Marco Malvaldi „Gra w ciemno”

 

Gra w ciemno_CMYK.jpg

Jakie tajemnice może kryć miasteczko, w którym wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich? Mówi się przecież, że najgorsze do życia są właśnie takie małe miasteczka, które dają tylko pozór spokoju i intymności. Bo w takich miejscach każdy przez cały czas każdego obserwuje, ocenia i kontroluje.

Akcja „Gry w ciemno” toczy się w Pinecie – niewielkim miasteczku u wybrzeży Morza Toskańskiego, gdzieś między Livorną a Pizą. Tamtejsze życie płynie powoli, a jego centrum jest kawiarnia Lume prowadzona przez Massimo Vivaniego – na co dzień barmana – który nie do końca na własne życzenie staje się domorosłym detektywem.

Kompletnym przypadkiem, w środku jednej z upalnych, śródziemnomorskich nocy, przyjeżdża do baru pijany młodzieniec i twierdzi, że kilka kilometrów dalej, na parkingu przy plaży, znalazł w kontenerze na śmieci ciało młodej dziewczyny. Na komisariacie, gdzie dzwoni, nie dają mu wiary, więc barman jedzie z chłopakiem na parking i – owszem – odkrywa tam ciało osiemnastolatki.

Małe miasteczko na włoskiej prowincji, w którym dochodzi do tajemniczego morderstwa młodej dziewczyny – obie te rzeczy mogą  sugerować, że jest to kryminał mroczny, ciężki i dołujący. A jest dokładnie na odwrót. Punktem centralnym akcji jest wspomniana kawiarnia Lume, w której przesiaduje całymi dniami loża szyderców, ale bardziej należałoby powiedzieć: grecki chór – czterech osiemdziesięcioletnich, dziarskich staruszków – radykalnie złośliwych, prześmiewczych i skażonych do kości niepoprawnością polityczną. I nadto doskonale poinformowanych we wszystkich sprawach – w małym miasteczku plotki rozchodzą się błyskawicznie. Skojarzenie z greckim chórem nie może być przypadkowe – tych czterech zażywnych mężczyzn nie bierze bezpośrednio udziału w akcji kryminału, ale jest jego ważnym – komentującym – elementem, jak w antycznym dramacie.

Tych czterech zabawnych staruszków, palących non-stop papierosy, grających w karty i plotkujących ponad miarę oraz klimat środka lata w śródziemnomorskim kurorcie, gdzie siesta trwa cały dzień, a podstawowym pożywieniem są kawa, tapasy, anyżówka i lagery, stanowią o przyjemności kontaktu z tą książką. Lekkość ta przenosi się na wątek kryminalny, który jest banalny do rozwiązania jeszcze przed półmetkiem całej historii. Główny bohater jest być może spostrzegawczy, ale brak mu charakteru. Wyobrażałem go sobie jak jednego z tych wielu nabzdyczonych włoskich restauratorów oburzonych, gdy klient poprosi o cappuccino przed południem.

Jest w tej niewielkiej objętościowo książce coś sympatycznego i dostarczającego przyjemności czytania. Może ten lekki acz zgryźliwy humor staruszków z kawiarni Lume? Może ten klimat włoskiej prowincji w środku sezonu urlopowego? A może ta pozbawiona niepokoju i domysłów fabuła kryminalne? A może to wszystko po trochu?

Reklamy

Zapiexy

DSCF1430 W Grajewie, przy głównej ulicy miasta, jest Zakład Gastronomiczny “Pizzeria”. W eklektycznym wnętrzu są trzy stoły i trzy wielkie automaty dla powiatowych hazardzistów. Można tam poprosić o piwo z nalewaka za pięć złotych, kwaśny jak licho żurek. Pizzy nie mają, ale za to słynne są ich “zapiexy”. Zapiexy to zwyczajne zapiekanki ubrane w niezwyczajną nazwę.

Zdjęcie przedstawia wejście do Pizzerii w Dukli. Dukla to małe beskidzkie miasto, rozsławiome przez Andrzeja Stasiuka, który poświęcił mu swoją najlepszą książkę. Na samym środku dukielskiego rynku stoi nieproporcjonalnie wielki, barokowy ratusz. Wygląda jak wielki, najedzony, śpiący niedźwiedź otoczony skromną, nieśmiałą architekturą małych kamienic.

Te wszystkie małe miasta powiatowe mają w sobie coś absurdalnego, nie pasującego do reszty, coś nie a propos. Wielkie rondo w Krynkach z jedenastoma odnóżami, bizantyjski ratusz w Michałowie, smutny i opuszczony dworzec kolejowy w Grajewie, transformatorownia w polu pod Knyszynem, wielki, pusty plac w Tykocinie, albo ten równie nieproporcjonalnie wielki dworzec w Bielsku Podlaskim, na którym zawsze wieje wiatr i jest zimno, nawet w środku lata. Na tym dworcu pekaesy zawsze robiły dziesięciominutowe przerwy, podczas których kupowało się zapiekanki z pieczarkami i keczupem w budach, których już nie ma. A jeśli są, to na pewno sprzedają tam zamiast tych zapiekanek kebaby i tortille.

Mógłbym tak wymieniać bez końca. Te urocze próby nadania wielkomiejskości na wszystkich prowincjach świata nie przestają mnie fascynować. W Grajewie, Bielsku Podlaskim, Michałowie, Krynkach albo Tykocinie dzieje się wszystko, co powinno człowieka interesować. Wszystko, co zasługuje na uwagę. Wszystko, nad czym trzeba się pochylić. Wszystko, na co warto patrzyć i czego warto słuchać.

Marcin Kołodziejczyk – B. Opowieści z planety prowincja

Byłoby niezmiernie przykro, gdyby ta świetna książka przeszła przez polską scenę literacką bez echa, ale kiedy szuka się informacji czy recenzji na jej temat, trudno znaleźć coś wartego uwagi. A szkoda, bo “Opowieści z planety prowincja” to współczesna kontynuacja twórczości piewców polskiej prowincji i przedmieść, takich jak zapomniany Marek Nowakowski.

Echa autora “Benka Kwiaciarza” odnaleźć można w proletariackim języku, na który Kołodziejczyk jest bardzo wyczulony. Krótkie zdania, ubogie słownictwo, bogactwo bluzgów – składają się na te opowiadania, które w większości składają się dialogów-opowieści.

Są to historie o polskiej prowincji, o świecie, z którego istnienia nie zdaje sobie sprawy większość mieszkańcow wielkich miast, przemieszczających się międzi nimi autostradami i pociągami Inter-City. Bohaterowie opowiadań Kołodziejczyka to gastarbaiterzy, robotnicy najemni, bezrobotni, matki na zasiłku z GOPS-u albo zwykli złodzieje. Żyją za kilkaset złotych miesięcznie, z których większość przeznaczają na tanie alkohole, produkty z Lidl’a i Biedronki. Spędzają swoje życie przed telewizorem. Poruszają się kolejkami podmiejskimi albo dwudziestoletnimi autami sprowadzonymi z Niemiec.

Marcin Kołodziejczyk nie wchodzi ani w rolę piewcy polskiej popegeerowskiej prowincji, ani nie jest kolejnym Stasiukiem, czerpiącym z rozpadu, biedy i marazmu powód do ochów i achów. Jest bardzo wnikliwym obserwatorem, wyczulonym na język, rytuały, obyczaje i styl życia tych ludzi. To właśnie człowiek jest w centrum zainteresowania autora. Czy dobry, czy zły, na to pytanie Kołodziejczyk nie odpowiada, pozostawiając to czytelnikom.

Maki i Chłopaki – Dni Mrozów

 Tak jak w otwierającej płytę Maków i Chłopaków „Stronie B”, latami całymi czekałem na coś więcej niż „dwie piosenki” umieszczone na majspejsowym profilu Maków. „Albatrosy” i „Glany”, „Glany” i „Albatrosy”. A że mieszka się na prowincji i do Mrozów daleko, a do Dujera jeszcze dalej, pozostawało czekać. Potem pojawiło się nagranie z audycji Radio Euro, jeszcze rok i oto jest – najbardziej oczekiwana  w moim prywatnym harmonogramie roendrolowych oczekiwań płyta.

Właśnie takie rzeczy lubię najbardziej – od odkrywania i eksperymentowania są inni. W tej muzyce liczy się prosty riff i wiersz. W obu tych rzeczach są mistrzami. Maki grają na zywo w klasycznym, gitarowym, trzyosobowym składzie, ale na płycie pojawiają się jakieś klawisze i chórki, co dodaje ich piosenkom bigbitu. Udało się im, uff, uniknąć powszechnej dla garażowych zespołów pułapki wejścia do profesjonalnego studia, gdzie chce się zagrać równiej, czyściej, sprawniej. Brzmią przez cały czas oszczędnie i garażowo, trochę nierówno, trochę fałszując. I dobrze.

„Maki i Chłopaki”, sorry Chłopaki, to przede wszystkim Marcin Biernat, a Marcin Biernat, poza tym, że gra też na gitarze w Muzyce Końca Lata, to jeden z najlepszych tekściarzy na polskiej scenie. Zręcznie poruszający się między poezją naiwną a popkulturowo-literackimi odniesieniami. „Siedem dziewcząt z Albatrosa, ale tyś najpiękniejsza, najpierw sto lat samotności, potem parę godzin szczęścia” (Laskowski i Marquez w jednej linijce!), stanowi jeden z niewielu przykładów, że rock’n’roll potrafi tak dobrze jak hip hop opisać życie chłopców i dziewcząt na prowincji.

Teksty Biernata są spójne. Opowiadają o mazowieckim zadupiu. Są słodko-gorzkie. Bohaterem lirycznym tych piosek jest trzydziestoletni outsider,  bo jest to tak w ogóle muzyka dla tak zwanej starszej młodzieży („stoliki wolne, dziewczyny zajęte„, „już nie skaczemy pogo do sufitu, raczej szukamy wolnych stolików”). Gorzki humor Marcina Biernata trafia doskonale w moją wrażliwość, dlatego optymistyczne piosenki otwierające i zamykające album podobają mi się, ale najmiej.

Zwrotka, refen, zwrotka, ładne teksty o znanych miejscach, o dziewczynach, koncertach, wakacyjnej robocie. Wszystko czego trzeba, ani mniej, ani więcej.

Michał Olszewski – Zapiski na biletach

Zapiski na biletach - Michał OlszewskiMichał Olszewski urodził się w Ełku. Kiedyś pracował w krakowskiej Wyborczej, a teraz jest dziennikarzem Tygodnika Powszechnego. Jego „Zapiski na biletach” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie ostatnio czytałem. Jest to zbiór podróżniczych impresji o Polsce, przeplatanych czarno-białymi fotografiami, autorski przewodnik po tym kraju, którego cechami charakterystycznymi są szarość, jesień i nuda. Autor proponuje zwiedzanie Polski z okna pociągu, z niedokończonych autostrad i brudnych pekaesów. Perspektywa, którą przyjmuje Olszewski, jest miejsce gdzieś pośrodku, między Wrocławiem a Opolem, Krakowem a Warszawą, Lublinem a Białymstokiem. Proponuje perspektywę polskiej prowincji, barów o nazwie „Bar” albo „Flamingo”, gdzie herbatę podaje się w szklance, a z win jest tylko zwietrzała Sofia.

Pod wieloma względami wrażliwość Olszewskiego na szczegół, upodobanie entropii i obserwacja tej zastygłej struktury polskiej prowincji jest podobna do podróżniczych tekstów Andrzeja Stasiuka. Łączy ich też doskonała umiejętność opisu polskiego światła, genialne wręcz rozumienie metafizyki podróży. Inaczej niż Stasiuk, Olszewski podróżuje głównie polską koleją. Wydaje mi się, że rozumie ją lepiej niż ktokolwiek inny, a wszystkie jej niedogodności, absurdy, brudy i brzydkie zapachy potrafi opisać z poetycką wrażliwością.

Tym podróżniczym esejom, impresjom, „zapiskom na biletach” nie można niczego narzucić. Podzielam większość intuicji i wrażliwości Olszewskiego. Poszukuję podobnych perełek językowych polskiego kapitalizmu, dostrzegam te same absurdy architektoniczne, uwielbiam zwiedzanie kolejowych barów i tak samo jak on odbieram dramaturgię podróży ekspresem z Warszawy do Krakowa przez Włoszczową. Podróż ze stolicy do Białegostoku jest dokładnie taka, jak ją opisał Olszewski, a nieoczywistość sterylnego dworca w Białymstoku budzi we mnie – choć doznaję jej prawie codziennie – takie samo zdumienie. W pisaniu Olszewskiego i w jego stylu podróżowania jest zresztą dużo wschodniej wrażliwości: jest spokój, szacunek dla towarzysza rozmowy i trochę takie survivalowe nastawienie do każdej podróży, choćby to miała być wyprawa z Ełku do Suwałk.

„Zapiski na biletach” Michała Olszewskiego to jeden z najlepszych przewodników po Polsce, jakie czytałem. Nie sposób nie polecić.

Błazny i złodzieje

  • Siedem godzin oczekiwania w przedziale pociągu pośpiesznego relacji Olsztyn-Kraków nie ma w sobie nic z Zen podróży. Jesteśmy w Piasecznie. Siedzący naprzeciw starzec-inwalida I grupy, niedowidzący i z niedowładem stanowczo żąda dalszej jazdy. – Na trakcję spadło drzewo, była wichura – ze spokojem tłumaczy drobna brunetka-konduktorka po ćwiczeniach z asertywności i trudnego klienta. – Nic mnie to nie obchodzi, jako inwalida pierwszej grupy domagam się natychmiastowej jazdy! Ten niedowidzący, siwy pan z irytacją co chwila wciska przycisk swojego telefonu, informujący go, że od ostatniej minuty minęły tylko jedna minuta. Pani obok obawia się o swoją palmę, która już na pewno zmarzła z powodu niedomkniętego balkonu, gdzieś w Jędrzejowie, cholera. Pali papieros za papierosem. Za moimi plecami jest kibel, a za kiblem ostatnie drzwi tego nieruchomego pociągu. Trwa tam Loża Narzekaczy na Polskie Koleje Państwowe. Przy papierosie i zaciśnietych ustach. Piaseczno pełną parą, jak wszystkie te podwarszawskie miejscowości: Skierniewice, Grodzisk, Tłuszcz, Rembertów, pełne są ludzi o zmęczonych twarzach, nieufnych spojrzeniach, pełnych złości i parcia po swoje. Jednodniowi, cykliczni warszawscy emigranci: noc w Warce, dzień w Warszawie, od świtu do nocy, pociągi i puszki z Żubrem. Żeby zasnąć, dotrzeć do domu, położyć się spać i wstać gdzieś o czwartej. Ci ludzie do zajmowania miejsc w kolejce używają łokci, nie chcą się przyznać do „dzień dobry” i „dziękuję”. To dokładnie ci ludzie, którzy już nie raz trącali cię po łydkach koszami na zakupy, kiedy stałeś w kolejce w supermarkecie, a kiedy się odwracałeś, udawali, że nic się nie stało.
  • Kraków między drugą a trzecią nad ranem w środku tygodnia w najbardziej obrzydliwej porze roku. Cała Polska jest teraz pogrążona w mroku, wilgoci i nieświeżym oddechu trawionych przez sen czterech piw Tatra Mocne. A Kraków jest takim niesamowitym mikroświatem. Też mokrym i wilgotnym, ale jednak żywym. Ulubiona krakowska zapiekanka z dziury w ścianie jakiejś kamienicy przy Kanonickiej była spożywana w towarzystwie  mało świadomych tego, co się dzieje wokół nich młodzieńców. Pochodziłem trochę w okolicach Sławkowskiej, św. Tomasza i Stolarskiej. A potem wsiadłem w osobowy do Krosna (4.07), z którego zobaczyłem małopolski świt.
  • W drodze powrotnej z Egeru (moja wycieczka do tego miejsca miała po raz pierwszy charakter zorganizowany, narodowy, imperialistyczno-polski i przez to była – bez przesady – liminalnym doświadczeniem) wysiadam w środku nocy na krośnieńskiej obwodnicy. Nocnych żeglarzy halsujących po ulicach miasta pytam o drogę do dworca. W taki październikowy świt jedynym elementem żywym na takich dworcach są nieliczni taksówkarze, którzy niczym hieny czają się na zmęczonych podróżą turystów, aby zaproponować im nieakceptowalne stawki. O piątej trzydzieści otwierają poczekalnię i knajpę w budynku dworca. Knajpa ma więcej klientów. W ponurych, ciemnych wnętrzach zszarzałych dymem papierosowym ci klienci – dwudziestotletni robotnicy na pierwszą zmianę – zamawiają dwie setki i piwo. A ich twarze wyglądają co najmniej na czterdzieści lat. Pierwszą setkę wypijają jeszcze przy barze, kiedy kelnerka leje piwo i drugie sto. Biorą jedno w jedną rękę, drugie w drugą i dosiadają się do codziennych towarzyszy. Piją w milczeniu, co chwila ze znudzeniem zerkając na zawieszony pod sufitem telewizor. Ożywiają się tylko, kiedy dziennikarz mówi o brakach prądu na Podkrapaciu i wsiach odciętych od świata.
  • Wysiąść na samym początku Lutowisk, przy ośrodku zdrowia. Dostać znowu po twarzy tym samym otryckim wiatrem. Popatrzeć przez chwilę na grzbiet pasma, zasłonięty przedpołudniową mgłą. W sklepie zrobić zakupy, osłonić kalosze torebkami firmowymi Delikatesów Centrum, przejść obok szkoły, przystanku i starego cmentarza. Tam rozpocząć marsz pod górę wąską asfaltówką. Przy ostatnich zabudowaniach skręcić w prawo. Wejść w śnieg. Po kilkuset metrach brnięcia po pas poddać się i zawrócić.
  • Otryt o tej porze roku to widok osobliwy. W końcu decyduję się podjechać na drugą stronę, do Dwernika, i spróbować wejść stamtąd. Wejście przetartę przez bohaterską dziesięcioosobową grupę, która tej nocy wdrapywała się prawie na przełaj. Więc duża improwizacja na temat niebieskiego szlaku, wiodącego normalnie na górę. Idę po ich śladach, które czasami odbijają od szlaku nawet na kilkadziesiąt metrów. Droga pozawalana jest konarami drzew. Widok przerażający dla każdego, kto wchodził tam kiedykolwiek o dobrych warunkach. Idzie się wąskim korytarzem śniegu sięgającym chwilami nawet do piersi. Idzie się ciężko, bo śnieg jest mokry. Zwały białych brył leżą na niekiedy jeszcze zielonych liściach drzew i co chwila spadają razem z gałęziami to tu, to tam.
  • W Chacie przewidywalnie i jak zwykle. I dobrze, bo tego „jak zwykle” było mi potrzeba. W lutym znienawidziłem to miejsce i obiecałem sobie, że nigdy tu nie wrócę. Wróciłem szybko i bałem się tego powrotu. A jednak, było wspaniale, choć to jedna z takich rzeczy, których nie da się w dwóch zdaniach opisać ani zrozumieć. To jest chyba to miejsce z pierwszych wersów „All Along the Watchtower”. gdzie spotykają się wszyscy błaźni i złodzieje, którzy nie potrafią nigdzie zaznać ukojenia. Uciekają z zamieszania na dole, bo nie ma tam niczego, czym warto się podniecać. Życie nie jest żartem, ale o tym wie tylko księżniczka na wieży, otoczonej ciemnością. Kiedy siedziałem na werandzie i grałem tę piosenkę do nocy, byłem przekonany, że ta wieża jest właśnie tam.

Tak jak nie da się zrozumieć i opisać tego, co bardzo dobre, podobnie, trudno zrozumieć i opisać to, co straszne i tragiczne. Tą drogą poszedł wtedy Jarek.

Muzyczne nadwiślańskie milestones

Koniec roku to czas różnych podsumowań. Grudzień sprzyja przeróżnym bilansom, a w czasach, kiedy wszystko mierzy się jakąś wartością, bilansowi można poddać praktycznie cokolwiek. Na Podlasiu czasu na bilanse jest szczególnie dużo, bo tutejsze Godowe trwa od przesilenia zimowego do prawie połowy stycznia, w związku z równouprawnieniem dwóch dominujących tutaj wyznań.

Korzystając z dobrodziejstw internetu postanowiłem przywołać sobie najsilniejsze momenty muzycznego „zapętlenia”, w które zdarzyło mi się kilkukrotne wprawić. Chodzi o czas, w którym przyczepia się do ciebie jakaś piosenka, a nie tylko tak, że chodzi po twojej głowie przez wiele dni i nie chcę się odczepić, wystukuje rytm Twoich kroków i podsuwa swoje frazy w codziennych rozmowach. Chodzi o te piosenki, które nie tylko pozostają tu i teraz, ale słuchane z perspektywy lat przywołują najbardziej osobiste i ważne wspomnienia, nastroje, sytuacje.

W moim przypadku pierwszą taką piosenką był „King” zespołu T.Love. Oczywiście dla czternastolatka ta cała subtelna warstwa socjologiczna opowieści o ousiderze z Częstochowy, który na bakier ma i  z czarnym i z czerwonym, stanowi terra incognita. Płyta „King„, której słuchałem podczas długich i gorących wakacji w Olecku, zarzynając prosty walkman połykający co kilkanaście przesłuchań magnetyczną taśmę, strona A, strona B, otworzyła mi oczy na fakt, że jest inna muzyka od piosenek New Kids On The Block. To właśnie po tym gorącym lecie w Olecku, z dzikością w sercu, znajomą motorniczego panią z dołu, jesienią poszedłem na pierwszy w życiu koncert już wtedy ulubionego zespołu. Gdzieś tam zresztą już pisałem o tym magdalenkowym wydarzeniu.

Dopiero jakiś czas później zdałem sobie sprawę, że „King” to opowieść o polskiej  rzeczywistości początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedy bodajże w dziewięćdziesiątym drugim przyjechał do Polski papież, został przywitany jak na Polaków nader chłodno. Euforia po Okrągłym Stole się skończyła, kto miał się dorobić, już się dorobił, ludzie czuli, że „po czerwonym przyszedł czarny”, w telewizji Niesiołowski z Zawiszą prowadzili krucjatę przeciwko prezerwatywom. Było smutno i straszno, trochę jak w filmie Balanga, który pojawia się w teledysku do Kinga. I tak jak wolę ten „uniwersalistyczny” T.Love śpiewający o miłości i pozytywnej energii, a Staszczyk-publicysta do dzisiaj mnie nieco mierzi, tak do Kinga mam ogromny sentyment do dzisiaj.

„King” i parę innych piosenek T.Love to żelazny repertuar wszelkich ognisk z gitarą. Takich imprez było sporo w liceum, między innymi niezapomniane całonocne późnoletnie klasowe wypady do Ogrodniczek. Z tymi szczeniackimi, szesnastoletnimi wygłupami, niezmiennie kojarzy mi się nieco już dzisiaj zapomniany film PasikowskiegoSłodko-gorzki„. Debiutująca w nim Anita Werner, dzisiaj zimna i zdystansowana dziennikarska, w tym filmie również była zimna i zdystansowana wobec zakochujących się w niej bez opamietania chłopców, ale działało to zupełnie inaczej, niż teraz. Strasznie bym chciał zobaczyć ten film jeszcze raz. A wspomnienia związane z tą piosenką są dokładnie takie, jak fabuła filmu: licealne zauroczenia, mur szkoły, osiemnaste urodziny spędzane na szkolnym boisku, ogniska z tanim winem, z których wracało się porannymi autobusami, razem z pracownikami rannych zmian jadącymi do pracy. Oni – zaspani, z drugim śniadaniem w plastikowych reklamówkach, my z tymi boobijanymi o drzewa gitarami, nogawkami w błocie, cali przesiąknięci zapachem ogniska.

O Grabażu przeczytałem po raz pierwszy w książce „Dzieci Rewolucji” Staszczyka, kiedy o Pidżamie Porno jeszcze mało kto słyszał. Potem wydali Złodziei Zapaliczek i Styropian, z którego pochodzi ta piosenka. Uważam, że pod względem lirycznym piosenka „Gdy zostajesz u mnie na noc” to absolutne mistrzostwo świata. Od oryginalnej wersji wolę taką mniej znaną, wolniejszą, nagraną z akompaniamentem skrzypiec. To, oczywiście, też licealne czasy, w których nie miało się czasu na taksówki i trudno było o własne mieszkanie. Stąd może wracając o trzeciej nad ranem na nogach z piątkowo-sobotniej lalkowo-strychowo-mandalowej krucjaty, psychoanalityczny mechanizm projekcji przywoływał na myśl „gdy zostajesz u mnie na noc”. Pobożne życzenie licealisty mieszkającego z rodzicami, którego największym sukcesem jest wywalczenie prawa wracania do domu kiedy się chce.

Z nastepną piosenką mam ogromny problem, podobnie jak problem mam z zespołem, który ją wykonuje. Bo jak można powiedzieć „chciałbym umrzeć z miłości” nie narażając się o banał? A może właśnie o to chodzi, aby nie tyle otrzeć się o trywialność, ale wejść w nią całym impetem? Bo, przy całej swojej banalności, ta piosenka jest niesamowicie prawdziwa i piękna. Arturowi udało się w tej piosence opowiedzieć o sprawach ostatecznych bez ryzykownego wspinania się na wyżyny wysublimowanych metafor, nawiązań literackich itp. To dobra piosenka wtedy, kiedy nie chcemy myśleć ani o sobie, ani o problemach ludzkości, ale po prostu o tym Drugim, tej Drugiej, tym Drogim, tej Drogiej.

Nigdy nie miałem awersji do wartości takich jak naród, ojczyzna, Polska. Obok religii, więzi narodowe są jedynym spoiwem trzymającym to nasze społeczeństwo. Bez tego wszystko rozpierzchłoby się w pył. Powstanie Warszawskie jest najlepszym przykładem: skoro gigantyczną rzeź i spektakularną w skali świata porażkę narodową przyjmujemy za mit fundujący naszą narodową tożsamość, to świadczy to przecież między innymi o braku jakichkolwiek innych spoiw, jak kapitał społeczny, zaufanie, etos przedsiębiorczości, humanitaryzm.

Niedawno przeczytałem w Newsweeku, że zdenerwowanym kierowcom stojącym w korku uaktywniają się gadzie ośrodki w mózgu. Podejrzewam, że podobne, gadzie, instynkty, wywołują w nas wzruszenia narodowe: podczas meczów piłkarskich, skoków Adama Małysza czy też słuchania piosenek o powstaniu warszawskim Lao Che. Słuchałem tej płyty podczas moich podróży do Niemiec i prawdopodobnie uruchamiały się w mojej głowie podobne mechanizmy odczuć patriotycznych, które uruchamiają się kibicom pod Wielką Krokwią patrzących z dumą na szybującego Małysza. Nie sądzę jednak, aby było w tym coś złego. Podejrzewam wręcz, że Lao Che zrobiło tą płytą więcej dla tworzenia się tożsamości narodowej Polaków, niż większość obecnych polityków, poetów i pisarzy razem wziętych. Oczywiście, można się zastanawiać, na ile „witamy w krainie, w której Fryco ginie” wykrzyczane przez tysiące uczestników festiwalu w Kostrzyniu nad Odrą, było manifestacją dumy, a na ile oznaką resentymentu wobec sąsiadów zza rzeki. W każdym razie, moje subiektywne odczucia podczas słuchania tej piosenki są subiektywnie szczere i głębokie.

Lao Che i Pezet to zupełnie różne światy muzyczne, w tym jednak przypadku zaskakująco ze sobą zbieżne. Pomyślałem, że na studia właśnie idą ludzie urodzeni w roku 1989, nie posiadający żadnych, nawet podświadomych, doświadczeń związanych z PRL-em. „Szósty zmysł” Pezeta to jeden z lepszych socjologicznych obrazów pokolenia tkwiącego w rozkroku – z dzieciństwem zanurzonym w szarzyznę kolejek po mięso, oczekiwaniem na nienadany Teleranek, wychowanym na 5-10-15 w telewizji, napojach sprzedawanych z foliowych torebek, w które wbijało się z atencją  słomki i wiele innych peerelowskich reminiscencji życia w niedostatku, recesji bez końca. Dzieciństwo w PRL-u, ale młodość już w „nowych” czasach. „Pierwsze nowe pokolenie skażone PRL-em”. Pamiętam fragment filmu LatkowskiegoBlokersi„, gdzie Pezet naśmiewa się z artykułu dra Pęczaka, socjologa piszącego w Polityce o młodzieży. Trochę to przewrotne, ale w tej piosence Pezet wykazuje się zmysłem socjologicznym na wysokim poziomie, a poza tym – co wszyscy wiedzą – jest wielkimi hiphopowym poetą. A każdy, kto nie wierzy w „szósty zmysł” dzisiejszych polskich trzydziesto- i dwudziestoparolatków, niech sprawdzi, jak się bawią („czysta wódka, cały stół w ogórkach, browar i gorzka żołądkowa, ja zostaję tu do jutra”), popatrzy na ten świetny teledysk i przekona się, jak podobne są te dzisiejsze noce do długich nocy naszych rodziców.

A potem zacząłem jeździć samochodem, co momentami stawało się moim nałogiem. Z tego nałogu wyniosłem korzyści dwojakiego rodzaju: zawodowe i osobiste. Po pierwsze więc, odkryłem piękno prowincji. Małych wsi i miasteczek, w których wszystko zastyga i to, co ich mieszkańcy nazywają nudą, okazuje się fascynujące i wciągające. Takich miejsc są w Polsce tysiące, a w moich okolicach – setki. Wielki i senny rynek w Krynkach, gdzie można siedzieć godzinami łuszcząc pestki. Skrzyżowanie w Dwerniczku, skąd w prawo można pojechać do Zatwarnicy (tam droga się kończy) a w lewo, drewnianym mostem, do Dwernika. Na tym skrzyżowaniu można posiedzieć przy blaszanej wiacie wsłuchując się w szum Sanu za plecami, a jak to się znudzi, pójść kilkadziesiąt metrów pod górę do jedynego w swoim rodzaju bieszczadzkich sklepów (każdy, kto był, wie o co chodzi). Jest też ścieżka wzdłuż zalewu w Supraślu, gdzie wieczorami spacerują zakochani, a latem świerszcze grają tak głośno, jak chyba nigdzie.

Z takimi jesiennymi, małomiasteczkowymi nastrojami kojarzy mi się zespół Muzyka Końca Lata, a szczególnie piosenka „Żabi”, o tym, jak idziesz asfaltem pełnym porozjeżdżanych żab z jakiegoś niewinnego spotkania z dziewczyną i wszystko ci ją przypomina, a euforia zauroczenia na pewno nie da zasnąć w nocy. Mam wielki sentyment do tego prowincjonalnego zespołu z Mińska Mazowieckiego, ponieważ świetnie lustrują moje odkrycie wartości prowincji i poznanie we własnym wnętrzu tego czasami ukrywanego prowincjusza.

Zakochanie się w polskim zadupiu to nie ostatnia korzyść z wielogodzinnych samochodowych szwędactw. Druga jest bardzo indywidualna i osobista. Bo tak jak dzielę się z innymi moją miłością do Siemiatycz, Krynek, Supraśla czy Tykocina, tak samochód jako krótkotrwałe lecz skuteczne lekarstwo na przytłoczenie bieżącymi sprawami i problemami jest maścią na specjalne, indywidualne zamówienie. Czasami nie da się zrobić nic innego poza spontaniczną, kilkunastogodzinną samotną ucieczką. W góry lub nad morze. Najlepszym akompaniamentem dla takich wypraw były i są piosenki autystycznego Lesława z Komet. Takie, jak „W dżinsach i w swetrze”, gdzie dostajemy nagromadzenie elementów o ekstremalnym natężeniu emocjonalnym. Jest tu wszystko, co kojarzy się z wycieczką do nadmorskich kurortów poza sezonem. Na Helu jest teraz, późną jesienią lub zimą, najprzyjemniej. Są opustoszałe hotele i pensjonaty, przenikliwy wiatr i żadnych ludzi. Jest piasek w spodniach i wiklinowe kosze, w których nikt się nie opala. Najlepsze okoliczności, aby w grubym swetrze, z butelką wina „popatrzeć na gwiazdy przed snem”.

 

Mowa tutaj o muzycznych milestones. Pewnie podobną listę można by ułożyć, myśląc o ważnych miejscach. Bez wahania takim miejscem w moim przypadku są Bieszczady, a Otryt – szczególnie. Kłopot w tym, że z Bieszczadami wiązana jest tradycja muzyczna, z którą się zupełnie nie utożsamiam. Więcej, mógłbym wobec środowisk tak zwanej piosenki turystycznej wytoczyć kilka oskarżeń. Po pierwsze, trudno mi znaleźć jakąkolwiek płaszczyznę korespondencji pomiędzy estetyką zespołów w rodzaju Starego Dobrego Małżeństwa a specyfiką Bieszczad. Te góry są nieprzyjazne, ponure, szorstkie w kontakcie, myśląc zarówno o przyrodzie, jak i o ludziach. Tymczasem środowisko poezji śpiewanej opowiada o czymś zupełnie innym, niż Bieszczady w moim odczuciu są. Po drugie – i to zarzut poważniejszy, bo już nie subiektywny, uważam, że stworzony w latach osiemdziesiątych XX wieku mit Edwarda Stachury i całe środowisko jego wyznawców, bezwzględnie i bez skrupułów zabiły jego poezję, filozofię i muzykę. 

Dlatego mam tylko jedną piosenkę, którą śpiewam jadąc na Otryt. I ta piosenka najlepiej chyba pasuje do tego miejsca nie tylko dlatego, że ta góra jest jednym z bohaterów piosenki. KSU nie należą do moich ulubionych wykonawców, ale tutaj udało im się przekazać magnetyzującą moc Bieszczadów, którym łatwo jest dać się  uwieść, choć ich urok jest szorstki i – na szczęście – trudno o amatora dla tej panny.