Krótka opowieść wigilijna

image

Ten facet po lewej stronie to mój dziadek – Jerzy Oryszczyszyn. Rodowity białostoczanin, który dzieciństwo spędził w drewianym domu na Nowym Mieście. Potem przyszła wojna i głód, który pozostawił w Jerzym nawyk nie wyrzucania chleba, choćby był czerstwy i zjadania wszystkiego z talerza, choćby żołądek się buntował. Przez całe życie pracował jako hydraulik w szpitalu Śniadeckich. Znał tam każdy zakamarek. Lubili go tam do tego stopnia, że kiedy 20 lat po jego przejściu na emeryturze trafiłem tam na chwilę, to lekarze (!) pytali, czy jestem wnukiem Jurka Oryszczyszyna.

W 57 roku urodził się mu syn, a potem mój ojciec. Razem z babcią tworzyli normalną proletariacką rodzinę. Mieszkali w bloku przy ulicy Broniewskiego. Ona – kucharka w szkole, on – prosty robotnik, byli bardzo dumni z syna, który w końcu został szanowanym naukowcem. Zakochani w nim bezkrytycznie i ślepo.

Gdzie w tym wszystkim opowieść wigilijna? Urodziłem się w marcu, więc pierwsze święta spędzałem jako zasrany dziewięciomiesięczny szczyl, niewiele jeszcze ogarniający to, co się wokoło dzieje. Mieszkaliśmy w pracowniczym mieszkaniu na Bema, współdzieląc je z inną uniwersytecką rodziną. Kiedy dziadek dowiedzial się, że mały, osrywający się co dwie godziny Radek nie będzie miał w domu choinki, w obliczu braku takowych w sprzedaży, wziął siekierę, schował ją pod kożuch, poszedł do Parku Zwierzynieckiego, własnoręcznie wyrąbał odpowiednie drzewko i przytaszczył je do naszego mieszkania.

Taką historię opowiedziała mi dzisiaj matka.

Dwadzieścia parę lat później dziadek siedział – jak co roku – przy wigilijnym stole. Nagle osunął się z krzesła. Karetka, szpital i jeszcze tego samego dnia diagnoza: rak mózgu z przerzutami. Maksymalnie miesiąc, dwa życia. Lekarz miał rację. Na początku lutego dziadek zmarł. Przedtem zdążył schudnąć 20 kilogramów, bo guz na przełyku uniemożliwiał mu jedzenie.

Dziadek był jedynym mężczyzną z tym nazwiskiem w Polsce. Miał jednego syna, a ja jestem jego jedynym wnukiem.

Święta, czyli nadchodzi hiszpańska inkwizycja

Ze świętami jest jak z hiszpańską inkwizycją ze skeczu Monty Pythona. Z tą może różnicą, że co prawda każdy się ich spodziewa, ale nie sposób przed nimi uciec. Dopadną cię prędzej czy później, nawet jeśli ta urocza tradycja dla ciebie urocza nie jest, nawet jeśli ten piękny czas twoim zdaniem wcale nie jest piękny, nawet jeżeli ten czas wzajemnej miłości dla ciebie jest okresem ogólnego poddenerwowania, spiny i stresu.

Kardynałowie hiszpańskiej inkwizycji raczą niewiernych pluszowymi poduszkami i wygodnym fotelem. Proszę mi wierzyć, że podobnie czuje się ktoś, kto tak jak ja, świąt obchodzić nie ma ochoty i z niestety marnym rezultatem próbuje co roku bezskutecznie wcielić ten plan w życie. Szanując przekonania religijne, a raczej przywiązanie do wielowiekowej tradycji większości mieszkańców naszego kraju, staram się przeżyć ten okres we względnym spokoju, poświęcając się pracy i szeregowi innych rutynowych, codziennych czynności.

Niestety, ciepła, grudniowa atmosfera kolejnej rocznicy przyjścia na świat – według jednych proroka, według innych Syna Bożego – rocznicy, w której tradycje chrześcijańskie mieszają się z lokalnymi, ludowymi, najczęściej przedchrześcijańskimi elementami – musi udzielić się każdemu, kto tego grudnia nie chce spędzić niczym Proust, zamknięty w pokoju z zabitymi na gwoździe oknami. Dotyczy to zarówno ateistów, jak i wyznawców wszystkich niechrześcijańskich religii.

Pojechałem wczoraj do dużego sklepu spożywczego. Chciałem kupić łososia, ale przy ogromnej wannie, pełnej zdychających z braku wody karpi kłębił się taki tłum, że szybko zrezygnowałem z tego pomysłu. Postanowiłem, że w ten piątek przygotuję krwistego wołowego stejka. Przy wyjściu z kasy zaczepiło mnie nastoletnie dziewczę ozdobione przytroczonymi papierowymi skrzydłami z bibuły, reprezentujące jedną z katolickich organizacji pozarządowych.

– Dzień dobry, kupi pan sianko? – Nie, dziękuję, nie obchodzę świąt – A, to wesołych świąt. Aniołek zwyciężył. Ja poległem.

Zgwałcony mentalnie ruszam do domu. W aucie włączam radio. „Last Christmas” w wykonaniu faceta, który ostatnio zasłynął tym, że nakryto go w publicznej toalecie klęczącego przed innym mężczyzną, szukam dalej, Krajewski śpiewa o ciepłym, choć grudniowym dniu, w którym gasną (sic!) wszystkie spory, dalej, Radio Maryja nadaje już kolędy, ale oni zawsze byli w awangardzie i gdzieś na krawędzi katolickiej ortodoksji, szukaj dalej, Mariah Carey wyje, że wszystkiego, czego chce na święta, to ja, dziękuję, postoję, Chris Rea is driving home for Christmas, może i słusznie, jeśli porusza się po polskich drogach, to ma pewne szanse, aby zdążyć, nawet John Lennon, marzący o świecie bez religii, naiwnie – jak to hipis – zakłada, że święta sprawią, że wojny się zakończą. Drogi Johnie, wiesz, jak bardzo cię lubię – myślę przełączając stację – ale wiara w niepokalane poczęcie, narodziny, śmierć i zmartwychwstanie chrześcijańskiego Boga, spowodowała miliony ofiar i setki wojen.

W końcu docieram na częstotliwość mojej ulubionej rozgłośni z naiwnością dziecka wierząc, że zaznam tam ukojenia w laickiej muzyce o spełnionej lub niespełnionej miłości, imprezach od rana do wieczora, piciu i narkotyzowaniu się, o piwie, winie wódce, o tym, że sklep już nieczynny, o straconym życiu, czyli o wszystkim, o czym marzą prawdziwi ateiści. Kuba Strzyczkowski nie wrócił przecież jeszcze zza Atlantyku – myślę – Wojciech Mann jest zajęty Anną Gacek, Piotr Kaczkowski zamilkł, a i o Andrusie Arturze mniej słychać. Krok po kroczku moje złudzenia uciekają jak powietrze z materaca. Bożonarodzeniowa piosenka Trójki była może zabawna dziesięć lat temu. Dzisiaj to odgrzewany po dziesięciokroć mielony kotlet. Chce mi się wymiotować.

Docieram do domu. Wyłączam z kontaktu radio i telewizję. Jako stronę startową w przeglądarce ustawiam http://richarddawkins.net/ i z nadzieją czekam końca świata. Przed wyłączeniem komórki na dwa tygodnie dostaję od G. smsa, że powodzenie świąt liczy się ilością zjedzonej czekolady i wypitego wina. Mój ulubiony dyskont jest chyba jeszcze otwarty.

Hipnotyczna pasterka

Bożonarodzeniowe śpiewanie kolęd w dominikańskim kościele św. Jacka na Freta w Warszawie obfitowało w elementy hipnotyzujące. Wśród najważniejszych elementów determinujących osiągany przez uczestników pasterki magiczny nastrój wymienić należy:

  1. późną porę odbywanej uroczystości, która połączona ze znacznym zmęczeniem obecnych (tydzień biegania po sklepach, stres wigilijnych życzeń, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu) wywołała efekt znany górskim wędrowcom po dotarciu na szczyt.
  2. duże skupienie znacznej ilości osób na małej przestrzeni; nieprzywykli do bliskich kontaktów fizycznych z nieznajomymi, nową sytuację uznajemy za nietypową, ale w wyjątkowych sytuacjach nie traktujemy jej jako opresywnej, ale stymulującą.
  3. mantryczny charakter bożonarodzeniowych pieśni; są one najczęściej skonstruowane według powtarzających się wielokrotnie dwuwersów, co – z jednej strony – sprzyja uczestniczeniu w śpiewach dużej liczby uczestników – z drugiej zaś – wywołuje efekt transu.
  4. oszałamiający efekt podręcznych dzwonków i dzwoneczków przyniesionych przez uczestników rytuału; jednolity hałas oparty na dźwiękach o wysokich częstotliwościach jest powszechnie stosowanym sposobem wywoływania odmiennych stanów świadomości. We wczorajszym dzwonkowym hałasowaniu uczestniczyła większość obecnych.
  5. szczególny miks zapachowy, na który składały się: zapach wyjątkowo obficie palonego kadzidła, wonie dawno nie wyjmowanych z szaf futer z norką żywioną naftaliną, wielu perfum zróżnicowanych pod względem ceny oraz jakości, wyziewy trawionych karpi, niedokładnie pogryzionych opłatków spod języków, pierogów pływających w żołądkach wypełnionych barszczykiem.

Należy tu zaznaczyć, że powyższe spostrzeżenia, wyrażone w dosłownym i technicznym języku, pomijają z konieczności całość duchowego wymiaru tego wydarzenia, nie oddając szczególnego religijnego klimatu, które dla przeżywających głęboko Święta nie mogło nie pozostać bez znaczenia (przyp. red.) 

    Przedświątecznie

    Kiedy już umiejętnie zracjonalizuje się ten dziwaczny okres przymusowego nicnierobienia, da się za pomocą socjologicznych narzędzi socjologii rozumiejącej i obserwacji uczestniczącej ująć wiele z pozoru dziwacznych zachowań w racjonalne ramy pojęciowe.

    Oto moje miasto wkroczyło na etap modernizacji dojrzałej, czego najdoskonalszym przejawem jest brak kolejek w licznych kasach wielu hipermarketów. Kasandryczni prorocy ostatecznego upadku wszelkich wyższych wartości, którzy w związku z budową w tym mieście sklepów spożywczych i wyasfaltowanych ulic ze zgrozą opisywali jeszcze niedawno gadzie instynkty uruchamiane w zatłoczonych sklepach, powinni spać spokojnie. Moje dzisiejsze, przedświąteczne zakupy przebiegały w iście sielankowej, pobożnej i spokojnej atmosferze. Znudzone małym ruchem kasjerki ukradkiem poziewywały do rękawów stylowych korporacyjnych wdzianek, zaś konsumenci na hali pomagali sobie w dotarciu do poszczególnych działów. Mleko jest w alei numer trzydzieści osiem, nieopodal stoiska z żywym karpiem, natomiast karp wypatroszony jest po przeciwnej stronie hali.

    Nigdzie nie widać przedświątecznej gorączki, nigdzie w gruncie rzeczy nie widać nadchodzących świąt. Rytuał tak spowszechniał, że przestaliśmy go dostrzegać. Tak jak przestaje się dostrzegać swoich dawnych znajomych czy studentów, szczególnie kiedy pojawiają się w nietypowym kontekście. Tak jak dzisiaj, kiedy próbując znaleźć w samoobsługowej aptece lek bez recepty, miłą doradczynią, ubraną – fachowo – w farmaceutyczny kitel, okazała się studentka prawa. Kiedy, po otrzymaniu wskazówek, znalazłem poszukiwany lek i czekałem na swoją kolej przy kasie, zastanawiałem się, czy prawnicy, z wdrukowywanymi im określonymi algorytmami rozwiązywania problemów, przekonywania do swoich racji, byliby osobami, którym mógłbym powierzyć swoje zdrowie. Na szczęście, dziewczyna spotkana w tej aptece albo jeszcze w sobie tych algorytmów nie przyswoiła, albo je wyjątkowo umiejętnie i z korzyścią dla otoczenia, nie ujawnia.

    No i jeszcze kawa w Odeonie z dwoma miłymi koleżankami z liceum. Grudniowe święta w Białymstoku to od kilku lat jeden z dwóch w roku okresów warszawsko-londyńsko-dublińskiej inwazji. I choć dzisiaj w knajpie było całkiem pusto, to gotów jestem dać głowę, że od jutra wieczór wszystkie stoliki w mieście zapełnią się byłymi Białostoczanami wracającymi na kilka dni do domu. Nastąpi gwałtowne wydłużenie nocy, spożycia na głowę, a na Lipowej i okolicach będzie można zobaczyć, w co będą się ubierać mieszkańcy tego miasta za pół roku lub rok. 

    Dlaczego nie lubię świąt

    Obchodzenie świąt Bożego Narodzenia musi mieć pozytywny wpływ na ludzkie zdrowie, skoro istnieje pozytywna korelacja pomiędzy ilością obchodzonych świąt a dożywanym wiekiem…. To oczywiście gorzki żart, bo w rzeczywistości święta to – jak pokazują badania psychologów – jedno z najbardziej stresujących wydarzeń w ciągu całego roku. Tak, te zbliżające się „krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku” święta to w rzeczy samej najpierw gorączkowe zakupy okupione godzinami spędzonymi w ulicznych korkach i kolejkach do kas w supermarketach. Rwanie włosów z głowy: co podarować osobie, z którą widuję się raz do roku, właściwie tylko przy okazji świąt. No, chyba że wypadnie w międzyczasie jakiś pogrzeb…. Wydawanie pożyczonych na lichwiarski procent pieniędzy, które trzeba potem przez pół roku spłacać. Przygotowywanie „tradycyjnych” trzynastu potraw, których potem nie ma jak zjeść. Aż wreszcie wieczór wigilijny, kiedy trzeba spotkać się i składać życzenia ludziom, z którymi łączą nas często tylko więzy krwi i nic więcej. Próby „personalizowania” życzeń zazwyczaj kończące się sztampowym „Wszystkiego najlepszego, dużo szczęścia i pomyślności”. Babci i dziadkowi wypada dodatkowo życzyć zdrowia, młodszej siostrze sukcesów w nauce, a pracującym „pieniążków” (swoją drogą, dlaczego w Polsce nie mówi się już po prostu „pieniądze”, tylko na każdym kroku słyszy się o „pieniążkach”?). No i te nieszczęsne prezenty: zazwyczaj rzeczy nam całkowicie niepotrzebne, bardzo często utrwalające zaś role społeczne, w jakie nas „wdrukowano” (w moim przypadku w tym roku: czerwone wino i sto złotych polskich). Dziadek dostaje ciepłe kapcie, babcia – termofor, kobieta – kosmetyki, mężczyzna – piankę do golenia…

    Po wigilii chodzi się na pasterkę, a około godziny-dwóch po północy osiedlowe sklepy nocne przeżywają oblężenie rodaków, którzy pomimo późnej pory cierpliwie czekają na swoją kolej, by w końcu, dostawszy się do kasy, oznajmić sakramentalne „zero pół”. Od tego momentu rozpoczyna się dwudniowy alkoholowy maraton – dyscyplina, w której Polacy są bezapelacyjnymi mistrzami świata. Po tych dwóch dniach nieumiarkowania w jedzeniu i piciu przez kolejny tydzień trzeźwiejemy, przygotowując nasze żołądki do kolejnej, tym razem sylwestrowej, próby.

    Istnieje w Polakach coś w rodzaju narodowej schizofrenii. Z jednej strony święta to czas wyjątkowy i na pozór piękny. Przyozdabiamy nasze mieszkania i domy, śpiewamy kolędy, uśmiechamy się do siebie i życzymy wszystkiego najlepszego. Z drugiej strony boimy się tych dni, a kiedy już nadchodzą, są poważnym stresem i prawdziwym sprawdzianem naszej cierpliwości i mocnych nerwów. Być może dlatego mamy taką skłonność do obfitego przemywania naszych strudzonych i nadwyrężonych dusz alkoholem?

    Święta są w Polsce również okresem, w którym bardziej niż przy jakiejkolwiek innej okazji ujawnia powszechny wśród moich rodaków brak jakiegokolwiek poczucia estetyki. Miasta zamieniają się w błyskające dyskoteki, parapety okupują wspinający się po świecących drabinach Mikołaje a ogrodowe krasnale ubierają perwersyjne czerwone kapelusze z upiornie dzwoniącymi na wietrze dzwonkami. W radio didżeje zapętlają „Last Christmas”, a tradycjonalistycznemu narodowi jakoś nie przeszkadza, że śpiewa tę piosenkę zdeklarowany homoseksualista, załatwiający swoje seksualne potrzeby w publicznych toaletach. Jeszcze gorzej jest ze świątecznymi życzeniami: „Niech łaska Boża w te choć mroźne to gorące żarem ludzkich serc dni spłynie na Ciebie i Twoją rodzinę, a dzieciątko Jezus narodzone w lichej betlejemskiej chacie wniesie do Twojego serca radość i szczęście jak ci trzej królowie, którzy idąc za Gwiazdą Betlejemską złożyli Nowo Narodzonemu mirrę, kadzidło i złoto itd…. Horror!

    W Polsce świąt nie można nie obchodzić. Są rodzajem zrytualizowanej dobroci, dobroci wymuszonej obyczajem. Są formą społecznej przemocy na jednostce i jak w odniesieniu do każdego przejawu przemocy, należy się jej sprzeciwiać, choć zdaję sobie sprawę, że to walka z wiatrakami.

    Myślę też, że najlepszym argumentem przeciwko świętom, jest ta upiorna piosenka i teledysk do niej, który umieszczam zgodnie z wieloletnią tradycją życząc wszystkim wszelkich pomyślności.