Spożywczo-przemysłowy

DSCF1996-001

Tutaj, gdzie mieszkam, wiejski sklep jest zazwyczaj centrum wszystkich zastygłych mikroświatów, w których nic się nigdy nie zmieniło i na pewno nigdy nie zmieni. Spożywczo-przemysłowy. Nabiał, pieczywo, napoje i alkohole. Spożywczo-monopolowy. Piwo, wino, alkohole. Oszoł, Promilek, Na Winklu, Grosik, Groszek, Eden, Dukat, Drobiazg, Kąsek, Łasuch, Poziomka, Regina, Sezam, Tęcza, Wygoda. Albo po prostu: U Basi, U Kasi, u Joli, u Władka, u Henia i tak dalej, ile fabryka fantazji dała. Tysiące blaszanych bud z podbudówką, nijako pomalowanych, ze skrzynką pocztową, oknami z kratą, czasami ławką przy wejściu.

W środku lada w kształcie litery „U”, chłodziarka coca-coli, skrzynki na butelki po piwie, lodówka. Po lewej przemysłowe, po prawej spożywcze, a na środku, za kasą fiskalną, królowa tego cesarstwa, pani sklepowa. Pani, która wie tu wszystko o wszystkich, ale nikt jej nie pyta o zdanie. Bo wiedza to wcale nie władza, to przekleństwo dociekliwych. Sklepowa musi wiedzieć, bo jest sklepową, Sklepowa ma zawsze trwałą albo farbuje. Ma zawsze makijaż i czterdzieści lat.

Przy takim nieistniejącym już sklepie przy drodze na Krynki zatrzymałem się któregoś gorącego lata, aby kupić butelkę mineralnej. Przede mną stały w kolejce dwie osoby, ale czekałem pół godziny. Podsłuchiwałem. Dowiedziałem się wszystkiego o tym miejscu i ludziach, którzy tam mieszkają. W takim sklepie jest wszystko, czego potrzebujesz. Piramida Maslowa: jedzenie, bezpieczeństwo i wszechwiedza o bliźnich sąsiadach.

Sześćset kilometrów na południe, w Lutowiskach, jest taki sklep, przed którym zawsze można spotkać kogoś ciekawego. Wystarczy usiąść, otworzyć konserwę turystyczną. oderwać z bochenka chleba kawałek, zjeść i popatrzeć, jak nad Urzędem Gminy ściele się Otryt, aby zaraz ktoś się przysiadł i nie patrząc nawet na ciebie, zaczął coś opowiadać.

W wiejskich sklepach nad drzwiami wisi krzyż. Jak się wchodzi, zdejmuje się czapkę i mówi dzień dobry.

Reklamy

Gastarbeiter w autobusie

Aż się wierzyć nie chcę, że jeszcze wczoraj o świcie wyjeżdżałem z sennego Białegostoku, a już dzisiaj jestem po spacerze wzdłuż Jeziora Bodeńskiego. Podróż była skomplikowana: samochodem do Kalisza, stamtąd linią PKS Turek do Wrocławia. Tam pięć godzin oczekiwania na autobus do Konstancji. Wrocław jak zwykle przyjazny i z charakterem. Piękny dworzec kolejowy łączący niemieckość i historię z wolnorynkowym rozpasaniem. Rdza niemieckiej historii kompiluje się z polskim chaosem, nieprzewidywalnością. Stare zatęchłe kamienice Śródmieścia zwilżała niewidoczna gołym okiem mżawka. Więc koniecznie rynek i koniecznie browar Spiż, dokąd schodzi się szerokimi schodami. Po prawej – wyszynk, po lewej – restauracja. Kierunek oczywisty: na prawo. Tam, za siedem pięćdziesiąt, dają jedno z lepszych świeżych piw w Polsce. Obserwuję uwjających się jak w ukropie barmanów, którzy pomimo gęstej atmosfery rozwijają z powodzeniem życie towarzyskie.

Drugie miejsce, do którego nie mogłem nie wstąpić, to pokazana mi jakiś czas temu przez BK Gumowa Róża. Tak jak Białystok ma swoje Lalki, tak Lalkami Wrocławia jest ten położony w podziemiach ulicy Wita Stwosza pub. Lata świetności ma już za sobą, ale właśnie ze względu na ten nastrój upadku odwiedza się takie miejsca. Grają tam już absolutnie niemodne piosenki rockowe z późnych lat dziewięćdziesiątych, a przy barze siedzą niezrealizowani bębniarze, wokaliści po operacji krtani, gitarzyści, którym zbyt często pękały struny. I każdy z nich przypomina Lecha Janerkę.

Zbliża się godzina odjazdu, więc wracam na dworzec. Niesłychanie tradycyjna przechowalnia bagażu oddaje mi mój plecak. Na peronie 3 dworca autobusowego zamieszanie. Autobus się spóźnia. Co chwilę na sąsiednie perony podjeżdżają autobusy: Kopenhaga, Rzym, Londyn, Berlin, Hamburg. Warto posiedzieć trochę na dworcu autubusowym, aby zdać sobie sprawę z tego, jak wielkie i żywiołowe są te europejskie migracje.

Pasażerami tych autobusów są – nawet w sezonie wakacyjnym – przeważnie polscy robotnicy za pracą. Przekonuję się szybko o tym, że najbliższe 15 godzin będę miał okazję spędzić w towarzystwie kilkudziesięciu gastarbeiterów. Najpierw jest zapach kiszonych ogórków i testowania funkcji przydzielonych każdemu miejsc siedzących. Siedzący przede mną małżonkowie sprawdzają, do jakiego stopnia fotel się rozkłada, czy wszystkie nawiewy działają, czy światło do czytania jest odpowiednie (choć czytać raczej nie zamierzają). Trwa to mniej więcej półtorej godziny, do chwili przekroczenia granicy państwowej. Wówczas rozpoczyna się czas trwogi, bo przecież „każdy coś tam wiezie”. Zatrzymuje nas patrol niemieckiej policji. Rutynowa kontrola nie kończy się nieprzyjemnościami, jednak dopiero po niej okazuje się, jak dużo mięsa i papierosów znajduje się w lukach bagażowych autobusu.

Polscy gastarbeiterzy charakteryzują się ogromną fascynacją niemiecką kulturą i gospodarką oraz głęboką pogardą dla wszystkiego, co polskie. Nie ukrywają swojego pochodzenia, traktując je jako  przykry, ale niezmywalny stygmat. Starają się natomiast za wszelką cenę pokazać, że, co prawda, nie ma jak tego ukryć, jesteśmy Polakami, ale tymi, którym się udało, którzy są niejako „ambasadorami” wielkiego świata na Polskę. Polscy gastarbeiterzy wszystko co się da przeliczają na eurocenty, korzystają bez skrupułów z „gratisowej” kawy i herbaty oferowanej przez firmę transportową, jedzą przygotowane jeszcze w domu kanapki z jajkiem na twardo, uwielbiają film „Tylko mnie kochaj” i kiwają się w rytm „Wszyscy Polacy to jedna rodzina, starszy czy młodszy, chłopak czy dziewczyna”. Więc Jezioro Bodeńskie zobaczyłem w końcu przy akompaniamencie disco-polo i w towarzystwie uradowanych z powodu udanego przemytu rodaków.

Na szczęście autobus przyjechał na Dobelestrasse bez opóźnienia.