Z jakichś powodów zajmuje miejsce w jednym z ostatnich przedziałów

Podróż pociągiem ma tylko wtedy ten wspaniały kolejowy zapach, kiedy godzina odjazdu jest latem – wieczorem po ciężkim, gorącym dniu pełnym wrażeń. Tak, wtedy, gdy wielka śmierdząca maszyna wytacza się ze spoconego miasta, rozpędza się, mijając przedmieścia z daczami owiniętymi grilowym dymem i w końcu wbija się w rozpoczynającą się właśnie ciemność lasów i wilgotność podmokłych łąk pachnących trawą, żabami i nadchodzącym mrokiem. Zajmij miejsce w jednym z ostatnich przedziałów, pójdź tam, gdzie jest kibel i patrz na uciekające pod nogami tory. Pokaż konduktorowi swój bilet i miej nadzieję, że koniec podróży nadejdzie jak najpóźniej. Oprzyj się plecami o szybę przedziału i patrz na przesuwające się światła. Na przedmieściach, za garażami, odbywają się sekretne schadzki, obserwowane przez ułamki sekund przez pasażerów pociągów pośpiesznych. Powolny mikroświat Wołomina kontra pasażerowie pośpiesznego do Rybnika. Przełażący przez tory zarośnięte lipcową trawą ludzie zerkający na migające światła lokomotywy prującej w kierunku Pałacu.DSCF1865

Reklamy

Postanowił wejść na tę górę od Wschodu

Więc najpierw wysiadł zimnym rankiem, po całonocnej podróży z Warszawy do Zagórza pociągiem pełnym żołnierzy na samowolkach, ukrywających się przed żandarmerią w nieogrzewanych, pełnych dymu ze śmierdzących ukraińskich fajek kiblach, gdzie odbywa się codzienny konflikt między tymi wyposzczonymi ogolonymi na łyso mi żołdakami a studentami z całego kraju. Wtedy po raz pierwszy odkrył uroki Tatry Mocnej prosto z puszki, którą częstowali go ci chłopcy, mający ewidentnie w interesie nawiązanie bliższego kontaktu z towarzyszącymi mu dwoma dziewiętnastoletnimi blondynkami o długich chudych nogach i sarnich oczach, całkowicie przerażonymi sytuacją, w jakiej się znalazły.

Żołnierze wysiedli w Rzeszowie, a one wtedy spokojnie zasnęły, przytulone do siebie, opatulone w zielone kutrki, w kącie przedziału drugiej klasy. Słuchał Howing Bells patrząc w przetaczającą się za oknem czerń. Wjeżdżali w Bieszczady. Lesko, Sanok i ostatnia stacja – Zagórz. Obudził blondynki, kiedy pociąg już hamował. Była dziewiąta. Wysiedli i prowadził zaspane dziewczyny przez zasypane śniegiem tory do prowizorycznego dworca. W samoobsługowym sklepie kupili zupki do zalewania wrzątkiem, herbatę, krupnik i kilka innych niezbędnych drobiazgów.

A po chwili już jechali PKS-em do Lutowisk. Serpentyny za Zagórzem przed Leskiem z tym pierwszym skajlajnem Bieszczadów, a Lesko to brama do prawdziwych gór. Wielką Pętlą Bieszczadzką wtoczyli się do Ustrzyk Dolnych, a dziewczęta powoli się budziły. Po minęciu peerelowskiego domu towarowego Halicz, gdzie Ukraińcy handlują fajkami i spirytusem, skręca się w prawo i wtedy już poczuł, że zbliżają się do Góry.

Opowiadał im, również wtedy, o tym miejscu, budził ciekawość i chęć wyjazdu, choć w gruncie rzeczy wiedział, że ten wyjazd jest nie dla niego, ale dla tych dwóch błękitnookich dziewcząt, które po raz pierwszy w życiu jechały dalej niż do Warszawy. Były podekscytowane, ale jednocześnie poddawały się jego opowieści. Lecz w pewnym momencie poczuł, że – tak jak zwykle – to przestaje być jego opowiadanie, ale własne, subiektywne, bardzo mocne, wyraźne przeżycia.

Tak się działo zawsze, kiedy mijał Czarną. Po prawej stronie drogi, osnuty mgłą, ciągnął się Otryt. To zawsze był początek końca świata, taka metropolia na samych krańcach wszystkiego. Bo niby poczta, dwa bary, dwa sklepy, szkoła i urząd gminy, nawet chyba bankomat, ale tak naprawdę to dalej już nie ma żadnej cywilizacji, są sklepy w Dwerniku, Zatwarnicy i Chmielu, jest nawet jakiś bar, ale nikt kto, tam nie był, nie zdaje sobie sprawy, że to już nie są prawdziwe sklepy i knajpy.

Tymczasem wysiedli z autobusu, założyli stuptuty i ruszyli pod górę. Minęli urząd gminy i szkołę, a za starym cmentarzem skręcili w prawo, w wąską asfaltową drogę. Dziewczyny patrzyły na pasmo przed nami i zaczęły żartować o szkole, o wakacjach, o kolegach z roku, o nim. Lubił, jak się o nim żartowało. Lubił plotki na swój temat. I lubił, jak ładna dziewczyna zaczynała zdanie od „a wiesz, że o tobie mówią, że….”. Nie lubił rozmów o filozofii i socjologii. Nie lubił rozmawiać o polityce, kiedy wchodził na Otryt.

Po kilkuset metrach mija się przysiółek z wściekłymi, ujadajacymi jak diabli psami, dla których każda żywa istota to wilk. Przy ostatnim zabudowaniu skręca się w prawo i idzie jakiś kilometr drogą ułożoną z betonowych klocków. Wieje jak diabli, bo to jest otwarta przestrzeń. Po prawej światła Lutowisk i Ukraina na horyzoncie, a po lewej pasmo tego najdzikszego pasma w Bieszczadach. Na końcu tej drogi jest drewniana wiata. Śniegu było po kolana, niby nic, ale zatrzymali się na piwo. Pamięta czerwone od zmęczenia i podniecenia policzki blondynek, które uśmiechały się do siebie nawzajem, podając z ręki do ręki niebieską puszkę Leżajska.

A potem prowadził je na przełaj, przez tę łąkę, unikając skutych kruchym lodem kałuż ukrytych pod cienką warstwą lutowego śniegu. Szły za nim, po jego śladach, zdziwione, skąd on zna tę drogę tak dobrze, bo w ty miejscu nie ma prawie żadnych znaków. A on się wstydził przyznać im, że chodził już tędy wiele razy, w różnych porach roku, różnych porach dnia i o różnym stopniu trzeźwości lub jej braku.

Weszli w końcu w linię lasu. Marsz był trochę łatwiejszy, ale to był tylko kawałek do stokówki. Po przejściu w poprzek drogi usiadły na chwilę na ławce, którą odgarnął od śniegu rękawem kożucha. Zrobili siku, wypili jeszcze jedno piwo, on drugie, one drugie na pół. Pomyślał, że to trochę dziwne, że prowadzi dwie piękne dziewczyny gdzieś w las, na końcu świata, a one mu ufają. Od kilkudziesięciu minut było już ciemno.

Od tego momentu, aby wejść na pasmo Otrytu, trzeba przebyć trzy dosyć ostre podejścia w górę. Kiedy zatrzymywali się na kilkunastosekundowy odpoczynek, dziewczyny nasłuchiwały odgłosów zwierząt, bo jak jest ciemno, to słychać je o wiele lepiej. Światła Lutowisk były coraz mniej widoczne, zanikały między drzewami. Coraz lepiej widać było niebo upstrzone gwiazdami, setkami gwiazd.

Kiedy włazili na ostatnie podejście przed krzyżówką na Trochaniec, wziął od tej drobniejsza mały plecak wypełniony puszkami z piwem, założył go na ramiona i oszukał je, że to jeszcze tylko pięć minut do celu. Wdrapali się na pasmo, odpoczęli chwilę siedząc na drewnianym pniu, a wtedy blondynki zaczęły pytać, czy będą tam fajni chłopcy. Oszukał je, że na pewno będą. Szli kolejne dwadzieścia minut w pogodnym nastroju. – Co to jest, co to za światła? Zapytała ta wyższa, idąca kilkanaście metrów za nimi. Jesteśmy na miejscu.

Tego wieczora poszedł na chwilę do kominkowej, przedstawił dziewczęta znajomym i nieznajomym, wypił dwie bańki i poszedł spać na jaskółkę. Zasypiał patrząc na oświetlone księżycem połoniny. Pamięta, że obudził się dwa razy tej nocy. Pierwszy raz, gdy było jeszcze ciemno, usłyszał ich śmiechy i jak śpiewały którąś z piosenek Hey o zazdrości. Drugi raz już świtało, kiedy otworzył oczy i popatrzył jak śpią, opatulone w śpiwory, przytulone do siebie , zwrócone twarzami w jego kierunku. Wtedy pomyślał, że śpiąca, bezpieczna kobieta to najpiękniejszy widok, jaki można sobie wyobrazić

Długo się waha, aż w końcu decyduje się znowu sięgnąć po Dygata

I przypomina sobie największe przyjęcie na parterze trzypiętrowego domu w dzielnicy starców, gdy zgromadzeni mężczyźni i kobiety dyskutowali o tej powieści, która jest o pożegnaniach, którą czytał po raz pierwszy w pociągu linii Suwałki-Wrocław, którejś z najzimniejszych zim tego jeszcze niedojrzałego stulecia. Wtedy na tej linii był wagon Warsu, w którym po zamówieniu jajecznicy i żurku mógł siedzieć godzinami, tylko w Łodzi Kaliskiej trzeba było się przesiąść na miejsce na przeciwko, bo pociąg zmieniał tam bieg. Kiedyś siedzący przed nim starszy facet zasnął, a jak się obudził, to myślał, że dojechali już do Wrocławia i wracają, więc wyskoczył w panice na tę dziką Łódź Kaliską, tam, gdzie kibice ŁKS-u tłuką Widzewiaków. Czasami jeździł z przesiadką, wtedy trzeba było wysiąść na Łodzi Głównej i przejść Piotrkowską i Mickiewicza do Kaliskiej. Pamięta te swoje marsze z czarnym plecakiem na stelażu z jednego dworca do drugiego, ale nie pamięta, w jakim celu tam jeździł.

Jasne, że pamięta. Jeździł do swojej dziewczyny, ale tak naprawdę po to, aby pożegnać się na kilkanaście godzin z własnym domem, żeby patrząc na zimny krajobraz za oknem trzymać jedną rękę przy metalowym grzejniku, drugą ręką przewracać kartki książki i patrzeć na przepływające za oknem pociągu życie. Aby czytać książki i zapamiętywać przypadkowe zdania, które potem ujawniały się ze swoją aktualnością w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Tak jak to zdanie z któregoś opowiadania Hłaski o tym, że (przytacza z pamięci) jak się ma dwadzieścia lat, to klęska jest zajebistą przygodą, a dziesięć lat później kompletnie nie ma się czym podniecać. Och, kiedy jeszcze pamiętał to zdanie z dokładnością Hłaski, uwielbiał je wypowiadać i wzbudzać zachwyt słuchaczek, choć wtedy jeszcze udawał że jest dychę po dwudziestce.

Zawsze (co za drań!) lubił, choć – przypominam – jeździł do dziewczyny, nawiązywać wzrokowe przymierza z ładnymi dziewczętami, które przypadkowo siadały na przeciwko. Wielogodzinny festiwal ukradkowych spojrzeń, uśmiechów, ale nigdy prosto w twarz, udawania, że jest mądrym i wrażliwym chłopcem. To ostatnie wychodziło mu zawsze najlepiej. A potem, kiedy pociąg mijał zalew i wjeżdżał do tego miasta, po prostu pakował książki, zakładał plecak wychodził nie wiedząc, czy kieruje nim strach, czy pycha. Wiedział, że na dworcu czeka jego dziewczyna.

Błazny i złodzieje

  • Siedem godzin oczekiwania w przedziale pociągu pośpiesznego relacji Olsztyn-Kraków nie ma w sobie nic z Zen podróży. Jesteśmy w Piasecznie. Siedzący naprzeciw starzec-inwalida I grupy, niedowidzący i z niedowładem stanowczo żąda dalszej jazdy. – Na trakcję spadło drzewo, była wichura – ze spokojem tłumaczy drobna brunetka-konduktorka po ćwiczeniach z asertywności i trudnego klienta. – Nic mnie to nie obchodzi, jako inwalida pierwszej grupy domagam się natychmiastowej jazdy! Ten niedowidzący, siwy pan z irytacją co chwila wciska przycisk swojego telefonu, informujący go, że od ostatniej minuty minęły tylko jedna minuta. Pani obok obawia się o swoją palmę, która już na pewno zmarzła z powodu niedomkniętego balkonu, gdzieś w Jędrzejowie, cholera. Pali papieros za papierosem. Za moimi plecami jest kibel, a za kiblem ostatnie drzwi tego nieruchomego pociągu. Trwa tam Loża Narzekaczy na Polskie Koleje Państwowe. Przy papierosie i zaciśnietych ustach. Piaseczno pełną parą, jak wszystkie te podwarszawskie miejscowości: Skierniewice, Grodzisk, Tłuszcz, Rembertów, pełne są ludzi o zmęczonych twarzach, nieufnych spojrzeniach, pełnych złości i parcia po swoje. Jednodniowi, cykliczni warszawscy emigranci: noc w Warce, dzień w Warszawie, od świtu do nocy, pociągi i puszki z Żubrem. Żeby zasnąć, dotrzeć do domu, położyć się spać i wstać gdzieś o czwartej. Ci ludzie do zajmowania miejsc w kolejce używają łokci, nie chcą się przyznać do „dzień dobry” i „dziękuję”. To dokładnie ci ludzie, którzy już nie raz trącali cię po łydkach koszami na zakupy, kiedy stałeś w kolejce w supermarkecie, a kiedy się odwracałeś, udawali, że nic się nie stało.
  • Kraków między drugą a trzecią nad ranem w środku tygodnia w najbardziej obrzydliwej porze roku. Cała Polska jest teraz pogrążona w mroku, wilgoci i nieświeżym oddechu trawionych przez sen czterech piw Tatra Mocne. A Kraków jest takim niesamowitym mikroświatem. Też mokrym i wilgotnym, ale jednak żywym. Ulubiona krakowska zapiekanka z dziury w ścianie jakiejś kamienicy przy Kanonickiej była spożywana w towarzystwie  mało świadomych tego, co się dzieje wokół nich młodzieńców. Pochodziłem trochę w okolicach Sławkowskiej, św. Tomasza i Stolarskiej. A potem wsiadłem w osobowy do Krosna (4.07), z którego zobaczyłem małopolski świt.
  • W drodze powrotnej z Egeru (moja wycieczka do tego miejsca miała po raz pierwszy charakter zorganizowany, narodowy, imperialistyczno-polski i przez to była – bez przesady – liminalnym doświadczeniem) wysiadam w środku nocy na krośnieńskiej obwodnicy. Nocnych żeglarzy halsujących po ulicach miasta pytam o drogę do dworca. W taki październikowy świt jedynym elementem żywym na takich dworcach są nieliczni taksówkarze, którzy niczym hieny czają się na zmęczonych podróżą turystów, aby zaproponować im nieakceptowalne stawki. O piątej trzydzieści otwierają poczekalnię i knajpę w budynku dworca. Knajpa ma więcej klientów. W ponurych, ciemnych wnętrzach zszarzałych dymem papierosowym ci klienci – dwudziestotletni robotnicy na pierwszą zmianę – zamawiają dwie setki i piwo. A ich twarze wyglądają co najmniej na czterdzieści lat. Pierwszą setkę wypijają jeszcze przy barze, kiedy kelnerka leje piwo i drugie sto. Biorą jedno w jedną rękę, drugie w drugą i dosiadają się do codziennych towarzyszy. Piją w milczeniu, co chwila ze znudzeniem zerkając na zawieszony pod sufitem telewizor. Ożywiają się tylko, kiedy dziennikarz mówi o brakach prądu na Podkrapaciu i wsiach odciętych od świata.
  • Wysiąść na samym początku Lutowisk, przy ośrodku zdrowia. Dostać znowu po twarzy tym samym otryckim wiatrem. Popatrzeć przez chwilę na grzbiet pasma, zasłonięty przedpołudniową mgłą. W sklepie zrobić zakupy, osłonić kalosze torebkami firmowymi Delikatesów Centrum, przejść obok szkoły, przystanku i starego cmentarza. Tam rozpocząć marsz pod górę wąską asfaltówką. Przy ostatnich zabudowaniach skręcić w prawo. Wejść w śnieg. Po kilkuset metrach brnięcia po pas poddać się i zawrócić.
  • Otryt o tej porze roku to widok osobliwy. W końcu decyduję się podjechać na drugą stronę, do Dwernika, i spróbować wejść stamtąd. Wejście przetartę przez bohaterską dziesięcioosobową grupę, która tej nocy wdrapywała się prawie na przełaj. Więc duża improwizacja na temat niebieskiego szlaku, wiodącego normalnie na górę. Idę po ich śladach, które czasami odbijają od szlaku nawet na kilkadziesiąt metrów. Droga pozawalana jest konarami drzew. Widok przerażający dla każdego, kto wchodził tam kiedykolwiek o dobrych warunkach. Idzie się wąskim korytarzem śniegu sięgającym chwilami nawet do piersi. Idzie się ciężko, bo śnieg jest mokry. Zwały białych brył leżą na niekiedy jeszcze zielonych liściach drzew i co chwila spadają razem z gałęziami to tu, to tam.
  • W Chacie przewidywalnie i jak zwykle. I dobrze, bo tego „jak zwykle” było mi potrzeba. W lutym znienawidziłem to miejsce i obiecałem sobie, że nigdy tu nie wrócę. Wróciłem szybko i bałem się tego powrotu. A jednak, było wspaniale, choć to jedna z takich rzeczy, których nie da się w dwóch zdaniach opisać ani zrozumieć. To jest chyba to miejsce z pierwszych wersów „All Along the Watchtower”. gdzie spotykają się wszyscy błaźni i złodzieje, którzy nie potrafią nigdzie zaznać ukojenia. Uciekają z zamieszania na dole, bo nie ma tam niczego, czym warto się podniecać. Życie nie jest żartem, ale o tym wie tylko księżniczka na wieży, otoczonej ciemnością. Kiedy siedziałem na werandzie i grałem tę piosenkę do nocy, byłem przekonany, że ta wieża jest właśnie tam.

Tak jak nie da się zrozumieć i opisać tego, co bardzo dobre, podobnie, trudno zrozumieć i opisać to, co straszne i tragiczne. Tą drogą poszedł wtedy Jarek.

Osobowym do Warszawy

Październik to najlepsza pora na melancholijne, jesienne podróże pociągami osobowymi. Pociągi pośpieszne wywołują nieprzyjemny przeskok w wyobraźni. Wsiada się w jednym dużym mieście, wysiada w drugim, a pomiędzy tymi dwoma momentami jest tylko przyroda przesuwająca się za szybami wagonu. Pociągi osobowe, zatrzymujące się co kilka kilometrów, bez przedziałów, ale za to z prawdziwymi pasażerami, dają autentyczną interakcję z ludźmi, z przyrodą, z jesienią.

Konduktorzy znają co drugą gębę, przymykają oko na piwo z puszki, zza służbowej miny wyłazi wszystkimi stronami podlaska dobroduszność. Jest zaskakująco bezpiecznie, nawet kiedy biegają wokół ciebie nadpobudliwi szesnastolatkowie wracający z łapskich, szepietowskich czy małkińskich zawodówek i techników. Dziewczęta ze zniszczonymi farbowaniem włosami, zajmują się swoimi paznokciami, piszą w ponaddźwiękowym tempie esemesy albo puszczają sygnały do swoich przyjaciółek i chłopaków.

Zdecydowanie fajniejsza od jazdy „tam” była podróż powrotna. Było leniwe niedzielne popołudnie. W Warszawie Wileńskiej do pociągu wsiedli robotnicy po nocnych zmianach i powoli, aż do Małkini, ubywali, rozchodząc się do swoich podwarszawskich domów. W Małkini jak zwykle wszystko było zawieszone w powietrzu i uregulowane zgodnie z rozkładem pociągów. W całodobowym barze przy samych torach chłopcy i dziewczęta kupowali Fantę w butelkach zwrotnych i siedzieli na ławce, założę się, że przez cały dzień.

A potem nadjechał pociąg. Odjazd czternasta zero siedem. Kilkanaście kilometrów za Małkinią  w Czyżewie , wsiedli pierwsi studenci. To był ich pierwszy październikowy weekend w domu, a może jechali do szkoły po raz pierwszy tej jesieni? W przedziale było ciepło, słońce dostawało się do środka ciepłymi, jesiennymi błyskami. Gdzieś dwa siedzenia przede mną ktoś z telefonu puszcza jesienno-prowincjonalny Happysad, piosenkę o tym, że nie przechodzą mu już dreszcze i że nie brakuje mu już powietrza i że do końca ich dni….Dziewczyna obok rozwiązuje krzyżówkę, konsumując wściekle trzymany w ozdobionej tipsami dłoni długopis z napisem „Cefarm”. Naprzeciwko mnie zasuszony staruszek w przetartej, wysłużonej niebieskiej czapeczce Castoramy, zdaje się nie robić nic innego, niż tylko wypatrywać mijanych kościołów, by w odpowiednim momencie zdjąć nakrycie głowy i się przeżegnać. Obok studentka próbuje czytać Robinsona Crusoe’a. Ja też próbuję czytać, ale nie wychodzi.

Zgoda przenika wszystko, ludzie godzą się na siebie, przyroda godzi się na ludzi, a oni na nią. Wszystko jest, jakie jest i wszystkim jest z tym „jest” dobrze.

Z rzeczy bardziej przyziemnych, kontynuuję moje nieudolne wprawki publicystyczne, które chciałbym tutaj kronikować. Napisałem do Porannego tekst o samotności Białegostoku wśród innych ośrodków miejskich i niemiejskich w regionie. Mam raczej syntetyczny umysł, ale w tym wypadku okazało się, że podjąłem temat tak szeroki, że z koniecznośći zmieszczenia się w dziewięciu tysiącach znaków ze spacjami, nie uniknąłem błędu powierzchowności. Tekst został przyjęty nieźle, choć spotkał się z delikatną krytyką w ostatnim magazynie Porannego. Niestety, nie pamiętam nazwiska autora i nie mogę znaleźć tej polemiki w sieci.

Zająłem też głos w debacie Gazety Wyborczej „Czy warto studiować w Białymstoku?”, postulując budowę międzyuczelnianej egalitarnej i nowoczesnej biblioteki. Uważam, że byłby to świetny pomysł na Białystok – miasto akademickie. Argumenty można poznać klikając na odnośnik z tym tekstem. Polecam również dyskusję na forum o moich propozycjach. Zawsze uważałem białostockie fora internetowe za miejsce ujawniania się wszystkich cech typowych tutejszym mieszkańcom, którzy uwolnieni od konieczności ujawniania swoich personaliów wylewają hektolitry jadu na wszystko i wszystkich. Ogromnie się cieszę czytając te fora, bo zazwyczaj potwierdzają się moje przypuszczenia co do tutejszej obyczajowości. Żeby być sprawiedliwym, zdarzają się też merytoryczne głosy, spośród których najbardziej sobie cenię te krytyczne.

Poranni podróżnicy

Zawsze fascynowało mnie zjawisko długotrwałych podróży do pracy. Sam przez rok przemierzałem dwa razy w tygodniu trasę Białystok-Warszawa, obserwując na przedmieściach stolicy, ponurych Markach, Targówku i Pradze, w wielokilometrowych korkach zaspane polskie rodziny. Nasz narodowy temperament nie sprzyja wielogodzinnemu tkwieniu w puszce z metalu, wśród spalin i innych, tak samo zniecierpliwionych, spóźnionych i zmęczonych „współkorkowiczów”. Znam też podmiejskie pociągi, widziałem robotników na ostrym kacu, z podkrążonymi oczami, wsiadających w Małkinii, Tłuszczu, Łochowie. W pośpiesznym Jaćwingu łączącym Suwałki z Wrocławiem, na dworcu Warszawa Centralna wsiadają yuppies w garniturach dzierżąc w foliowych reklamówkach puszki z Warką Strong. Upijają się jeszcze przed Skierniewicami, a potem zasypiają i śpią aż do Łodzi Kaliskiej. Są w domach około 22, by następnego dnia dzielnie stawić się na łódzkim dworcu punkt piąta.

Dzisiejsza Wyborcza zamieszcza ciekawy artykuł o podróżujących do pracy. Wprawdzie głębia tego zjawiska wymagałaby głębszego ujęcia, ale i tak polecam, podobnie jak kultowy fragment „Co mi zrobisz, jak mnie złapieszStanisława Barei – prawdziwie harkorowa wersja podmiejskiego pracownika.