jest kontynuacją ścieżki rozpoczynającej się w Dwerniku, mijam więc dwie ławeczki i dochodzę do dużej polany, ze starym, pamiętającym jeszcze lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku, zepsutym samochodem. Na polanie leżą wielkie kłody drzew. Pilnuje ich stróż w małym, niebieskim kontenerze. Po chwili pojawiają się pierwsze zabudowania Chmiela. Idzie się żwirową drogą wzdłuż potoku, który miejscami, szczególnie przy spiętrzeniach, pozostawia piękne konstrukcje lodowe. Docieram do sklepu przy krzyżówce, skąd skręcam w lewo, w kierunku Dwernika.

Idę jeszcze kawałek podziurawionym asfaltem i wtedy, nagle, przychodzi chwila niesamowitej euforii, jakieś przedziwne nagromadzenie i kumulacja energii. Słońce, wiatr, w dole szum Sanu i miarowy rytm butów uderzających o asfalt.

Dochodzę do Dwernika, gdzie w przydrożnym sklepiku spotykam Jarka, pijącego jakieś uwielbiane przez niego śląskie piwo w towarzystwie właściciela sklepu. Łapię szkolny autobus i – jako jedyny pasażer – dojeżdżam do Lutowisk. „Ryś” jest zamknięty, więc – zgodnie z corocznym rytuałem – zaglądam do obskurnego baru w pobliżu szkoły. Lokal znajduje się w podpiwniczeniu, do którego wchodzi się bocznymi drzwiami. Wewnątrz bardzo śmierdzi, bar znajduje się za kratami, a obsługę trzeba wzywać korzystając z urządzenia podobnego do domofonu. Piję piwo i nadaję smsy wyrażające tę otrycką euforię.

Wracam ulubioną trasą obok opuszczonego cmentarza, potem wyłożoną betonowymi klockami „filmówkę”. Na ławeczce za stokówką siadam na moment, delektując się drzewami i ciszą.

5.

Wszystkie referaty były świetne i dostarczyły obfitego materiału do sformułowania konstruktywnej wizji aktualnej rzeczywistości. Zapadło w pamięć wystąpienie Adriana – skrupulatnego obserwatora świata polskiej polityki z perspektywy rzeczywistości internetowej. Okazuje się, że w sytuacji „ujarzmienia” tych wszystkich dyskursów, które idą pod prąd mainstreamowi, internet jest jedynym miejscem, gdzie możliwa jest pluralistyczna, zróżnicowana, inspirująca debata polityczna. Oczywiście, internet jest sam w sobie bardzo różny. Mamy przecież i blogi tworzone przez polityków, a właściwie ich sztaby wyborcze, jak i serwisy realizujące najbardziej podstawowe postulaty obywatelskości, takie jak na przykład Salon24 Igora Janke. Internet tworzy najbardziej klarowne warunki realizacji dwóch głównych postulatów demokracji: powszechności i równości. Tworzy też niesłychanie klarowne sytuacje wymiany myśli, wyrażania postulatów i realizacji projektów. Oczywiście również uzależnia, ale być może właśnie ze względu na swoją atrakcyjność…

Ela przygotowała referat o nastoletnich prostytutkach w wielkich centrach handlowych. Ciekawie i głęboko opisany proceder sprowokował żywą dyskusję. W uczestnikach rozmowy widoczne było rozdarcie pomiędzy moralną niezgodą na to, o czym mówiła Ela, a trudnością w wyrażeniu, co w postępowaniu „szlaufów” (bo tak się te dziewczęta zwykło pogardliwie nazywać) jest takiego nagannego. Fenomenologiczno-ekonomiczne spojrzenie daje czysty i piękny obraz wymiany, z której obie strony czerpią korzyści. W dostrzeżeniu tego faktu przeszkadza nam siatka pojęciowa, w której nas wychowano. Jeśli ją odrzucić, na pozór skomplikowane rzeczy stają się niesamowicie zrozumiałe.

Ważny dla całego wyjazdu był również referat Andrzeja o postmodernizmie. W tym przypadku również starałem się zwrócić uwagę nie tyle na to, czym jest ten cały postmodernizm i czy żyjemy rzeczywiście w „postnowoczesności”. O wiele ciekawsze jest, co te pojęcia i związana z nimi ideologia robią z nami samymi, w jaki sposób determinują nasz sposób myślenia i działania. Postmodernistyczna globalna dekonstrukcja wszystkiego i atomizacja wartości jest – moim zdaniem – wyrazem naszych lęków o przyszłość, nie pełni natomiast roli „tłumacza” czy też „interpretatora” rzeczywistości jako takiej. Nie możemy powiedzieć na pewno, czy nasz świat jest światem ponowoczesnym, ale możemy się zastanowić, dlaczego nakładamy na rzeczywistość taką, a nie inną teorię. Świat idzie w kierunku dokładnie odwrotnym od tego, jaki zwiastują postmoderniści. Rzeczywistość się ujednolica. Demokracja, kapitalizm i sekularyzacja są wartościami, które zdobywają kolejne, do tej pory niedostępne, przyczółki i lądy. Być może popularność postmodernistycznych wizji światów zrelatywizowanych do granic możliwości to tak naprawdę modlitwa o powrót do rzeczywistości, w której istnieją granice, a nie diagnoza świata w którym granice „panują”?

6.

Kolejne dni mijały w zgodzie z rytuałem wszczepionym nam kiedyś przez Doktora: codzienne wędrówki, a po południu referaty ciągnące się do późnej nocy. Rytuał ten nie był przez nikogo narzucony, a nowi uczestnicy przyjęli go bez oporów. Nie wszyscy, co prawda, przygotowali referaty przed wyjazdem. Moja decyzja o tym, aby w możliwie jak najskuteczniejszy sposób „wymóc” na uczestnikach przygotowanie referatu, okazała się trafiona i zrekompensowała niesnaski i żal wielu osób. Ilość uczestników była optymalna, przedkładanie dyskusji nad inne rozrywki sprawiło, że nad Chatą unosił się wieczorami bardzo „kliszkowy” duch, co przyznał nawet zazwyczaj sceptyczny w takich sprawach Radek P.

Nie sposób nie wspomnieć o innych mieszkańcach Chaty, przebywających w tym czasie na Otrycie. O milczącej, wiecznie uśmiechniętej Justynie z Warszawy, która dopiero po powrocie ujawniła – za pośrednictwem Internetu – swoją towarzyską naturę. O świetnym Staszku, miłośniku kolei, który połowę Warsztatów przedyskutował i prześpiewał, by drugą – przespać… Nie sposób również nie wspomnieć o chłopakach z Milanówka pod Warszawą: Mateuszu i Jakubie, którzy reprezentowali dwa skrajnie przeciwstawne typy charakterów, jednocześnie świetnie się ze sobą dogadując i czując w swoim towarzystwie.

7.

Właśnie z nimi postanowiliśmy zbudować indiański szałas potu (sweat lodge) na jednej z okolicznych polan. Jedno ze słonecznych przedpołudni poświęciliśmy na budowę konstrukcji. Trochę trwało, zanim udało się odnaleźć odpowiednio długie i elastyczne gałęzie. Śniegu było niewiele, więc poszukiwania kamieni nie nastręczyły kłopotów, choć obawialiśmy się, że ten typ piaskowca będzie się kruszył pod wpływem temperatury. Okazało się, że upatrywaliśmy zagrożeń nie tam, gdzie powinniśmy.

Rozpalanie ogniska rozpoczęliśmy już po północy. Drewno było wilgotne i nie miało zbyt dużej ochoty się palić. W końcu udało się rozniecić całkiem spory ogień, jednak kamienie potrzebują dużo czasu, aby się porządnie rozgrzać. Czekaliśmy więc długo. Jeszcze przed zmrokiem zabraliśmy z Chaty około dziesięciu grubych koców, którymi przykryliśmy konstrukcję, czekającą teraz na przybycie rozżarzonych kamieni.

Dopiero około 2 w nocy doszliśmy do wniosku, że pora zaczynać. Rolę strażnika ognia przyjął Andrzej. Niestety, szałas okazał się nieszczelny, głównie ze względu na źle skonstruowane wejście. Było zbyt duże i niesprawnie się zamykało, przez co przy każdym otwarciu dochodziło do przewietrzenia wnętrza szałasu. Zrobiło się nieco cieplej, gdy polewaliśmy kamienie wodą, ale ogólny rezultat przedsięwzięcia był negatywny.

8.

Na ostatni dzień Warsztatów zaplanowano między innymi moje wystąpienie. Postanowiłem sobie – być może nieskromnie – na krótkie podsumowanie tego, czego się dowiedziałem w ciągu tych dni i co się z tego w mojej głowie urodziło.

Październik 2007 roku i wybory, których dokonali wtedy Polacy, były ze wszech miar przełomowe. Dokonano ostatecznego zakończenia ery polityki w tradycyjnym sensie tego słowa. Zgadzam się z Sierakowskim przekonującym, że zmiany zachodzące w Polsce nie są echem tego, co nastąpiło już jakiś czas temu na Zachodzie. Uważam, że veto PiS-owskiej rewolucji było symbolem końca tradycyjnej polityki w Europie. Zwyciężyła polityka bezideologiczna, wizerunkowa. Zwyciężyły liberalna demokracja i osłonowy kapitalizm.

Wbrew pozorom, nie jest to wcale sytuacja groźna. Uważam, że odrzucenie socjalizmu, strach przed rewolucją, jest ostatecznym krachem ideologii oferujących pozorną wolność. Przykład utopii jest tutaj znamienny: nieufność wobec projektów inżynierii społecznej wynika z przykrego doświadczenia XX wieku, które jest wciąż żywe, nawet u pokolenia urodzonego pod koniec lat 80-tych.

Kapitalizm i liberalna demokracja cechują się – z jednej strony realizmem, co odróżnia je od projektów lewicowych – z drugiej zaś strony – największą z wymyślonych przez człowieka możliwością realizacji celów, dążeń, marzeń. Dyskutowanie o „istocie” wolności i inne tego typu esencjalistyczno-metafizyczne mrzonki nie wytrzymują w konfrontacji z realnym doświadczeniem życia w demokratyczno-kapitalistycznym świecie, gdzie o wolności się nie dyskutuję, tylko z niej korzysta. Pieniądz jest najdoskonalszym z wymyślonych wynalazkiem umożliwiającym realizację ludzkich celów w społeczeństwie. Zamiast się go bać należy nauczyć się go używać. Wówczas relacje międzyludzkie się wyklarują, uwalniając się od mętności resentymentów, metafizyk, czarnych czap itd…

9.

Wstaliśmy dosyć wcześnie. Przed wyjściem, zgodnie z wolą Andrzeja, usiedliśmy na ganku Chaty. Jak nakazuje wielowiekowa ruska tradycja przygotowań do podróży, pomilczeliśmy kilka chwil, westchnęliśmy „ech”, po czym ruszyliśmy w dół.

Białystok, luty-marzec 2008.

[Zdjęcia zostały wykonane przez Patrycję Sokołowską. Serdecznie dziękuję za zgodę na wykorzystanie]

[Powyższy tekst w formacie pdf]

Życie w autobusie

Znowu sentymentalnie. To z powodu jesiennej aury, zimy bez śniegu, klasowych spotkań. Podczas niedawnych rozmyślań o tym, co nadać w audycji radiowej, do której mnie zaproszono (szczegółowa relacja tutaj), przypomniałem sobie, jak istotnym elementem codzienności czasów, w których uczęszczałem do liceum, były codzienne podróże autobusem, z białostockich Dziesięcin, zbudowanego na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych socrealistycznego blokowiska, do centrum, na ulicę Pałacową.

Podczas czteroletniej edukacji, zakładając około dwudziestu kilkunastominutowych kursów w obie strony, spędziłem w autobusie białostockiej „piątki” ponad trzydzieści tysięcy minut, co daje ponad pięćset godzin, czyli prawie miesiąc wyrwany z życiorysu.

Do tego należałoby doliczyć przejazdy na uczelnię, byłoby tego drugie tyle. Potem człowiek kupuje samochód, co wydawało się uwalniać go od uciążliwości publicznej komunikacji miejskiej.

Zapomniałem o tym codziennym miejskim zen, zaspanych twarzach w przeludnionych, niedogrzanych pojazdach, oszronionych od wewnątrz tak, że trudno się było niekiedy zorientować, na którym przystanku akurat się jest. Zapomniałem o tych przygodnych, przypadkowych współpasażerach z takimi samymi twarzami, zlewającymi się w jedną, taką samą twarz. Wypadły mi z pamięci te wszystkie barwne rozmowy, kłótnie o miejsce siedzące i utarczki z kierowcami. Straciłem kontakt z rzeczywistością.