Postanowił wejść na tę górę od Wschodu

Więc najpierw wysiadł zimnym rankiem, po całonocnej podróży z Warszawy do Zagórza pociągiem pełnym żołnierzy na samowolkach, ukrywających się przed żandarmerią w nieogrzewanych, pełnych dymu ze śmierdzących ukraińskich fajek kiblach, gdzie odbywa się codzienny konflikt między tymi wyposzczonymi ogolonymi na łyso mi żołdakami a studentami z całego kraju. Wtedy po raz pierwszy odkrył uroki Tatry Mocnej prosto z puszki, którą częstowali go ci chłopcy, mający ewidentnie w interesie nawiązanie bliższego kontaktu z towarzyszącymi mu dwoma dziewiętnastoletnimi blondynkami o długich chudych nogach i sarnich oczach, całkowicie przerażonymi sytuacją, w jakiej się znalazły.

Żołnierze wysiedli w Rzeszowie, a one wtedy spokojnie zasnęły, przytulone do siebie, opatulone w zielone kutrki, w kącie przedziału drugiej klasy. Słuchał Howing Bells patrząc w przetaczającą się za oknem czerń. Wjeżdżali w Bieszczady. Lesko, Sanok i ostatnia stacja – Zagórz. Obudził blondynki, kiedy pociąg już hamował. Była dziewiąta. Wysiedli i prowadził zaspane dziewczyny przez zasypane śniegiem tory do prowizorycznego dworca. W samoobsługowym sklepie kupili zupki do zalewania wrzątkiem, herbatę, krupnik i kilka innych niezbędnych drobiazgów.

A po chwili już jechali PKS-em do Lutowisk. Serpentyny za Zagórzem przed Leskiem z tym pierwszym skajlajnem Bieszczadów, a Lesko to brama do prawdziwych gór. Wielką Pętlą Bieszczadzką wtoczyli się do Ustrzyk Dolnych, a dziewczęta powoli się budziły. Po minęciu peerelowskiego domu towarowego Halicz, gdzie Ukraińcy handlują fajkami i spirytusem, skręca się w prawo i wtedy już poczuł, że zbliżają się do Góry.

Opowiadał im, również wtedy, o tym miejscu, budził ciekawość i chęć wyjazdu, choć w gruncie rzeczy wiedział, że ten wyjazd jest nie dla niego, ale dla tych dwóch błękitnookich dziewcząt, które po raz pierwszy w życiu jechały dalej niż do Warszawy. Były podekscytowane, ale jednocześnie poddawały się jego opowieści. Lecz w pewnym momencie poczuł, że – tak jak zwykle – to przestaje być jego opowiadanie, ale własne, subiektywne, bardzo mocne, wyraźne przeżycia.

Tak się działo zawsze, kiedy mijał Czarną. Po prawej stronie drogi, osnuty mgłą, ciągnął się Otryt. To zawsze był początek końca świata, taka metropolia na samych krańcach wszystkiego. Bo niby poczta, dwa bary, dwa sklepy, szkoła i urząd gminy, nawet chyba bankomat, ale tak naprawdę to dalej już nie ma żadnej cywilizacji, są sklepy w Dwerniku, Zatwarnicy i Chmielu, jest nawet jakiś bar, ale nikt kto, tam nie był, nie zdaje sobie sprawy, że to już nie są prawdziwe sklepy i knajpy.

Tymczasem wysiedli z autobusu, założyli stuptuty i ruszyli pod górę. Minęli urząd gminy i szkołę, a za starym cmentarzem skręcili w prawo, w wąską asfaltową drogę. Dziewczyny patrzyły na pasmo przed nami i zaczęły żartować o szkole, o wakacjach, o kolegach z roku, o nim. Lubił, jak się o nim żartowało. Lubił plotki na swój temat. I lubił, jak ładna dziewczyna zaczynała zdanie od „a wiesz, że o tobie mówią, że….”. Nie lubił rozmów o filozofii i socjologii. Nie lubił rozmawiać o polityce, kiedy wchodził na Otryt.

Po kilkuset metrach mija się przysiółek z wściekłymi, ujadajacymi jak diabli psami, dla których każda żywa istota to wilk. Przy ostatnim zabudowaniu skręca się w prawo i idzie jakiś kilometr drogą ułożoną z betonowych klocków. Wieje jak diabli, bo to jest otwarta przestrzeń. Po prawej światła Lutowisk i Ukraina na horyzoncie, a po lewej pasmo tego najdzikszego pasma w Bieszczadach. Na końcu tej drogi jest drewniana wiata. Śniegu było po kolana, niby nic, ale zatrzymali się na piwo. Pamięta czerwone od zmęczenia i podniecenia policzki blondynek, które uśmiechały się do siebie nawzajem, podając z ręki do ręki niebieską puszkę Leżajska.

A potem prowadził je na przełaj, przez tę łąkę, unikając skutych kruchym lodem kałuż ukrytych pod cienką warstwą lutowego śniegu. Szły za nim, po jego śladach, zdziwione, skąd on zna tę drogę tak dobrze, bo w ty miejscu nie ma prawie żadnych znaków. A on się wstydził przyznać im, że chodził już tędy wiele razy, w różnych porach roku, różnych porach dnia i o różnym stopniu trzeźwości lub jej braku.

Weszli w końcu w linię lasu. Marsz był trochę łatwiejszy, ale to był tylko kawałek do stokówki. Po przejściu w poprzek drogi usiadły na chwilę na ławce, którą odgarnął od śniegu rękawem kożucha. Zrobili siku, wypili jeszcze jedno piwo, on drugie, one drugie na pół. Pomyślał, że to trochę dziwne, że prowadzi dwie piękne dziewczyny gdzieś w las, na końcu świata, a one mu ufają. Od kilkudziesięciu minut było już ciemno.

Od tego momentu, aby wejść na pasmo Otrytu, trzeba przebyć trzy dosyć ostre podejścia w górę. Kiedy zatrzymywali się na kilkunastosekundowy odpoczynek, dziewczyny nasłuchiwały odgłosów zwierząt, bo jak jest ciemno, to słychać je o wiele lepiej. Światła Lutowisk były coraz mniej widoczne, zanikały między drzewami. Coraz lepiej widać było niebo upstrzone gwiazdami, setkami gwiazd.

Kiedy włazili na ostatnie podejście przed krzyżówką na Trochaniec, wziął od tej drobniejsza mały plecak wypełniony puszkami z piwem, założył go na ramiona i oszukał je, że to jeszcze tylko pięć minut do celu. Wdrapali się na pasmo, odpoczęli chwilę siedząc na drewnianym pniu, a wtedy blondynki zaczęły pytać, czy będą tam fajni chłopcy. Oszukał je, że na pewno będą. Szli kolejne dwadzieścia minut w pogodnym nastroju. – Co to jest, co to za światła? Zapytała ta wyższa, idąca kilkanaście metrów za nimi. Jesteśmy na miejscu.

Tego wieczora poszedł na chwilę do kominkowej, przedstawił dziewczęta znajomym i nieznajomym, wypił dwie bańki i poszedł spać na jaskółkę. Zasypiał patrząc na oświetlone księżycem połoniny. Pamięta, że obudził się dwa razy tej nocy. Pierwszy raz, gdy było jeszcze ciemno, usłyszał ich śmiechy i jak śpiewały którąś z piosenek Hey o zazdrości. Drugi raz już świtało, kiedy otworzył oczy i popatrzył jak śpią, opatulone w śpiwory, przytulone do siebie , zwrócone twarzami w jego kierunku. Wtedy pomyślał, że śpiąca, bezpieczna kobieta to najpiękniejszy widok, jaki można sobie wyobrazić

Reklamy

Uciec jak najbliżej

Ucieczki ze szkoły, ucieczki z zajęć, z miasta. Z nudnych imprez ucieczki po angielsku i z toksycznych związków bolesne ucieczki. Ucieczka do religii jako sposób na ukojenie cierpiącego serca, jako ucieczka do prostych odpowiedzi na trudne pytania. Uciekanie w pracę, w narkotyki, w seks.

Jestem otoczony ludźmi, którzy ciągle gdzieś uciekają i chyba sam uciekam. Teraz uciekam w przeszłość.

Przeczytałem „Cud uważności”   Thich Nhat Hanha, rzecz o takiej buddyjskiej medytacji, skierowanej na teraźniejszość. Budda swoją drogą to nie Bóg, choć kula śnieżna już poszła i wszyscy tak sądzą. Zdenerwowała mnie ta książka, bo to też rzecz o ucieczce, napakowana metafizyką, a celebrowanie „tu i teraz” udaje się bez żadnych technik, wystarczy spokój w sercu, który jest warunkiem tej techniki, ale nie jej rezultatem.

Co z tego, skoro wszyscy proponują taką bądź inną ucieczkę? Spieprzają w Bieszczady, w muzykę, w pracę fizyczną, w gotowanie bigosu i zalewanie octem owoców i warzyw. Problem pojawia się wtedy, kiedy to, co dotkliwe i raniące, jest jednocześnie kochanym i upragnionym.

Uciec jak najbliżej. Być blisko te kilka przecznic, parę świateł i skrzyżowań i daleko, kilka przecznicm parę świateł i skrzyżowań. To boli i jest przyjemne. Niepokoi i daje spokój. Zasypia i nie daje usnąć.

Fuck Forever, czyli osiemnastoletnim Volkswagenem Golfem w podróż po Europie

Ta opowieść powinna się kończyć tak, jak zaczyna się teledysk. Smutna, mokra, pieprzona jesień. Obskurne kino – bardziej Krosno niż Londyn. Ciemne i siwe od dymu przestrzenie. Gdzieś w kącie, przy stoliku, otoczona fanami siedzi była gwiazda podkarpackiego rock’n’rolla, której sława docierała nawet do Rzeszowa. Twarz ma spuchniętą od wódki, ale mówi składnie. Opowiada o koncercie w Lesku, w osiemdziesiątym siódmym, kiedy do klubu Zenit wpadli milicjanci ze skinheadami. Bijatyka, jakiej Bieszczady wcześniej, ani później nie widziały.

Od tego stolika wstaje w tym momencie młody mężczyzna. Kamera podąża przed nim. Robi kilka kroków, z nieobecnym spojrzeniem idzie w kierunku małej, okratowanej dziury w ścianie. Po drugiej stronie siedzi ona. Ma pewnie dwadzieścia, dwadzieścia trzy lata, ondulowane włosy do ramion, zbyt czerwoną szminkę i mało niebieskie oczy. Pyta go, w czym może pomóc. On mówi, że nie wie.

Tak naprawdę się znają. Przed miesiącem wrócili ze wspólnej wyprawy po Europie. Kupionym za trzy tysiące volkswagenem golfem przejechali cały kontynent. Spali na stacjach benzynowych, jedli w barach szybkiej obsługi i makdonaldach, kochali się, pili albańskie wina i portugalskie rumy. Nie odbierali telefonów ani nie sprawdzali poczty.

Na hiszpańskiej autostradzie, gdzieś między Grenadą a Caceres, w suchości lata i czerdziestostopniowym upale, 21 sierpnia 2006 roku stało się to, co rozpoczyna tę opowieść. A śmierdzące kino w Sanoku i nieobecne oczy tego chłopaka są na samym końcu.

Błazny i złodzieje

  • Siedem godzin oczekiwania w przedziale pociągu pośpiesznego relacji Olsztyn-Kraków nie ma w sobie nic z Zen podróży. Jesteśmy w Piasecznie. Siedzący naprzeciw starzec-inwalida I grupy, niedowidzący i z niedowładem stanowczo żąda dalszej jazdy. – Na trakcję spadło drzewo, była wichura – ze spokojem tłumaczy drobna brunetka-konduktorka po ćwiczeniach z asertywności i trudnego klienta. – Nic mnie to nie obchodzi, jako inwalida pierwszej grupy domagam się natychmiastowej jazdy! Ten niedowidzący, siwy pan z irytacją co chwila wciska przycisk swojego telefonu, informujący go, że od ostatniej minuty minęły tylko jedna minuta. Pani obok obawia się o swoją palmę, która już na pewno zmarzła z powodu niedomkniętego balkonu, gdzieś w Jędrzejowie, cholera. Pali papieros za papierosem. Za moimi plecami jest kibel, a za kiblem ostatnie drzwi tego nieruchomego pociągu. Trwa tam Loża Narzekaczy na Polskie Koleje Państwowe. Przy papierosie i zaciśnietych ustach. Piaseczno pełną parą, jak wszystkie te podwarszawskie miejscowości: Skierniewice, Grodzisk, Tłuszcz, Rembertów, pełne są ludzi o zmęczonych twarzach, nieufnych spojrzeniach, pełnych złości i parcia po swoje. Jednodniowi, cykliczni warszawscy emigranci: noc w Warce, dzień w Warszawie, od świtu do nocy, pociągi i puszki z Żubrem. Żeby zasnąć, dotrzeć do domu, położyć się spać i wstać gdzieś o czwartej. Ci ludzie do zajmowania miejsc w kolejce używają łokci, nie chcą się przyznać do „dzień dobry” i „dziękuję”. To dokładnie ci ludzie, którzy już nie raz trącali cię po łydkach koszami na zakupy, kiedy stałeś w kolejce w supermarkecie, a kiedy się odwracałeś, udawali, że nic się nie stało.
  • Kraków między drugą a trzecią nad ranem w środku tygodnia w najbardziej obrzydliwej porze roku. Cała Polska jest teraz pogrążona w mroku, wilgoci i nieświeżym oddechu trawionych przez sen czterech piw Tatra Mocne. A Kraków jest takim niesamowitym mikroświatem. Też mokrym i wilgotnym, ale jednak żywym. Ulubiona krakowska zapiekanka z dziury w ścianie jakiejś kamienicy przy Kanonickiej była spożywana w towarzystwie  mało świadomych tego, co się dzieje wokół nich młodzieńców. Pochodziłem trochę w okolicach Sławkowskiej, św. Tomasza i Stolarskiej. A potem wsiadłem w osobowy do Krosna (4.07), z którego zobaczyłem małopolski świt.
  • W drodze powrotnej z Egeru (moja wycieczka do tego miejsca miała po raz pierwszy charakter zorganizowany, narodowy, imperialistyczno-polski i przez to była – bez przesady – liminalnym doświadczeniem) wysiadam w środku nocy na krośnieńskiej obwodnicy. Nocnych żeglarzy halsujących po ulicach miasta pytam o drogę do dworca. W taki październikowy świt jedynym elementem żywym na takich dworcach są nieliczni taksówkarze, którzy niczym hieny czają się na zmęczonych podróżą turystów, aby zaproponować im nieakceptowalne stawki. O piątej trzydzieści otwierają poczekalnię i knajpę w budynku dworca. Knajpa ma więcej klientów. W ponurych, ciemnych wnętrzach zszarzałych dymem papierosowym ci klienci – dwudziestotletni robotnicy na pierwszą zmianę – zamawiają dwie setki i piwo. A ich twarze wyglądają co najmniej na czterdzieści lat. Pierwszą setkę wypijają jeszcze przy barze, kiedy kelnerka leje piwo i drugie sto. Biorą jedno w jedną rękę, drugie w drugą i dosiadają się do codziennych towarzyszy. Piją w milczeniu, co chwila ze znudzeniem zerkając na zawieszony pod sufitem telewizor. Ożywiają się tylko, kiedy dziennikarz mówi o brakach prądu na Podkrapaciu i wsiach odciętych od świata.
  • Wysiąść na samym początku Lutowisk, przy ośrodku zdrowia. Dostać znowu po twarzy tym samym otryckim wiatrem. Popatrzeć przez chwilę na grzbiet pasma, zasłonięty przedpołudniową mgłą. W sklepie zrobić zakupy, osłonić kalosze torebkami firmowymi Delikatesów Centrum, przejść obok szkoły, przystanku i starego cmentarza. Tam rozpocząć marsz pod górę wąską asfaltówką. Przy ostatnich zabudowaniach skręcić w prawo. Wejść w śnieg. Po kilkuset metrach brnięcia po pas poddać się i zawrócić.
  • Otryt o tej porze roku to widok osobliwy. W końcu decyduję się podjechać na drugą stronę, do Dwernika, i spróbować wejść stamtąd. Wejście przetartę przez bohaterską dziesięcioosobową grupę, która tej nocy wdrapywała się prawie na przełaj. Więc duża improwizacja na temat niebieskiego szlaku, wiodącego normalnie na górę. Idę po ich śladach, które czasami odbijają od szlaku nawet na kilkadziesiąt metrów. Droga pozawalana jest konarami drzew. Widok przerażający dla każdego, kto wchodził tam kiedykolwiek o dobrych warunkach. Idzie się wąskim korytarzem śniegu sięgającym chwilami nawet do piersi. Idzie się ciężko, bo śnieg jest mokry. Zwały białych brył leżą na niekiedy jeszcze zielonych liściach drzew i co chwila spadają razem z gałęziami to tu, to tam.
  • W Chacie przewidywalnie i jak zwykle. I dobrze, bo tego „jak zwykle” było mi potrzeba. W lutym znienawidziłem to miejsce i obiecałem sobie, że nigdy tu nie wrócę. Wróciłem szybko i bałem się tego powrotu. A jednak, było wspaniale, choć to jedna z takich rzeczy, których nie da się w dwóch zdaniach opisać ani zrozumieć. To jest chyba to miejsce z pierwszych wersów „All Along the Watchtower”. gdzie spotykają się wszyscy błaźni i złodzieje, którzy nie potrafią nigdzie zaznać ukojenia. Uciekają z zamieszania na dole, bo nie ma tam niczego, czym warto się podniecać. Życie nie jest żartem, ale o tym wie tylko księżniczka na wieży, otoczonej ciemnością. Kiedy siedziałem na werandzie i grałem tę piosenkę do nocy, byłem przekonany, że ta wieża jest właśnie tam.

Tak jak nie da się zrozumieć i opisać tego, co bardzo dobre, podobnie, trudno zrozumieć i opisać to, co straszne i tragiczne. Tą drogą poszedł wtedy Jarek.

Lektorium

picasabackground1Jeżeli uda się pojechać, to mniej więcej tak to będzie wyglądało. Lektorium będzie na pewno widoczne, prawie na pewno będzie dużo śniegu. Któregoś dnia, po przebudzeniu i podejściu do okna, o ile będzie ładna pogoda, w oddali będą świetnie widoczne połoniny. Na pewno ktoś wstanie pierwszy i będzie siedział na tarasie jedząc zupę z proszku albo paląc papierosa. A ja znowu zdecyduję się na kąpiel w potoku i będzie mnie widać, jak schodzę na bosaka, obok tego lektorium w dole, po ścieżce poprzecinanej śladami zwierząt. A potem na pewno zejdę drogą do Chmiela i pójdę stamtąd na spacer do Dwernika. I po drodze spotkam panią Ciomborową, która znowu opowie mi o wilkach i o prądzie, co im go doprowadzili już w ’80-tych. 

Muzyczne nadwiślańskie milestones

Koniec roku to czas różnych podsumowań. Grudzień sprzyja przeróżnym bilansom, a w czasach, kiedy wszystko mierzy się jakąś wartością, bilansowi można poddać praktycznie cokolwiek. Na Podlasiu czasu na bilanse jest szczególnie dużo, bo tutejsze Godowe trwa od przesilenia zimowego do prawie połowy stycznia, w związku z równouprawnieniem dwóch dominujących tutaj wyznań.

Korzystając z dobrodziejstw internetu postanowiłem przywołać sobie najsilniejsze momenty muzycznego „zapętlenia”, w które zdarzyło mi się kilkukrotne wprawić. Chodzi o czas, w którym przyczepia się do ciebie jakaś piosenka, a nie tylko tak, że chodzi po twojej głowie przez wiele dni i nie chcę się odczepić, wystukuje rytm Twoich kroków i podsuwa swoje frazy w codziennych rozmowach. Chodzi o te piosenki, które nie tylko pozostają tu i teraz, ale słuchane z perspektywy lat przywołują najbardziej osobiste i ważne wspomnienia, nastroje, sytuacje.

W moim przypadku pierwszą taką piosenką był „King” zespołu T.Love. Oczywiście dla czternastolatka ta cała subtelna warstwa socjologiczna opowieści o ousiderze z Częstochowy, który na bakier ma i  z czarnym i z czerwonym, stanowi terra incognita. Płyta „King„, której słuchałem podczas długich i gorących wakacji w Olecku, zarzynając prosty walkman połykający co kilkanaście przesłuchań magnetyczną taśmę, strona A, strona B, otworzyła mi oczy na fakt, że jest inna muzyka od piosenek New Kids On The Block. To właśnie po tym gorącym lecie w Olecku, z dzikością w sercu, znajomą motorniczego panią z dołu, jesienią poszedłem na pierwszy w życiu koncert już wtedy ulubionego zespołu. Gdzieś tam zresztą już pisałem o tym magdalenkowym wydarzeniu.

Dopiero jakiś czas później zdałem sobie sprawę, że „King” to opowieść o polskiej  rzeczywistości początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedy bodajże w dziewięćdziesiątym drugim przyjechał do Polski papież, został przywitany jak na Polaków nader chłodno. Euforia po Okrągłym Stole się skończyła, kto miał się dorobić, już się dorobił, ludzie czuli, że „po czerwonym przyszedł czarny”, w telewizji Niesiołowski z Zawiszą prowadzili krucjatę przeciwko prezerwatywom. Było smutno i straszno, trochę jak w filmie Balanga, który pojawia się w teledysku do Kinga. I tak jak wolę ten „uniwersalistyczny” T.Love śpiewający o miłości i pozytywnej energii, a Staszczyk-publicysta do dzisiaj mnie nieco mierzi, tak do Kinga mam ogromny sentyment do dzisiaj.

„King” i parę innych piosenek T.Love to żelazny repertuar wszelkich ognisk z gitarą. Takich imprez było sporo w liceum, między innymi niezapomniane całonocne późnoletnie klasowe wypady do Ogrodniczek. Z tymi szczeniackimi, szesnastoletnimi wygłupami, niezmiennie kojarzy mi się nieco już dzisiaj zapomniany film PasikowskiegoSłodko-gorzki„. Debiutująca w nim Anita Werner, dzisiaj zimna i zdystansowana dziennikarska, w tym filmie również była zimna i zdystansowana wobec zakochujących się w niej bez opamietania chłopców, ale działało to zupełnie inaczej, niż teraz. Strasznie bym chciał zobaczyć ten film jeszcze raz. A wspomnienia związane z tą piosenką są dokładnie takie, jak fabuła filmu: licealne zauroczenia, mur szkoły, osiemnaste urodziny spędzane na szkolnym boisku, ogniska z tanim winem, z których wracało się porannymi autobusami, razem z pracownikami rannych zmian jadącymi do pracy. Oni – zaspani, z drugim śniadaniem w plastikowych reklamówkach, my z tymi boobijanymi o drzewa gitarami, nogawkami w błocie, cali przesiąknięci zapachem ogniska.

O Grabażu przeczytałem po raz pierwszy w książce „Dzieci Rewolucji” Staszczyka, kiedy o Pidżamie Porno jeszcze mało kto słyszał. Potem wydali Złodziei Zapaliczek i Styropian, z którego pochodzi ta piosenka. Uważam, że pod względem lirycznym piosenka „Gdy zostajesz u mnie na noc” to absolutne mistrzostwo świata. Od oryginalnej wersji wolę taką mniej znaną, wolniejszą, nagraną z akompaniamentem skrzypiec. To, oczywiście, też licealne czasy, w których nie miało się czasu na taksówki i trudno było o własne mieszkanie. Stąd może wracając o trzeciej nad ranem na nogach z piątkowo-sobotniej lalkowo-strychowo-mandalowej krucjaty, psychoanalityczny mechanizm projekcji przywoływał na myśl „gdy zostajesz u mnie na noc”. Pobożne życzenie licealisty mieszkającego z rodzicami, którego największym sukcesem jest wywalczenie prawa wracania do domu kiedy się chce.

Z nastepną piosenką mam ogromny problem, podobnie jak problem mam z zespołem, który ją wykonuje. Bo jak można powiedzieć „chciałbym umrzeć z miłości” nie narażając się o banał? A może właśnie o to chodzi, aby nie tyle otrzeć się o trywialność, ale wejść w nią całym impetem? Bo, przy całej swojej banalności, ta piosenka jest niesamowicie prawdziwa i piękna. Arturowi udało się w tej piosence opowiedzieć o sprawach ostatecznych bez ryzykownego wspinania się na wyżyny wysublimowanych metafor, nawiązań literackich itp. To dobra piosenka wtedy, kiedy nie chcemy myśleć ani o sobie, ani o problemach ludzkości, ale po prostu o tym Drugim, tej Drugiej, tym Drogim, tej Drogiej.

Nigdy nie miałem awersji do wartości takich jak naród, ojczyzna, Polska. Obok religii, więzi narodowe są jedynym spoiwem trzymającym to nasze społeczeństwo. Bez tego wszystko rozpierzchłoby się w pył. Powstanie Warszawskie jest najlepszym przykładem: skoro gigantyczną rzeź i spektakularną w skali świata porażkę narodową przyjmujemy za mit fundujący naszą narodową tożsamość, to świadczy to przecież między innymi o braku jakichkolwiek innych spoiw, jak kapitał społeczny, zaufanie, etos przedsiębiorczości, humanitaryzm.

Niedawno przeczytałem w Newsweeku, że zdenerwowanym kierowcom stojącym w korku uaktywniają się gadzie ośrodki w mózgu. Podejrzewam, że podobne, gadzie, instynkty, wywołują w nas wzruszenia narodowe: podczas meczów piłkarskich, skoków Adama Małysza czy też słuchania piosenek o powstaniu warszawskim Lao Che. Słuchałem tej płyty podczas moich podróży do Niemiec i prawdopodobnie uruchamiały się w mojej głowie podobne mechanizmy odczuć patriotycznych, które uruchamiają się kibicom pod Wielką Krokwią patrzących z dumą na szybującego Małysza. Nie sądzę jednak, aby było w tym coś złego. Podejrzewam wręcz, że Lao Che zrobiło tą płytą więcej dla tworzenia się tożsamości narodowej Polaków, niż większość obecnych polityków, poetów i pisarzy razem wziętych. Oczywiście, można się zastanawiać, na ile „witamy w krainie, w której Fryco ginie” wykrzyczane przez tysiące uczestników festiwalu w Kostrzyniu nad Odrą, było manifestacją dumy, a na ile oznaką resentymentu wobec sąsiadów zza rzeki. W każdym razie, moje subiektywne odczucia podczas słuchania tej piosenki są subiektywnie szczere i głębokie.

Lao Che i Pezet to zupełnie różne światy muzyczne, w tym jednak przypadku zaskakująco ze sobą zbieżne. Pomyślałem, że na studia właśnie idą ludzie urodzeni w roku 1989, nie posiadający żadnych, nawet podświadomych, doświadczeń związanych z PRL-em. „Szósty zmysł” Pezeta to jeden z lepszych socjologicznych obrazów pokolenia tkwiącego w rozkroku – z dzieciństwem zanurzonym w szarzyznę kolejek po mięso, oczekiwaniem na nienadany Teleranek, wychowanym na 5-10-15 w telewizji, napojach sprzedawanych z foliowych torebek, w które wbijało się z atencją  słomki i wiele innych peerelowskich reminiscencji życia w niedostatku, recesji bez końca. Dzieciństwo w PRL-u, ale młodość już w „nowych” czasach. „Pierwsze nowe pokolenie skażone PRL-em”. Pamiętam fragment filmu LatkowskiegoBlokersi„, gdzie Pezet naśmiewa się z artykułu dra Pęczaka, socjologa piszącego w Polityce o młodzieży. Trochę to przewrotne, ale w tej piosence Pezet wykazuje się zmysłem socjologicznym na wysokim poziomie, a poza tym – co wszyscy wiedzą – jest wielkimi hiphopowym poetą. A każdy, kto nie wierzy w „szósty zmysł” dzisiejszych polskich trzydziesto- i dwudziestoparolatków, niech sprawdzi, jak się bawią („czysta wódka, cały stół w ogórkach, browar i gorzka żołądkowa, ja zostaję tu do jutra”), popatrzy na ten świetny teledysk i przekona się, jak podobne są te dzisiejsze noce do długich nocy naszych rodziców.

A potem zacząłem jeździć samochodem, co momentami stawało się moim nałogiem. Z tego nałogu wyniosłem korzyści dwojakiego rodzaju: zawodowe i osobiste. Po pierwsze więc, odkryłem piękno prowincji. Małych wsi i miasteczek, w których wszystko zastyga i to, co ich mieszkańcy nazywają nudą, okazuje się fascynujące i wciągające. Takich miejsc są w Polsce tysiące, a w moich okolicach – setki. Wielki i senny rynek w Krynkach, gdzie można siedzieć godzinami łuszcząc pestki. Skrzyżowanie w Dwerniczku, skąd w prawo można pojechać do Zatwarnicy (tam droga się kończy) a w lewo, drewnianym mostem, do Dwernika. Na tym skrzyżowaniu można posiedzieć przy blaszanej wiacie wsłuchując się w szum Sanu za plecami, a jak to się znudzi, pójść kilkadziesiąt metrów pod górę do jedynego w swoim rodzaju bieszczadzkich sklepów (każdy, kto był, wie o co chodzi). Jest też ścieżka wzdłuż zalewu w Supraślu, gdzie wieczorami spacerują zakochani, a latem świerszcze grają tak głośno, jak chyba nigdzie.

Z takimi jesiennymi, małomiasteczkowymi nastrojami kojarzy mi się zespół Muzyka Końca Lata, a szczególnie piosenka „Żabi”, o tym, jak idziesz asfaltem pełnym porozjeżdżanych żab z jakiegoś niewinnego spotkania z dziewczyną i wszystko ci ją przypomina, a euforia zauroczenia na pewno nie da zasnąć w nocy. Mam wielki sentyment do tego prowincjonalnego zespołu z Mińska Mazowieckiego, ponieważ świetnie lustrują moje odkrycie wartości prowincji i poznanie we własnym wnętrzu tego czasami ukrywanego prowincjusza.

Zakochanie się w polskim zadupiu to nie ostatnia korzyść z wielogodzinnych samochodowych szwędactw. Druga jest bardzo indywidualna i osobista. Bo tak jak dzielę się z innymi moją miłością do Siemiatycz, Krynek, Supraśla czy Tykocina, tak samochód jako krótkotrwałe lecz skuteczne lekarstwo na przytłoczenie bieżącymi sprawami i problemami jest maścią na specjalne, indywidualne zamówienie. Czasami nie da się zrobić nic innego poza spontaniczną, kilkunastogodzinną samotną ucieczką. W góry lub nad morze. Najlepszym akompaniamentem dla takich wypraw były i są piosenki autystycznego Lesława z Komet. Takie, jak „W dżinsach i w swetrze”, gdzie dostajemy nagromadzenie elementów o ekstremalnym natężeniu emocjonalnym. Jest tu wszystko, co kojarzy się z wycieczką do nadmorskich kurortów poza sezonem. Na Helu jest teraz, późną jesienią lub zimą, najprzyjemniej. Są opustoszałe hotele i pensjonaty, przenikliwy wiatr i żadnych ludzi. Jest piasek w spodniach i wiklinowe kosze, w których nikt się nie opala. Najlepsze okoliczności, aby w grubym swetrze, z butelką wina „popatrzeć na gwiazdy przed snem”.

 

Mowa tutaj o muzycznych milestones. Pewnie podobną listę można by ułożyć, myśląc o ważnych miejscach. Bez wahania takim miejscem w moim przypadku są Bieszczady, a Otryt – szczególnie. Kłopot w tym, że z Bieszczadami wiązana jest tradycja muzyczna, z którą się zupełnie nie utożsamiam. Więcej, mógłbym wobec środowisk tak zwanej piosenki turystycznej wytoczyć kilka oskarżeń. Po pierwsze, trudno mi znaleźć jakąkolwiek płaszczyznę korespondencji pomiędzy estetyką zespołów w rodzaju Starego Dobrego Małżeństwa a specyfiką Bieszczad. Te góry są nieprzyjazne, ponure, szorstkie w kontakcie, myśląc zarówno o przyrodzie, jak i o ludziach. Tymczasem środowisko poezji śpiewanej opowiada o czymś zupełnie innym, niż Bieszczady w moim odczuciu są. Po drugie – i to zarzut poważniejszy, bo już nie subiektywny, uważam, że stworzony w latach osiemdziesiątych XX wieku mit Edwarda Stachury i całe środowisko jego wyznawców, bezwzględnie i bez skrupułów zabiły jego poezję, filozofię i muzykę. 

Dlatego mam tylko jedną piosenkę, którą śpiewam jadąc na Otryt. I ta piosenka najlepiej chyba pasuje do tego miejsca nie tylko dlatego, że ta góra jest jednym z bohaterów piosenki. KSU nie należą do moich ulubionych wykonawców, ale tutaj udało im się przekazać magnetyzującą moc Bieszczadów, którym łatwo jest dać się  uwieść, choć ich urok jest szorstki i – na szczęście – trudno o amatora dla tej panny.

 

Podlaskie Bieszczady

Pewien związek pomiędzy podlaskim i podkrarpackim końcem świata poczułem już wtedy, gdy wyjeżdżałem z miasta na północ, szosą ełcką. Właśnie robi się powoli ta zimna, nieprzyjazna jesień. Lekko dżdży, powiewa zimny wiatr, na polach leżą mgły i jeszcze tylko gdzieniegdzie skrzeczy jaskrawość jesiennych liści.  Skulone sylwetki przy zdewastowanych przystankach PKS, otulone w jesionki, z zimowo-jesiennymi okryciami na głowach, uchylają się przed wiatrem. Nie da się słuchać niczego innego poza The Cure, kiedy szczęśliwie jedzie się w ciepłym samochodzie i ogląda te obrazki zza skropionej deszczem szyby. Takie podlaskie krajobrazy bardzo przypominają mi Bieszczady. Myślę, że teraz Ustrzyki są bardzo podobne do Moniek, a wjazd do Knyszyna jest taki sam, jak panorama Lutowisk. W tychże Mońkach, nieopodal przejazdu kolejowego, wypatrzyłem oddział Bieszczadzkiego Banku Spółdzielczego i poczułem się jeszcze bardziej tam. Z tygodnia na tydzień odkładam ten wyjazd i coraz bardziej mam na tę wyprawę ochotę, coraz bardziej czuję, że jest mi bardzo potrzebna.