Rdza

SONY DSC

Miałem pójść razem z małym. Nie wyszło. Poszedłem sam. Po to, aby zrobić zdjęcia wielkich maszyn. Na wielkie maszyny patrzy z podziwem. Pokazuje palcem miejskie autobusy odpoczywające na zajezdni w Kleosinie. Wzdycha zaaferowany sapaniem betoniarek, kręcących te swoje zabłocone gruszki, kiedy wyjeżdżają z placu budowy Trasy Niepodległości gdzieś za niestrzeżonym przejazdem w Klepaczach. Piszczy z zachwytu nad piskiem pociągu hamującego na dworcu Olsztyn Główny, a ten jego zaaferowany pisk słyszę lepiej niż pisk pociągu, gdy czeka, kiedy wreszcie wyskoczę na peron.

SONY DSC

Miałem pójść razem ze szkrabem. Nie wyszło. Poszedłem sam. Poszedłem, żeby zrobić zdjęcia tych wszystkich pługów spychających śnieg z torów, pociągów naprawczych, elektrycznych drezyn, sypialnych i kuszetek z napisami po francusku, odstawionych na bocznicę. Poszedłem zobaczyć potęgę kolei.

SONY DSC

Ta bocznica, gdzieś między Antoniukiem a Białostoczkiem, leży przy nasypie, którym jeszcze jeżdżą pociągi do Sokółki, do Grodna, do Suwałk i Augustowa. Kiedy mieliśmy 10 lat i spieprzaliśmy z lekcji w Szkole nr 38, szliśmy na te tory wielką łąką. Trawy, osty i pokrzywy raniły nam nogi. Potem szliśmy wężykiem wąską ścieżką między brudną i śmierdzącą rzeką, a ogródkami działkowymi, gdzie wszędzie rósł barszcz Sosnowskiego, ale wtedy nikt nie zwracał na niego uwagi.

SONY DSC

Wspinaliśmy się, wbijając palce w sypki i suchy żwir na ten nasyp, siadaliśmy na skraju mostu, nad tą płytką i brudną jak diabli rzeczką i patrzyliśmy, jak wędkarze łapali w tym zasyfionym cieku robaki na przynętę  Kładliśmy na rozgrzane tory kolejowe kamienie albo monety, jeśli ktoś z nas miał w ogóle jakąś monetę, bo wtedy pieniądze nie były do niczego potrzebne. Potem czekaliśmy niecierpliwie na jakiś osobowy, pospieszny albo towarowy. Nie miało to kompletnie żadnego znaczenia. Kiedy pociąg się zbliżał, przeganiając nas ostrym piskiem syreny ostrzegawczej, uciekaliśmy na skraj skarpy, przykrywaliśmy głowy i z rozkoszą słuchaliśmy dźwięku roztrzaskiwanych przez lokomotywę kamieni latających we wszystkich kierunkach, tuż nad naszymi spalonymi czerwcowym słońcem głowami. Kiedy już pociąg odjechał, szukaliśmy w trawie rozgniecionych monet, z których nie zostawało nic, poza naszą satysfakcją i naszym uwielbieniem dla niewyobrażalnej siły tych wielkich maszyn.

SONY DSC

Więc wtedy byłem taki jak on. Podziwiałem siłę i energię wielkich maszyn i marzyłem, aby kiedyś zasiąść za sterem prawdziwej lokomotywy.

Dzisiaj interesuje mnie już bardziej to, jak to wszystko, więc i kolej, się degraduje, niszczy, rdzewieje i odchodzi w niepamięć. Mogę na to wszystko patrzeć z tego samego miejsca, z jakiego na to patrzyłem 30 lat temu.

Kiedy jeździłem dużo pociągami, najchętniej wystawiałem głowę za okno w te letnie zmierzchy, kiedy pociąg przejeżdżał przez przedmieścia mniejszych i większych miejscowości. To wszystkie te miejsca za garażami, gdzie odbywają się sekretne schadzki młodocianych kochanków, miłośników piwa pitego wprost z puszki albo tych wszystkich, którzy z nudy lubią po prostu patrzeć na przejeżdżające pociągi. Za tymi garażami są zawsze zasyfione i śmierdzące chaszcze z wydeptanymi ścieżkami, otoczonymi milionami opróżnionych butelek, puszek, opakowaniach po papierosach i miejscach po ogniskach.

SONY DSCCzasami warto na to patrzeć z mknącego pociągu, czasami warto na to patrzeć stojąc za tymi garażami.

Nie da się tego opisać, nie da się też złapać zdjęciem tego szczególnego zapachu torów kolejowych, kiedy po gorącym dniu przejeżdża po nim lokomotywa ciągnąca wagony podmiejskie pełne ludzi wracających ze szkoły w Białymstoku do domu w Łapach, odliczających, ile jeszcze dni zostało do wakacji. Jest w tym zapachu kurz, jest pył tych ostrych jak brzytwa kamieni, jest też woń rdzy.

SONY DSC

Rdza jest najważniejszym składnikiem wszystkiego, z czego składa się kolej. Ze rdzy zbudowano lokomotywy, ze rdzy są wagony, tory kolejowe, druty i słupy, na których te druty wiszą. Ze rdzy są przejazdy kolejowe. Ze rdzy są maszyniści i konduktorzy. Ze rdzy są ci zatrudnieni przez rdzawe Polskie Koleje Państwowe pustelnicy przesiadujący w tych małych betonowych budynkach, gdzie w jednym oknie stoi zawsze jedna paproć, która również jest ze rdzy.

Poszedłem zobaczyć potęgę kolei. Wróciłem z rękami całymi we rdzy.

Miałem pójść razem z nim. Nie wyszło. Poszedłem sam.

Reklamy

Z jakichś powodów zajmuje miejsce w jednym z ostatnich przedziałów

Podróż pociągiem ma tylko wtedy ten wspaniały kolejowy zapach, kiedy godzina odjazdu jest latem – wieczorem po ciężkim, gorącym dniu pełnym wrażeń. Tak, wtedy, gdy wielka śmierdząca maszyna wytacza się ze spoconego miasta, rozpędza się, mijając przedmieścia z daczami owiniętymi grilowym dymem i w końcu wbija się w rozpoczynającą się właśnie ciemność lasów i wilgotność podmokłych łąk pachnących trawą, żabami i nadchodzącym mrokiem. Zajmij miejsce w jednym z ostatnich przedziałów, pójdź tam, gdzie jest kibel i patrz na uciekające pod nogami tory. Pokaż konduktorowi swój bilet i miej nadzieję, że koniec podróży nadejdzie jak najpóźniej. Oprzyj się plecami o szybę przedziału i patrz na przesuwające się światła. Na przedmieściach, za garażami, odbywają się sekretne schadzki, obserwowane przez ułamki sekund przez pasażerów pociągów pośpiesznych. Powolny mikroświat Wołomina kontra pasażerowie pośpiesznego do Rybnika. Przełażący przez tory zarośnięte lipcową trawą ludzie zerkający na migające światła lokomotywy prującej w kierunku Pałacu.DSCF1865

Włoscy turyści na Placu Nowym

DSC01403

Nie zrobiłem więcej zdjęć. Było zimno. Minus piętnaście i wiatr, wyrywający z okienka stojącej przed dworcem starej lokomotywy – baru szybkiej obsługi serwetki z półprzezroczystego papieru.

Klasy drugie, pociągi regionalne, teelki, polskie busy i ekspresy podlaskie załadowane po brzegi ludźmi w czapkach, z wielkimi plecakami wciąganymi do przedziałów, wyrywanymi do góry, aby wsunąć je na stalową półkę. I z satysfakcją klepnąć na wywalczonym łokciami siedzeniu.

W pierwszej klasie posłowie i bogaci Białorusini pubierani jak biedota. I ci, którzy nie zdołali się wepchnąć do drugiej, stoją na zimnym korytarzu, patrząc na w pół puste przedziały liczą na wyrozumiałość konduktora.

Szepietowo, Czyżew, Małkinia, Tłuszcz. Im bliżej do Wschodniej, tym nazwy mijanych miejscowości coraz brzydsze. W Łochowie na szczęście się już nie zatrzymuje. Wschodnia, od kiedy pamiętam zimna i niechętna aktywności turystycznej, teraz ma kilka peronów wyposażonych w elektroniczne tablice. Jak stara prostytutka, która pomalowała tylko jedną połowę twarzy.

Katowice, Tychy i Kraków. Hostel na Szlak 24. Mroźny spacer. Ulica Długa zalana jest słońcem. Więc w tym blasku promieni odbijanych od rozmrażających się i ociekających wodą sopli są Planty, jest Stolarska i jest Rynek.

Niedziela. Taksówką na Plac Nowy. Biała kawa i zapiekanki w Singerze, do którego chyba z 10 lat temu przyprowadził mnie B. Stoliki z maszyn do szycia, stary piec kaflowy w kącie daje poczucie ciepła. Siedzimy w kącie, czytamy faszystowskie pisemka i patrzymy na włoskich turystów, którzy ze niezrozumiałym smutkiem błądzą po tym Kazimierzu, jakby coś tu zgubili, a przecież to nieprawda.

O mężczyźnie, który zawsze podróżuje pociągiem

W tych trudnych dla polskiego kolejnictwa czasach, w potoku gorzkich, nierzadko żółtych słów pod adresem spółek świadczących nam te usługi trzeba oddać kolei jako takiej, kolei jako najgłębiej zakorzenionemu w europejskiej spuściźnie sposobowi przemieszczania się z punktu A do punktu B, należny jej honor i szacunek.

Spoglądam teraz przez okno i co widzę? Brnące w śniegu na horyzoncie tiry, a  na przyblokowym parkingu dramatyczne próby odkopania się z zasp wyjeżdżających i równie dramatyczne próby zaparkowania przyjeżdżających.

Nie wiem, czy wiedzą Państwo, z czego wynika opryskliwość kolejowego personelu w kasach i podczas sprawdzania biletów. To nie tylko spuścizna PRL. David Ost w książce “Klęska Solidarności” przypomina, że kolejarze uważali się przed wojną za funkcjonariuszy państwowych, gdyż ponowne złączenie rozbitych zaborami części polskiej państwowości odbywało się przede wszystkim poprzez rekonstrukcję sieci kolejowych. Sprawa kolei była sprawą priorytetową dla polskiej państwowości. Dlatego znieważenie konduktora było tym samym, co znieważenie policjanta.

Kolei więc to sprawa poważna, to fundament europejskiej cywilizacji. Tam, gdzie dociera kolej, tam docierały też książki, inwestycje, szeroko rozumiana kultura.

Ale kolej to również pewna niepowtarzalna estetyka, sposób przeżywania podróży, przekraczania granic. Pani Agnieszka Romaszewska z Telewizji BielSat podzieliła się niedawno na Facebooku doskonałym cytatem z Józefa Mackiewicza, najbardziej niedocenionego polskiego pisarza. Proszę się wsłuchać w to słownictwo, w tę dramaturgię, w ten niepowtarzalny klimat podróżowania pociągiem sto lat temu.

“W piątek 6 marca 1903 roku, po trasie kolejowej Petersburg – Ługa – Psków – Dźwińsk Wilno biegł ekspres zwany “Nord” gdyż w odróżnieniu od Sud -Expressu, który dalej przez Białystok – Warszawę – granice austriacką, przez Wiedeń – Mediolan – Genuę, utrzymywał bezpośrednie połączenie Petersburg – Riwiera francuska, “Nord Express” skręcał w Landwarowie pod Wilnem na Kowno , granicę pruska w Wierzbołowi i stąd przez Berlin podążął do Paryża. Biegł on z szybkością dużą, która na odcinkach prostych dochodziła do 80 km na godzinę. Tak że w zimowe miesiące (gdy spora ilość bogatych i uprzywilejowanych ludzi zwykła wyjeżdżać dla wydania peniędzy za granicą) lokomotywa na trasie Petersburg -Wilno wpadał na stacje niby oszronione widmo. Zaś wagony, koła, osie, okna, wszystko buchające para i mrozem jednocześnie, zalepione stwardniałym śniegiem świadczyło o walce toczonej pomiędzy ciepłem wewnętrznym a zimnem zewnętrznym…”

Lubię podróżować pociągiem mimo śpóźnień, niedogrzanych przedziałów i brudnych toalet. Są to koszty, które wynagradza wiele korzyści. Po pierwsze romantyzm polskich dworców kolejowych. Każdy jest inny i w każdym jest coś godnego uwagi. Pamiętam doskonale, jak dzisiaj, któryś poranek na dworcu w Kutnie, gdzie “jest tak brudno i szaro, że pękają oczy”, gdzie było dokładnie tak, jak to opisywał Kazik, a Polska objawiła się w swoich najczystszym surogacie. Jest fascynujący, dwudziestoczterogodzinny mikroświat Dworca Centralnego w Warszawie, który żyje własnym życiem, ma własnych bohaterów i własne opowieści i narracje. Jest Dworzec Wschodni, który rzeczywiście wieje betonowym, sowieckim wschodem. Jest dworzec w Grodnie, gdzie w hali głównej wisi największy żyrandol, jaki widziałem w życiu. Jest piękny, błękitno-złoty, ultraczysty dworzec we Lwowie. Na peronie trzecim dworca we Wrocławiu myślę zwykle o tragicznej pogoni za uciekającym pociągiem Zbigniewa Cybulskiego, a na dworcu w Białymstoku o tym, że dzięki poprowadzeniu przez to miasto sto pięćdziesiąt lat temu kolei z Warszawy  do Petersburga wyrosło ono na duży ośrodek przemysłowy.

W pociągu nikt Cię nie przeszukuje ani nie prześwietla. Swój bagaż masz przez cały czas pod ręką. Jeśli przedział jest pusty, możesz się nawet położyć. A w nowym Warsie karmią sto razy lepiej niż w samolotach. W pociągu podróżujesz od ścisłego centrum do ścisłego centrum. Dobry pociąg jest sto razy lepszy od samolotu.

Moje marzenie o szybkiej kolei z Białegostoku do Warszawy, która kursowałaby co godzinę w ciągu dnia i co dwie w nocy i przemierzałaby ten odcinek w ciągu godziny są o wiele bardziej realne od wciskanym nam od lat przez polityków farmazonach o cywilizacyjnej szansie, jaką dałoby nam lotnisko (no i opera, bo co to za lotnisko bez opery).

Wsiąść w pociąg, po drodze przeczytać gazetę i napić się kawy. Popatrzeć na rozlewiska Narwi i piękny Bug za Małkinią. W stolicy zrobić to, co porządny człowiek z prowincji może zrobić w stolicy: muzeum, teatr, ewentualnie zakupy. A jeśli warszawskie teatry i muzea albo butiki z odzieżą są niesatysfakcjonujące, zatkać nos przed dymem i smrodem tego miasta, i polecieć do muzeum w Paryżu czy sklepu w Mediolanie. I wrócić do Białegostoku przed północą.

Dla dumnego prowincjusza, takiego jak ja, kolej jest rozwiązaniem najlepszym z możliwych. Jest zdrowym kompromisem między samochodem, który dla Polaków jest wyrazem statusu społecznego, zastąpieniem bryczki, przed którą wszyscy we wsi muszą ustępować, a samolotem – w większości przypadków nieekonomicznym, długotrwałym i niewygodnym sposobem przemieszczania się.

A może byśmy tak, najmilszy…

Jeśli zdarzy ci się jakiś wolny dzień, który mógłbyś najzwyczajniej w świecie zmarnować, roztrwonić, skazać na stracenie, o ile pora roku jest tak nieokreślona, trudna do zdefiniowania, nie poddająca się teoretycznych kwalifikacjom, koniecznie wsiądź w auto i pojedź do Jałówki, w to miejsce, gdzie kończy się świat. Odkryłem je podczas jednych z wielu takich samotnych szwędactw. Nie pamiętam, dokładnie w którym miejscu, przemierzając tę zapomnianą przez wszystkich wieś, trzeba wjechać w szutrową drogę, przejechać kawałek przez las, i już szukać jakiegoś pobocza do zaparkowania.

Jest to miejsce przerażające. Kilkaset metrów na wschód jest już granica z Białorusią, ostatnia europejska ostoja totalitaryzmu. Idąc przed siebie, dochodzi się do trakcji kolejowej, która groblą przecina ponury Zalew Siemianowski, przestrzeń degradacji, mułu, hektary zalanych wodą prawosławnych wsi, gnijący od trzydziestu lat w kilkumetrowym mule.

Często sobie wyobrażam te krzyże, drewniane domy z pomalowanymi na niebiesko okiennicami, studnie, sady owocowe, wiejskie wychodki, zamarnowane w mule, okna tych domów, przez które przepływają trzykilogramowe karpie. Wspinam się na tę kolejową groblę i patrząc w lewo, widzę już Białoruś, a patrząc w prawo – jakiś drażniący smutek i żal do ludzi za to, że będąc najbardziej inteligentnym gatunkiem na Ziemii, robią tak niewyobrażalne głupoty.

Długo się waha, aż w końcu decyduje się znowu sięgnąć po Dygata

I przypomina sobie największe przyjęcie na parterze trzypiętrowego domu w dzielnicy starców, gdy zgromadzeni mężczyźni i kobiety dyskutowali o tej powieści, która jest o pożegnaniach, którą czytał po raz pierwszy w pociągu linii Suwałki-Wrocław, którejś z najzimniejszych zim tego jeszcze niedojrzałego stulecia. Wtedy na tej linii był wagon Warsu, w którym po zamówieniu jajecznicy i żurku mógł siedzieć godzinami, tylko w Łodzi Kaliskiej trzeba było się przesiąść na miejsce na przeciwko, bo pociąg zmieniał tam bieg. Kiedyś siedzący przed nim starszy facet zasnął, a jak się obudził, to myślał, że dojechali już do Wrocławia i wracają, więc wyskoczył w panice na tę dziką Łódź Kaliską, tam, gdzie kibice ŁKS-u tłuką Widzewiaków. Czasami jeździł z przesiadką, wtedy trzeba było wysiąść na Łodzi Głównej i przejść Piotrkowską i Mickiewicza do Kaliskiej. Pamięta te swoje marsze z czarnym plecakiem na stelażu z jednego dworca do drugiego, ale nie pamięta, w jakim celu tam jeździł.

Jasne, że pamięta. Jeździł do swojej dziewczyny, ale tak naprawdę po to, aby pożegnać się na kilkanaście godzin z własnym domem, żeby patrząc na zimny krajobraz za oknem trzymać jedną rękę przy metalowym grzejniku, drugą ręką przewracać kartki książki i patrzeć na przepływające za oknem pociągu życie. Aby czytać książki i zapamiętywać przypadkowe zdania, które potem ujawniały się ze swoją aktualnością w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Tak jak to zdanie z któregoś opowiadania Hłaski o tym, że (przytacza z pamięci) jak się ma dwadzieścia lat, to klęska jest zajebistą przygodą, a dziesięć lat później kompletnie nie ma się czym podniecać. Och, kiedy jeszcze pamiętał to zdanie z dokładnością Hłaski, uwielbiał je wypowiadać i wzbudzać zachwyt słuchaczek, choć wtedy jeszcze udawał że jest dychę po dwudziestce.

Zawsze (co za drań!) lubił, choć – przypominam – jeździł do dziewczyny, nawiązywać wzrokowe przymierza z ładnymi dziewczętami, które przypadkowo siadały na przeciwko. Wielogodzinny festiwal ukradkowych spojrzeń, uśmiechów, ale nigdy prosto w twarz, udawania, że jest mądrym i wrażliwym chłopcem. To ostatnie wychodziło mu zawsze najlepiej. A potem, kiedy pociąg mijał zalew i wjeżdżał do tego miasta, po prostu pakował książki, zakładał plecak wychodził nie wiedząc, czy kieruje nim strach, czy pycha. Wiedział, że na dworcu czeka jego dziewczyna.

Czwarta piosenka, czyli o tym, jak pachnie jesień

Książki, które pachną to: „Sklepy cynamonowe” Schultza (książka o zapachu prowincjonalnej ulicy w skwarne południe), dzieła wszystkie Krzysztofa Vargi (pachnące ulicą, dworcami kolejowymi, barami szybkiej obsługi) i „W poszukiwaniu straconego czasu” (zapach, który pamiętam, ale którego nie potrafię opisać). Teraz, w tym momencie, wszystko pachnie tak, jak w książkach, wszystko pachnie wspomnieniami, a jesień to taka pora roku, w której wszystko, co ważne, się dla mnie zaczynało.

Pewien wrzesień, gdy rytm dnia wyznaczało: późne wstawanie w pustym mieszkaniu obskurnego betonowego bloku na Dziesięcinach, podróż autobusem numer dziewiętnaście aż pod Akademię Medyczną, wielogodzinne przesiadywanie na ławce w parku i czytanie wypożyczonej z Książnicy „W poszukiwaniu straconego czasu”, aż zbliżał się wieczór, więc powrót tą samą dziewiętnastką, i siedzenie do trzeciej w nocy przed telewizorem, z „Polityką”, obłożony ze wzszystkich stron papierem, zasypiałem. Żadnych ludzi, żadnych przyjaciół, żadnych rozmów o rzeczach ważnych jak i głupotach, żadnych narkotyków poza cukrem w miodzie.

I tego września był taki słoneczny dzień, pamiętam, że starcy przesiadujący na ławkach przy fontannie machali przed swoimi pomarszczonymi twarzami prasą katolicką, i nic nie zapowiadało, że spadnie deszcz. Kiedy zaczęło padać, a właściwie ściana wody lała się z nieba tak, że trudno było oddychać, ja szedłem tą alejką w stronę budki z lodami włoskimi, gdzie zawsze są kolejki, szedłem powoli nie tylko dlatego, że lubię deszcz, ale dlatego, że zakochałem się w zapachu tej wody, podmywającej asfaltowe ścieżki pokryte kurzem, brudem, syfem kończącego się lata. Zapach czystej, nieskazitelnie przejrzystej wody pomieszanej ze zgnilizną liści i smrodem spalinam.

Zapach końca i początku, zapach rozkładu i narodzin, zapach trupa i nowo narodzonego dziecka.

Szukałem potem długo tego zapachu, tropiłem go niecierpliwie, a gdy zbliżała się jesień, stawałem się jeszcze bardziej czujny. Znalazłem go w tym szczególnym momencie, kiedy pociąg linii Białystok-Warszawa Zachodnia mija już Wołomin, potem w Kobyłce skręca w lewo i jedzie się ostatnią prostą przed Rembertowem wydeptanym przez spacerowiczów lasem, obok poligonu. Wtedy wychodzę na korytarz, otwieram okno i czekam na ten moment, kiedy pociąg dojedzie do ulicy Cyrulików przejeżdżając przez tę ulicę obok ostatniego przystanku linii 505. Wjeżdża się z lasu do miasta. Ten moment jest wyjątkowy, przede wszystkim ze względu na przedziwną miksturę zapachów: lasów, którymi jechałeś przez dwie godziny, miasta, które śmierdzi w absorbujący i uzależniający sposób, a wszystko to łączy woń polskich kolei państwowych, suchy zapach nasypów, przesiąkniętych ludzkim potem siedzeń, zapach toalet, mytych od czasu do czasu środkiem cuchnącym bardziej niż ludzkie ekskrementy. To wszystko łączy się w całość, jest kompletne, niepowtarzalne i nieopisywalne.

Zawsze uważałem, że wszystko, co ma jakąkolwiek niezniszczalną wartość, musi łączyć w sobie to brudne z tym czystym, to piękne z tym obrzydliwym, to prawdziwym z tym fałszywym. Dlatego liście pachną najładniej, kiedy zbliża się ich koniec, płodne kobiety pachną zapachem przyciągającym i drażniącym zarazem, tak samo jak wspaniały jest zapach benzyny, choć innym razem to okropny smród.

I zapach pustego domu, w którym spędziłeś z kimś setki pięknych, a czasami niepięknych chwil, zapach który trzymasz mimo smutku, bo przynosi ciągle dużo szczęścia.