Codziennik dwunasty – nastawianie wina

DSC04031.jpg

W piwnicy bloku na Palmowej stał przez wiele lat dwudziestolitrowy gąsior z pomarańczową, plastikową siatką ochronną. Od kiedy pamiętam, ojciec nigdy go do niczego nie używał. Dopiero kilka dni temu dowiedziałem się od mamy, że w latach 80-tych Heniek nastawiał w tym gąsiorze wino z jabłek, które Teresa z sąsiadką podpijały, kiedy stary był w pracy a one spotykały się w naszej kuchni na pogaduchy. Jakimś szczęśliwym zbiegiem okoliczności, ten gąsior znowu do mnie trafił, już na Piłsudskiego, wzbudziwszy dużo nostalgii, tęsknoty za ojcem i rozmyślań o tym, czy będę mógł być w końcu ojcem dla swojego syna, gdy nikt już nie będzie nam tego uniemożliwiał.

Od kilku dni przygotowuję się do pierwszych prób z winem własnej roboty. Kilka tygodni temu zrobiłem całkiem przyjemny cydr z antonówek przyniesionych z działki pani Gieni. To był wstęp do inauguracji mojej kariery winiarskiej.

Tej jesieni zrobię co najmniej cztery nastawy: z jabłek (na które poluję jeżdżąc po okolicach i wyszukując fajnych sadów), z dzikiej róży (którą dzisiaj obrobiłem i wsadziłem do zamrażarki), z mahonii (którą wczoraj zrywałem na działce) i z dzikiego bzu (po który jadę jutro do Kruszewa). Dzisiaj kupiłem drożdże i dodatkowe rurki fermentacyjne, ale jutro w wolnej chwili pewnie skoczę jeszcze raz do sklepu winiarskiego.

W bardzo mądrej książce, którą teraz kolejnymi rozdziałami codziennie tłumaczę z angielskiego jest napisane, że trzeba czerpać radość z tego, co jest teraz i być uważnym badaczem codzienności, a to zbuduje naturalną drogę łączącą przeszłość z tym, co będzie. Oczywiście to wszystko jest tam napisane dużo mądrzej i mniej trywialnie, niż tutaj.

Te wszystkie przetwory, nalewki z wielomiesięcznymi terminami kolejnych czynności, te gąsiory, z których wina pić się będzie za trzy albo cztery lata, a najlepiej za pięć, przynoszą wielką satysfakcję nie obietnicą nagrody teraz albo za dziesięć lat, ale przynoszą czystą, codzienną, niewinną przyjemność zbierania, czyszczenia, przygotowywania, kupowania akcesoriów, zalewania, obserwowania tych różnych fascynujących procesów chemicznych, patrzenia na zmianę. Przyjemność tego co dzieje się teraz.

Dzisiaj na przykład, po zrobieniu wszystkiego, co miałem wcześniej w obowiązku zrobić, przesiedziałem dwie godziny nad wiadrem dzikiej róży na wino, owoców zebranych przez mamę i przeze mnie w Narwi ostatniej niedzieli. Przebieranie, oczyszczanie, wyrywanie korzonków. Brudna na pozór robota, ale w swej istocie – bardzo oczyszczająca.

Reklamy

Codziennik dziesiąty – o kocie-żebraku

SONY DSC

Przyszło Babie Lato. Zawiozłem dziś mamę na grzyby. Nie mogę teraz zbyt wiele chodzić. Zabrania mi tego noga wchodząca od trzech miesięcy w stan gorączkowy i wylewająca swe żale całymi dniami czymś, co muszę cierpliwie tamować bandażami, opatrunkami, plastrami, a i tak codziennie do prania idą prześcieradło i dwie pary dżinsów. Więc zamiast chodzić po lesie, zadowalam się kąpielami w ostatnich ciepłych promieniach słońca, lekturą na łonie natury, ulubioną a kawą mojego Syna ze starodawnego termosu i wafelkami Prince-Polo.

Na szczęście noga – choć siąpi – to nie boli, więc wywózki mamy na te jej ukochane grzyby wykorzystuję na cieszenie się Babim Latem i na studia w plenerze. Ostatnio połykam wszystko, co do tej pory napisano o neandertalczykach. Sięgnąłem nawet po zalegającą latami na regale dużego pokoju przy Palmowej pięknie wydaną jak na koniec lat 70. „Skąd pochodzisz, Adamie” Józefa Kleiba. Więc czytam, notuję, rozmyślam, bo wczoraj dostałem zamówienie na tekst o tych małpoludach.

No i dzisiaj, kiedy rozłożyłem się ze swoim notesikiem Moleskine i ołówkiem o ulubionej miękkości B3, kiedy już zjadłem pierwszy batonik Prince Polo, popity kawką zbożową Anatol, którą mój Syn tak bardzo lubi,  kiedy już rozsiadłem się wygodnie na drewnianej ławie przy „Barze na Składnicy”, i kiedy złożył mi już kurtuazyjną wizytę wielki, długowłosy bernardyn pilnujący tamtejszego dobytku, kiedy rozpocząłem lekturę z przygotowanym na wszelkie okoliczności, zatemperowanym starannie żyletką w domu, ołóweczkiem B3, wtedy wlazł mi na stół on….

Biały kot – żebrak. Przedmiot irytacji wszystkich gości Baru na Składnicy. Czekający, aż klienci dostaną zamówione jedzenie. Podchodzący na tyle blisko, by wzbudzać litość i na tyle daleko, by nie pozwolić dać się wypędzić kopniakiem w podbrzusze. Miałczący tak przeraźliwie, jak dziecko, któremu odmówiono świeżaka w Biedronce. Patrzący tymi rumuńskimi oczami na Bogu ducha winnych ludzi zajadających te średniej jakości pożywienie serwowane w tym dziwnym miejscu. Zło wcielone jednym słowem.

Biały kot – żebrak – tym razem nie żebrał, bo nie miał o co. Obszedł dwa razy ostrożnie mój stolik, po czym bezceremonialnie wpieprzył się między otwartą książkę o małpoludach a opakowanie po Prince-Polo. Obwąchał to wszystko, popatrzył na faceta, który siedział lekko zdezorientowany, przestraszony tą obcesowością, po czym wlazł mu na kolana, wymościł mi wytarte dżinsy, położył się i po chwili, drapany pod uchem i po brzuchu, zapadł w sen.

SONY DSC

Trochę poczytałem, a potem kot-żebrak się obudził. Resztę oczekiwania na mamę spędziłem na zabawach z wrednym kotem żebrakiem. Tego przedpołudnia, pierwszego przedpołudnia w Babie Lato 2018 nie dowiedziałem się niczego nowego o neandertalczykach.

Codziennik pierwszy – dobry sen

DSC_1961Kolejne tygodnie w oczekiwaniu na spotkanie z Małym spędzam na ćwiczeniach spokoju, cierpliwości i skupienia na rutynowych, codziennych czynnościach. Skoro nie mogę z nim w spokoju spędzać czasu tak, jak tego pragnie, przygotowuję się do lepszych dla nas czasów. Narzucam na siebie dużo pracy, lektur, studiowania nowych rzeczy, bo stan bezczynności sprzyja czarnym myślom, złości i złym prognozom.

Poza pisaniem dla Niego listów z Miasta Gapko i innych mniejszych spraw i zleceń, odkrywam fascynujący świat świadomego śnienia. Opowiedziała mi o tych kiedyś taka njuejdżowa koleżanka i teraz wróciłem do tych technik, które w rzeczywistości nie mają nic wspólnego z metafizyką. Opierają się one na naukowej wiedzy o fazach snu i polegają na delikatnym wybudzaniu się podczas snu głębokiego. Używam do tego specjalnej aplikacji w telefonie, która w czasie, gdy mój sen wchodzi w fazę NREM, lekko mnie wybudza. To w podczas NREM śnimy. I właśnie wtedy możliwe jest świadome śnienie – przebywanie w marzeniach sennych tym się różniących od zwykłego snu, że możliwe jest dokonywanie decyzji, świadome znikanie, latanie, świadome rozmowy z bohaterami snów.

Fascynujące to i leczące rany tęsknoty za moim dzieckiem. Bo to z nim spotykam się podczas tych snów najczęściej. To zrozumiałe, gdy większość czasu w ciągu dnia poświęcam rozmyślaniom o nim. O tym, co robi, jak teraz wygląda, czy mnie pamięta po tych kilku miesiącach rozłąki. Mam nadzieję, że dzisiejszej nocy też go spotkam w moim śnie i sobie spokojnie pogadamy jak ojciec z synem.

Ćwiczę spokój i cierpliwość prostymi, codziennymi czynnościami. Jest wrzesień, więc produkuję masowo słoiki z przetworami. Właśnie skończyłem pasteryzowanie jedenastu słoików z papryką w zalewie octowej. Rozdam potem te słoiki rodzinie i znajomym.

Dzisiaj pojawiły się grzyby w ilościach konkretnych. W lesie widziałem potężną tamę zbudowaną przez bobry. I oczywiście – jak zwykle w takich momentach – pojawia się złość i zdumienie, dlaczego nie mogę wziąć go do tego lasu i pokazać mu ten imponujący dowód wytrwałości i pracowitości tych zwierząt. Tak jak nie mogę mu pokazać miliona innych ludzi, rzeczy, smaków i miejsc.

Jak tylko jutro rano odwiozę mamę do pracy, lecę do lasu. Las uczy uważności i przynosi spokój.

Szpital

2014-01-26

Szpitale, więzienia i burdele – oto prawdziwe uniwersytety życia. Mam dyplomy wielu takich uczelni. Mówcie mi „Wasza Magnificencjo”. Charles Bukowski

Instytucje zamknięte, ustanowione na sformalizowanych zasadach, określone regulaminem, karami i nagrodami, z ściśle określonym reżymem dnia, przerażają brakiem przestrzeni wolności i fascynują dokładnie tym samym.

Oczekiwanie jest podstawową czynnością w takich miejscach. Czeka się na przyjęcie, czeka na zabieg, czeka na lekarza, na decyzję lub jej brak. Ostatecznie, czeka się na wypis. Właściwie nie robi się ty nic poza czekaniem.

Aby czekanie nie zdegradowało, warunkiem trwania jest przystosowanie, znalezienie sobie miejsca w układance przepisów i norm, wśród przeróżnych typów ludzkich, wśród ludzi, którzy cierpią, ale też odpoczywają, bawią się, uciekają przed rodziną i przed samym sobą.

Narzucony ład dostarcza spokoju, który dziwnym trafem przychodzi w momencie dobrowolnego lub narzuconego pozbawienia części indywidualnej suwerenności. Wykonywanie poleceń, wdzięczność okazywana personelowi, pokorne stosowanie się do narzuconego rytmu dnia i funkcjonowanie zgodnie z jego pulsem, opisanym na tablicy informacyjnej w formie punktów, dostarcza psychicznego ukojenia, daje wewnętrzną równowagę, przywraca do porządku zwichrowany charakter.

Wypielęgnowany w trakcie dnia wewnętrzny ład wykorzystuję nocami. Pojękiwania z bólu i mamroty prawosławnych modlitw nie przeszkadzają, bo wszystko dzieje się w ramach zaakceptowanego i oswojonego porządku. Do osiągnięcia spokoju trzeba dojrzeć czekaniem, przystosowaniem i odnalezieniem twardego gruntu pod nawet najbardziej kruchymi nogami.

Szpital

IMG_20130809_153809Szpital jest miejscem, w którym funkcjonują zasady. Zasady dzielą się na te formalne, wynikające ze stosu papierzysk do wglądu, ale obok nich zasady gry ustalają prawa i procedury dekretowane przez poszczególnych uczestników tej gry. Gry, której tylko jednym z celów jest naprawienie zepsutego pacjenta.

Oddział szpitalny to gra wielu interesów, oplatająca hierarchiczną strukturę wielu dążeń, ambicji, resentymentów, marzeń i zgorzknień. Zorganizowany zazwyczaj patriarchalnie, balansuje między formalną władzą faceta Alfa, a całą chmarą kobiecych robotnic, bez których nic by tu nie wyszło. Mężczyźni rządzą, ale to kobiety wiedzą wszystko. Doskonały constans.

Pacjent jest niewątpliwie najistotniejszym elementem tego łańcucha, ale cały personel, od ordynatora po salową, nie może za nic zdradzić pacjentowi tej tajemnicy. Blizny lepiej się leczą, kiedy nie wydaje się im, że są najważniejsze na świecie.

O sprawy fomalne, wymagające podpisu, pytaj lekarza. O wszystko inne – pielęgniarkę lub salową. One wiedzą wszystko. Są dla nas macochami w te sieroce szpitalne dni. Podłączają kroplówki, podają śniadania, a jak się ładnie uśmiechniesz, to czasem dostaniesz coś na ból.

W szpitalu jest dużo czasu, a czas ten jest dobrze zorganizowany. O 7 badania i kroplówki, o 8 obchód, o 12 obiad dwudaniowy, w międzyczasie rehab, o 5 kolacja, o 8 obchód, o 22 nieprzestrzegana cisza nocna.

Czytanie książek, pisanie dziennika, wyciszanie serca i umysłu. Smyrganie sinusoidów nastroju

Puchły

Ze wsią Puchły nad Narwią wiąże się niezwykle fascynująca legenda, którą o stosunkach białoruskich na Podlasiu mówi więcej, niż niejeden traktat socjologiczny. Miejscowi opowiadają, że w tym uroczym miejscu istniał niegdyś wielki majątek zarządzany przez greckokatolickiego dziedzica. Traktował on prawosławnych poddanych okrutnie, próbował nawrócić ich na obrządek unicki. Ci modlili się żarliwie do Matki Bożej, która na znak, że słucha ich modlitw, objawiła na lipie swą ikonę – Ikonę Pokrowy Przenajświętszej Dziewicy.

Puchły to niezwykłe miejsce. Wieś jest położona na skrzyżowaniu trzech dróg. Na zachód są Ciełuszki i Kaniuki, na północ – Soce i Ryboły, a jadąc na wschód, dojedzie się do Trześcianki. Od południa Puchły oblewa melancholijna o tej porze Narew. To skrzyżowanie, z którego można pojechać, gdzie się chce, to zwykły piaszczysty ‚skrajdróg’ z drewnianym krzyżem, na którym wznieca się tuman piasku przy każdym przejechaniu. Ponoć do dziś na tym skrzyżowaniu pojawia się wieczorami duch okrutnego greckokatolickiego dziedzica.

W takim miejscu białorusko-ukraińskie tarcie czuje się bardzo mocno. Bo przecież to, co na północ od Puchł, to definitywnie białoruskość, a to, co za rzeką, to już dialekty poleszucko-ukraińskie. Fajnie by było zamieszkać w takim miejscu. Kiedy wysiadłem z samochodu pod monumentalną jak na tak małą miejscowość cerkiew, dostałem wszystko, czego oczekiwałem. Przede wszystkim ciszę i zapach bliskiej rzeki. Przypadkowych ludzi mówiących „dzień dobry” i błogosławiony jak Przenajświętsza Dziewica spokój. Byłoby świetnie mieć to na codzień i w większych ilościach.

Majowe summarum

Pisane na wsi. Czterdzieści kilometrów od miasta. W absolutnym spokoju.

Kolejna próba ucieczki przed nieporządkiem. Brak pojęć umożliwiających spokojny ogląd sytuacji. W zróżnicowaniu zajęć, sytuacji, stanów siebie i nastrojów tego upływającego miesiąca nie sposób dostrzec wewnętrznej logiki lub – choćby – klamry spinającej te wydarzenia w spójną całość.

Wyjazdowe spotkanie Klubu Marzyciela w Ośrodku Wypoczynkowym Uniwersytetu w Ploskach, nad Narwią. Gorąca sobota. Leżenie na trawie, nad rzeką. Czytam, zasypiam, budzę się, znowu zasypiam. Niepokój przed bezpośrednim kontaktem z trawą, ziemią, szybko zamienia się w równie niepokojący spokój. Ludzkie ciało leżące na „gołej” ziemi może albo być martwe, albo żyć jeszcze bardziej.

Kawa z ekspresu w Ptasiej Osadzie i przypatrywanie się zachodzącemu słońcu. Odkrywanie zalet nicnierobienia, zalet trwonienia czasu na kawę, gazetę i patrzenie na niebo, drzewa, rzekę.

Marzyciel na drewnianym pomoście Ptasiej Osady. Atmosfera podniosła. Wspaniałe towarzystwo. Inspirująca dyskusja przy kawie i pestkach słonecznikowych. „Klątwa” Wyspiańskiego jako dramat o problemach komunikacyjnych. Trudność wyjścia poza język. Młoda reprezentująca czystą cielesność. Próba przekonania Karola, że miłość dla Wyspiańskiego nie istnieje. Błyskotliwy flow obu Wężów. Przemyślane mówienie Magdy i milczenie Doktora.

Ognisko do czwartej nad ranem. Granie na gitarze, wrzeszczenie, urwana struna. Wreszcie, kiedy już dnieje, zasypianie z podwyższonym tętnem na zapadniętym łóżku domku numer trzydzieści jeden.

Czwartkowe Metro. Gęsta, niezdrowa atmosfera miejsc, gdzie ze zbyt niskiego stropu skapują krople ludzkiego potu. Jest duszno i podziemnie, ale to ostatnie tylko w sensie dosłownym. Stoliki niesamowicie blisko siebie. Brak możliwości nie dotykania, nie ocierania się o kogokolwiek. Nieustający kontakt wzrokowy i cielesny. Brak możliwości ucieczki bez konieczności ponownego kontaktu. Wszechobecna cielesność sprzyja nadawaniu wszelkim kontaktom wymiaru seksualnego. Drum’n’bass przeplatany hitami lat osiemdziesiątych i radzieckimi hitami festiwalowymi. Biełyje rozy. Drażniąca dysproporcja pomiędzy manifestowaną offowością miejsca i ludzi, a efektem, jaki na stępiony alkoholem i legendą miejsca umysł wywołuje piosenka, którą już kiedyś się słyszało. Więc patrzysz i nie wiesz, czy wierzyć tym ludziom i w tych ludzi, skoro tak dużo w nich nieprawdy. Kiedy oszukuję sam siebie, nie mogę oszukać nikogo innego. Bo skąd wtedy wiem, że oszukuję? Kiedy poziom tej dysproporcji zapala alarmową lampkę, nie pozostaje nic innego, jak uciekać. Nocna taksówka spod kebabowni zabiera w bezpieczne miejsce.

Więc przyroda i plastik, spokój i niepokój, ład i nieuporządkowanie. Więc pisanie i trwonienie czasu, praca i leń. Więc prawda i kłamstwo, poezja i proza. Więc jest maj i maja nie ma.