Szorty, letnie wrzosy i starzec w lesie

SONY DSC

Pojechałem dziś do Bielska Podlaskiego – miasta, z którego wyprowadzili się już wszyscy poza starcami i dziewczętami w dżinsowych szortach.

Pozostali zamieszkali na białostockim osiedlu Nowe Miasto, bo „nowocześnie i blisko do centrum”. Zapomnieli, że centrum Polski jest w dziesiątkach takich bielsków podlaskich, a to miejsce, do którego się przenieśli, będzie niebawem miejscem, z którego będą chcieli uciec. Chyba, że nigdy nie dorosną.

Tymczasem przy dziewiętnastce z Białegostoku do Bielska jest miejscowość Ryboły, gdzie każdego lata mieszkańcy wychodzą na szerokie pobocze i sprzedają to, co wykopali z ziemi, opielili, podlali, zerwali z krzaka, albo co spadło z drzewa na trawę. Kobiety w kolorowych chustkach na głowie siedzą na ławeczkach przy płocie i czekają na to, aż ktoś się zatrzyma.

Na bielskim rynku przy Mickiewicza podobni starcy z tych miejscowości, do których dojeżdżają PKS-y z Bielska, handlowali dziś jagodami, grzybem, cukinią, pomidorami, mlekiem, jajkami, bimbrem i rabarbarem. Ostatni raz widziałem taki targ w Syhocie Marmaroskim, na granicy rumuńsko-ukraińskiej w 2007 roku.

Zaraz obok, po bielskim rynku, paradowały wesołe lolitki z lodami Soprano w tych ich delikatnych rączkach. Każda z nich miała na sobie te krótkie szorty. Nie widziałem dziś w Bielsku dziewczyny w czymś innym niż dżinsowe szorty. Cały Bielsk był dzisiaj rajem dla pedofilów i marzeniem domorosłego onanisty.

SONY DSCPo zakupach w Kauflandzie, gdzie ulotkę o promocji wręczyła mi ruda dziewczyna w szortach, a na kasie stała szatynka w szortach, na mięsie stała blondynka w szortach, a sery wykładała brunetka w szortach, przejechałem tory i pojechałem do Augustowa.

W Augustowie nie ma niczego ciekawego, poza pomnikiem jakichś pomordowanych, ale kilkaset metrów za Augustowem jest przy szosie kierunkowskaz z napisem cyrylicą. Cyrylicy nie znam. Dlatego tam skręciłem.

Jedzie się najpierw przez pole, a potem wjeżdża się do lasu. I jedzie tym lasem po wertepach, gdzie o celu informują wyłącznie zrobione z ofoliowanego papieru kierunkowskazy zawieszone na drzewach. Potem się skręca raz i drugi i dojeżdża do metalowego ogrodzenia z pordzewiałą, zieloną bramką.

Zwykły sosnowy las, ścieżka, i po prawej spora polana z wysokim prawosławnym krzyżem i dwoma grobami. Kilka kroków dalej – brzydka, jakby ociosana niedbale przez architekta cerkiewka z ocynkowanym drzwiami.

– Pojechałem za znakami – odpowiedziałem starcowi w starym drelichu z foliową torbą w ręce, który pojawił się ni stąd, ni zowąd, podszedł do mnie i popatrzył tak, że od razu zrozumiałem, czego ode mnie chce.

– Prawdziwki obrodzili. Grzyby zbierać. Tamoj dobry las jest na prawdziwki, za płotem – odpowiedział, a ja szybko i trafnie przetłumaczyłem to na „spierdalaj”.

Był  stary, zmęczony, mały i wysuszony. Miał zapadnięte oczy i dwutygodniowy zarost. Masa i siła przemawiały za mną. Popatrzył jednak na mnie tak, że, nie mówiąc nic, odwróciłem się i spierdalałem.

Spierdalałem spokojnie, spacerkiem, ale zdecydowanie i z determinacją.

SONY DSC

Wsiadłem do auta i wróciłem na główną. Szosy błyszczały tego dnia podgrzaną wielodniowym upałem wodą w koleinach, a asfalt był ciemnoniebieski. Zieleń przełomu lipca i sierpnia miała te ostatnie ślady wiosennej soczystości, które są już śladami, bo sierpień i jesień już blisko, potem święta, jedne, drugie, kolejka do lekarza geriatry i wykup ostatniej kwatery w życiu. Przemijanie.

Poczułem głód. Szukałem miejsca, gdzie mogę coś zjeść. Mijałem Wyszki. W oddali górował kościół. Przed znakiem końca miejscowości zauważyłem rdzawoczerwony neon „Restauracja Wrzos”. Jednokondygnacyjny gierkowski klocek z betonu. Weranda i kilka okien. Zatrzymałem się na piaskowym parkingu, założyłem klapki, włożyłem do kieszeni portfel i wysiadłem z auta.

SONY DSC

Aby dostać się do środka, musiałem przedrzeć się przez sięgające mi do czoła krzaki i krzewy porastające posesję. Wszedłem na taras po zmurszałych schodach i otworzyłem drzwi. Przywitał mnie wzrok dwóch łysych, dobrze zbudowanych trzydziestoletnich mężczyzn w kusych podkoszulkach siedzących przy jednym z dwóch stolików. Towarzyszyła im na oko dwudziestolatka, ubrana w szlafrok i klapki, farbowana blondynka z różowymi tipsami, makijażem do snu, przestraszona moją obecnością. Mężczyźni popatrzyli na mnie tak samo, jak ten starzec w lesie. Ich wzrok mówił jasno i wyraźnie: „spierdalaj”.

Usiadłem przy wolnym stoliku. Wszystkie pozostałe były poprzewracane. Na betonowej podłodze walał się gruz, resztki zastawy, kawałki szkła z potłuczonych szyb i resztki plastiku. Mężczyźni wrócili do kłótni między sobą.

– Dzień dobry, co mogę podać? – zapytała na oko sześciolatka, która nagle zjawiła się przy stoliku. Była wysoka jak na swój wiek. Brunetka z nerwowymi, rozbieganymi oczami, w zwykłych dziecięcych dżinsach i różowej bluzie Hello Kitty. Do zostania kelnerką brakowało jej dziesięć lat.

– Ty tu obsługujesz?

– Tata, ale dzisiaj nie może podejść. Źle się czuje. Co panu ugotować? Tutaj jest menu.

Wyjęła z kieszeni złożoną na czworo kartkę, na której nieporadną dziecięcą ręką wypisane były żółtym markerem potrawy i ceny: „frytki – 3 zł, picca – 5 zł, zapiekanka – 4 zł, sos do piccy – 1 zł”.

– To ja się zastanowię – powiedziałem.

Od stolika wstał ten starszy. Podszedł do mnie i powiedział:

– To się nie ma co zastanawiać. Zamykamy lokal. Andżela, jedziemy.

Wsiedli we trójkę do BMW stojącego obok mojego auta i ruszyli z piskiem opon. W restauracji została dwudziestolatka.

– Jej ojciec jest na górze – powiedziała i wybiegła w tym szlafroku na pogrążoną już w wieczornym mroku szosę.

Do miasta wróciłem późnym wieczorem. Białystok nawiedziła burza z piorunami. Wracałem zmęczony i głodny. W Kleosinie przejechałem przez największą kałużę w swoim życiu.

Zapomniałem dodać, że te szorty muszą być tak zrobione, aby wystawały z nich białe komory kieszeni, w których bielskie dziewczęta trzymają swoje różowe telefony.

Z jakichś powodów zajmuje miejsce w jednym z ostatnich przedziałów

Podróż pociągiem ma tylko wtedy ten wspaniały kolejowy zapach, kiedy godzina odjazdu jest latem – wieczorem po ciężkim, gorącym dniu pełnym wrażeń. Tak, wtedy, gdy wielka śmierdząca maszyna wytacza się ze spoconego miasta, rozpędza się, mijając przedmieścia z daczami owiniętymi grilowym dymem i w końcu wbija się w rozpoczynającą się właśnie ciemność lasów i wilgotność podmokłych łąk pachnących trawą, żabami i nadchodzącym mrokiem. Zajmij miejsce w jednym z ostatnich przedziałów, pójdź tam, gdzie jest kibel i patrz na uciekające pod nogami tory. Pokaż konduktorowi swój bilet i miej nadzieję, że koniec podróży nadejdzie jak najpóźniej. Oprzyj się plecami o szybę przedziału i patrz na przesuwające się światła. Na przedmieściach, za garażami, odbywają się sekretne schadzki, obserwowane przez ułamki sekund przez pasażerów pociągów pośpiesznych. Powolny mikroświat Wołomina kontra pasażerowie pośpiesznego do Rybnika. Przełażący przez tory zarośnięte lipcową trawą ludzie zerkający na migające światła lokomotywy prującej w kierunku Pałacu.DSCF1865

W końcu decyduję się na sześćdziesiątkę piątkę, czyli najlepsza droga na północ

DSCF3141

Najlepsza droga na północ nie wiedzie przez zapchaną tirami ósemkę. Leżące przy ósemce miejscowości są nudne. Korycin, będący hybrydą podlaskiej wioski z pożerającą unijne fundusze wzorcową europejską gminą, mierzi mnie już swoimi truskawkami i serami. Suchowola? Ach, to bogobojne miasto rodzinne księdza Jerzego, którego największą atrakcją nie jest wcale gigantyczny stalowy fragment ołtarza papieskiego stojący przy nudnym rynku, ale restauracja “Hebron” – od imion małżeństwa właścicieli – Henryka i Bronisławy? Nie lubię.

Najlepsza droga na północ to sześćdziesiątka piątka biegnąca z Białegostoku do Ełku i – dalej – Gołdapi. Przejeżdżałem dzisiaj przez Knyszyn i ze współczuciem patrzyłem na auta mieszkańców tego cudownego miejsca, na auta z rejestracjami – ech – BMN. Knyszyn to wielkie miasto z pięknym rynkiem, prawdziwym starym zalewem i dziesiątkami dumnych, drewnianych, mieszczańskich domów. Niestety, pod tymczasową okupacją Moniek. Mońki to położone kilkanaście kilometrów na północ miejsce – największy polski eksperyment urbanistyczno-administracyjno-socjologicznych.

Mońki to miasto zbudowane na polu po ziemniakach. Dosłownie i w przenośni.

A potem Osowiec, z zamkniętym na cztery spusty barem i pozostałościami po twierdzy. Monumentalnymi fortyfikacjami zjadanymi systematycznie przez głęboką zieleń łąk, brąz bagna i błękit Biebrzy.

Zaraz Prostki i Grajewo. Ale Prostki na potem. W Grajewie skręćmy w prawo, w kierunku Augustowa, i na szerokiej jak szosa do Warszawy drodze pomknijmy w kierunku Rajgrodu. Przed samym miastem drogę przecina jezioro, i tam trzeba wjechać w lewo, w leśną drogę, jedną z najpiękniejszych dróg w okolicy, w drogę, która krążąc wokół jezior i pagórków zaprowadzi Cię do Ełku.

Czarna Wieś będzie jeszcze w Litwie, ale za kilka kilometrów to już Księstwo Krzyżackie. Dachy kryte czerwoną cegłą i tunel wąskiej, asfaltowej drogi z sadzonych gęsto, jeden przy drugim, buków, kasztanów i topoli. Po prawej zarośnięta linia ełckiej wąskotorówki, dalej zbocze prawie górskie i w dole jezioro, raz jedno, raz drugie.

Co jakiś czas popegeerowskie bloki wyrastające jak spod ziemii. Tylko tutaj te symbole rozkładu, ze zdewastowanymi obejściami, bielizną na sznurkach, lepionymi z czego się da chlewikami i zardzewiałymi dziesiątkami anten satelitarnych na tych dwupiętrowych klockach, leżą w miejsach, które wyglądają najpiękniej na świecie. Tylko tutaj slumsy mają takie widoki z okien.

A potem jest już Ełk.

Tarnobrzeg

Wielowymiarowość świata przejawia się w jego wielowarstwowej strukturze, przypominającej płyty tekttonicze albo układ poszczególnych wartstw kemowego ciastka z truskawkowym nadzieniem. Podróż, szczególnie ta powortna, do miejsca, które odkryło przed wędrowcem swoje centra i manowce, to ciekawskie odkrywanie kurzu na powierzchniach, które się kiedyś widziało, wąchało, dotykało, jadło, lizało. Ten kurz czasu przykrywa wszystko – tamte rzeki, które od tego czasu zdążyły mienić bieg, te restauracje i bary o inych nazwach i innym asortymencie, te już nie brukowane ulice, te już nie zwykłe, ale oświecowone świecowymi nabberami neonów. Warstwy zapominania przykrywają także ludzi, jak łuszcząca się skóra na rękach i piętach, jak słoje dorastających co roku i kilka milimetrów brzozy drzew.

W tarnobrzeskim rynku, okrytym całymi wieczorami ciemnością, rynku ani ładnym ani brzydkim, ani wielkim ani dużym, w miejscu gdzie powinien znajdować się ratusz, jebie prostu w oczy adresywny żółty szyld „Biedronki”. Światło z tego miejsca oświetla cały rynek, a z tej jasnej groty wychodzą i wchodzą, jak z betlejemnskiej stajenki, zadowoleni ludzie z zakupami, by po chwili znikać w zakamarkach drukondygnacyjnych kamienic, krętych uliczkach w różne strony.

Jaki ślad pozostanie po mojej kilkugodzinnej wizycie w Tarnobrzegu? Czy tej lśniący bezczelnie, dominujący wszystko neon, będze tą warstwą, która przyćmi brudny hotel w kształcie statku pirackiego, gdzie nocowałem, pizzerię, gdzie pijani chłopcy pokazywali kelnerkom swoje małe spocone  fiuty i blade owłosione tyłki? Księgrnię, w której coś kupiłem, choć nie wiem co? Telefon, który wykonałem do bardzo ważniej osoby, choć już nie pamiętam, z kim wtedy rozmawiałem?

Cała ta ucieczka to fikcja

Kiedy Marta czytała swój ulubiony fragment Walta Whitmana, stojąc na skraju wysokiej wydmy gdzieś w okolicach jakiegoś małego kurortu między Ustką a Rowami, porwany przez nią z hostelu Korsarz pod Orzyszem, dwudziestopięcioletni mężczyzna trudniący się na co dzień spisywaniem peseli i pilnowaniem, by goście nie wynosili pościeli, sikał z zamkniętymi oczami na zsuwający się pod wpływem wiatru biały piasek. „Na szlak wyruszam – pieszo i beztrosko, Zdrów, wolny, i świat stoi otworem, Długa, brunatna droga wiedzie mnie, dokąd zechcę” – przekrzykiwała sztormowy wiatr Marta. Zwiała właśnie z wyjazdu służbowego firmy, w której zajmowała się sprzedażą nakrętek do butelek napojów gazowanych. Zresztą, ta cała jej ucieczka to fikcja, bo pięćset kilometrów na południe, w bazie jej firmy pod Wołominem, szef ochrony już dawno namierzył satelitarnie Fiata Sciento stojącego pod jednym z domków letniskowych wymarłego o tej porze roku letniska. I jużwielokrotnie próbował dodzwonić się do wyłączonego iPhone’a Marty. Kiedy zatrzymali się przed pensjonatem, właścicielka domku – sześćdziesięcioletnia, znudzona życiem, szara na twarzy kobieta, patrzyła na nich podejrzliwie: ona, zadbana, umalowana trzydziestolatka w szpilkach i gustownej czarnej garsonce, takiej samej jak noszą wszystkie przedstawicielki handlowe, on, młodszy od niej, nieogolony, w adidasach, dresowych spodniach i skórze identycznej z naturalną, na pierwszy rzut oka wydawali się dziwną parą. Dziwne było też, że ona zapłaciła te pięć dych za noc, bo to przecież mężczyźni płacą, nawet jeśli pieniędzmi kobiety. Trudno o turystów na przełomie listopada i października, a żyć za coś trzeba – pomyślała, pokazała pokój, obróciła się jeszcze wracając do swojej chałupy i poszła oglądać telewizję.

On, opierając się plecami o wyszlifowany przez słone morze pień drzewa, przez całą noc słuchał, jak Marta, z twarzą ku wichrowi ze strony morza, recytowała z pamięci całe fragmenty Whitmana. Kiedy o szóstej zaczęło się robić jasno, powycierali ze swoich spodni i sukienek ziarna piasku, choć on jeszcze przez wiele tygodni znajdywał pojedyncze ziarenka w kieszeniach. Wstali, wzięli się za ręce i bez słów wspięli się na wydmę. Przeszli przez sosnowy lasek, gdzie już za chwilę zobaczyli swój niewykorzystany domek i służbowe auto Marty.

Po drodze nie wymienili ani słowa.

Kiedy podjechali pod hostel Korsarz i kiedy on wyszedł z samochodu, właściciel wybiegł ze złością i zdziwieniem. Marta szybko odpięła pas, wyjęła ze skórzanego portfela kilka stów, podbiegła do szefa, wcisnęła mu w rękę zwitek banknotów, uśmiechnęła się do chłopaka odwróciła się, odpaliła silnik, ruszyła, na chwilę włączyła awaryjne, po czym z piskiem opon pomknęła na południe.

Któregoś dnia spóźnił się na autobus do Dwernika

…albo te dni, w których spał dwie godziny, aby tego lutowego świtu wsiąść do auta i pojechać samemu w góry. Tego dnia jechał pustą, ośnieżoną Aleją Piłsudskiego na południe i już gdzieś w okolicach Sienkiewicza zorientował się, że to nie był rozsądny pomysł. Było cholernie ślisko, nie dało się szybciej, niż pięćdziesiątką, więc mijały go tylko wieloosiowe, ciężkie tiry, rozpędzające padający bez ustanku śnieg. Więc jak tylko mógł, przyczepiał się do któregoś, wlepiał oczy w tylne światła i próbował utrzymać odległość. Za miejscowością, gdzie w starym, drewianym domu mieszka jego babcia, kilka kilometrów dalej, jest parking. Zatrzymał się tam po omacku, bo śnieg walił bezlitośnie i naprawdę nic nie było już widać. Zatrzymał wycieraczki, zgasił światło i wysłał koledze, który właśnie prowadził w radio audycje, że jedzie na Otryt. Potem powoli ruszył i gdzieś w okolicy Siemiatycz zgubił rozgłośnię z głosem kolegi, więc wyjął przypadkową płytę, na której śpiewała Alina Orlova.

Dwa dni wcześniej na Otryt pojechali jego przyjaciele. Miał jechać z nimi, ale wymówił się jakąś głupotą i szybko pożałował swojej decyzji. Więc wsiadł w tej samochód o pierwszej nad ranem podjął decyzję, że jedzie.

Jasno zrobiło się gdzieś między Lublinem a Rzeszowem i jak lutowe słońce zaczęło przygrzewać, to chwilami widać było nawet asfalt. Wtedy mógł przyspieszyć do dziewięćdziesiątki. A tak wlókł się, a od ciągłej koncentracji zaczęły łapać go skurcze szyi. Kiedy jechał autem w długą podróż, samemu, nie rozmyślał o niczym. Absorbowała i sprawiała przyjemność sama jazda, patrzenie na to, co za oknem, na to jak kończy się świat podlaskich wsi i gdzieś za Lublinem wjeżdża się w podkarpacie, a potem w Galicję, Galicję, którą tak bardzo lubił i chciał pokazywać wszystkim. W Rzeszowie skręca się już w końcu w prawo i wyjeżdża z miasta, drogą pełną okropnych kolein.

Bieszczady. Dojechał do Sanoka. Instynkt samozachowawczy kazał mu zostawić auto na jakimś parkingu „na gębę”. Zrobił zakupy i spóźnił się o dziesięć minut na samochód do Dwernika. Następny jechał już tylko do Lutowisk. Dojechał na miejsce gdzieś około ósmej wieczorem. Dawno było już ciemno jak w dupie. Był ostatnim pasażerem. Wysiadł w mroźnym i wietrznym miasteczku. Uwielbiał zawsze tę ekscytację z wchodzenia na Górę, to przyspieszone tętno, te coraz bardziej mokre nogawki spodni. Uwielbiał wchodzić nocą do lasu, bo wtedy słychać wszystkie zwierzęta.

Spóźnił się na ten pociąg do Dwernika. Spóźnił o kilkanaście minut. Gdyby kilka razy przycisnął bardziej do dechy, między Lublinem a Rzeszowem, pewnie byłby wcześniej i zdążył na ten pieprzony Dwernik. Jeszcze w Sanoku, On zadzwonił i zapytał, czy przyjedzie. Skłamał, że nie, aby zrobić niespodziankę, pojawić się z zaskoczenia, sprawić, że im się to spodoba. Gdyby zdążył na ten do Dwernika, zastałby go w tej obskórnej wiacie przy sklepiku i zabrał do Chaty bezpiecznie.

Potem był już tylko GOPR i powrót do domu tą samą trasą z Aliną Orlovą i ogromnym przygnębieniem.

Długo się waha, aż w końcu decyduje się znowu sięgnąć po Dygata

I przypomina sobie największe przyjęcie na parterze trzypiętrowego domu w dzielnicy starców, gdy zgromadzeni mężczyźni i kobiety dyskutowali o tej powieści, która jest o pożegnaniach, którą czytał po raz pierwszy w pociągu linii Suwałki-Wrocław, którejś z najzimniejszych zim tego jeszcze niedojrzałego stulecia. Wtedy na tej linii był wagon Warsu, w którym po zamówieniu jajecznicy i żurku mógł siedzieć godzinami, tylko w Łodzi Kaliskiej trzeba było się przesiąść na miejsce na przeciwko, bo pociąg zmieniał tam bieg. Kiedyś siedzący przed nim starszy facet zasnął, a jak się obudził, to myślał, że dojechali już do Wrocławia i wracają, więc wyskoczył w panice na tę dziką Łódź Kaliską, tam, gdzie kibice ŁKS-u tłuką Widzewiaków. Czasami jeździł z przesiadką, wtedy trzeba było wysiąść na Łodzi Głównej i przejść Piotrkowską i Mickiewicza do Kaliskiej. Pamięta te swoje marsze z czarnym plecakiem na stelażu z jednego dworca do drugiego, ale nie pamięta, w jakim celu tam jeździł.

Jasne, że pamięta. Jeździł do swojej dziewczyny, ale tak naprawdę po to, aby pożegnać się na kilkanaście godzin z własnym domem, żeby patrząc na zimny krajobraz za oknem trzymać jedną rękę przy metalowym grzejniku, drugą ręką przewracać kartki książki i patrzeć na przepływające za oknem pociągu życie. Aby czytać książki i zapamiętywać przypadkowe zdania, które potem ujawniały się ze swoją aktualnością w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Tak jak to zdanie z któregoś opowiadania Hłaski o tym, że (przytacza z pamięci) jak się ma dwadzieścia lat, to klęska jest zajebistą przygodą, a dziesięć lat później kompletnie nie ma się czym podniecać. Och, kiedy jeszcze pamiętał to zdanie z dokładnością Hłaski, uwielbiał je wypowiadać i wzbudzać zachwyt słuchaczek, choć wtedy jeszcze udawał że jest dychę po dwudziestce.

Zawsze (co za drań!) lubił, choć – przypominam – jeździł do dziewczyny, nawiązywać wzrokowe przymierza z ładnymi dziewczętami, które przypadkowo siadały na przeciwko. Wielogodzinny festiwal ukradkowych spojrzeń, uśmiechów, ale nigdy prosto w twarz, udawania, że jest mądrym i wrażliwym chłopcem. To ostatnie wychodziło mu zawsze najlepiej. A potem, kiedy pociąg mijał zalew i wjeżdżał do tego miasta, po prostu pakował książki, zakładał plecak wychodził nie wiedząc, czy kieruje nim strach, czy pycha. Wiedział, że na dworcu czeka jego dziewczyna.