Z jakichś powodów zajmuje miejsce w jednym z ostatnich przedziałów

Podróż pociągiem ma tylko wtedy ten wspaniały kolejowy zapach, kiedy godzina odjazdu jest latem – wieczorem po ciężkim, gorącym dniu pełnym wrażeń. Tak, wtedy, gdy wielka śmierdząca maszyna wytacza się ze spoconego miasta, rozpędza się, mijając przedmieścia z daczami owiniętymi grilowym dymem i w końcu wbija się w rozpoczynającą się właśnie ciemność lasów i wilgotność podmokłych łąk pachnących trawą, żabami i nadchodzącym mrokiem. Zajmij miejsce w jednym z ostatnich przedziałów, pójdź tam, gdzie jest kibel i patrz na uciekające pod nogami tory. Pokaż konduktorowi swój bilet i miej nadzieję, że koniec podróży nadejdzie jak najpóźniej. Oprzyj się plecami o szybę przedziału i patrz na przesuwające się światła. Na przedmieściach, za garażami, odbywają się sekretne schadzki, obserwowane przez ułamki sekund przez pasażerów pociągów pośpiesznych. Powolny mikroświat Wołomina kontra pasażerowie pośpiesznego do Rybnika. Przełażący przez tory zarośnięte lipcową trawą ludzie zerkający na migające światła lokomotywy prującej w kierunku Pałacu.DSCF1865

Włoscy turyści na Placu Nowym

DSC01403

Nie zrobiłem więcej zdjęć. Było zimno. Minus piętnaście i wiatr, wyrywający z okienka stojącej przed dworcem starej lokomotywy – baru szybkiej obsługi serwetki z półprzezroczystego papieru.

Klasy drugie, pociągi regionalne, teelki, polskie busy i ekspresy podlaskie załadowane po brzegi ludźmi w czapkach, z wielkimi plecakami wciąganymi do przedziałów, wyrywanymi do góry, aby wsunąć je na stalową półkę. I z satysfakcją klepnąć na wywalczonym łokciami siedzeniu.

W pierwszej klasie posłowie i bogaci Białorusini pubierani jak biedota. I ci, którzy nie zdołali się wepchnąć do drugiej, stoją na zimnym korytarzu, patrząc na w pół puste przedziały liczą na wyrozumiałość konduktora.

Szepietowo, Czyżew, Małkinia, Tłuszcz. Im bliżej do Wschodniej, tym nazwy mijanych miejscowości coraz brzydsze. W Łochowie na szczęście się już nie zatrzymuje. Wschodnia, od kiedy pamiętam zimna i niechętna aktywności turystycznej, teraz ma kilka peronów wyposażonych w elektroniczne tablice. Jak stara prostytutka, która pomalowała tylko jedną połowę twarzy.

Katowice, Tychy i Kraków. Hostel na Szlak 24. Mroźny spacer. Ulica Długa zalana jest słońcem. Więc w tym blasku promieni odbijanych od rozmrażających się i ociekających wodą sopli są Planty, jest Stolarska i jest Rynek.

Niedziela. Taksówką na Plac Nowy. Biała kawa i zapiekanki w Singerze, do którego chyba z 10 lat temu przyprowadził mnie B. Stoliki z maszyn do szycia, stary piec kaflowy w kącie daje poczucie ciepła. Siedzimy w kącie, czytamy faszystowskie pisemka i patrzymy na włoskich turystów, którzy ze niezrozumiałym smutkiem błądzą po tym Kazimierzu, jakby coś tu zgubili, a przecież to nieprawda.

Postanowił wejść na tę górę od Wschodu

Więc najpierw wysiadł zimnym rankiem, po całonocnej podróży z Warszawy do Zagórza pociągiem pełnym żołnierzy na samowolkach, ukrywających się przed żandarmerią w nieogrzewanych, pełnych dymu ze śmierdzących ukraińskich fajek kiblach, gdzie odbywa się codzienny konflikt między tymi wyposzczonymi ogolonymi na łyso mi żołdakami a studentami z całego kraju. Wtedy po raz pierwszy odkrył uroki Tatry Mocnej prosto z puszki, którą częstowali go ci chłopcy, mający ewidentnie w interesie nawiązanie bliższego kontaktu z towarzyszącymi mu dwoma dziewiętnastoletnimi blondynkami o długich chudych nogach i sarnich oczach, całkowicie przerażonymi sytuacją, w jakiej się znalazły.

Żołnierze wysiedli w Rzeszowie, a one wtedy spokojnie zasnęły, przytulone do siebie, opatulone w zielone kutrki, w kącie przedziału drugiej klasy. Słuchał Howing Bells patrząc w przetaczającą się za oknem czerń. Wjeżdżali w Bieszczady. Lesko, Sanok i ostatnia stacja – Zagórz. Obudził blondynki, kiedy pociąg już hamował. Była dziewiąta. Wysiedli i prowadził zaspane dziewczyny przez zasypane śniegiem tory do prowizorycznego dworca. W samoobsługowym sklepie kupili zupki do zalewania wrzątkiem, herbatę, krupnik i kilka innych niezbędnych drobiazgów.

A po chwili już jechali PKS-em do Lutowisk. Serpentyny za Zagórzem przed Leskiem z tym pierwszym skajlajnem Bieszczadów, a Lesko to brama do prawdziwych gór. Wielką Pętlą Bieszczadzką wtoczyli się do Ustrzyk Dolnych, a dziewczęta powoli się budziły. Po minęciu peerelowskiego domu towarowego Halicz, gdzie Ukraińcy handlują fajkami i spirytusem, skręca się w prawo i wtedy już poczuł, że zbliżają się do Góry.

Opowiadał im, również wtedy, o tym miejscu, budził ciekawość i chęć wyjazdu, choć w gruncie rzeczy wiedział, że ten wyjazd jest nie dla niego, ale dla tych dwóch błękitnookich dziewcząt, które po raz pierwszy w życiu jechały dalej niż do Warszawy. Były podekscytowane, ale jednocześnie poddawały się jego opowieści. Lecz w pewnym momencie poczuł, że – tak jak zwykle – to przestaje być jego opowiadanie, ale własne, subiektywne, bardzo mocne, wyraźne przeżycia.

Tak się działo zawsze, kiedy mijał Czarną. Po prawej stronie drogi, osnuty mgłą, ciągnął się Otryt. To zawsze był początek końca świata, taka metropolia na samych krańcach wszystkiego. Bo niby poczta, dwa bary, dwa sklepy, szkoła i urząd gminy, nawet chyba bankomat, ale tak naprawdę to dalej już nie ma żadnej cywilizacji, są sklepy w Dwerniku, Zatwarnicy i Chmielu, jest nawet jakiś bar, ale nikt kto, tam nie był, nie zdaje sobie sprawy, że to już nie są prawdziwe sklepy i knajpy.

Tymczasem wysiedli z autobusu, założyli stuptuty i ruszyli pod górę. Minęli urząd gminy i szkołę, a za starym cmentarzem skręcili w prawo, w wąską asfaltową drogę. Dziewczyny patrzyły na pasmo przed nami i zaczęły żartować o szkole, o wakacjach, o kolegach z roku, o nim. Lubił, jak się o nim żartowało. Lubił plotki na swój temat. I lubił, jak ładna dziewczyna zaczynała zdanie od „a wiesz, że o tobie mówią, że….”. Nie lubił rozmów o filozofii i socjologii. Nie lubił rozmawiać o polityce, kiedy wchodził na Otryt.

Po kilkuset metrach mija się przysiółek z wściekłymi, ujadajacymi jak diabli psami, dla których każda żywa istota to wilk. Przy ostatnim zabudowaniu skręca się w prawo i idzie jakiś kilometr drogą ułożoną z betonowych klocków. Wieje jak diabli, bo to jest otwarta przestrzeń. Po prawej światła Lutowisk i Ukraina na horyzoncie, a po lewej pasmo tego najdzikszego pasma w Bieszczadach. Na końcu tej drogi jest drewniana wiata. Śniegu było po kolana, niby nic, ale zatrzymali się na piwo. Pamięta czerwone od zmęczenia i podniecenia policzki blondynek, które uśmiechały się do siebie nawzajem, podając z ręki do ręki niebieską puszkę Leżajska.

A potem prowadził je na przełaj, przez tę łąkę, unikając skutych kruchym lodem kałuż ukrytych pod cienką warstwą lutowego śniegu. Szły za nim, po jego śladach, zdziwione, skąd on zna tę drogę tak dobrze, bo w ty miejscu nie ma prawie żadnych znaków. A on się wstydził przyznać im, że chodził już tędy wiele razy, w różnych porach roku, różnych porach dnia i o różnym stopniu trzeźwości lub jej braku.

Weszli w końcu w linię lasu. Marsz był trochę łatwiejszy, ale to był tylko kawałek do stokówki. Po przejściu w poprzek drogi usiadły na chwilę na ławce, którą odgarnął od śniegu rękawem kożucha. Zrobili siku, wypili jeszcze jedno piwo, on drugie, one drugie na pół. Pomyślał, że to trochę dziwne, że prowadzi dwie piękne dziewczyny gdzieś w las, na końcu świata, a one mu ufają. Od kilkudziesięciu minut było już ciemno.

Od tego momentu, aby wejść na pasmo Otrytu, trzeba przebyć trzy dosyć ostre podejścia w górę. Kiedy zatrzymywali się na kilkunastosekundowy odpoczynek, dziewczyny nasłuchiwały odgłosów zwierząt, bo jak jest ciemno, to słychać je o wiele lepiej. Światła Lutowisk były coraz mniej widoczne, zanikały między drzewami. Coraz lepiej widać było niebo upstrzone gwiazdami, setkami gwiazd.

Kiedy włazili na ostatnie podejście przed krzyżówką na Trochaniec, wziął od tej drobniejsza mały plecak wypełniony puszkami z piwem, założył go na ramiona i oszukał je, że to jeszcze tylko pięć minut do celu. Wdrapali się na pasmo, odpoczęli chwilę siedząc na drewnianym pniu, a wtedy blondynki zaczęły pytać, czy będą tam fajni chłopcy. Oszukał je, że na pewno będą. Szli kolejne dwadzieścia minut w pogodnym nastroju. – Co to jest, co to za światła? Zapytała ta wyższa, idąca kilkanaście metrów za nimi. Jesteśmy na miejscu.

Tego wieczora poszedł na chwilę do kominkowej, przedstawił dziewczęta znajomym i nieznajomym, wypił dwie bańki i poszedł spać na jaskółkę. Zasypiał patrząc na oświetlone księżycem połoniny. Pamięta, że obudził się dwa razy tej nocy. Pierwszy raz, gdy było jeszcze ciemno, usłyszał ich śmiechy i jak śpiewały którąś z piosenek Hey o zazdrości. Drugi raz już świtało, kiedy otworzył oczy i popatrzył jak śpią, opatulone w śpiwory, przytulone do siebie , zwrócone twarzami w jego kierunku. Wtedy pomyślał, że śpiąca, bezpieczna kobieta to najpiękniejszy widok, jaki można sobie wyobrazić

Długo się waha, aż w końcu decyduje się znowu sięgnąć po Dygata

I przypomina sobie największe przyjęcie na parterze trzypiętrowego domu w dzielnicy starców, gdy zgromadzeni mężczyźni i kobiety dyskutowali o tej powieści, która jest o pożegnaniach, którą czytał po raz pierwszy w pociągu linii Suwałki-Wrocław, którejś z najzimniejszych zim tego jeszcze niedojrzałego stulecia. Wtedy na tej linii był wagon Warsu, w którym po zamówieniu jajecznicy i żurku mógł siedzieć godzinami, tylko w Łodzi Kaliskiej trzeba było się przesiąść na miejsce na przeciwko, bo pociąg zmieniał tam bieg. Kiedyś siedzący przed nim starszy facet zasnął, a jak się obudził, to myślał, że dojechali już do Wrocławia i wracają, więc wyskoczył w panice na tę dziką Łódź Kaliską, tam, gdzie kibice ŁKS-u tłuką Widzewiaków. Czasami jeździł z przesiadką, wtedy trzeba było wysiąść na Łodzi Głównej i przejść Piotrkowską i Mickiewicza do Kaliskiej. Pamięta te swoje marsze z czarnym plecakiem na stelażu z jednego dworca do drugiego, ale nie pamięta, w jakim celu tam jeździł.

Jasne, że pamięta. Jeździł do swojej dziewczyny, ale tak naprawdę po to, aby pożegnać się na kilkanaście godzin z własnym domem, żeby patrząc na zimny krajobraz za oknem trzymać jedną rękę przy metalowym grzejniku, drugą ręką przewracać kartki książki i patrzeć na przepływające za oknem pociągu życie. Aby czytać książki i zapamiętywać przypadkowe zdania, które potem ujawniały się ze swoją aktualnością w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Tak jak to zdanie z któregoś opowiadania Hłaski o tym, że (przytacza z pamięci) jak się ma dwadzieścia lat, to klęska jest zajebistą przygodą, a dziesięć lat później kompletnie nie ma się czym podniecać. Och, kiedy jeszcze pamiętał to zdanie z dokładnością Hłaski, uwielbiał je wypowiadać i wzbudzać zachwyt słuchaczek, choć wtedy jeszcze udawał że jest dychę po dwudziestce.

Zawsze (co za drań!) lubił, choć – przypominam – jeździł do dziewczyny, nawiązywać wzrokowe przymierza z ładnymi dziewczętami, które przypadkowo siadały na przeciwko. Wielogodzinny festiwal ukradkowych spojrzeń, uśmiechów, ale nigdy prosto w twarz, udawania, że jest mądrym i wrażliwym chłopcem. To ostatnie wychodziło mu zawsze najlepiej. A potem, kiedy pociąg mijał zalew i wjeżdżał do tego miasta, po prostu pakował książki, zakładał plecak wychodził nie wiedząc, czy kieruje nim strach, czy pycha. Wiedział, że na dworcu czeka jego dziewczyna.

Wielkie Miasto Mińsk

W listopadzie pojechałem do Mińska, na międzynarodową konferencję socjologiczną w Białoruskiej Narodowej Akademii Nauk.

Jeśli chce się zrozumieć to podlaskie polsko-białoruskie pogranicze, na którym mieszkam,, trzeba chociaż raz znaleźć się o piątej pięć rano na dworcu w Białymstoku i wsiąść do pociągu na Sokółkę. Najlepiej spróbować tego o jakiejś nieprzyjaznej porze roku. Listopad jest wręcz wymarzony na takie wycieczki. Białystok jest takim smutnym miastem na godzinę przed wschodem słońca, że chce się rzygać. Jeszcze gorzej wygląda Wasilków o poranku, a z każdym kilometrem jest coraz smutniej. Kiedy pociąg dojeżdża do Sokółki i trzeba się przesiąść, ta rozpacz osiąga maksimum. I w tej smutnej Sokółce o szóstej rano trzeba czekać pół godziny na pociąg do Kuźnicy, tam – przesiąść się na pociąg do Grodna i z pogranicznikami na pokładzie jedzie się już do samego Grodna rozklekotanym osobowym, w którym żadna śruba nie jest dokręcona i wszystko trzyma się kupy nie wiadomo tak naprawdę dlaczego. A kiedy do pierwszego wagonu, gdzie – podobnie jak w pozostałych – nie grzeją, a wiatr świszcze z jednej dziury w dykcie do drugiej – wsiada białoruska służba graniczna w wielkich czapach i rozkłada się na całych szerokościach siedzeń, patrząc na ciebie z pogardą i lekceważeniem, dostaje się coś, czego Unia Europejska nie da ci nawet jeśli udowodnisz, że wynika to z twoich konstytucyjnych praw jako obywatela tak zwanej Wspólnoty. Tym czymś jest trudna do opisania małość i zgoda na rzeczy zastane, jakich doświadcza się na Białorusi.

Dokumenty sprawdzają ludzie w mundurach i twarzach zasłoniętych maseczkami AH1N1. W Grodnie wychodzisz na peron i idziesz wzdłuż szeregu żołnierzy w tych absurdalnie wielkich czapach, idziesz wprost do sowieckiego dworca. Tam człowiek za szybą sprawdza, czy osoba na zdjęciu w paszporcie to ty i podbija wizę pieczątką. Potem przechodzi się jeszcze przez pomieszczenie z kilkunastoma stołami obitymi blachą, przypominającymi stanowiska rzeźnicze, gdzie trzeba powiedzieć, w jakim celu się przybywa i co się wiezie. Niektórym każą otwierać torby i plecaki. Wszystko to sprawia wrażenie kompletnej celebry, manifestacji władzy i dominacji.

A potem wychodzi się już na halę grodzieńskiego dworca, którego najwspanialszym elementem są gigantyczne, spektakularne żyrandole zrobione z kawałków szkła. Zawsze, kiedy myślę o dworcu w Grodnie, przychodzą mi na myśl te żyrandole.

Aby dostać się na dworzec autobusowy, trzeba przejść przez tory. Tak jak dworzec kolejowy w Grodnie jest monumentalny, choć odjeżdża z niego niewiele pociągów, tak dworzec autobusowy przypomina taki prowincjonalny przystanek autobusowy, choć obsługuje setki połączeń dziennie. Kupuję w kasie bilet i idę na krótki spacer po mieście. Grodno jest mi jakoś podprogowo bliskie, czuję się tam jak w domu. Robię małe zakupy na drogę i wracam na dworzec. Bilety sprawdza specjalnie do tego przeznaczona pani w żółtej kamizelce, która jednocześnie pilnuje, aby busik wyjechał o czasie.

Po raz pierwszy mam okazję zobaczyć „wnętrze” Białorusi za dnia. Jest to kraj ogromnych, pustych przestrzeni. Lasów, łąk i bagien. Trzysta kilometrów między Grodnem i Mińskiem przemierzam w tym autobusie, w uszach piosenki Aliny Orlovy, a za oknem pustka po horyzont. Nieliczne domy co kilkanaście kilometrów, a poza tym po prostu nic. Na tle Białorusi Polska to kraj kompletnie zurbanizowany i odarty z natury.

Ponad pięć godzin podróży. W autobusie jeszcze kilka osób. Przejeżdżają trzysta kilometrów, a ich jedynymi bagażami są podręczne torby i plecaki. Tak jakby to była podróż z pracy do domu, tak jakby to wydarzało się na co dzień.

I wreszcie wjeżdżamy do Mińska. Na węzłowych rozjazdach stoją dziesiątki prostytutek w krótkich spódnicach i białych kozakach. Potem stacje benzynowe, jedna za drugą, i – wreszcie – ogromne, sięgające po horyzont, blokowiska. Białoruskie osiedla z wielkiej płyty, pod względem zagęszczenia, wielkości i częstotliwości, biją na głowę wszystko. Są to ogromne, przeważnie szare, budowle z setkami identycznych balkonów. I nikt się tam nie silił na jakąkolwiek oryginalność: jedzie się kilka kilometrów i po obu stronach ulicy otaczają cię dokładnie takie same, kilkusetmetrowe bloki. Takie są przedmieścia Mińska. Takie wielkie tunele otoczone betonowymi murami po obu stronach drogi.

Wysiadam przed Dworcem Głównym i postanawiam przejść na nogach tę wielką i długą ulicę, wzdłuż której leży Wielkie Miasto Mińsk. Prospekt Niepodległości to szeroka na osiem pasów ruchu główna arteria komunikacyjna, otoczona monumentalnymi budowlami w stylu sowieckim (choć można znaleźć też trochę konstruktywizmu z początku XX wieku), po której obu stronach położono absurdalnie szerokie, granitowe chodniki. Mają z dwadzieścia metrów szerokości i przechadzają się po nich białoruscy mężczyźni i kobiety. Ci pierwsi ubrani bardzo przewidywalnie i nudno: zazwyczaj szare lub czarne kurtki, czapki uszatki i koniecznie pantofle. Niekiedy wprowadzają do tej przewidywalnej konfiguracji jakiś zaskakujący szczegół: na przykład spodnie od dresu albo złote nitki w obszyciach czarnych skórzanych kurtek, ale – w gruncie rzeczy – białoruscy mężczyźni ubierają się nudno i bez polotu.

Z białoruskimi kobietami jest zupełnie inaczej. Kiedy na nie patrzysz, kiedy widzisz te wymyślne makijaże, te białe skórzane kozaki na dziesięciocentrymetrowych obcasach, te różowo-biało-czarne kurtki z błyszczącymi cekinami, te fryzury misternie modelowane i utrwalane, obficie posypywane brokatem, te paznokcie poprzyozdabiane w misterne wzory wymagające jakichś nanozdolności malarskich, te makijaże sprawiające, że buzie tych dziewcząt stają się kompletnie nową produkcją i nie wiadomo, co tak naprawdę jest pod spodem, ogrania cię podziw dla tej ich mozolnej pracy. Przygotowanie takiej konstrukcji musi wymagać godzinnych poświęceń. Białoruskie kobiety spędzają przed lustrem całe miesiące. Codziennie.

Docieram do hotelu uniwersyteckiego przy Surganowa, na tyłach Białoruskiej Akademii Nauk. W tutejszych hotelach, podobnie jak we wszystkich urzędach czy sklepach, personel stanowi jeśli nie większość, to na pewno znaczącą część przebywających tam osób. W recepcji Hotelu Uniwersyteckiego dyżurują dwie panie, które wiecznie wpisują jakieś magiczne cyfry do szarych płacht wielkości starego Tygodnika Powszechnego, co chwila zerkając na telewizor stojący w kącie przeszklonej kabiny. W drugim kącie holu stoi mały stolik z małym telewizorkiem, za którym siedzi – wiecznie ten sam(!) starszy siwiejący pan. Pan prawdopodobnie kontroluje pracę pań, a właściwie to pewnie nie kontroluje, ale po prostu wykonuje swój zawód polegający na siedzeniu przy tym stoliku. Bo z paniami zza szklanej kabiny jest już od wielu lat zaprzyjaźniony i co chwila się do nich uśmiecha rozświetlając ciemne i ponure wnętrze holu blaskiem złotych trójek. Panie odpowiadają również blaskiem. Ta starsza nie tylko blaskiem dolnych trójek, ale prawie całej góry. I ślą sobie te magiczne sygnały świetlne, dopóki ktoś nie zakłóci im tego urzędowego romansu, tej dentystycznej komunikacji jakimś nagłym najściem. Wtedy biurokracji musi stać się zadość, na twarze powraca sowiecka pogarda dla bliźniego i urzędnicza wyższość.

Podczas wieczornej przechadzki trochę dokładniej zwiedzam Prospekt Niepodległości. Kiedy w mieście robi się ciemno, a ty nie znasz go za dobrze i gdy w dodatku z językiem krucho, pozostaje tylko ten prospekt. Wchodzę do znanego z poprzedniej wizyty pół-samoobsługowego baru naprzeciwko wielkich delikatesów CUM (potem odkryję, że takich delikatesów jest w Mińsku chyba z pięćdziesiąt i że są one tamtejszymi odpowiednikami naszych galerii handlowych). W tym barze mają białoruskie jedzenie, które można – inaczej niż w restauracji – zobaczyć przed skonsumowaniem. Białorusini jedzą cięższe rzeczy od nas, wszystko polewają tłuszczem i śmietaną. Nawet ryby, których jest tam zatrzęsienie, podają zazwyczaj oblane serem, tłuszczem i cebulą. Nie widziałem natomiast zbyt wielu ziemniaków, co potwierdza stereotyp, że to Polska jest narodem kartofla i że zdecydowanie przesadzamy nie tylko z wódką, ale również z tymi bulwami.

Chcę się napić tutejszego piwa, ale wszystko, co widzę na tym prospekcie, to wylansowane na sposób włoski lub amerykański restauracje z szyldami Heinekena albo Carlsberga. Nie po to przyjechałem do Mińska, aby czuć się jak w Mediolanie czy Chicago. Wchodzę więc do ogromnych delikatesów zaraz przy wyjściu ze stacji metra Плошча Якуба Коласа. Jest to długi na dobre sto metrów ciąg stoisk z ciastami i ciastkami, wędlinami, serami, rybami, słodyczami  i alkoholem. Naprzeciwko, wzdłuż ogromnych okiennic wychodzących na prospekt, zainstalowano ladę, przy której od rana do wieczora mieszkańcy białoruskiej stolicy spożywają piwo oraz wódkę. Jedno i drugie można kupić w sklepie i wypić na miejscu. W ogóle w sklepach spożywczych znajduje się zazwyczaj wydzielone miejsce, najczęściej w formie wysokich stolików bez krzeseł, przy których obywatele spotykają się w celu konsumowania alkoholu. Jest on kompletnie nieracjonalnie tani, podczas gdy pozostałe produkty spożywcze, nie wspominając o innych, są w Mińsku droższe niż w Polsce. Picie alkoholu jest na Białorusi społecznie akceptowane. Jest to sport uprawiany publicznie, we wszystkich możliwych miejscach. Dlatego pewnie wydaje się, że alkoholizm jest tam problemem większym niż na przykład u nas. Prawdopodobnie i tu, i tam, jest podobnie, tyle że tam po prostu nikt się tego nie wstydzi. Dzieciaki taszczą po ulicach dwuipółlitrowe butelki z piwem. Przy dworcu w Grodnie widziałem dwie nastoletnie dziewczyny, które w piątkowy wieczór siedziały przy stoliku i kończyły właśnie takie dwie dwuipółlitrowe butelki mocnego piwa.

Drugiego dnia jestem na otwarciu konferencji. Widzę kilka znajomych osób, poznanych podczas poprzedniego wyjazdu. Wydział Filozofii mieści się w dwunastopiętrowym wieżowcu z miniaturowymi windami, odrapanym tynkiem i ogólnie panującą szarością. Po inauguracji jestem proszony na obiad w uniwersyteckiej restauracji. Dostajemy niezłą przystawkę z czerwonymi burakami, rybą i warzywami oblaną oczywiście bogato majonezem, zaś głównym daniem jest kawałek mięsa i ryby połączony stopionym żółtym serem. Białorusini są bardzo gościnnym narodem, tyle że są bardzo zblokowani przed ujawnianiem swoich uczuć. Obok mnie siedzi młody naukowiec z Ukrainy, z którego na każdym kroku bije gościnność wobec przybyszy z „Zachodu”, choć przecież sam też jest za granicą. Pilnuje, aby goście pierwsi dostali swoje dania, troszczy się o atmosferę. Trochę paradoksalnie, jutro będzie mówił o wschodniosłowiańskim nacjonalizmie (o ile byłem w stanie zrozumieć jego wystąpienie).

Po obiedzie urywam się i idę dalej zwiedzać miasto. Tym razem metrem dojeżdżam w okolice mińskiej starówki. Przypadkowo trafiam na pomnik Adama Mickiewicza z podpisem w języku polskim. Idę na Górne Miasto – pozostałości mińskiej starówki. Jest to dosłownie kilka uliczek i kilkanaście kamienic, w których większości znajdują się ambasady. Stamtąd schodzę na dół i przechodzę przez ulicę Nemiga. Znajduje się tam wejście do stacji metra, gdzie w 1999 roku tłum stratował 53 osoby. Był koniec maja, tysiące ludzi wracało z festiwalu piwnego. Zaczął padać deszcz. W ciągu 10 minut w tratującym tłumie śmierć poniosło pół setki ludzi, a ćwierć tysiąca odniosło różne obrażenia. Spośród ofiar śmiertelnych, 42 stanowił młode (szesnasto-, siedemnastoletnie dziewczęta). W miejscu tragedii znajduje się teraz pamiątkowa tablica. Nieco dalej, idąc wzdłuż rzeki, stoi ogromna hala sportowa i wielkie lodowisko.

Wracam na prospekt Niepodległości i zwiedzam jeszcze kilka tych ogromnych, wielopiętrowych domów handlowych, w których można kupić wszystko. Błądząc po piętrach pełnych asortymentu, znajduję niewielki bar z zapiekankami, kanapkami, ciastem, piwem i wódką. Jakimś cudem znajduję wolny stolik w kącie, skąd z przyjemnością obserwuję mińszczan. Takie miejsca odwiedza przekrój tego społeczeństwa. Dzieciaki nie różnią się prawie w ogóle od swoich rówieśników z Zachodu i im młodsi, tym różnica mniejsza. U starszych widać wpływ dekad komunizmu. Wobec nieznajomych przejawia się to przede wszystkim unikaniem kontaktu wzrokowego, nie mówiąc o werbalnym. Wobec znajomych Białorusini są – przeciwnie – niezwykle serdeczni. Mińsk jest pod tym względem o tyle nietypowy, że jest to naprawdę wielkie miasto.

Wieczorem wracam do hotelu. Dopada mnie coś w rodzaju tej hotelowej loneliness, pięknie pokazanej w „Lost in Translation” Sofii Coppoli. Trzy dni bez szansy na zamienienie choćby dwóch zdań po polsku, rozmowy telefoniczne z Polską chyba po dziesięć złotych za minutę, wokoło wszystko napisane cyrylicą, której kompletnie nie potrafię czytać i jeszcze to wielkie miasto zbudowane po to, aby człowiek czuł się tak mały, jak to tylko możliwe. Dodatkowo, wszechobecny zapach jakiegoś środka dezynfekującego, który pamiętam jeszcze z dzieciństwa, a którym na Białorusi oblewa się wszystko. Ciężki i słodki zapach stacji metra, hoteli i dworców, sklepów spożywczych, a właściwie jest to zapach wszystkiego na Białorusi.

Nocą – jak zwykle – nie mogę spać, więc oglądam białoruskie seriale detektywistyczne i jem kupione w hurtowych ilościach suszone rybki. Nie da się ich kupić w Polsce, a tam są wszędzie. Czasami myślę, że gotów byłbym oddać Białorusinom naszą część Puszczy Białowieskiej za te rybki w naszych sklepach.

Rano mam wystąpienie na konferencji. Lekkomyślnie i niezbyt uczciwie zakładam, że uczestnicy konferencji rozumieją język polski. Dla bezpieczeństwa przygotowuję swoją prezentację w języku angielskim. Okazuje się, że mylę się zarówno co do znajomości polskiego (swoją drogą, niezbyt to ładnie z mojej strony coś takiego zakładać), jak i do tego, że będę mógł wyświetlić swoje slajdy (można je obejrzeć tutaj). Mówię więc regulaminowe piętnaście minut, a słuchacze udają, że rozumieją. Pytań nie ma.

Chwilę po referacie czeka mnie niespodzianka. Dzwoni białoruski kierowca autobusu, którym miałem wracać do Białegostoku i informuje, że kurs nie odbędzie się. Proponuje w zamian przejazd w niedzielę. Z przyjemnością zostałbym w Mińsku jeszcze te parę dni, ale wiza kończy mi się w sobotę, więc muszę sobie radzić sam. Szybko się pakuję, wsiadam w metro i – z przesiadką i półgodzinnym spracerem – docieram do Dworca Moskiewskiego, skąd odjeżdżają teraz wszystkie autobusy. Dworzec jest skonstruowany w iście sowieckim stylu i stoi w środku wielkiego blokowiska, na peryferiach miasta. Kasy znajdują się na pierwszym piętrze, ale zanim tam docieram, zaczepia mnie kilku młodych mężczyzn w czarnych streczowych dresach i czarnych czapkach z pytaniem, gdzie chcę się dostać. Szybko uzgadniamy wspólne interesy. Oni mówią, że zawiozą mnie do Grodna za 45000 rubli, czyli dokładnie tyle, ile wynosi cena marszrutki. Jeden z nich prowadzi mnie na parking przed dworcem, gdzie stoi duża amerykańska taksówka. Wkładam tam swój bagaż. Odjazd za pół godziny. W hali dworca kupuję coś na drogę. O 13.00 przy taksówce jest już sześć osób. Kierowca pakuje nas do środka i zręcznymi ruchami pozbawia auto taksówkarskich emblematów.

Podróż jest komfortowa. Pędzimy 80-90 mil uszka.na godzinę na zachód. Kierowca zatrzymuje auto, kiedy mamy ochotę załatwić potrzeby fizjologiczne. W ciągu trzech godzin jesteśmy w Grodnie. Po drodze zahaczamy jeszcze o Lidę, gdzie publiczną toaletę obsługuje mówiąca ślicznie po polsku staruszka.

W samym Grodnie kupuję bilet do Białegostoku. Popełniam przy tym straszny błąd i przepłacam dobre 30 złotych. Zamiast kupić bilet do samej Kuźnicy, a potem dokupić – u konduktora – bilet na resztę trasy, kupuję od razu bilet na całą podróż. Mam jeszcze dobre dwie godziny do odjazdu. Z zachłanną radością chodzę po moim ulubionym mieście, które wydaje mi się bardzo bliskie, choć jestem tu dopiero drugi raz w życiu. Wiem, gdzie można kupić najlepsze białoruskie słodycze. Wiem, w której budzie w drodze z dworca mają najpyszniejsze czeburieki. Wiem, gdzie można dostać skandalicznie tanio najlepsze gruzińskie wina (nie przepadam za gruzińskimi winami, ale to dobry prezent). Wiem też, z którego miejsca bulwarów jest najpiękniejszy widok na Niemen. Coraz lepiej też rozumiem mieszkańców tego miasta, które jest pod względem wschodnio-zachodniego rozdarcia podobne do Lwowa. Zawsze mam w głowie ten miejski gwar i chaos, kiedy myślę o Grodnie.

Na godzinę przed odjazdem jestem już pod dworcem. Przed jedną z bud, takich samych jak na wszystkich dworcach tej części Europy, jest długa kolejka. Jest to jedno z niewielu miejsc w mieście, gdzie tego dnia sprzedawane jest piwo. W związku z jakimś świętem państwowym, tego dnia obowiązuje zakaz, poza punktami, w których konsumpcja następuje równocześnie ze sprzedażą. Piwo jest tam więc sprzedawane w tych plastikowych butelkach, po czym sprzedawczyni otwiera obowiązkowo tę butelkę przed przekazaniem jej klientowi. Ludzie kupują więc te butle i niosą je – otwarte – we wszystkich kierunkach. Co sprytniejsi przychodzą z własnymi nakrętkami. Wszyscy przyjmują to utrudnienie z anielską cierpliwością. Są wręcz szczęśliwi, że udało im się nabyć ulubiony płyn. Siedząc przy stoliku, obserwuję z rozkoszą ten spektakl.

Najchętniej nigdzie bym się nie ruszał i – jeśli by to było możliwe – zamieszkał w tym pięknym mieście na stałe. Godzina odjazdu zbliża się jednak nieubłaganie. W strefie wolnocłowej kupuję jeszcze jakieś słodycze i obserwuję znany rytuał przygotowywania się przemytników do kolejnego kursu. Ponad połowa oczekujących to ludzie, którzy utrzymują się z przemytu papierosów ze Wschodu na Zachód. Kupują w strefie wolnocłowej kartony białoruskich papierosów, a teraz cierpliwie czekają, aż żołnierz w wielkiej czapie otworzy drzwi na peron. Taśmami klejącymi polepili już te paczki w różne konstrukcje. Kiedy widzą nieznajomą twarz, podchodzą do ciebie i proszą o przewiezienie trzech regulaminowych paczek.

Kiedy wsiądą do pociągu, nie zważając na białoruskich pograniczników (ze wzajemnością) ani polską obsługę składu, wyjmą śrubokręty i latarki i będą upychać te papierosy w przeróżnych miejscach. Za siedzeniami, nad głową, pod oknem, gdzieś w kiblu, na korytarzu. Trwać to będzie kilkadziesiąt minut, bo tyle potrzebuje pociąg, aby doczłapać się do granicy. Tam Białoruscy pogranicznicy wysiądą. Pociąg ruszy, by po kilkustem terach zabrać na pokład polskie służby graniczne.

Obserwuję dwójkę na oko dwudziestoletnich chłopaków, wyglądających bardzo młodzieżowo, by nie rzec – alternatywnie. Oni również żyją z przemytu, a studenckie plecaki, indie-fryzury i luźne zachowanie to tylko wybieg mający na celu zmylić służby celne. Jeszcze przed chwilą biegali po całym pociągu, ukrywając te papierosy w różnych miejscach. Teraz siedzą wyluzowani, ze słuchawkami w uszach. Polskiej służbie granicznej oznajmiają, że są studentami historii na KUL-u w Lublinie. Interesują się historią najnowszą, ale pracę magisterską będą pisali o XIX wieku. Pogranicznik jest wyjątkowo dociekliwy, pyta o adres wydziału, na którym się uczą. Oni spokojnie podają dokładny adres.

W Kuźnicy pociąg staje, a polskie służby celne przetrząsają skład w poszukiwaniu przemycanego tytoniu. Mają na to niecałą godzinę. Widząc, że jestem Polakiem, jeden z nich pyta, gdzie Białorusini ukryli fajki. Z bólem serca odmawiam udzielenia tej informacji, czym nie wzbudzam szczególnego zdziwienia celnika. Sami są zdziwieni, że deklaruję jedną puszkę piwa i zero papierosów w moich bagażach.

Celnicy znajdują w ciągu tej godziny trochę papierosów, ale przemytnicy i tak prawdopodobnie wychodzą na swoje. Ten rytuał jest tu odprawiany codziennie kilka razy. Wszyscy wiedzą, o co chodzi i jaka jest ich w tym rola. Panują wszechogarniające przyzwolenie, pogodzenie i rytualność.

Na dworzec w Białymstoku, który przecież jest taką bramą na Wschód, wjeżdżam z poczuciem powrotu do tego znanego, przewidywalnego, nudnego i sterylnego Zachodu.

Osobowym do Warszawy

Październik to najlepsza pora na melancholijne, jesienne podróże pociągami osobowymi. Pociągi pośpieszne wywołują nieprzyjemny przeskok w wyobraźni. Wsiada się w jednym dużym mieście, wysiada w drugim, a pomiędzy tymi dwoma momentami jest tylko przyroda przesuwająca się za szybami wagonu. Pociągi osobowe, zatrzymujące się co kilka kilometrów, bez przedziałów, ale za to z prawdziwymi pasażerami, dają autentyczną interakcję z ludźmi, z przyrodą, z jesienią.

Konduktorzy znają co drugą gębę, przymykają oko na piwo z puszki, zza służbowej miny wyłazi wszystkimi stronami podlaska dobroduszność. Jest zaskakująco bezpiecznie, nawet kiedy biegają wokół ciebie nadpobudliwi szesnastolatkowie wracający z łapskich, szepietowskich czy małkińskich zawodówek i techników. Dziewczęta ze zniszczonymi farbowaniem włosami, zajmują się swoimi paznokciami, piszą w ponaddźwiękowym tempie esemesy albo puszczają sygnały do swoich przyjaciółek i chłopaków.

Zdecydowanie fajniejsza od jazdy „tam” była podróż powrotna. Było leniwe niedzielne popołudnie. W Warszawie Wileńskiej do pociągu wsiedli robotnicy po nocnych zmianach i powoli, aż do Małkini, ubywali, rozchodząc się do swoich podwarszawskich domów. W Małkini jak zwykle wszystko było zawieszone w powietrzu i uregulowane zgodnie z rozkładem pociągów. W całodobowym barze przy samych torach chłopcy i dziewczęta kupowali Fantę w butelkach zwrotnych i siedzieli na ławce, założę się, że przez cały dzień.

A potem nadjechał pociąg. Odjazd czternasta zero siedem. Kilkanaście kilometrów za Małkinią  w Czyżewie , wsiedli pierwsi studenci. To był ich pierwszy październikowy weekend w domu, a może jechali do szkoły po raz pierwszy tej jesieni? W przedziale było ciepło, słońce dostawało się do środka ciepłymi, jesiennymi błyskami. Gdzieś dwa siedzenia przede mną ktoś z telefonu puszcza jesienno-prowincjonalny Happysad, piosenkę o tym, że nie przechodzą mu już dreszcze i że nie brakuje mu już powietrza i że do końca ich dni….Dziewczyna obok rozwiązuje krzyżówkę, konsumując wściekle trzymany w ozdobionej tipsami dłoni długopis z napisem „Cefarm”. Naprzeciwko mnie zasuszony staruszek w przetartej, wysłużonej niebieskiej czapeczce Castoramy, zdaje się nie robić nic innego, niż tylko wypatrywać mijanych kościołów, by w odpowiednim momencie zdjąć nakrycie głowy i się przeżegnać. Obok studentka próbuje czytać Robinsona Crusoe’a. Ja też próbuję czytać, ale nie wychodzi.

Zgoda przenika wszystko, ludzie godzą się na siebie, przyroda godzi się na ludzi, a oni na nią. Wszystko jest, jakie jest i wszystkim jest z tym „jest” dobrze.

Z rzeczy bardziej przyziemnych, kontynuuję moje nieudolne wprawki publicystyczne, które chciałbym tutaj kronikować. Napisałem do Porannego tekst o samotności Białegostoku wśród innych ośrodków miejskich i niemiejskich w regionie. Mam raczej syntetyczny umysł, ale w tym wypadku okazało się, że podjąłem temat tak szeroki, że z koniecznośći zmieszczenia się w dziewięciu tysiącach znaków ze spacjami, nie uniknąłem błędu powierzchowności. Tekst został przyjęty nieźle, choć spotkał się z delikatną krytyką w ostatnim magazynie Porannego. Niestety, nie pamiętam nazwiska autora i nie mogę znaleźć tej polemiki w sieci.

Zająłem też głos w debacie Gazety Wyborczej „Czy warto studiować w Białymstoku?”, postulując budowę międzyuczelnianej egalitarnej i nowoczesnej biblioteki. Uważam, że byłby to świetny pomysł na Białystok – miasto akademickie. Argumenty można poznać klikając na odnośnik z tym tekstem. Polecam również dyskusję na forum o moich propozycjach. Zawsze uważałem białostockie fora internetowe za miejsce ujawniania się wszystkich cech typowych tutejszym mieszkańcom, którzy uwolnieni od konieczności ujawniania swoich personaliów wylewają hektolitry jadu na wszystko i wszystkich. Ogromnie się cieszę czytając te fora, bo zazwyczaj potwierdzają się moje przypuszczenia co do tutejszej obyczajowości. Żeby być sprawiedliwym, zdarzają się też merytoryczne głosy, spośród których najbardziej sobie cenię te krytyczne.

Poranni podróżnicy

Zawsze fascynowało mnie zjawisko długotrwałych podróży do pracy. Sam przez rok przemierzałem dwa razy w tygodniu trasę Białystok-Warszawa, obserwując na przedmieściach stolicy, ponurych Markach, Targówku i Pradze, w wielokilometrowych korkach zaspane polskie rodziny. Nasz narodowy temperament nie sprzyja wielogodzinnemu tkwieniu w puszce z metalu, wśród spalin i innych, tak samo zniecierpliwionych, spóźnionych i zmęczonych „współkorkowiczów”. Znam też podmiejskie pociągi, widziałem robotników na ostrym kacu, z podkrążonymi oczami, wsiadających w Małkinii, Tłuszczu, Łochowie. W pośpiesznym Jaćwingu łączącym Suwałki z Wrocławiem, na dworcu Warszawa Centralna wsiadają yuppies w garniturach dzierżąc w foliowych reklamówkach puszki z Warką Strong. Upijają się jeszcze przed Skierniewicami, a potem zasypiają i śpią aż do Łodzi Kaliskiej. Są w domach około 22, by następnego dnia dzielnie stawić się na łódzkim dworcu punkt piąta.

Dzisiejsza Wyborcza zamieszcza ciekawy artykuł o podróżujących do pracy. Wprawdzie głębia tego zjawiska wymagałaby głębszego ujęcia, ale i tak polecam, podobnie jak kultowy fragment „Co mi zrobisz, jak mnie złapieszStanisława Barei – prawdziwie harkorowa wersja podmiejskiego pracownika.