Któregoś dnia spóźnił się na autobus do Dwernika

…albo te dni, w których spał dwie godziny, aby tego lutowego świtu wsiąść do auta i pojechać samemu w góry. Tego dnia jechał pustą, ośnieżoną Aleją Piłsudskiego na południe i już gdzieś w okolicach Sienkiewicza zorientował się, że to nie był rozsądny pomysł. Było cholernie ślisko, nie dało się szybciej, niż pięćdziesiątką, więc mijały go tylko wieloosiowe, ciężkie tiry, rozpędzające padający bez ustanku śnieg. Więc jak tylko mógł, przyczepiał się do któregoś, wlepiał oczy w tylne światła i próbował utrzymać odległość. Za miejscowością, gdzie w starym, drewianym domu mieszka jego babcia, kilka kilometrów dalej, jest parking. Zatrzymał się tam po omacku, bo śnieg walił bezlitośnie i naprawdę nic nie było już widać. Zatrzymał wycieraczki, zgasił światło i wysłał koledze, który właśnie prowadził w radio audycje, że jedzie na Otryt. Potem powoli ruszył i gdzieś w okolicy Siemiatycz zgubił rozgłośnię z głosem kolegi, więc wyjął przypadkową płytę, na której śpiewała Alina Orlova.

Dwa dni wcześniej na Otryt pojechali jego przyjaciele. Miał jechać z nimi, ale wymówił się jakąś głupotą i szybko pożałował swojej decyzji. Więc wsiadł w tej samochód o pierwszej nad ranem podjął decyzję, że jedzie.

Jasno zrobiło się gdzieś między Lublinem a Rzeszowem i jak lutowe słońce zaczęło przygrzewać, to chwilami widać było nawet asfalt. Wtedy mógł przyspieszyć do dziewięćdziesiątki. A tak wlókł się, a od ciągłej koncentracji zaczęły łapać go skurcze szyi. Kiedy jechał autem w długą podróż, samemu, nie rozmyślał o niczym. Absorbowała i sprawiała przyjemność sama jazda, patrzenie na to, co za oknem, na to jak kończy się świat podlaskich wsi i gdzieś za Lublinem wjeżdża się w podkarpacie, a potem w Galicję, Galicję, którą tak bardzo lubił i chciał pokazywać wszystkim. W Rzeszowie skręca się już w końcu w prawo i wyjeżdża z miasta, drogą pełną okropnych kolein.

Bieszczady. Dojechał do Sanoka. Instynkt samozachowawczy kazał mu zostawić auto na jakimś parkingu „na gębę”. Zrobił zakupy i spóźnił się o dziesięć minut na samochód do Dwernika. Następny jechał już tylko do Lutowisk. Dojechał na miejsce gdzieś około ósmej wieczorem. Dawno było już ciemno jak w dupie. Był ostatnim pasażerem. Wysiadł w mroźnym i wietrznym miasteczku. Uwielbiał zawsze tę ekscytację z wchodzenia na Górę, to przyspieszone tętno, te coraz bardziej mokre nogawki spodni. Uwielbiał wchodzić nocą do lasu, bo wtedy słychać wszystkie zwierzęta.

Spóźnił się na ten pociąg do Dwernika. Spóźnił o kilkanaście minut. Gdyby kilka razy przycisnął bardziej do dechy, między Lublinem a Rzeszowem, pewnie byłby wcześniej i zdążył na ten pieprzony Dwernik. Jeszcze w Sanoku, On zadzwonił i zapytał, czy przyjedzie. Skłamał, że nie, aby zrobić niespodziankę, pojawić się z zaskoczenia, sprawić, że im się to spodoba. Gdyby zdążył na ten do Dwernika, zastałby go w tej obskórnej wiacie przy sklepiku i zabrał do Chaty bezpiecznie.

Potem był już tylko GOPR i powrót do domu tą samą trasą z Aliną Orlovą i ogromnym przygnębieniem.

Postanowił wejść na tę górę od Wschodu

Więc najpierw wysiadł zimnym rankiem, po całonocnej podróży z Warszawy do Zagórza pociągiem pełnym żołnierzy na samowolkach, ukrywających się przed żandarmerią w nieogrzewanych, pełnych dymu ze śmierdzących ukraińskich fajek kiblach, gdzie odbywa się codzienny konflikt między tymi wyposzczonymi ogolonymi na łyso mi żołdakami a studentami z całego kraju. Wtedy po raz pierwszy odkrył uroki Tatry Mocnej prosto z puszki, którą częstowali go ci chłopcy, mający ewidentnie w interesie nawiązanie bliższego kontaktu z towarzyszącymi mu dwoma dziewiętnastoletnimi blondynkami o długich chudych nogach i sarnich oczach, całkowicie przerażonymi sytuacją, w jakiej się znalazły.

Żołnierze wysiedli w Rzeszowie, a one wtedy spokojnie zasnęły, przytulone do siebie, opatulone w zielone kutrki, w kącie przedziału drugiej klasy. Słuchał Howing Bells patrząc w przetaczającą się za oknem czerń. Wjeżdżali w Bieszczady. Lesko, Sanok i ostatnia stacja – Zagórz. Obudził blondynki, kiedy pociąg już hamował. Była dziewiąta. Wysiedli i prowadził zaspane dziewczyny przez zasypane śniegiem tory do prowizorycznego dworca. W samoobsługowym sklepie kupili zupki do zalewania wrzątkiem, herbatę, krupnik i kilka innych niezbędnych drobiazgów.

A po chwili już jechali PKS-em do Lutowisk. Serpentyny za Zagórzem przed Leskiem z tym pierwszym skajlajnem Bieszczadów, a Lesko to brama do prawdziwych gór. Wielką Pętlą Bieszczadzką wtoczyli się do Ustrzyk Dolnych, a dziewczęta powoli się budziły. Po minęciu peerelowskiego domu towarowego Halicz, gdzie Ukraińcy handlują fajkami i spirytusem, skręca się w prawo i wtedy już poczuł, że zbliżają się do Góry.

Opowiadał im, również wtedy, o tym miejscu, budził ciekawość i chęć wyjazdu, choć w gruncie rzeczy wiedział, że ten wyjazd jest nie dla niego, ale dla tych dwóch błękitnookich dziewcząt, które po raz pierwszy w życiu jechały dalej niż do Warszawy. Były podekscytowane, ale jednocześnie poddawały się jego opowieści. Lecz w pewnym momencie poczuł, że – tak jak zwykle – to przestaje być jego opowiadanie, ale własne, subiektywne, bardzo mocne, wyraźne przeżycia.

Tak się działo zawsze, kiedy mijał Czarną. Po prawej stronie drogi, osnuty mgłą, ciągnął się Otryt. To zawsze był początek końca świata, taka metropolia na samych krańcach wszystkiego. Bo niby poczta, dwa bary, dwa sklepy, szkoła i urząd gminy, nawet chyba bankomat, ale tak naprawdę to dalej już nie ma żadnej cywilizacji, są sklepy w Dwerniku, Zatwarnicy i Chmielu, jest nawet jakiś bar, ale nikt kto, tam nie był, nie zdaje sobie sprawy, że to już nie są prawdziwe sklepy i knajpy.

Tymczasem wysiedli z autobusu, założyli stuptuty i ruszyli pod górę. Minęli urząd gminy i szkołę, a za starym cmentarzem skręcili w prawo, w wąską asfaltową drogę. Dziewczyny patrzyły na pasmo przed nami i zaczęły żartować o szkole, o wakacjach, o kolegach z roku, o nim. Lubił, jak się o nim żartowało. Lubił plotki na swój temat. I lubił, jak ładna dziewczyna zaczynała zdanie od „a wiesz, że o tobie mówią, że….”. Nie lubił rozmów o filozofii i socjologii. Nie lubił rozmawiać o polityce, kiedy wchodził na Otryt.

Po kilkuset metrach mija się przysiółek z wściekłymi, ujadajacymi jak diabli psami, dla których każda żywa istota to wilk. Przy ostatnim zabudowaniu skręca się w prawo i idzie jakiś kilometr drogą ułożoną z betonowych klocków. Wieje jak diabli, bo to jest otwarta przestrzeń. Po prawej światła Lutowisk i Ukraina na horyzoncie, a po lewej pasmo tego najdzikszego pasma w Bieszczadach. Na końcu tej drogi jest drewniana wiata. Śniegu było po kolana, niby nic, ale zatrzymali się na piwo. Pamięta czerwone od zmęczenia i podniecenia policzki blondynek, które uśmiechały się do siebie nawzajem, podając z ręki do ręki niebieską puszkę Leżajska.

A potem prowadził je na przełaj, przez tę łąkę, unikając skutych kruchym lodem kałuż ukrytych pod cienką warstwą lutowego śniegu. Szły za nim, po jego śladach, zdziwione, skąd on zna tę drogę tak dobrze, bo w ty miejscu nie ma prawie żadnych znaków. A on się wstydził przyznać im, że chodził już tędy wiele razy, w różnych porach roku, różnych porach dnia i o różnym stopniu trzeźwości lub jej braku.

Weszli w końcu w linię lasu. Marsz był trochę łatwiejszy, ale to był tylko kawałek do stokówki. Po przejściu w poprzek drogi usiadły na chwilę na ławce, którą odgarnął od śniegu rękawem kożucha. Zrobili siku, wypili jeszcze jedno piwo, on drugie, one drugie na pół. Pomyślał, że to trochę dziwne, że prowadzi dwie piękne dziewczyny gdzieś w las, na końcu świata, a one mu ufają. Od kilkudziesięciu minut było już ciemno.

Od tego momentu, aby wejść na pasmo Otrytu, trzeba przebyć trzy dosyć ostre podejścia w górę. Kiedy zatrzymywali się na kilkunastosekundowy odpoczynek, dziewczyny nasłuchiwały odgłosów zwierząt, bo jak jest ciemno, to słychać je o wiele lepiej. Światła Lutowisk były coraz mniej widoczne, zanikały między drzewami. Coraz lepiej widać było niebo upstrzone gwiazdami, setkami gwiazd.

Kiedy włazili na ostatnie podejście przed krzyżówką na Trochaniec, wziął od tej drobniejsza mały plecak wypełniony puszkami z piwem, założył go na ramiona i oszukał je, że to jeszcze tylko pięć minut do celu. Wdrapali się na pasmo, odpoczęli chwilę siedząc na drewnianym pniu, a wtedy blondynki zaczęły pytać, czy będą tam fajni chłopcy. Oszukał je, że na pewno będą. Szli kolejne dwadzieścia minut w pogodnym nastroju. – Co to jest, co to za światła? Zapytała ta wyższa, idąca kilkanaście metrów za nimi. Jesteśmy na miejscu.

Tego wieczora poszedł na chwilę do kominkowej, przedstawił dziewczęta znajomym i nieznajomym, wypił dwie bańki i poszedł spać na jaskółkę. Zasypiał patrząc na oświetlone księżycem połoniny. Pamięta, że obudził się dwa razy tej nocy. Pierwszy raz, gdy było jeszcze ciemno, usłyszał ich śmiechy i jak śpiewały którąś z piosenek Hey o zazdrości. Drugi raz już świtało, kiedy otworzył oczy i popatrzył jak śpią, opatulone w śpiwory, przytulone do siebie , zwrócone twarzami w jego kierunku. Wtedy pomyślał, że śpiąca, bezpieczna kobieta to najpiękniejszy widok, jaki można sobie wyobrazić

Błazny i złodzieje

  • Siedem godzin oczekiwania w przedziale pociągu pośpiesznego relacji Olsztyn-Kraków nie ma w sobie nic z Zen podróży. Jesteśmy w Piasecznie. Siedzący naprzeciw starzec-inwalida I grupy, niedowidzący i z niedowładem stanowczo żąda dalszej jazdy. – Na trakcję spadło drzewo, była wichura – ze spokojem tłumaczy drobna brunetka-konduktorka po ćwiczeniach z asertywności i trudnego klienta. – Nic mnie to nie obchodzi, jako inwalida pierwszej grupy domagam się natychmiastowej jazdy! Ten niedowidzący, siwy pan z irytacją co chwila wciska przycisk swojego telefonu, informujący go, że od ostatniej minuty minęły tylko jedna minuta. Pani obok obawia się o swoją palmę, która już na pewno zmarzła z powodu niedomkniętego balkonu, gdzieś w Jędrzejowie, cholera. Pali papieros za papierosem. Za moimi plecami jest kibel, a za kiblem ostatnie drzwi tego nieruchomego pociągu. Trwa tam Loża Narzekaczy na Polskie Koleje Państwowe. Przy papierosie i zaciśnietych ustach. Piaseczno pełną parą, jak wszystkie te podwarszawskie miejscowości: Skierniewice, Grodzisk, Tłuszcz, Rembertów, pełne są ludzi o zmęczonych twarzach, nieufnych spojrzeniach, pełnych złości i parcia po swoje. Jednodniowi, cykliczni warszawscy emigranci: noc w Warce, dzień w Warszawie, od świtu do nocy, pociągi i puszki z Żubrem. Żeby zasnąć, dotrzeć do domu, położyć się spać i wstać gdzieś o czwartej. Ci ludzie do zajmowania miejsc w kolejce używają łokci, nie chcą się przyznać do „dzień dobry” i „dziękuję”. To dokładnie ci ludzie, którzy już nie raz trącali cię po łydkach koszami na zakupy, kiedy stałeś w kolejce w supermarkecie, a kiedy się odwracałeś, udawali, że nic się nie stało.
  • Kraków między drugą a trzecią nad ranem w środku tygodnia w najbardziej obrzydliwej porze roku. Cała Polska jest teraz pogrążona w mroku, wilgoci i nieświeżym oddechu trawionych przez sen czterech piw Tatra Mocne. A Kraków jest takim niesamowitym mikroświatem. Też mokrym i wilgotnym, ale jednak żywym. Ulubiona krakowska zapiekanka z dziury w ścianie jakiejś kamienicy przy Kanonickiej była spożywana w towarzystwie  mało świadomych tego, co się dzieje wokół nich młodzieńców. Pochodziłem trochę w okolicach Sławkowskiej, św. Tomasza i Stolarskiej. A potem wsiadłem w osobowy do Krosna (4.07), z którego zobaczyłem małopolski świt.
  • W drodze powrotnej z Egeru (moja wycieczka do tego miejsca miała po raz pierwszy charakter zorganizowany, narodowy, imperialistyczno-polski i przez to była – bez przesady – liminalnym doświadczeniem) wysiadam w środku nocy na krośnieńskiej obwodnicy. Nocnych żeglarzy halsujących po ulicach miasta pytam o drogę do dworca. W taki październikowy świt jedynym elementem żywym na takich dworcach są nieliczni taksówkarze, którzy niczym hieny czają się na zmęczonych podróżą turystów, aby zaproponować im nieakceptowalne stawki. O piątej trzydzieści otwierają poczekalnię i knajpę w budynku dworca. Knajpa ma więcej klientów. W ponurych, ciemnych wnętrzach zszarzałych dymem papierosowym ci klienci – dwudziestotletni robotnicy na pierwszą zmianę – zamawiają dwie setki i piwo. A ich twarze wyglądają co najmniej na czterdzieści lat. Pierwszą setkę wypijają jeszcze przy barze, kiedy kelnerka leje piwo i drugie sto. Biorą jedno w jedną rękę, drugie w drugą i dosiadają się do codziennych towarzyszy. Piją w milczeniu, co chwila ze znudzeniem zerkając na zawieszony pod sufitem telewizor. Ożywiają się tylko, kiedy dziennikarz mówi o brakach prądu na Podkrapaciu i wsiach odciętych od świata.
  • Wysiąść na samym początku Lutowisk, przy ośrodku zdrowia. Dostać znowu po twarzy tym samym otryckim wiatrem. Popatrzeć przez chwilę na grzbiet pasma, zasłonięty przedpołudniową mgłą. W sklepie zrobić zakupy, osłonić kalosze torebkami firmowymi Delikatesów Centrum, przejść obok szkoły, przystanku i starego cmentarza. Tam rozpocząć marsz pod górę wąską asfaltówką. Przy ostatnich zabudowaniach skręcić w prawo. Wejść w śnieg. Po kilkuset metrach brnięcia po pas poddać się i zawrócić.
  • Otryt o tej porze roku to widok osobliwy. W końcu decyduję się podjechać na drugą stronę, do Dwernika, i spróbować wejść stamtąd. Wejście przetartę przez bohaterską dziesięcioosobową grupę, która tej nocy wdrapywała się prawie na przełaj. Więc duża improwizacja na temat niebieskiego szlaku, wiodącego normalnie na górę. Idę po ich śladach, które czasami odbijają od szlaku nawet na kilkadziesiąt metrów. Droga pozawalana jest konarami drzew. Widok przerażający dla każdego, kto wchodził tam kiedykolwiek o dobrych warunkach. Idzie się wąskim korytarzem śniegu sięgającym chwilami nawet do piersi. Idzie się ciężko, bo śnieg jest mokry. Zwały białych brył leżą na niekiedy jeszcze zielonych liściach drzew i co chwila spadają razem z gałęziami to tu, to tam.
  • W Chacie przewidywalnie i jak zwykle. I dobrze, bo tego „jak zwykle” było mi potrzeba. W lutym znienawidziłem to miejsce i obiecałem sobie, że nigdy tu nie wrócę. Wróciłem szybko i bałem się tego powrotu. A jednak, było wspaniale, choć to jedna z takich rzeczy, których nie da się w dwóch zdaniach opisać ani zrozumieć. To jest chyba to miejsce z pierwszych wersów „All Along the Watchtower”. gdzie spotykają się wszyscy błaźni i złodzieje, którzy nie potrafią nigdzie zaznać ukojenia. Uciekają z zamieszania na dole, bo nie ma tam niczego, czym warto się podniecać. Życie nie jest żartem, ale o tym wie tylko księżniczka na wieży, otoczonej ciemnością. Kiedy siedziałem na werandzie i grałem tę piosenkę do nocy, byłem przekonany, że ta wieża jest właśnie tam.

Tak jak nie da się zrozumieć i opisać tego, co bardzo dobre, podobnie, trudno zrozumieć i opisać to, co straszne i tragiczne. Tą drogą poszedł wtedy Jarek.

Lektorium

picasabackground1Jeżeli uda się pojechać, to mniej więcej tak to będzie wyglądało. Lektorium będzie na pewno widoczne, prawie na pewno będzie dużo śniegu. Któregoś dnia, po przebudzeniu i podejściu do okna, o ile będzie ładna pogoda, w oddali będą świetnie widoczne połoniny. Na pewno ktoś wstanie pierwszy i będzie siedział na tarasie jedząc zupę z proszku albo paląc papierosa. A ja znowu zdecyduję się na kąpiel w potoku i będzie mnie widać, jak schodzę na bosaka, obok tego lektorium w dole, po ścieżce poprzecinanej śladami zwierząt. A potem na pewno zejdę drogą do Chmiela i pójdę stamtąd na spacer do Dwernika. I po drodze spotkam panią Ciomborową, która znowu opowie mi o wilkach i o prądzie, co im go doprowadzili już w ’80-tych. 

Na Otrycie…

…jak zwykle mokro. Wchodzenie na górę o nad ranem, kiedy robi się jasno, ma niepowtarzalny urok. Ślizganie się w błocie, przeskakiwanie strumieni, nasłuchiwanie zwierząt. I ta ulga, kiedy buty stukają o deski sieni. Noc w prawie pustej chacie. Następnego dnia wycieczka na Połoninę Caryńską i obiad w Ustrzykach Górnych. Tłumy studentów, starców i nordic-walkerów. Spada ulewa, wracam do Chaty. Jest już dużo ludzi. Wieczorem i w nocy impreza z ludźmi z Rzeszowa. Krążąca bańka. Dzień trzeci, spacer do Lutowisk. Strome, zabłocone zejście, stokówka, droga przez las, łąka, betonowa trasa pod Otrytem. Obiad i piwo Pod Rysiem. Zakupy, mozolny marsz pod górę. I wiele innych rzeczy, o których nie powinno się pisać, dopóki ich się nie zrozumie.

Dom jako miejsce gromadzenia zdjęć z podróży – relacja z wyprawy na Otryt

1.

Miły zbieg okoliczności sprawił, że przeczytałem „Into the Wild” Jona Krakauera niedługo po powrocie z Otrytu. Dobrze, że się tak stało, bo przestrzeń niedopowiedzenia i niepokoju w opowieści o tragicznej wędrówce Chrisa McCandlessa okazała się klamrą spinającą nie dość jeszcze uporządkowane refleksje z Warsztatów.

„Into the Wild” to rekonstrukcja podróży życia i śmierci dwudziestokilkuletniego młodzieńca, który pewnego dnia postanawia opuścić swój dom i wyruszyć „w dzicz” (into the wild). Zafascynowany postawą moralną Lwa Tołstoja i awanturniczym życiem Jacka Londona, przemierza Amerykę – najpierw samochodem, porzuca na rzecz autostopu, kolei i pieszej wędrówki.

Stacją Astopowo Chrisa McCandlessa jest opuszczony, zdezelowany autobus nr 142 z Fairbanks, stojący w głębi alaskańskiej tundry. Mieszka tam około 100 dni, w całkowitym osamotnieniu, by na przełomie lipca i sierpnia 1992 roku umrzeć śmiercią głodową.

Historia McCandlessa jest na wskroś niepokojąca, tajemnicza i niejednoznaczna. Interpretować ją można albo trywialnie, albo bardzo głęboko – wszelkie interpretacje pośrednie nie są możliwe. Jednocześnie, im bardziej autor opowieści próbuje ją zracjonalizować i wytłumaczyć, tym większa tworzy się przestrzeń głębi. W ten sposób pozostajemy z wrażeniem, o czym słusznie napisał mój kolega Mirek, że najważniejsze w tej historii jest to, co nie zostało powiedziane, że jest jakaś wielka otchłań, która bez wątpienia jest, lecz o której należy milczeć. Zupełnie jak u Wittgensteina, który przecież podobnie jak McCandless zaczytywał się Tołstojem, a następnie pisał w Traktacie Logiczno-Filozoficznym: O czym nie da się powiedzieć jasno, o tym trzeba milczeć.

Podobnie jak ludzie gór, nomadzi i wagabundowie nie potrzebują metafizyki, by żyć głęboko i „metafizycznie”, podobnie ludzkie historie potrzebują przestrzeni milczenia, niewiedzy. Przestrzenie te są trochę jak bańki mydlane – ulatują, gdy tylko próbujemy ich dotknąć. Jedyną metafizyką jest dla nich milczenie o metafizyce.

2.

Gra z Naturą, wymiana społeczna, jednia ideologiczna, klarowność relacji społecznych, zbyteczność metafizyki: oto najważniejsze słowa-klucze tegorocznego wyjazdu na Otryt. Wyjazd był przejrzysty pod wieloma względami i z tego punktu widzenia przypominał przejrzystość otryckiego nieba, która towarzyszyła nam do ostatniego dnia pobytu.

Pierwszym wrażeniem, które wraca, jest melancholia porannych podlaskich i lubelskich krajobrazów. Andrzej kończy audycję w radio o piątej, a już godzinę później odbieramy go z Radkiem i kierujemy się na południową wylotówkę miasta. Znam te okolice dobrze, ale rzadko zdarza mi się przemierzać je o brzasku, kiedy spowite mgłą wydają się być nieruchome. Mgła robi się coraz bardziej gęsta i ciężka w miarę zbliżania się do Lublina. Wtedy po raz pierwszy dostaję lekkiego krwotoku z nosa. Będzie się to powtarzać codziennie.

Za Lublinem zaczyna się robić pagórkowato i galicyjsko. W Nisku, na miejskim rynku, umawiamy się z Bartkiem. Jest słonecznie, powietrze pachnie wiosną. Andrzej przesiada się do Bartka i już na dwa auta jedziemy w kierunku Rzeszowa, by tam zjeść jakiś obiad.

Rzeszowski rynek jest z roku na rok coraz piękniejszy. Rosnąca różnica cywilizacyjna pomiędzy tym miastem a Białymstokiem jest bardzo widoczna. Duże miasta w Polsce przypominają ostatnimi laty place budowy. Niestety, Białystok jest pod tym względem w dalekim ogonie. W Rzeszowie, żartując, przechodzimy przez rynek i wchodzimy do jednego z wielu lokali gastronomicznych. Zamawiamy dwie duże pizze, które okazują się naprawdę ogromne. Nasze żarty dotyczące techniki śpiewu wokalisty zespołu Feel nie znajdują uznania osób przy sąsiednich stolikach, w związku z czym opuszczamy pośpiesznie lokal.

Podróż mija bardzo miło, jest słonecznie i wiosennie. Mijamy galicyjskie wsie i miasteczka: Tyczyn i Dynów. Jednak dopiero po przejechaniu Sanoka czuje się, że to już Bieszczady. Krótki postój w Sanoku, gdzie szukamy ulubionego supermarketu Bartka. Ostatecznie zakupy robimy w kultowym Haliczu, w Ustrzykach Dolnych. Piękna, malownicza droga 896, łącząca Ustrzyki Dolne z Górnymi kręci się w prawo i lewo, idzie raz w górę, raz w dół. Zbliża się wieczór, ale po prawej stronie doskonale widać mroczny, ponury i smutny grzbiet Otrytu.

Do Dwernika dojeżdżamy o zmierzchu. Samochody parkujemy u pani Ciomborowej, która wita nas bardzo serdecznie. Niebawem przychodzi Piotr, który załatwia w Dwerniku sprawy związane z zakupem ziemi. Postanowili razem z dziewczyną zbudować dom nad Sanem i zamieszkać tam na stałe. W celu odpowiedniego „zakorzenienia” niezbędne jest opicie faktu nowego sąsiada z miejscowymi, stąd częste zejścia Piotra na dół.

Zmieniamy buty, zakładamy plecaki i ruszamy w górę. Z każdym krokiem czuje się coraz wyraźniej, że Otryt jest naszym „miejscem mocy”, że w tym miejscu jest coś ważnego, „innego”. Podejście jest błotniste, dopiero za drugą ławką zaczyna się śnieg. Trudy całodziennej podróży gdzieś ulatują, jest bardzo wesoło i entuzjastycznie. Zostaję nieco z tyłu, aby w skupieniu celebrować wchodzenie. Dopiero przy trzeciej ławce wyprzedzam grupę i do Chaty wchodzę jako pierwszy.

Na Górze są już studenci, rolę Gospodarza pełni pod nieobecność Piotra Jarek, co jest szczególnie miłe, bo oznacza, że uznaje się już nas za „zasłużonych” Otrytczyków. Zajmuję moje ulubione miejsce na górnej pryczy przy kominie. Oczywiście o spaniu nie może być mowy. Schodzimy na dół, skąd słychać już dźwięk gitary i podniesione głosy. Jest dobrze, jak zwykle. Okazuje się, że w Chacie są znajomi z ubiegłorocznego wyjazdu, przede wszystkim Paweł i Stasiek.

Pierwszego wieczora zmęczenie podróżą nie pozwoliło na zbyt długie biesiadowanie. Rano po raz pierwszy w tym roku widzę bieszczadzkie połoniny. Nie zastanawiając się zbyt długo, po umyciu się i małym śniadaniu, wyruszamy z Bartkiem i Radkiem na spacer do Lutowisk. Po drodze spieramy się o Fragmenty. Próbuję – może niepotrzebnie za wszelką cenę – godzić pokłócone towarzystwo. Na dole jak zwykle wieje. W tym sezonie „U Biesa i Czada” jest zamknięte. Idziemy więc do „Rysia”, na drugim krańcu Lutowisk, przy Ośrodku Informacji i Edukacji Turystycznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Cywilizacja: czysty kibel, telewizja, piwo z nalewaka…. Wracamy tuż przed zmierzchem.

3.

Drugiego wieczoru zaczynamy referaty. Pierwszy jest Jarek, który dowodzi konieczności religii, reprezentując coś w rodzaju „naturalizmu metafizycznego”. Religia jest ludzką potrzebą, która być może powinna znajdować się na jednym z najwyższych szczebli drabiny potrzeb Maslowa. Jarek próbuje pokazać, że religijność jest postawą obecną praktycznie we wszystkich przejawach ludzkiej aktywności. Moje pytanie o osoby, które w sposób zdecydowany odmawiają sobie tej „przyjemności”, nie otrzymuję satysfakcjonującej odpowiedzi. Mam wrażenie, że potrzeby religijne są w większości z nas zakorzenione o wiele mocniej w sferze kulturowej, niż w indywidualnych, osobistych doświadczeniach. Dlatego konkluzją tej dyskusji pozostaje bardzo kompromisowy wniosek, iż wierzący i niewierzący poruszają się w „niekompatybilnych” wobec siebie dyskursach i jakiekolwiek porozumienie nie jest możliwe. Zgadzam się z tym stanowiskiem pod warunkiem przyjęcia, że dyskurs wierzących powinien być oparty na milczeniu. Skoro bowiem i język i rozum nie są w stanie wyrazić precyzyjnie treści religijnych, to nie należy ich do tego celu używać. Niestety, pomimo nieustannych klęsk na tym polu, podejmowane są nieustanne próby mówienia o Bogu, a także – o zgrozo – dowodzenia jego istnienia. Przypomina to próby wyznawania miłości językiem logiki formalnej….

Drugi referat, wygłoszony przez Bartka Kuźniarza, dotyczył utopii, ale tak naprawdę obracał się wokół Popperowskiego dylematu: czy tworzyć i realizować projekty społeczne? Zdaniem Bartka, niepotrzebnie odrzuciliśmy utopie, kojarząc je z dwudziestowiecznymi totalitaryzmami. W rzeczywistości związku takiego nie da się – jego zdaniem – wykazać, a za faszyzmem i komunizmem stoi raczej wściekły kapitalizm, industrializacja i urbanizacja. Szlachetne, niewinne wizje Morusa, Rousseau i innych, nie mają z tym nic wspólnego. Klęska utopii polega dzisiaj – według Bartka – na nieufności, jaką darzymy odważne wizje zmiany społecznej.

Na referat Bartka patrzyłem z perspektywy obserwatora przemian i transformacji polskiej lewicy na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Z takiej pozycji widać wyraźnie, że lewica jest najprościej w świecie obrażona na swój dawny elektorat za to, że zdradził ją z populistami i PiS-em. Izoluje się od świata, uciekając w świat filozofii, siatek pojęciowych i intelektualnych dysput. W ten sposób Marksowski postulat społecznego aktywizmu jest – świadomie lub nie – zanegowany przez tych, którzy sami siebie nazywają marksistami!

Pierwszy dzień i referaty Jarka oraz Bartka były więc wspaniałym oczyszczeniem przestrzeni pod program pozytywny. Porażka dyskursów religijnych, klęska metafizyki rozumianej jako gałąź filozofii, pochwała milczenia w sprawach niedyskursywnych. Niepowodzenie utopii i lewicowy foch na proletariat. To wnioski, z którymi należało się porządnie przespać.

4.

Zejście z Otrytu do Chmiela nie należy do uczęszczanych. Drugiego dnia postanowiłem samotnie zejść tą drogą, tym bardziej, że śniegu było naprawdę niewiele. Było słonecznie i ciepło. Szlak idzie wzdłuż dawnych pól uprawnych osady bojkowskiej, która mieściła się w miejscu, gdzie teraz jest Chata. To zejście jest kontynuacją ścieżki rozpoczynającej się w Dwerniku, mijam więc dwie ławeczki i dochodzę do dużej polany, ze starym, pamiętającym jeszcze lata pięćdziesiąte dwudziestego wieku, zepsutym samochodem. Na polanie leżą wielkie kłody drzew. Pilnuje ich stróż w małym, niebieskim kontenerze. Po chwili pojawiają się pierwsze zabudowania Chmiela. Idzie się żwirową drogą wzdłuż potoku, który miejscami, szczególnie przy spiętrzeniach, pozostawia piękne konstrukcje lodowe. Docieram do sklepu przy krzyżówce, skąd skręcam w lewo, w kierunku Dwernika.

Idę jeszcze kawałek podziurawionym asfaltem i wtedy, nagle, przychodzi chwila niesamowitej euforii, jakieś przedziwne nagromadzenie i kumulacja energii. Słońce, wiatr, w dole szum Sanu i miarowy rytm butów uderzających o asfalt.

Dochodzę do Dwernika, gdzie w przydrożnym sklepiku spotykam Jarka, pijącego jakieś uwielbiane przez niego śląskie piwo w towarzystwie właściciela sklepu. Łapię szkolny autobus i – jako jedyny pasażer – dojeżdżam do Lutowisk. „Ryś” jest zamknięty, więc – zgodnie z corocznym rytuałem – zaglądam do obskurnego baru w pobliżu szkoły. Lokal znajduje się w podpiwniczeniu, do którego wchodzi się bocznymi drzwiami. Wewnątrz bardzo śmierdzi, bar znajduje się za kratami, a obsługę trzeba wzywać korzystając z urządzenia podobnego do domofonu. Piję piwo i nadaję smsy wyrażające tę otrycką euforię.

Wracam ulubioną trasą obok opuszczonego cmentarza, potem wyłożoną betonowymi klockami „filmówkę”. Na ławeczce za stokówką siadam na moment, delektując się drzewami i ciszą.

5.

Wszystkie referaty były świetne i dostarczyły obfitego materiału do sformułowania konstruktywnej wizji aktualnej rzeczywistości. Zapadło w pamięć wystąpienie Adriana – skrupulatnego obserwatora świata polskiej polityki z perspektywy rzeczywistości internetowej. Okazuje się, że w sytuacji „ujarzmienia” tych wszystkich dyskursów, które idą pod prąd mainstreamowi, internet jest jedynym miejscem, gdzie możliwa jest pluralistyczna, zróżnicowana, inspirująca debata polityczna. Oczywiście, internet jest sam w sobie bardzo różny. Mamy przecież i blogi tworzone przez polityków, a właściwie ich sztaby wyborcze, jak i serwisy realizujące najbardziej podstawowe postulaty obywatelskości, takie jak na przykład Salon24 Igora Janke. Internet tworzy najbardziej klarowne warunki realizacji dwóch głównych postulatów demokracji: powszechności i równości. Tworzy też niesłychanie klarowne sytuacje wymiany myśli, wyrażania postulatów i realizacji projektów. Oczywiście również uzależnia, ale być może właśnie ze względu na swoją atrakcyjność…

Ela przygotowała referat o nastoletnich prostytutkach w wielkich centrach handlowych. Ciekawie i głęboko opisany proceder sprowokował żywą dyskusję. W uczestnikach rozmowy widoczne było rozdarcie pomiędzy moralną niezgodą na to, o czym mówiła Ela, a trudnością w wyrażeniu, co w postępowaniu „szlaufów” (bo tak się te dziewczęta zwykło pogardliwie nazywać) jest takiego nagannego. Fenomenologiczno-ekonomiczne spojrzenie daje czysty i piękny obraz wymiany, z której obie strony czerpią korzyści. W dostrzeżeniu tego faktu przeszkadza nam siatka pojęciowa, w której nas wychowano. Jeśli ją odrzucić, na pozór skomplikowane rzeczy stają się niesamowicie zrozumiałe.

Ważny dla całego wyjazdu był również referat Andrzeja o postmodernizmie. W tym przypadku również starałem się zwrócić uwagę nie tyle na to, czym jest ten cały postmodernizm i czy żyjemy rzeczywiście w „postnowoczesności”. O wiele ciekawsze jest, co te pojęcia i związana z nimi ideologia robią z nami samymi, w jaki sposób determinują nasz sposób myślenia i działania. Postmodernistyczna globalna dekonstrukcja wszystkiego i atomizacja wartości jest – moim zdaniem – wyrazem naszych lęków o przyszłość, nie pełni natomiast roli „tłumacza” czy też „interpretatora” rzeczywistości jako takiej. Nie możemy powiedzieć na pewno, czy nasz świat jest światem ponowoczesnym, ale możemy się zastanowić, dlaczego nakładamy na rzeczywistość taką, a nie inną teorię. Świat idzie w kierunku dokładnie odwrotnym od tego, jaki zwiastują postmoderniści. Rzeczywistość się ujednolica. Demokracja, kapitalizm i sekularyzacja są wartościami, które zdobywają kolejne, do tej pory niedostępne, przyczółki i lądy. Być może popularność postmodernistycznych wizji światów zrelatywizowanych do granic możliwości to tak naprawdę modlitwa o powrót do rzeczywistości, w której istnieją granice, a nie diagnoza świata w którym granice „panują”?

6.

Kolejne dni mijały w zgodzie z rytuałem wszczepionym nam kiedyś przez Doktora: codzienne wędrówki, a po południu referaty ciągnące się do późnej nocy. Rytuał ten nie był przez nikogo narzucony, a nowi uczestnicy przyjęli go bez oporów. Nie wszyscy, co prawda, przygotowali referaty przed wyjazdem. Moja decyzja o tym, aby w możliwie jak najskuteczniejszy sposób „wymóc” na uczestnikach przygotowanie referatu, okazała się trafiona i zrekompensowała niesnaski i żal wielu osób. Ilość uczestników była optymalna, przedkładanie dyskusji nad inne rozrywki sprawiło, że nad Chatą unosił się wieczorami bardzo „kliszkowy” duch, co przyznał nawet zazwyczaj sceptyczny w takich sprawach Radek P.

Nie sposób nie wspomnieć o innych mieszkańcach Chaty, przebywających w tym czasie na Otrycie. O milczącej, wiecznie uśmiechniętej Justynie z Warszawy, która dopiero po powrocie ujawniła – za pośrednictwem Internetu – swoją towarzyską naturę. O świetnym Staszku, miłośniku kolei, który połowę Warsztatów przedyskutował i prześpiewał, by drugą – przespać… Nie sposób również nie wspomnieć o chłopakach z Milanówka pod Warszawą: Mateuszu i Jakubie, którzy reprezentowali dwa skrajnie przeciwstawne typy charakterów, jednocześnie świetnie się ze sobą dogadując i czując w swoim towarzystwie.

7.

Właśnie z nimi postanowiliśmy zbudować indiański szałas potu (sweat lodge) na jednej z okolicznych polan. Jedno ze słonecznych przedpołudni poświęciliśmy na budowę konstrukcji. Trochę trwało, zanim udało się odnaleźć odpowiednio długie i elastyczne gałęzie. Śniegu było niewiele, więc poszukiwania kamieni nie nastręczyły kłopotów, choć obawialiśmy się, że ten typ piaskowca będzie się kruszył pod wpływem temperatury. Okazało się, że upatrywaliśmy zagrożeń nie tam, gdzie powinniśmy.

Rozpalanie ogniska rozpoczęliśmy już po północy. Drewno było wilgotne i nie miało zbyt dużej ochoty się palić. W końcu udało się rozniecić całkiem spory ogień, jednak kamienie potrzebują dużo czasu, aby się porządnie rozgrzać. Czekaliśmy więc długo. Jeszcze przed zmrokiem zabraliśmy z Chaty około dziesięciu grubych koców, którymi przykryliśmy konstrukcję, czekającą teraz na przybycie rozżarzonych kamieni.

Dopiero około 2 w nocy doszliśmy do wniosku, że pora zaczynać. Rolę strażnika ognia przyjął Andrzej. Niestety, szałas okazał się nieszczelny, głównie ze względu na źle skonstruowane wejście. Było zbyt duże i niesprawnie się zamykało, przez co przy każdym otwarciu dochodziło do przewietrzenia wnętrza szałasu. Zrobiło się nieco cieplej, gdy polewaliśmy kamienie wodą, ale ogólny rezultat przedsięwzięcia był negatywny.

8.

Na ostatni dzień Warsztatów zaplanowano między innymi moje wystąpienie. Postanowiłem sobie – być może nieskromnie – na krótkie podsumowanie tego, czego się dowiedziałem w ciągu tych dni i co się z tego w mojej głowie urodziło.

Październik 2007 roku i wybory, których dokonali wtedy Polacy, były ze wszech miar przełomowe. Dokonano ostatecznego zakończenia ery polityki w tradycyjnym sensie tego słowa. Zgadzam się z Sierakowskim przekonującym, że zmiany zachodzące w Polsce nie są echem tego, co nastąpiło już jakiś czas temu na Zachodzie. Uważam, że veto PiS-owskiej rewolucji było symbolem końca tradycyjnej polityki w Europie. Zwyciężyła polityka bezideologiczna, wizerunkowa. Zwyciężyły liberalna demokracja i osłonowy kapitalizm.

Wbrew pozorom, nie jest to wcale sytuacja groźna. Uważam, że odrzucenie socjalizmu, strach przed rewolucją, jest ostatecznym krachem ideologii oferujących pozorną wolność. Przykład utopii jest tutaj znamienny: nieufność wobec projektów inżynierii społecznej wynika z przykrego doświadczenia XX wieku, które jest wciąż żywe, nawet u pokolenia urodzonego pod koniec lat 80-tych.

Kapitalizm i liberalna demokracja cechują się – z jednej strony realizmem, co odróżnia je od projektów lewicowych – z drugiej zaś strony – największą z wymyślonych przez człowieka możliwością realizacji celów, dążeń, marzeń. Dyskutowanie o „istocie” wolności i inne tego typu esencjalistyczno-metafizyczne mrzonki nie wytrzymują w konfrontacji z realnym doświadczeniem życia w demokratyczno-kapitalistycznym świecie, gdzie o wolności się nie dyskutuję, tylko z niej korzysta. Pieniądz jest najdoskonalszym z wymyślonych wynalazkiem umożliwiającym realizację ludzkich celów w społeczeństwie. Zamiast się go bać należy nauczyć się go używać. Wówczas relacje międzyludzkie się wyklarują, uwalniając się od mętności resentymentów, metafizyk, czarnych czap itd…

9.

Wstaliśmy dosyć wcześnie. Przed wyjściem, zgodnie z wolą Andrzeja, usiedliśmy na ganku Chaty. Jak nakazuje wielowiekowa ruska tradycja przygotowań do podróży, pomilczeliśmy kilka chwil, westchnęliśmy „ech”, po czym ruszyliśmy w dół.

Białystok, luty-marzec 2008.

[Zdjęcia zostały wykonane przez Patrycję Sokołowską. Serdecznie dziękuję za zgodę na wykorzystanie]

[Powyższy tekst w formacie pdf]

Czekając na Otryt

To jeszcze niecałe dwa tygodnie i w końcu nastąpi oczekiwana ucieczka spod Wielkiej Czarnej Czapy. Kolejna wycieczka do Chaty Socjologa na Górnym Otrycie. Znowu krzyżówka w Dwerniku, błotnista polana przy szosie, mozolne wspinanie się, coraz wyżej, do góry. Coraz większa ekscytacja i niecierpliwe oczekiwanie Góry.

Doszedłem do wniosku, że największą uciążliwością związaną z wyjazdem, która pojawiła się po skończeniu studiów, to wyczerpujące podróże pociągiem. Piętnaście godzin męki, na którą nie mam już ochoty. Pojadę więc najprawdopodobniej samochodem, a wracając postaram się zajrzeć do Lwowa. Nie wiem, jak będzie. Na pewno inaczej.