Codziennik dziesiąty – o kocie-żebraku

SONY DSC

Przyszło Babie Lato. Zawiozłem dziś mamę na grzyby. Nie mogę teraz zbyt wiele chodzić. Zabrania mi tego noga wchodząca od trzech miesięcy w stan gorączkowy i wylewająca swe żale całymi dniami czymś, co muszę cierpliwie tamować bandażami, opatrunkami, plastrami, a i tak codziennie do prania idą prześcieradło i dwie pary dżinsów. Więc zamiast chodzić po lesie, zadowalam się kąpielami w ostatnich ciepłych promieniach słońca, lekturą na łonie natury, ulubioną a kawą mojego Syna ze starodawnego termosu i wafelkami Prince-Polo.

Na szczęście noga – choć siąpi – to nie boli, więc wywózki mamy na te jej ukochane grzyby wykorzystuję na cieszenie się Babim Latem i na studia w plenerze. Ostatnio połykam wszystko, co do tej pory napisano o neandertalczykach. Sięgnąłem nawet po zalegającą latami na regale dużego pokoju przy Palmowej pięknie wydaną jak na koniec lat 70. „Skąd pochodzisz, Adamie” Józefa Kleiba. Więc czytam, notuję, rozmyślam, bo wczoraj dostałem zamówienie na tekst o tych małpoludach.

No i dzisiaj, kiedy rozłożyłem się ze swoim notesikiem Moleskine i ołówkiem o ulubionej miękkości B3, kiedy już zjadłem pierwszy batonik Prince Polo, popity kawką zbożową Anatol, którą mój Syn tak bardzo lubi,  kiedy już rozsiadłem się wygodnie na drewnianej ławie przy „Barze na Składnicy”, i kiedy złożył mi już kurtuazyjną wizytę wielki, długowłosy bernardyn pilnujący tamtejszego dobytku, kiedy rozpocząłem lekturę z przygotowanym na wszelkie okoliczności, zatemperowanym starannie żyletką w domu, ołóweczkiem B3, wtedy wlazł mi na stół on….

Biały kot – żebrak. Przedmiot irytacji wszystkich gości Baru na Składnicy. Czekający, aż klienci dostaną zamówione jedzenie. Podchodzący na tyle blisko, by wzbudzać litość i na tyle daleko, by nie pozwolić dać się wypędzić kopniakiem w podbrzusze. Miałczący tak przeraźliwie, jak dziecko, któremu odmówiono świeżaka w Biedronce. Patrzący tymi rumuńskimi oczami na Bogu ducha winnych ludzi zajadających te średniej jakości pożywienie serwowane w tym dziwnym miejscu. Zło wcielone jednym słowem.

Biały kot – żebrak – tym razem nie żebrał, bo nie miał o co. Obszedł dwa razy ostrożnie mój stolik, po czym bezceremonialnie wpieprzył się między otwartą książkę o małpoludach a opakowanie po Prince-Polo. Obwąchał to wszystko, popatrzył na faceta, który siedział lekko zdezorientowany, przestraszony tą obcesowością, po czym wlazł mu na kolana, wymościł mi wytarte dżinsy, położył się i po chwili, drapany pod uchem i po brzuchu, zapadł w sen.

SONY DSC

Trochę poczytałem, a potem kot-żebrak się obudził. Resztę oczekiwania na mamę spędziłem na zabawach z wrednym kotem żebrakiem. Tego przedpołudnia, pierwszego przedpołudnia w Babie Lato 2018 nie dowiedziałem się niczego nowego o neandertalczykach.

Reklamy

Codziennik ósmy – intuicja

DSC_2058.jpg

Byłem wczoraj znowu w lesie. W środku Puszczy Knyszyńskiej mam takie swoje miejsce. Odkryłem je przypadkiem i chodzę tam, kiedy potrzebuję wyciszenia. Postanowiłem, że kiedyś pokażę je mojemu synowi i nikomu innemu. Jak los pozwoli. Chciałbym, bo jest tam pięknie.

Jednym z dopływów niewielkiej rzeki Czarna jest leśny strumień, przerobiony przez pracowite bobry w kilkukilometrowe rozlewisko z całym systemem tam, żeremi, jeziorek, małych wodospadów i bagienek. To właśnie przy tym strumieniu bobry położyły wielką jodłę tak genialnie, że z pozostałego pieńka zrobiło się wygodne siedzenie, a powalona reszta robi za oparcie. Lubię tam po prostu siedzieć i słuchać szumu wody przetaczającej się przez bobrzą tamę ukrytą gdzieś za sitowiem. Czasami zabieram tam ze sobą coś do czytania.

Byłem tam wczoraj. Łapiąc ostatnie promienie letniego słońca i popijając kawę zbożową Anatol z termosu (ulubiony napój Małego), przeczytałem tam wczoraj znakomity, popularnonaukowy artykuł Tomasza Stawiszyńskiego o intuicji. Wydrukowali to w jesiennym Przekroju pod tytułem „Użyj mocy, Luke”. Skąd tytuł? Bo w kluczowym momencie pierwszych „Gwiezdnych Wojen” młody Skywalker, lecąc w stronę Gwiazdy Śmierci, wyłącza urządzenia nawigacyjne, monitory i decyduje się „zaufać intuicji”.

O tych nieświadomych mechanizmach ludzkiego umysłu, działających bez udziału namysłu i głębokiej refleksji, podejmujących decyzje niejako „zamiast nas”, wiedziano od dawna, ale do dzisiaj nie zgłębiono ich całkowicie. Natomiast świat stawia przed nami tysiące różnych wyborów na minutę i tylko niewielka ich część jest podejmowana świadomie, refleksyjnie, analitycznie. To, w jakim kierunku postawimy nogę szukając w lesie grzybów, na którą półkę spojrzymy kupując w sklepie ser na kanapki, jaką stację telewizyjną zdecydujemy się oglądać wciskając z nudów przycisk pilota, wszystkie te decyzje są podejmowane w zasadzie „automatycznie”.

Freud twierdził, że ta nieszczęsna „nieświadomość” jest czymś w rodzaju naszego alter ego, złośliwie podpowiadającego nam rzeczy i decyzje, których świadomie nie mielibyśmy odwagi ze wstydu podjąć. Wydaje mi się, że więcej racji mają neurobiolodzy i współcześni psychologowie, według których nieświadomość nie jest złośliwym przeszkadzaczem-zboczuszkiem, ale pomocnikiem, wykonującym ogromną pracę bez naszego udziału i pomagającym nam podjąć właściwe decyzje.

No właśnie – czy zawsze właściwe? Oczywiście nie zawsze. Nieświadomość podejmuje decyzje i podpowiada nam w oparciu o zebrane wcześniej przez nasze mózgi informacje. Dlatego doświadczeni fachowcy w różnych dziedzinach są w stanie podejmować właściwe decyzje, często nie potrafiąc ich racjonalnie uzasadnić.

Oczywiście, czasami nawet fachowcy się mylą. Mylą się dlatego, że umysł jest tworem ewolucji, a więc działa w interesie przeżycia i reprodukcji. Stąd wiele przykładów tego, jak intuicja wprowadza nas w błąd, dlatego, że celem nieświadomści jest przetrwanie, a nie „prawda” jako taka. Dlatego boimy się pająków, jazdy windą, a dzieci nie następują na przerwy w kostce chodnikowej. To nawyki ewolucyjne, które na wszelki wypadek warto podtrzymywać. A nuż pająk nas ugryzie (choć wiadomo, że w Polsce nie ma trujących pająków), winda się zerwie (choć racjonalność podpowiada, że to niemożliwe), a chodnik się zapadnie, jak skała w dżungli przed wiekami.

Na koniec anegdotka Barrego Schwartza odnosząca się do powszechnej opinii o tym, że kobiety mają lepszą intuicję od mężczyzn. Jest to poniekąd prawda, bo rzeczywiście kobiety ogółem lepiej rozpoznają niewerbalne gesty, aluzje i mają lepszą zdolność zapamiętywania relacji społecznych.

Schwartz powiedział kiedyś, że jako mężczyzna, większości wyborów dokonuje w sposób bezwiedny (intuicyjny). Kiedy na przykład idzie do sklepu po spodnie, szuka odpowiedniego rozmiaru, rzuca okiem mniej więcej na rodzaj tkaniny i krój i bierze z półki pierwszą lepszą parę. I nigdy tego później nie żałuje!

Mam tak samo. Kiedy zaś widzę, jak kobiety decydują się na zakup, dajmy na to, spodni, wówczas proces ten wygląda zgoła inaczej. Dziewczyny najpierw obserwują ulicę i najnowsze trendy. Potem robią research internetowy. Po wyborze określonej marki i modelu, sprawdzają, czy aby któraś z ich znajomych nie ma już takich samych. I nawet jeśli już wiedzą, jakich dokładnie spodni potrzebują, i tak spędzają w sklepie długie godziny, nie potrafiąc podjąć decyzji. A potem, nawet jak już kupią te nieszczęsne spodnie, całymi tygodniami chodzą niepewne słuszności swojego wyboru.

„Jak dobrze mają te bobry, które śpią sobie teraz smacznie w tych żeremiach kilkanaście metrów od mojej samotni. Jak dobrze byłoby być takim bobrem, od którego nie wymaga się tej racjonalności, nie analizuje się i nie ocenia jego decyzji. Bo wszystkie mają na celu przetrwanie, interes jego najbliższy, spokój od ludzi i stawik pełen ryb” – pomyślałem, spakowałem termos oraz „Przekrój” do plecaka i wróciłem do miasta. Podejmować kolejne trudne decyzje.

Codziennik drugi – bobry

DSC_2021

Wybrałem się dziś znowu do lasu. Nigdy się jakoś szczególnie nie interesowałem przyrodą dopóki, dopóty nie zwróciłem uwagi jak Ola, a potem mój syn, przeżywają i chłoną te wszystkie rodzenia się, wzrastania i umierania roślin i zwierząt, by potem na nowo, z dziecięcą euforią podziwiać, odradzanie się. Dziecko jest częścią przyrody bardziej niż każdy dorosły i najbardziej chce się z przyrodą zaprzyjaźniać. Nie udało mi się niestety przekonać kogo trzeba, aby Mały chodził do Leśnego Przedszkola. Szkoda. Widziałem parę razy, jak te brzdące w pelerynach maszerują przez las, taplają się w kałużach, dłubią palcem w sosnowej żywicy, poznają gatunki leśnych zwierząt i roślin. Widok absolutnie fenomenalny, a przedszkola leśne to świetny pomysł.

Więc dzisiaj pojechałem do lasu. Oficjalnie po grzyby, bo wysypały, ale w rzeczywistości pojechałem po wyciszenie. Mój perypatetyczny umysł myśli tylko wtedy, gdy pracują nogi albo silnik samochodu. Nogi mam słabe, ale chciałem zobaczyć dokładnie jedno miejsce w Puszczy Knyszyńskiej, które kilka razy omijałem.

Znajduje się ono kawałek drogi od szosy łączącej Białystok z Augustowem. Najpierw odkryłem dwa mostki w środku lasu, pod którymi przepływa niepozorny strumyk. Przepływa nie prostym nurtem, ale meandruje, zamienia się co chwila w bagno, potem w małe bajorko, nagle znika pod ziemią, by wypłynąć na powierzchnię kilka metrów dalej. Co chwilę na strumyku leży powalone drzewo, gdzieniegdzie widać przejrzystą toń wody, a za chwilę – samo błoto.

Wokół tych bagien i tego strumyka moja mama zbiera od wielu lat grzyby, a ja jej czasami towarzyszę. Wczoraj zobaczyłem metrową tamę, zbudowaną przez bobry, której tam nie było poprzedniej jesieni.

Cały wczorajszy wolny wieczór spędziłem na czytaniu o bobrach. To niezwykle inteligentne, pracowite i wytrwałe zwierzęta. Budują te swoje często kilkusetmetrowe systemy tam i żeremi z fachowością przewyższającą najlepszych techników melioracji. Zabezpieczają się przed niespodziewanymi spadkami lub wzrostami poziomu wody. Potrafią budować systemu tam o przewyższeniach nawet kilkumetrowych. I najważniejsze – w razie, gdy człowiek lub inny naturalny wróg im ten system zniszczy, potrafią w ekspresowym tempie, pieczołowicie go odbudować. Bobry to wspaniałe zwierzęta.

Chłonę i uczę się takich rzeczy, aby zabrać  kiedyś mojego Małego na długą wycieczkę po tym lesie i opowiadać mu o bobrach. Pokazywać mu te tamy i żeremie, które dzisiaj oglądałem, tłumaczyć wszystko na tyle, na ile będę potrafił mu to wszystko wytłumaczyć. Zobaczyć bobra, połazić po tych kałużach w gumowych butach, pozbierać szyszki, dotykać dłońmi miękkiego mchu, zjeść wspólnie soljankę albo grochową w pobliskim barze prowadzonym przez opryskliwą Rosjankę, liczyć tiry śmigające po szosie i notować nazwy ich marek. Tyle fajnych rzeczy można by porobić.

Wierszalin

dscf2296Minęło już z górą siedemdziesiąt lat od czasu, kiedy kilkanaście kilometrów na południowy zachód od Krynek, w niewielkiej dolinie pośrodku puszczy, nieopodal wioski Grzybowszczyzna, gdzieś obok niewielkiej rzeczki Nietupa, prawosławny prorok Ilija założył nową Stolicę Świata. W czasach, kiedy o pierwszej wojnie światowej wszyscy jeszcze pamiętali, a drugą przeczuwali. W czasach, kiedy wszystko stało pod znakiem zapytania, w czasach realizacji wielkich projektów i rewolucji, kiedy wszystko, co stałe i niezmienne przestawało takie być, prawosławny Ilja ze swoją sektą oczekiwał końca świata.

dscf2297Dzisiaj z wierszalinowej stolicy świata pozostał dom proroka i stodoła. Dwieście metrów dalej mieszka jeszcze pustelnik Borys Wołoszyn, syn Pawła Wołoszyna, jednego z liderów sekty. Stary Wołoszyn konstruował pojazdy, elektrownie i maszyny rolnicze według własnych pomysłów.

Kiedy dzisiaj się tam zagląda, nie ma już nic z atmosfery lat trzydziestych, kiedy w Wierszalinie mieszkało kilkadziesiąt osób. Codziennie z bliższej i dalszej okolicy odwiedzali Wierszalin pielgrzymi. Ilija spowiadał i błogosławił. I zapowiadał wielokrotnie koniec świata. Zniecierpliwieni sekciarze postanowili, idąc z duchem czasu, wziąć historię we własne ręce i ukrzyżować Iliję. Liczyli, że z martwych wstanie i zbawi świat. Udało mu się zbiec szykującym krzyż i trzy dni spędził w komórce z ziemniakami. Resztę życia spędził gdzieś w Rosji i jeszcze w latach pięćdziesiątych pisał do oczekujących go w Wierszalinie Marii, Józefów, Janów i Marków.

Końca świata nie było, wierszalińska polana opustoszała, a drzewa wyrosły. Pozostały cisza i spokój. I drewniana chata, w której można nagrzać, a potem usiąść przy oknie, patrzeć na padający śnieg bez pośpiechu oczekiwać końca.

Bar Jarzębinka w Supraślu

dscf1973Supraśl ma dwa miejsca, w których da się dobrze zjeść. To słynny Alkierz, niedaleko Teatru Wierszalin oraz niedoceniony, a zasługujący na sławę, Bar Jarzębinka przy głównej ulicy miasta, prowadzącej od kościoła w kierunku zalewu i liceum plastycznego. Alkierz jest dość dobrze znany i – jak na supraskie warunki – dosyć artystowski.

Przy 3 maja 22 mieści się Bar Jarzębinka, niewielki lokal prowadzony przez Królową Kiszki Ziemniaczanej Czesławę Siehieńczuk. Urządzony tak, jak powinno: trzy stoły pokryte kuchenną ceratą przytwierdzoną do drewna biurowymi pinezkami, na ścianach wycinki z prasy i dyplomy uznania. Na tyle czysto, aby dało się bez obaw zjeść i na tyle brudno, aby poczuć urok prowincjonalnego baru. Na korkowej tablicy menu: do wyboru są trzy potrawy: kiszka ziemniaczana, babka oraz kartacze. Każda kosztuje w okolicy dychy z ogórkami i surówką. Pani Czesława jest lekko antypatyczna, ale jedzenie robi świetne.

Kiedy mam ochotę na kiszkę albo kartacze – tak jak dzisiaj – wybieram się do Supraśla. Te okolice stały mi się ostatnio dosyć bliskie, z różnych powodów. Najlepiej jest pojechać drogą do Gródka i za tzw. „Rumcajsem” skręcić w lewo. Stamtąd do Supraśla prowadzi piękna, asfaltowa droga przez las. Wrócić można już normalnie – przez Ogrodniczki z moim ulubionym wiejskim sklepem przy drodze, a potem najlepiej skręcić w lewo, w kierunku Nowodworców, z których prowadzi piękna droga do Wasilkowa.