Szpital

2014-01-26

Szpitale, więzienia i burdele – oto prawdziwe uniwersytety życia. Mam dyplomy wielu takich uczelni. Mówcie mi „Wasza Magnificencjo”. Charles Bukowski

Instytucje zamknięte, ustanowione na sformalizowanych zasadach, określone regulaminem, karami i nagrodami, z ściśle określonym reżymem dnia, przerażają brakiem przestrzeni wolności i fascynują dokładnie tym samym.

Oczekiwanie jest podstawową czynnością w takich miejscach. Czeka się na przyjęcie, czeka na zabieg, czeka na lekarza, na decyzję lub jej brak. Ostatecznie, czeka się na wypis. Właściwie nie robi się ty nic poza czekaniem.

Aby czekanie nie zdegradowało, warunkiem trwania jest przystosowanie, znalezienie sobie miejsca w układance przepisów i norm, wśród przeróżnych typów ludzkich, wśród ludzi, którzy cierpią, ale też odpoczywają, bawią się, uciekają przed rodziną i przed samym sobą.

Narzucony ład dostarcza spokoju, który dziwnym trafem przychodzi w momencie dobrowolnego lub narzuconego pozbawienia części indywidualnej suwerenności. Wykonywanie poleceń, wdzięczność okazywana personelowi, pokorne stosowanie się do narzuconego rytmu dnia i funkcjonowanie zgodnie z jego pulsem, opisanym na tablicy informacyjnej w formie punktów, dostarcza psychicznego ukojenia, daje wewnętrzną równowagę, przywraca do porządku zwichrowany charakter.

Wypielęgnowany w trakcie dnia wewnętrzny ład wykorzystuję nocami. Pojękiwania z bólu i mamroty prawosławnych modlitw nie przeszkadzają, bo wszystko dzieje się w ramach zaakceptowanego i oswojonego porządku. Do osiągnięcia spokoju trzeba dojrzeć czekaniem, przystosowaniem i odnalezieniem twardego gruntu pod nawet najbardziej kruchymi nogami.

Szpital

IMG_20130809_153809Szpital jest miejscem, w którym funkcjonują zasady. Zasady dzielą się na te formalne, wynikające ze stosu papierzysk do wglądu, ale obok nich zasady gry ustalają prawa i procedury dekretowane przez poszczególnych uczestników tej gry. Gry, której tylko jednym z celów jest naprawienie zepsutego pacjenta.

Oddział szpitalny to gra wielu interesów, oplatająca hierarchiczną strukturę wielu dążeń, ambicji, resentymentów, marzeń i zgorzknień. Zorganizowany zazwyczaj patriarchalnie, balansuje między formalną władzą faceta Alfa, a całą chmarą kobiecych robotnic, bez których nic by tu nie wyszło. Mężczyźni rządzą, ale to kobiety wiedzą wszystko. Doskonały constans.

Pacjent jest niewątpliwie najistotniejszym elementem tego łańcucha, ale cały personel, od ordynatora po salową, nie może za nic zdradzić pacjentowi tej tajemnicy. Blizny lepiej się leczą, kiedy nie wydaje się im, że są najważniejsze na świecie.

O sprawy fomalne, wymagające podpisu, pytaj lekarza. O wszystko inne – pielęgniarkę lub salową. One wiedzą wszystko. Są dla nas macochami w te sieroce szpitalne dni. Podłączają kroplówki, podają śniadania, a jak się ładnie uśmiechniesz, to czasem dostaniesz coś na ból.

W szpitalu jest dużo czasu, a czas ten jest dobrze zorganizowany. O 7 badania i kroplówki, o 8 obchód, o 12 obiad dwudaniowy, w międzyczasie rehab, o 5 kolacja, o 8 obchód, o 22 nieprzestrzegana cisza nocna.

Czytanie książek, pisanie dziennika, wyciszanie serca i umysłu. Smyrganie sinusoidów nastroju

Puchły

Ze wsią Puchły nad Narwią wiąże się niezwykle fascynująca legenda, którą o stosunkach białoruskich na Podlasiu mówi więcej, niż niejeden traktat socjologiczny. Miejscowi opowiadają, że w tym uroczym miejscu istniał niegdyś wielki majątek zarządzany przez greckokatolickiego dziedzica. Traktował on prawosławnych poddanych okrutnie, próbował nawrócić ich na obrządek unicki. Ci modlili się żarliwie do Matki Bożej, która na znak, że słucha ich modlitw, objawiła na lipie swą ikonę – Ikonę Pokrowy Przenajświętszej Dziewicy.

Puchły to niezwykłe miejsce. Wieś jest położona na skrzyżowaniu trzech dróg. Na zachód są Ciełuszki i Kaniuki, na północ – Soce i Ryboły, a jadąc na wschód, dojedzie się do Trześcianki. Od południa Puchły oblewa melancholijna o tej porze Narew. To skrzyżowanie, z którego można pojechać, gdzie się chce, to zwykły piaszczysty ‚skrajdróg’ z drewnianym krzyżem, na którym wznieca się tuman piasku przy każdym przejechaniu. Ponoć do dziś na tym skrzyżowaniu pojawia się wieczorami duch okrutnego greckokatolickiego dziedzica.

W takim miejscu białorusko-ukraińskie tarcie czuje się bardzo mocno. Bo przecież to, co na północ od Puchł, to definitywnie białoruskość, a to, co za rzeką, to już dialekty poleszucko-ukraińskie. Fajnie by było zamieszkać w takim miejscu. Kiedy wysiadłem z samochodu pod monumentalną jak na tak małą miejscowość cerkiew, dostałem wszystko, czego oczekiwałem. Przede wszystkim ciszę i zapach bliskiej rzeki. Przypadkowych ludzi mówiących „dzień dobry” i błogosławiony jak Przenajświętsza Dziewica spokój. Byłoby świetnie mieć to na codzień i w większych ilościach.

Majowe summarum

Pisane na wsi. Czterdzieści kilometrów od miasta. W absolutnym spokoju.

Kolejna próba ucieczki przed nieporządkiem. Brak pojęć umożliwiających spokojny ogląd sytuacji. W zróżnicowaniu zajęć, sytuacji, stanów siebie i nastrojów tego upływającego miesiąca nie sposób dostrzec wewnętrznej logiki lub – choćby – klamry spinającej te wydarzenia w spójną całość.

Wyjazdowe spotkanie Klubu Marzyciela w Ośrodku Wypoczynkowym Uniwersytetu w Ploskach, nad Narwią. Gorąca sobota. Leżenie na trawie, nad rzeką. Czytam, zasypiam, budzę się, znowu zasypiam. Niepokój przed bezpośrednim kontaktem z trawą, ziemią, szybko zamienia się w równie niepokojący spokój. Ludzkie ciało leżące na „gołej” ziemi może albo być martwe, albo żyć jeszcze bardziej.

Kawa z ekspresu w Ptasiej Osadzie i przypatrywanie się zachodzącemu słońcu. Odkrywanie zalet nicnierobienia, zalet trwonienia czasu na kawę, gazetę i patrzenie na niebo, drzewa, rzekę.

Marzyciel na drewnianym pomoście Ptasiej Osady. Atmosfera podniosła. Wspaniałe towarzystwo. Inspirująca dyskusja przy kawie i pestkach słonecznikowych. „Klątwa” Wyspiańskiego jako dramat o problemach komunikacyjnych. Trudność wyjścia poza język. Młoda reprezentująca czystą cielesność. Próba przekonania Karola, że miłość dla Wyspiańskiego nie istnieje. Błyskotliwy flow obu Wężów. Przemyślane mówienie Magdy i milczenie Doktora.

Ognisko do czwartej nad ranem. Granie na gitarze, wrzeszczenie, urwana struna. Wreszcie, kiedy już dnieje, zasypianie z podwyższonym tętnem na zapadniętym łóżku domku numer trzydzieści jeden.

Czwartkowe Metro. Gęsta, niezdrowa atmosfera miejsc, gdzie ze zbyt niskiego stropu skapują krople ludzkiego potu. Jest duszno i podziemnie, ale to ostatnie tylko w sensie dosłownym. Stoliki niesamowicie blisko siebie. Brak możliwości nie dotykania, nie ocierania się o kogokolwiek. Nieustający kontakt wzrokowy i cielesny. Brak możliwości ucieczki bez konieczności ponownego kontaktu. Wszechobecna cielesność sprzyja nadawaniu wszelkim kontaktom wymiaru seksualnego. Drum’n’bass przeplatany hitami lat osiemdziesiątych i radzieckimi hitami festiwalowymi. Biełyje rozy. Drażniąca dysproporcja pomiędzy manifestowaną offowością miejsca i ludzi, a efektem, jaki na stępiony alkoholem i legendą miejsca umysł wywołuje piosenka, którą już kiedyś się słyszało. Więc patrzysz i nie wiesz, czy wierzyć tym ludziom i w tych ludzi, skoro tak dużo w nich nieprawdy. Kiedy oszukuję sam siebie, nie mogę oszukać nikogo innego. Bo skąd wtedy wiem, że oszukuję? Kiedy poziom tej dysproporcji zapala alarmową lampkę, nie pozostaje nic innego, jak uciekać. Nocna taksówka spod kebabowni zabiera w bezpieczne miejsce.

Więc przyroda i plastik, spokój i niepokój, ład i nieuporządkowanie. Więc pisanie i trwonienie czasu, praca i leń. Więc prawda i kłamstwo, poezja i proza. Więc jest maj i maja nie ma.